czwartek, 16 listopada 2017

SEKRETY RODZINNE - WITEK JEST NIEPOPRAWNY!


16 listopada 2017 r.

   Wizyta u profesora nawet mnie rozbawiła. Alinka nie dopuściła mnie do głosu, sama przedstawiając mu stan mego zdrowia i to po łacinie. Moje kochane biedactwo, zupełnie zapomniało, że studiując prawo, musiałam ugryźć także ten martwy język – oczywiście ugryźć w przenośni. Wprawdzie nie znam łacińskich nazw chorób, ale w języku potocznym, coś niecoś zrozumiałam. W pewnym momencie, Alinka zająknęła się, szukając odpowiedniego słowa. Dyskretnie jej podpowiedziałam. Otwarła szeroko oczy, a profesor się roześmiał.
- To może, pani doktor, zaczniemy mówić po polsku, bo łacina dla naszej pacjentki nie jest tajemnicą. - oświadczył z humorem.
- Pod warunkiem, panie profesorze, że moja ukochana pani doktor pozwoli mi dojść do słowa. - dodałam z uśmiechem.
    Niestety, dalej już nie było tak wesoło, bo profesor oznajmił, że korzystnie byłoby dla mnie, poleżeć trochę w klinice. Kiedy stanowczo zaprotestowałam, zgodził się na sanatorium.
- Musi pani odpocząć psychicznie po przeżytym wstrząsie. To konieczne. Kuracja stosowana przez panią doktor, okazała się skuteczna, więc należy ją powtórzyć. Ale najważniejszy jest wyjazd i zmiana otoczenia, przez najbliższy miesiąc. Postaram się, żeby pani jak najszybciej otrzymała to sanatorium.
    Porozmawiał jeszcze chwilę z Alinką i ze mną, wypytując o moją pracę oraz studia i pożegnał się z nami, życząc mi powrotu do zdrowia. Zaraz po wyjściu z gabinetu, Alinka walnęła mnie pięścią w plecy.
- Ty paskudnico, skompromitowałaś mnie w oczach profesora! - syknęła.
    Oddałam jej cios z równą siłą.
- Nie trzeba było wymądrzać się przy mnie. Nie studiuję chowu trzody chlewnej, tylko prawo. A tam obowiązuje łacina, ty mądralo! No, już dobrze, słoneczko, teraz pójdziemy na obiadek do Grand Hotelu i postawię ci drinka! Na chwilę zapomnę, że czekają mnie od nowa zastrzyki, tabletki i twoje cholerne zalecenia. A tak się cieszyłam, że mam to już za sobą.
- To ja się staram, żebyś była zdrowa, a ty wybrzydzasz? - wrzasnęła moja przyjaciółka, stając rozindyczona na środku jezdni. - Jesteś niewdzięcznicą!
    Pośpiesznie ściągnęłam ją na bezpieczny chodnik i cmoknęłam w policzek.
- Ty wiesz, że cię kocham, ale niekiedy mnie wkurzasz. Staszek nigdy by mi nie przebaczył, jakby z mojej winy przejechało cię tutaj auto, lub tramwaj. Chodź, bo po tej lekarskiej wizycie muszę się wzmocnić na ciele i duchu kielichem.
    Poszłyśmy do ekskluzywnej restauracji i zjadłyśmy smaczny obiad, zakrapiany alkoholem. Do domu wróciłyśmy w najlepszej zgodzie.
Wrocław Hotel Monopol.
   Alinka z dworca pojechała taksówką do szpitala, a ja skierowałam się w stronę mego domu. Ale zanim tam dotarłam, zaczepiła mnie Weronka, widocznie czyhająca na mnie.
- Niech pani powie Witkowi, żeby wrócił do żony i dzieciaka, a nie kurwił się po kątach! - powiedziała bez wstępu.
    Jak zwykle, była niechlujnie ubrana i miała tłuste włosy, zwisające w kosmykach na szyję. Gdybym była Witkiem, nawet wołami nie zaciągnęliby mnie do niej.
- Niech pani sama mu to powie, bo ja go już dawno nie widziałam. - odpowiedziałam dosyć podniesionym tonem.
- Akurat. Wszyscy zmówiliście się przeciwko mnie. - wymamrotała nabzdyczona.
    Szlag mnie trafia, jak widzę tę cholerną babę. Toteż nie bawiąc się w uprzejmości, zdenerwowana dodatkowo wizytą u profesora, minęłam ją, rzucając w przelocie:
- Przepraszam, śpieszę się!
    Wchodząc do bramy domu, usłyszałam za sobą:
- Kurwa, same hrabiny w tym zasranym mieście. Jeszcze się kiedyś policzymy!
    Wbiegłam po schodach i zatrzasnęłam z hukiem za sobą drzwi mieszkania. Zrzuciłam z nóg sandałki i rzuciłam nimi przez cały przedpokój. Kipiałam ze złości, nie mogąc się wyładować na tym wiejskim tłumoku. Weszłam do pokoju i rzuciłam torebkę na wersalkę, jej śladem posłałam żakiet i spódnicę. Poszłam do kuchni i napiłam się zimnej herbaty pozostawionej na stole przed wyjazdem, i odsapnęłam.
    Tępa kretynka, zakuty łeb i chamka! - myślałam, nastawiając na gazie wodę na kawę i zabierając się do odgrzania obiadu, ugotowanego poprzedniego dnia. Ale myśl o Weronce nie dawała mi spokoju. Co sobie ta głupia krowa wyobraża, żeby zaczepiać mnie na ulicy i mi grozić! Z nerwów rozbolała mnie głowa i chwyciłam się za bolące czoło.
    Ogarnięta pasją, machnęłam ręką na obiad i poszłam zadzwonić do Witka. Wybrałam numer jednostki i kazałam się z nim połączyć. Po chwili usłyszałam jego ucieszony głos:
- Iza? Przed chwilą myślałem o tobie. Dawno się nie widzieliśmy. Co porabiasz?
- W tej chwili rozmawiam z tobą. - odrzekłam zgryźliwie. - A chciałam ci powiedzieć, że zaczepiła mnie na ulicy ta twoja nieudana żona, domagając się, żebym cię namówiła do powrotu do domu. Groziła mi, że się ze mną policzy.
    Witka zatkało, bo jakiś czas milczał.
- Bardzo przepraszam. Przeze mnie miałaś przykrości. Uważasz, że powinienem wrócić?
- Nie powinieneś się żenić z tym wycieruchem! - parsknęłam ze złością. - Oczywiście, że nie możesz tam wracać, bo to niebezpieczni ludzie. Koniecznie musisz mieć z nią rozwód. Jak zbierzesz odpowiednią kwotę, sama załatwię ci dobrego adwokata.
- Ciężko mi zebrać tak dużą sumę. Trochę to potrwa, a poza tym, co słychać? Jak tam egzaminy?
- Jestem na trzecim roku. Kiedyś się umówimy, bo dopiero wróciłam do domu z podróży i chcę odpocząć.
    W słuchawce zapadła cisza, a potem usłyszałam nieśmiały głos przyjaciela:
- Izunia, co masz dzisiaj na obiad?
- Nie stołujesz się u mamy?
- Mama ma dziś pranie, a potem idzie na jakiś odczyt i z obiadu nici. Kotku, co ugotowałaś?
- Mam cię zaprosić?
- Wypadałoby, po starej znajomości. Co ugotowałaś?
    Westchnęłam. Chyba jednak dziś sobie nie wypocznę.
- Mam jarzynową i pierogi ruskie!

- Koteczku, złotko ty moje, zaproś mnie, bo jestem cholernie głodny! - wyznał bezczelnie. - A ty tak fajnie gotujesz!
    Uśmiechnęłam się i bezradnie wzruszyłam ramionami. Nie potrafiłam mu odmówić.
- No dobrze, przyjdź. Ale się pośpiesz, bo chcę wypocząć po podróży.
- Już jadę! - usłyszałam jego entuzjastyczny okrzyk i w słuchawce zapadła cisza.
    Zwykle jadam w kuchni, ale czekając na Witka, nakryłam do stołu w jadalni, odgrzałam zupę i pierogi. Z lodówki wyjęłam sałatkę z rzodkiewek, śmietany i szczypiorku.
    Witek zjawił się z błyskawiczna szybkością i z równą szybkością pochłonął cały obiad.
- Cholera, z tobą to warto się ożenić. Szczęściarz z tego Bronka. A propos, kiedy go widziałaś?
- Przed dwoma tygodniami. - odpowiedziałam, odwracając się i zbierając nakrycia ze stołu.
- Nie dzwonił do mnie już od jakiegoś czasu. Słuchaj, Iza, czy między wami wszystko w porządku? - Witek wytarł usta serwetką i spojrzał na mnie pytająco.
- Naturalnie, w najlepszym porządku. Dlaczego pytasz?
- No bo wiesz, jak byliśmy na poligonie, to on zawsze mówił tylko o tobie. Pytał mnie o ciebie i tak dalej. Nawet śmialiśmy się z niego. A ostatnio, wcale o tobie nie wspomniał. Był jakiś obojętny nawet wobec mnie, choć znamy się już od wielu lat.
- Nie mi na ten temat nie wiadomo. - odrzekłam, niosąc naczynia do kuchni. - Witek, podnieś tyłek z krzesła i powycieraj naczynia. Porozmawiajmy raczej o twojej małżonce. Ta kobieta zachowuje się nieodpowiedzialnie i musisz bardzo uważać, bo może wyrządzić krzywdę tobie, lub komuś innemu.
- No, nie wierzę, żeby próbowała rzucić się na mnie. Jestem komandosem.
- Nie zapominaj, że ona ma rodzinkę z piekła rodem.
    Witek cmoknął mnie w policzek i roześmiał się beztrosko, kończąc wycierać ostatni talerz.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Obiad był pyszny, kochana jesteś, że mnie nakarmiłaś. Odpłacę przy ślubie. Ustaliliście już z Bronkiem datę ślubu?
- Jeszcze nie. Napijesz się kawy?
- Umarłego się pytają, a żywemu dają. A masz coś słodkiego do kawy?- z wdziękiem aniołka uśmiechnął się do mnie od ucha do ucha.
- Mam, ciebie! Witek, nie przeciągaj struny. Wypij kawę i zjeżdżaj, bo jestem zmęczona, głowa mnie boli i chcę się położyć.
- Dobrze, kochanie. Zaraz sobie idę. Słuchaj, jakby Bronek dzwonił, to zapytaj go, jak się nazywała ta dziewczyna z kasyna lotniczego. Fajna była.
- Witek, do jasnej cholery, czy ty nie przestaniesz uganiać się za babami? Dopiero skończyłeś z Dorotą!
    Wystarczył mu rzut oka na moją wściekłą twarz, żeby zrozumieć, że temat jest co najmniej nieodpowiedni.
- W porządku, skarbuniu, to go nie pytaj. Już piję kawę i się zmywam.
    Zapakowałam mu do woreczka trochę pierogów.
- Masz, zagrzej sobie na kolację.
- Jesteś aniołem, Izuniu! - chwycił mnie w ramiona i ucałował.
- Z rogami. Właśnie czuję, jak mi wyrastają. Zjeżdżaj!
- Zaproszę cię do kawiarni na wino.
- Tak. Jak obrabujesz bank.
    Prędko dopił kawę, nawet nie siadając, i raz jeszcze ucałowawszy mnie w policzek, wyszedł. Poszłam do mego pokoju i położyłam się na wersalce, podkładając sobie kolorowe poduszki pod głowę. Nie chciało mi się czytać, słuchać radia, czy oglądać telewizora. Nie chciało mi się żyć. Ponownie czekała mnie kuracja, która przez wiele miesięcy była moją zmorą.

   Znowu będę brała zastrzyki w obolałą pupę, tabletki psychotropowe, po których nastroje są zmienne, jak pogoda w jesieni. Obawiałam się, że leczenie może utrudnić mi studia, gdyż niektóre leki działały usypiającą, otępiając mózg. Nie chciało mi się jechać do sanatorium, lecz wiedziałam, że koniecznie potrzebna mi jest zmiana otoczenia. Mina profesora dała mi do zrozumienia, że kuracja kuracją, ale tylko ja mogę sobie pomóc. c.d.n.