poniedziałek, 27 listopada 2017

SEKRETY RODZINNE - W KLINICE.


  27 listopada 2017 r.


   Zasłoniłam usta ręką, żeby nie wydać głosu, lub nie wybuchnąć płaczem, na widok poranionego przyjaciela. Alinka podniosła głowę i mnie dostrzegła. Porwała się z miejsca, a ja podbiegłam do niej i chwyciłyśmy się w ramiona, tuląc się do siebie.
- Iza? Skąd się dowiedziałaś?
- Mama myślała, że do mnie dzwoniłaś i niechcący powiedziała mi o Witku. Natychmiast się spakowałam i jestem. Alisiu, musisz mi powiedzieć, jaki jest stan Witka i jak to się stało?
- Ale ty byłaś w sanatorium. Jak mogłaś przerwać leczenie? - moja pani doktor była zawsze sobą.
- Już wyzdrowiałam. Mów o Witku. - ponagliłam ją szeptem. - Poranili mu oczy?
- Na szczęście nie, ale twarz!… - Alinka jęknęła, prędko zatykając sobie usta. - Izuniu, żebyś widziała jak on wyglądał!… Myślałam że umrę z rozpaczy.
- Czy on nas słyszy?
- Nie. Śpi po środkach usypiających, bo bardzo cierpi.
- Chodźmy usiąść na korytarzu, wszystko mi opowiesz. - powiedziałam, biorąc ją za rękę.
    W korytarzu, przy oknie, stał biały stolik i kilka plastikowych krzeseł. Usiadłyśmy obok siebie. Alinka wytarła oczy pełne łez i westchnęła.
- To się wydarzyło przedwczoraj. - zaczęła opowiadać ściszonym głosem. - Witek wracał wieczorem z jednostki do domu. Wiesz, za rogiem ulicy jest taki mały skwerek porośnięty drzewami. Tam się zaczaili i czekali na niego. Potem dowiedzieliśmy się, że Weronka dzwoniła do jednostki, przedstawiła się jako żona Witka, i chciała rozmawiać z mężem. Poinformowano ją, że kapitan już wyszedł. O to jej chodziło! Razem z braćmi zaczaiła się na tym skwerku. Trzech chłopów i ona. Napadli Witka ze wszystkich stron i zaczęli ciąć go żyletkami, po twarzy, po piersiach, po brzuchu. Mundur trochę utrudniał im cięcia, ale i tak poranili go strasznie. A ta przeklęta suka, Weronka, wrzeszczała mu nad głową, że to kara za nią i za dziecko! Horror! Witek bronił się ze wszystkich sił, ale ich było więcej, atakowali od tyłu i przewrócili go na ziemię. Może by go tam zabili, gdyby nie patrol WSW, wracający z miasta. Dostrzegli co się dzieje i z miejsca skoczyli Witkowi na pomoc. Mieli przy sobie broń. Ci zbóje próbowali uciec, ale żandarmi jednego postrzelili. Reszta uciekła, ale nie daleko, bo milicja zaalarmowana przez WSW, pojechała do dawnego mieszkania Witka i aresztowała wszystkich. Zostawili tylko Weronkę, bo krzyczała, że o niczym nie wie i opiekuje się małym dzieckiem. Ale już następnego dnia, zażądaliśmy aresztowania tej dziewki, jako sprawczyni zamachu.
    
Alinka umilkła zmęczona, opierając rękę na stoliczku, a głowę na dłoni. Wyglądała tak żałośnie, blada, z podkrążonymi z bezsenności oczami i zapadłymi policzkami. Patrzyłam na nią i czułam ból w sercu.
- Jakie obrażenia odniósł Witek? - spytałam.
- Ma głęboko pociętą twarz, ręce, bo się nimi zasłaniał, piersi i brzuch. Oni chcieli dostać się do spodni, ale Witek przewrócił się na brzuch i nie zdążyli.
- Jezu! - rozumiałam, co takie rany znaczyły dla Witka. - Był przytomny?
- Tak. Ale potem zemdlał, bo utracił wiele krwi. Do kliniki przewieziono go samolotem sanitarnym. Przyleciałam tutaj razem z nim, bo mama zemdlała, zobaczywszy go w naszym szpitalu.
- Alisiu, wiesz jaki Witek był dumny ze swej urody. Czy będzie miał szansę na operację plastyczną?
- Tak, kochanie. Ale nawet dobrze zrobiona operacja, nie ukryje wszystkich blizn. Jednak udało się im go oszpecić. - przygryzła wargę, żeby nie wybuchnąć płaczem.
    Byłam wstrząśnięta słowami Alinki, bo obawiałam się, że Witek w rozpaczy, może targnąć się na życie. Alinka także o tym wiedziała.
- Alisiu, on będzie przez dłuższy czas leżał w szpitalu. Nie możesz stale przy nim czuwać, bo się zamęczysz.
- Nie jest tak źle. Jutro przyjedzie mama i tato, a pojutrze Staszek. Zresztą wynajęliśmy pielęgniarkę, która będzie go doglądała. Nie można zostawić go teraz bez opieki.
- Doskonale to rozumiem. Na razie on jest w szoku, po silnych lekach, ale kiedy przytomność mu wróci…. - urwałam, nie chcąc kończyć zdania.
- On był już przytomny i zdaje sobie sprawę, co się zdarzyło. Nic na ten temat nie mówi, ale ja go dobrze znam i wiem, co się z nim dzieje.
    Delikatnie dotknęłam palcami jej warg, aby ją pocieszyć. Czułam zalewającą mnie falę strachu i smutku. Cokolwiek się stanie, już nigdy nie będzie tak, jak było. Znałam Witka i wiedziałam, że to co przeżył, będzie miało dla niego ogromne znaczenie, nie tylko fizyczne, ale i psychiczne. Jego kariera wojskowa może się zakończyć, gdyż komandosi muszą być bezwzględnie zdrowi na ciele i umyśle.
   

Wraz z tymi myślami, w moim sercu rodziła się burza wściekłości na bandytów, a nade wszystko na Weronkę. To ona namówiła braci do napadu, nienawidząc męża i chcąc się na nim zemścić. Nigdy nie wierzyłam, że jej dziecko było Witka. On i Alinka odznaczali się urodą. Witek był brunetem, Alinka złotą blondynką.
    Dzieciak nie miał cienia podobieństwa do rzekomego ojca, czy ciotki. Był jakiś niewydarzony, chorowity, o mysich włosach i burych oczach Weronki. Byłam pewna, że puściła się z jakimś wiejskim chłopakiem, a potem podłożyła się pijanemu Witkowi i wmówiła mu bachora.
- Alisiu, zostanę dziś z tobą w klinice, dopóki jutro nie przyjedzie pani Wanda i twój tatuś.
- Nie, ja się na to nie zgadzam.
- Możesz się nie zgadzać, ale ja i tak zostanę. - powiedziałam stanowczo i uścisnęłam jej rękę.
    Z piersi wyrwał się jej szloch. Objęła mnie i przytuliła mokry od łez policzek do mojej twarzy. Dopiero ochłonąwszy nieco, przyjrzała mi się uważnie.
- Jakim cudem znalazłaś się tutaj tak prędko?
- Nie cudem, tylko samolotem. Chciałam być jak najszybciej przy tobie.
- Ile cię to musiało kosztować!
- To w ogóle nie ma znaczenia. Zdarzyło się nieszczęście, więc jestem. Chodźmy do Witka.
    Zobaczyłam przez szparę w opatrunku, że ma oczy otwarte i patrzy na mnie. Podeszłam, przysiadłam na skraju łóżka i ujęłam jego zabandażowaną rękę.
- Cześć, przyjacielu! - odezwałam się sztucznie wesołym tonem. Ale zaraz zrozumiałam, że popełniam błąd i spoważniałam. - To, co się stało, jest przerażające. Ale wierz mi, Witeczku, że z blizną, czy bez niej, zawsze będziesz najwspanialszym mężczyzną, jakiego znałam. Prawdziwym, stuprocentowym mężczyzną.
- Ostrzegałaś mnie. - wyszeptał spalonymi z gorączki ustami.
- Nie myśl o tym. Żałuję, że jeszcze nie sprawuję urzędu prokuratora, bo zażądałabym dla nich kary dożywocia, lub czapy! Napad na oficera Ludowego Wojska Polskiego, to groźne przestępstwo. Mam już trochę znajomości w środowisku palestry i postaram się, żeby te dranie dostali takiego prokuratora, jakim ja bym była.
- Alinka niepotrzebnie ciebie zawiadomiła. - wyszeptał. - Jedź do domu, kotku.
- Alisia jest zmęczona, musi odpocząć tej nocy. Ja będę przy tobie czuwała.
- Iza, proszę, jedź do domu! Nie dzieje mi się krzywda i mam dobrą opiekę. - nalegał, już rozdrażniony i jakby zawstydzony.
    Rozglądnęłam się po sali i zrozumiałam powód jego zawstydzenia. Pod łóżkiem leżał worek z moczem. Biedak nie wstawał i miał założony cewnik. Uśmiechnęłam się pogodnie.
- Witek, nie dziwacz. Rok temu tata leżał w szpitalu i też miał cewnik, bo nie chodził do toalety. To normalne fizjologiczne czynności, a ja nie jestem rumieniącą się dziewicą. Jutro przybędą twoi rodzice, więc ja wyjadę do domu. Ale dziś jeszcze zostanę.
- Baby są tak cholernie uparte, że człowiek ma ochotę wpakować sobie kulę w łeb, żeby mieć od nich święty spokój. - mruknął, zamykając oczy.
   Zaśmiałam się, pochyliłam nad nim i pocałowałam go w bandaż okrywający jego policzek.
- Podrzem sobie trochę. - poradziłam. - Muszę odebrać z lotniska moje walizki i zawieść je na dworzec kolejowy. Do zobaczenia.
   Wyszłam z sali i powiedziałam Alince, że wrócę za kilka godzin. Próbowałam namówić ją, żeby pojechała ze mną na obiad, ale odmówiła tłumacząc, że zje w szpitalu. Nie nalegałam wiedząc, w jakim znajduje się stanie.
Oddałam walizki do kolejowej przechowalni bagażu i wolna, chodziłam po mieście, zastanawiając się nad prezentem dla rodziców. Mieliśmy taki zwyczaj, że nikt nigdy nie przyjeżdżał z podróży z pustymi rękami. W końcu zdecydowałam się kupić dla mamy śliczna bluzeczkę, białą, w cieniutkie niebieskie paseczki. Ojcu sprawiłam fajną czapeczkę z dużym daszkiem, odpowiednią na letnie upały.
Biblioteka Uniwersytecka - Wrocław.
    Potem pojechałam tramwajem do Biblioteki uniwersyteckiej, aby pożyczyć tam kilka podręczników prawa karnego, które będzie obowiązywało także na trzecim roku studiów. Na pierwszym semestrze poznamy już innych wykładowców, pozbywając się tych nielubianych. Może ci nowi będą sympatyczniejsi?
    Wyobraziłam sobie moich kolegów i koleżanki ze studiów, kąpiących się w szarych falach Bałtyku, lub wydeptujących górskie szlaki. A ja, zamiast urlopu, zacznę wkuwać – bo co innego mam do roboty? Ponieważ zrezygnowałam z sanatorium, pojutrze wracam do pracy. Ślęcząc nad fakturami, może zapomnę chociaż na chwilę o przenikającym mnie smutku i żalu. Jestem z natury ambitna, więc nie chcę rozczulać się nad sobą i rozpamiętywać swojej życiowej klęski.
    Wychodząc z uniwersyteckiej biblioteki, spojrzałam na zegarek. Było po pierwszej. Przyzwyczajona do regularnych posiłków w sanatorium, poczułam głód. Bez namysłu wsiadłam w tramwaj i pojechałam do znajomej, z okresu studiów knajpki, na moje ulubione spĕcialite de la maison – kluseczki francuskie z sosem węgierskim - palce lizać! Zafundowałam sobie kawę i poprosiłam kelnerkę, żeby napełniła gorącą kawą termos, jaki przezornie wyjęłam z walizki. Wiedziałam, że Alisia chętnie po południu kawy się napije. W pobliskiej cukierni kupiłam ciastka i obładowana zakupami wróciłam do szpitala.
    Pacjenci byli już po obiedzie. Witek drzemał, więc wyszłyśmy z Alinką na korytarz i siedziałyśmy, rozmawiając, popijając kawę i jedząc ciastka. Dzień był pochmurny i niespodziewanie prędko zapadł zmierzch. W szpitalu wieczory ciągną się w nieskończoność, a człowiek wytrącony z normalnego tryby życia, nie wie, co ma z sobą zrobić. Alinka ziewała, starając się ukryć przede mną wielkie zmęczenie i senność.
     Mnie rozbolały plecy, gdy siedziałam na niewygodnym plastikowym krześle, i czułam, że puchną mi nogi. Ale postanowiłam twardo; zastąpię Alinkę i będę czuwać w nocy nad Witkiem. Leżał sam w separatce, a myśmy nie chciały dopuścić, żeby w nocy próbował wstać, czy zaczął majaczyć w gorączce. c.d.n.