wtorek, 14 listopada 2017

SEKRETY RODZINNE - JESTEM ZAŁAMANA!


14 listopada 2017 r.

   Trzy dni przeleżałam w szpitalu, miotając się w gorączce i w koszmarach. W chwili przytomności, zaklęłam Alinkę na wszystkie świętości, żeby nie powiadamiała o mojej chorobie rodziców i nie dzwoniła do pani Orlickiej. Nie chciałam, żeby Bronek dowiedział się, co się ze mną działo. Alinka nie odstępowała od mego łóżka ratując mnie, jak tylko mogła.
    Kiedy poczułam się trochę lepiej, przewiozła mnie do domu. Chciała zabrać mnie do siebie, ale uprosiłam ją, żebym mogła wrócić do domu, bo wiedziałam, że mama lub tata zatelefonują i będą zaniepokojeni, gdy nikt telefonu nie odbierze. Alinka załatwiła mi tydzień zwolnienia z pracy, pragnąć abym wróciła do zdrowia.
    Nie miała pojęcia, co się ze mną stało, i kiedy tylko znalazłam się we własnym pokoju, w domowym szlafroku i papciach, na ukochanej wersalce, natychmiast rozpoczęła śledztwo.
- iza, chcę wiedzieć, co spowodowało u ciebie taki straszny szok? Tylko mów prawdę, nie cygań! - ostrzegła.
    Nie zamierzałam jej okłamywać, bo i po co? Wcześniej czy później i tak się dowie.
- Bronek zerwał ze mną. - szepnęłam.
- Co ty opowiadasz! Bronek? Przecież on jest w tobie taki zakochany.
- Był! Czas przeszły dokonany. Alisiu, to tylko moja wina.
    Westchnęłam i drżącym głosem zaczęłam jej opowiadać o jego ostatniej wizycie i o tym, co między nami zaszło.
- Alisiu, ja nie wiem co się ze mną wtedy stało. Przecież chciałam tego samego, co on! A jednak odepchnęłam go i krzyknęłam, że nie chcę. Zachowywałam się jak szalona. To był dla niego straszny cios i upokorzenie. Zarzucił mi, że nigdy go nie kochałam, ani nie pragnęłam. Powiedział, że chce mieć dziewczynę, dla której będzie jedynym mężczyzną, bo ja, tak naprawdę, dalej jestem żoną Romanowicza! Chryste, Alisiu, rozumiesz?
  
  
  Twarz Alinki najpierw przybrała zdumiony wyraz, a potem poczerwieniała z wściekłości. Walnęła pięścią w stolik.
- Czy on oszalał? Biednaś ty, moja droga. Nie masz szczęścia do mężczyzn. Jeden chciał cię zabić i o mało nie przyprawił o obłęd, a drugi posądza ciebie o pozagrobowy związek z umarłym. Wygląda na to, że tylko ten Rosjanin miał na ciebie dobry wpływ.
- Nie, kochana, Bronek miał rację. To tylko moja wina.
    Alinka ponownie walnęła dłonią w stolik i popatrzyła na mnie, jak na osobę pozbawioną piątej klepki.
- Wiem, że jesteś chora, ale nie aż tak, żeby majaczyć. Czy to twoja wina, że cierpisz na nerwicę wegetatywną i lękową? Nie, to wina tamtego bydlaka, który pragnął ciebie zniszczyć. Jesteś jeszcze chora i trzeba się leczyć. Musimy o czymś pogadać.
    Znałam ten ton, a oznaczał on, że czas na rzeczową rozmowę.
- Zamówiłam ci wizytę u mojego znajomego profesora To znakomity neurolog i z pewnością ci pomoże. Pojedziemy razem, bo nie chcę, żebyś w ostatniej chwili dała nogę!
- Kotku, muszę wrócić do pracy.
- Słuchaj, Iza, ja jestem twoim lekarzem i to ja zdecyduję kiedy pójdziesz do pracy, jasne? - kiedy Alinka mówiła takim głosem, nie można już było z nią dyskutować.
- Jak słońce. - powiedziałam pokornie.
- Przypomnij sobie, czy wtedy, no wiesz, z Bronkiem, miałaś jakiś koszmar?
    Skupiłam myśli, starając się przypomnieć sobie, co wówczas działo się ze mną. Czując zmęczenie, zamknęłam oczy i przycisnęłam palcami powieki. To było tak dawno, całe lata wstecz…. Nie, nie pamiętam.
    
…..siedziałam skulona, na zimnej posadzce w łazience, w obcym domu. Krew ciekła mi po nogach, a wewnątrz czułam ból i ogień. Trzęsłam się cała i ciągle słyszałam swój krzyk i błaganie, żeby mnie nie krzywdził. Byłam tego dnia przez męża wielokrotnie zgwałcona i wkrótce po ślubie poznałam najbardziej upokarzającą i bolesną stronę małżeńskiego pożycia. Znajdowałam się w nieznanym mi miejscu, sama i bezgranicznie nieszczęśliwa. Prysły moje złudzenia, a ukochany mężczyzna w jednej chwili stał się dla mnie bestią, budzącą lęk i nienawiść. Odtąd seks zawsze już kojarzył się w mojej świadomości z bólem, poniżeniem i ze strachem. Nie chciałam tego za nic!
    Przyszło mi na myśl, że być może zareagowałam tak nieprzewidywalnie, gdyż Bronek zachował się gwałtownie, przywracając w mojej pamięci wspomnienia, o których pragnęłam zapomnieć.
     Kiedy wspomniałam o tym Alisi, potrząsnęła głową, ale nic nie powiedziała. Upierała się, że przy mnie zostanie, ale ja wiedziałam, że Staszek może telefonować do niej i wolałam być jakiś czas sama. Zanim zdołałam uprosić moją przyjaciółkę, żeby dała mi święty spokój, zadzwonił telefon. Przy pomocy Alinki, przeszłam do jadalni.
- Kotuniu, dzwoniliśmy wczoraj, ale ciebie nie było. - usłyszałam w słuchawce głos mamy. Wkrótce rodzice mieli powrócić z Cieplic do domu.
Uzdrowisko Cieplice

- To dlatego, że byłam z Alinką na kawie w kawiarni. - powiedziałam lekkim tonem.
- A jak sobie radzisz? - dopytywała się mama, zawsze troskliwa o moje wyżywienie.
- Doskonale. Jem w naszej zakładowej stołówce. Nie martwcie się o mnie. Jestem już dużą dziewczynką i umiem sobie radzić. O, nawet teraz siedzimy we dwie z Alinką i popijamy herbatkę z twoim soczkiem z malin.
- Ucałuj ją ode mnie. A Bronek nie dzwonił?
    Alinka ostrzegawczo położyła palec na ustach. Skinęłam głową.
- Był tu wczoraj, ale tylko godzinkę, bo musiał lecieć dalej. - oznajmiłam spokojnie, chociaż aż pobladłam na wspomnienie jego ostatniej wizyty.
    Mama oddała słuchawkę ojcu, który raz jeszcze pogratulował mi zdanego egzaminu obiecując, że po powrocie uczcimy to bardziej uroczyście, i na tym zakończyłam rozmowę.
- Czy zadzwonisz do pani Orlickiej? - spytała Alinka, gdy żegnałyśmy się w przedpokoju.
- Nie. Jeżeli Bronek jej powie o zerwaniu, to nie muszę dzwonić, a jeśli nie, to lepiej, żeby się o tym ode mnie nie dowiedziała.
- Może masz racje. Aha, nie męcz się gotowaniem. Każę ci przynieść obiad z naszej szpitalnej stołówki.
    Ogarnęłam ją przerażonym spojrzeniem.
- Dziękuję, kochanie, ale nie fatyguj się. Mam trochę mięsa w lodówce i coś sobie upichcę. - zapewniłam z pośpiechem.
- Nie zgadzam się. - warknęła gniewnie. - . Jestem twoją „psiapsiółką” i muszę cię chronić przed wysiłkiem. Ja mogę tam jeść, to i ty możesz.
- Ty, Alisiu, masz strusi żołądek, a ja jestem po chorobie i nie zamierzam się truć! - oznajmiłam stanowczo, otwierając jej uprzejmie drzwi wejściowe. - Do widzenia, słoneczko!
    Alinka obrzuciła mnie krytycznym wzrokiem i skierowała się ku schodom, ale jeszcze raz odwróciła się do mnie i rzekła ze złośliwym uśmieszkiem:
 
Jerry Weiss. Przyjaciółki.


- Jutro po południu mamy wizytę u profesora. Przygotuj się, k o t k u!!!
    Zaklęłam jak poganin. W odpowiedzi usłyszałam niefrasobliwy śmieszek mojego słodkiego eskulapa i stukot jej obcasików po schodach. Małpiszon!  c.d.n.