poniedziałek, 15 stycznia 2018

SEKRETY RODZINNE - KRAKOWSKIE PRZYGODY.


15 stycznia 2018 r.

   Pociąg nie był wcale przeładowany i w przedziale pierwszej klasy, siedzieliśmy tylko my dwoje. Mimo woli przypomniałam sobie moją poślubną podróż do Warszawy. Byłam wtedy załamana rozłąką z rodzicami i ich rozpaczą. Zaczynałam pojmować, że mężczyzna, którego poślubiłam, wcale nie jest tym, jakiego przedtem znałam.
    Teraz jechałam spokojna i zakochana, pewna, że rodzice także cieszą się naszym przyszłym szczęściem. W wagonie było ciepło, więc Bronek zdjął płaszcz i czapkę, siedząc tylko w mundurze. Oparłam głowę o jego ramię, a on trzymał mnie za rękę, bawiąc się palcami i całując mnie co chwilę.
- Wiesz, kochanie. - powiedział, podnosząc moją dłoń do ust. - To bardzo rzadko się zdarza, żeby kobieta i mężczyzna byli idealnie dobrani pod względem fizycznym.
- Tak? - oderwałam głowę od jego ramienia i spojrzałam mu w oczy. - A my?
- Nam się to zdarzyło i możemy tylko dziękować za to Bogu. Niczego nie żałujesz?
- Absolutnie niczego. Broniu, wiem, że niekiedy zachowywałam się paskudnie i traktowałam ciebie podle. Ale to się już nigdy nie powtórzy i postaram się wynagrodzić ci wszystko.
- Nic takiego sobie nie przypominam. Wiem, że będziesz idealną żoną. Ale nie mam nic przeciwko temu, żebyś była dla mnie miła w pewnych sytuacjach.
-A dzisiaj w nocy nie byłam?
    W odpowiedzi poczułam na ustach mocny pocałunek i ręka ukochanego, zaczęła pieszczotliwie gładzić moje udo.
    We Wrocławiu mieliśmy przesiadkę, na pośpieszny do Krakowa. Ten pociąg był zapchany i tylko dzięki sprytowi Bronka znaleźliśmy wolne miejsca. We Wrocławiu lał deszcz i martwiłam się bardzo, podejrzewając, że możemy te dwa tygodnie spędzić pod parasolami. W przedziale siedzieli dwaj panowie z Belgii, mający w Polsce rodziny. Bawiliśmy się setnie widząc, z jakim przerażeniem i popłochem przyglądają się kolejnym dworcom. Obawiali się, że lada chwila do przedziału wparuje milicja i zamknie ich do pudła za”niewinność”. Widać, na zachodzie przedstawiają nasz kraj tylko w czarnych barwach.
    Ku memu zachwytowi, w Krakowie panowała piękna i ciepła pogoda, gdy pociąg wjechał na dworzec wczesnym popołudniem. Bronek załadował nasze walizki do bagażnika taksówki i pojechaliśmy do hotelu. Hotel „Pod Różą” znajduje się przy ulicy Floriańskiej, bardzo blisko Rynku. W wielkiej sklepionej sieni, gdzie znajdowała się recepcja, powitał nas ogromny portret hetmana Stefana Czarnieckiego. Zaraz poczułam powiew historii, bo też miejsce gdzie się znajdowaliśmy było nią przepełnione. Hotel znajdował się w dawnym pałacu włoskiego dworzanina królowej Bony Prospera Provany, i podobno już od XVII wieku przyjmował gości. 
   W tych starych murach zatrzymywało się wiele znakomitości, począwszy od cara Wszech Rosji Aleksandra I, który bawił w nim w 1805 roku wraz ze swym bratem wielkim księciem Konstantym Pawłowiczem Romanowem, późniejszym znienawidzonym wodzem naczelnym Wojska Polskiego w Królestwie Kongresowym. W hotelu bywał także poseł perski, wysłany do cesarza Napoleona I, wielki muzyk Franciszek List, oraz inne znakomitości. W pierwszej połowie XIX wieku, hotel nosił nazwę „Hotel de Russie” na cześć i pamiątkę pobytu cara Aleksandra I, jednak w okresie Powstania Styczniowego, przywrócono mu nazwę: „Hotelu Pod Różą”.
Aleksander I Romanow car Rosji.
   W recepcji przyjęła nas uprzejma pani i podawszy nam ankiety do wypełnienia, poprosiła o dowody, wpisując nas do księgi gości. Dostaliśmy dwuosobowy pokój 304, o ile dobrze pamiętam, na pierwszym piętrze. Nie było wtedy boya i Bronek sam zatachał nasze walizki do pokoju, po schodach krytych purpurowym dywanem. Długa, śnieżnobiała galeria, cała oszklona, prowadziła do pokoi. Z galerii widok był na oszklony dach, chyba kawiarni.
Pokój był duży, umeblowany ciemnymi meblami, naśladującymi epokę biedermeierowską. Wielkie łoże małżeńskie zajmowało znaczną część pokoju. Poza tym, toaletka z podłużnym lustrem, stolik z telefonem, dwa foteliki, szafa i duża łazienka z wanną wbudowaną w posadzkę. Okna pokoju i łazienki wychodziły na ulicę Floriańską.
   

  Ponieważ w nocy niewiele spałam i byłam bardzo zmęczona, postanowiłam wykąpać się, zanim pójdziemy na obiad. Bronek wyszedł, zamówić w recepcji bilety na zwiedzanie Wawelu, bo Hotel załatwiał i takie zlecenia. Ja powiesiłam płaszcz do szafy, zdjęłam suknię i buciki oraz pończochy i wsunąwszy stopy w domowe kapcie, podreptałam do łazienki zachwycając się jej wielkością i oknem z mlecznymi szybami.
Napuściłam wodę do wanny, podskakując na jednej nodze, żeby się trochę zagrzać, bo sezon palenia w kaloryferach zaczynał się chyba od 15 października i w łazience było raczej chłodno. Nad wanną wisiały jakieś druty. Pomyślałam, że ponieważ w pobliżu wanny nie ma taboretu, na którym można by złożyć bieliznę, zapewne należy wieszać ją na tych drutach. Beztrosko powiesiłam na nich stanik, majtki oraz halkę i usiadłam w wannie, rozkoszując się gorącą wodą, zmywającą ze mnie zmęczenie i senność. Puściłam prysznic, masując wodą całe ciało i rozkoszowałam się ciszą. Ale nie długo!

   Niespodziewanie, ktoś zaczął walić do drzwi. Z pewnością nie był to Bronek, bo miał klucz do pokoju. Z przerażeniem posłyszałam, że pod drzwiami pokoju zebrało się kilka osób, pukając zawzięcie, a nawet waląc pięścią i wołając, abym otworzyła. Zerwałam się i wybiegłam z wanny goła, jak święty turecki, mokra, wystraszona, szukając po drodze szlafroka. Przypomniałam sobie w ostatniej chwili, że szlafrok mam w walizce, jeszcze nie rozpakowanej. Za drzwiami zebrał się niewielki tłumek, a ktoś znowu zaczął wołać, żebym otworzyła. Rany boskie, co mam robić, przecież jestem naga!
   Kapiąca wodą, podeszłam do drzwi i spytałam drżącym głosem, kto puka? Posłyszałam polecenie, żebym natychmiast otworzyła.
- Coś się pani stało? - spytał czyjś męski głos.
- Mnie? Nie! - odpowiedziałam, zdumiona głupim pytaniem. A może to jaka pomyłka?
- To dlaczego pani uruchomiła alarm? Dzwoni!
- Ja? Wcale nie dzwoniłam! - oświadczyłam stanowczo.
- Jak to nie? Przecież alarm dzwoni. Nie słyszy pani?
    Rzeczywiście, w głębi korytarza coś dzwoniło. Byłam kompletnie rozkojarzona.
- Proszę natychmiast otworzyć drzwi. Trzeba wyłączyć alarm. - domagał się męski głos za drzwiami.
- Ale ja nie mogę! - miauknęłam żałośnie, jednocześnie dygocząc z zimna. Byłam przerażona i zdenerwowana tą awanturą. Nagie ciało miałam pokryte „gęsią skórką” i zaczęłam dzwonić zębami.
- Co tu się dzieje? - usłyszałam głos Bronka i odetchnęłam.
- Ta pani włączyła alarm i nie chce nam otworzyć. - usłyszałam tym razem damski głos.
- Zaraz otworzę. Iza, dobrze się czujesz? - spytał Bronek, wkładając klucz do zamka.
Fernand Lematte " Młoda kobieta w wannie"
   Jęknęłam z rozpaczy i nie mając innego wyjścia, dałam nura do łóżka, zakrywając się po uszy kołdrą. Bronek wszedł pierwszy, a za nim w uchylonych drzwiach, zobaczyłam kilkoro osób ze służby hotelowej. Co ja narobiłam? - zastanawiałam się ze strachem.
- Kochanie, dlaczego dzwoniłaś? - Bronek podszedł do łóżka i pochylił się nade mną. - Źle się czujesz, zasłabłaś?
- Nie dzwoniłam, tylko jestem naga, bo się kąpałam. - szepnęłam, próbując przestać dzwonić zębami.
    Bronek starał się utrzymać powagę, ale nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- Rozumiem. - powiedział i podszedł do drzwi. - Proszę, niech ktoś wyłączy alarm. Pani go niechcący włączyła.
    Wbiegła pokojówka w białym fartuszku i zajrzawszy do łazienki, zdjęła z drutów wiszące tam moje majtki i całą resztę. Dzwonek umilkł. Pokojówka położyła moje ciuchy na foteliku i skinąwszy nam głową skierowała się do drzwi. Ale na progu zatrzymała się na moment.
- Te druty nad wanną, to jest alarm, proszę pani. Na wypadek czyjegoś zasłabnięcia. - wyjaśniła, z drwiącym błyskiem w oczach. - Proszę nic na nich nie wieszać!
    Wyszła, a ja tak się poczułam, jakby mi kto dał w gębę. Proste chamidło z ciemnej prowincji! Bronek stał nade mną, gryząc wargi i starając się powstrzymać wesołość. Nagle rzucił się na łóżko, ściągnął ze mnie kołdrę i zaczął mnie tarmosić, zanosząc się od śmiechu.
- Zostaw mnie, do cholery! - wrzasnęłam, bo wcale nie było mi do śmiechu. - Powinni napisać, że tam jest alarm, a tak, wyszłam na cielę z Pikutkowa! Bronek, przestań się śmiać! - potargałam go mocno za czuprynę. - To wcale nie było zabawne. Jest mi zimno!
    Udałam, że chlipię i schowałam głowę pod kołdrę. Bronek natychmiast spoważniał i pogładził mnie po nagich piersiach.
- Kotku, mam sposób żeby cię rozgrzać. - oznajmił z łobuzerskim błyskiem w oczach.
- O, co to, to nie! - oświadczyłam obrażonym tonem i wyskoczyłam z łóżka z drugiej strony. Zasłoniłam się drzwiami od szafy i pod ich osłoną ubrałam się w to, co miałam pod ręką. To znaczy w majtki, stanik i halkę. Kostium, który zamierzałam włożyć, był spakowany w walizce.
- Zamiast naśmiewać się ze mnie, bądź tak łaskawy i rozpakuj walizki. Ja muszę zrobić makijaż! - poleciłam zimno i usiadłam przed lustrem, wyjmując z torebki przybory kosmetyczne.
    
Bronek posłusznie zabrał się do otwierania walizek i wieszania ubrań w szafie na wieszakach. Kątem oka widziałam, że jeszcze się uśmiecha.
- Co w tobie jest takiego, że ja ciebie muszę tak kochać? - usłyszałam jego głos.- Jak to jest, że dotykanie ciebie tak mnie podnieca, i koniec końców jestem zgubiony. Wiedziałem, że jesteś czarownicą!
- Wcale nie musisz mnie kochać. - mruknęłam, jeszcze gniewnym tonem.
- A właśnie, że muszę. - przerwał wieszanie, podszedł do mnie i podniósł mnie z krzesła. Przytrzymał, jak zaczęłam wierzgać nogami i położył na łóżku. 
- Muszę! - wyszeptał, pochylając się nade mną, zsuwając ramiączka halki i stanika. Jego wargi muskały moją szyję, ramiona, potem piersi, aż jęknęłam, wyprężyłam się i uległa, przestałam się bronić.
    Na obiad poszliśmy prawie o szesnastej. c.d.n.
                                 ----------------------------------------