niedziela, 7 stycznia 2018

SEKRETY RODZINNE. NARESZCIE!


6 stycznia 2018 r.
 
 Wrocław.  Aula Leopoldina
    Od tego dnia, niemal codziennie telefonowałam do cioci Maryni, lub Róży, a one do mnie. Ciocia radziła, żebyśmy po ślubie wyjechali do Krynicy Górskiej, przepięknej w zimowej szacie. Ale ja powiedziałam, że to Bronek zadecyduje, gdzie pojedziemy. Odniosłam wrażenie, że ciocia cieszyła się z mojej postawy.
    Rozpoczęcie roku akademickiego powitałam na uroczystej akademii we wspaniałej barokowej Auli Leopoldina. Mogłam być z siebie dumna – byłam studentką na trzecim roku, pomimo wszystkich trudności i kłopotów. Niekiedy czułam się taka zmęczona i zniechęcona, że miałam chęć rzucić w diabły całą naukę, ale mimo wszystko wytrzymałam. Częściowo robiłam to dla Bronka, ale głównie dlatego, aby pracować w zawodzie, który sobie wybrałam, i w jakim będę spełniona.
   Po akademii poszliśmy całą paczką do restauracji i zdrowo popijaliśmy niemal do północy. Chyba się z kimś całowałam, ale nie pamiętam z kim, bo byłam zalana. Któryś z kolegów odprowadził mnie na dworzec i wsadził do pociągu. Całą drogę przespałam i obudziłam się na miejscu, a raczej mnie obudzono szarpnięciem za rękaw, bo nie chciałam otworzyć oczu. Są jeszcze dobrzy ludzie...
    Do pierwszej przymiarki sukni ślubnej, towarzyszyły mi mama z Alinką. Nie pomyślałam, że do krynoliny trzeba uszyć także wałki przypinane w talii, aby suknia odpowiednio szeroko się układała. Ale nasza pani krawcowa pamiętała o tym, a także o halce bardzo mocno marszczonej z dwiema falbanami. Musiałam dokupić sztywny jedwab, bo wtedy suknia odpowiednio układa się w fałdy..
    To była pierwsza przymiarka i czekały mnie jeszcze trzy kolejne, lecz suknia była już w całości uszyta, tylko jeszcze bez rękawów i bez falban zdobiących krynolinę. Same ozdoby zabierały mnóstwo czasu i pani krawcowa zapowiedziała, że suknia będzie gotowa dopiero w grudniu. Ale gdy ją włożyłam na siebie, przy pomocy mamy i Alinki, ujrzałam w lustrze zupełnie inna osobę, jakby nie mnie samą, lecz kogoś tylko podobnego. Jakbym patrzyła na portret damy z obrazu Winterhaltera, czy z filmu „Przeminęło z wiatrem”.
    Mama zagryzła wargę i łzy zabłysły w jej oczach, a moja Alinka pociągnęła rzewnie noskiem.
- Ślicznie ci w tej sukni. - powiedziała mama, poprawiając fałdę na spódnicy. - Marzyłam, że pójdziesz przez kościół w takiej krynolinie. A przy tobie będzie szedł Bronek w galowym mundurze lotnika. Babcia będzie szczęśliwa.
- Kotku, to wygląda, jak z filmu. - wyszeptała Alinka. - Jaka szkoda, że Witek nie będzie na waszym ślubie.
- Nie wspominaj mi o Witku, bo się zaraz pobeczę. - prychnęłam i poprosiłam, żeby pomogły mi zdjąć suknię, bo jakoś dziwnie się w niej czułam. Niby to byłam ja, ale jakby ktoś inny.
    Zgodnie z prośbą Bronka, powiadomiłam szefa, że od 10 października biorę urlop. Koleżanki stukały się w czoło, odradzając mi urlop w takim jesiennym miesiącu, ale ja się uparłam.
- Iza, nie bądź głupia i weź cały urlop w styczniu. Na podróż poślubną. - radziła mi Wala, koleżanka z pracy.
    W odpowiedzi tylko się uśmiechałam, bo nie chciałam nikogo informować, że całą resztę urlopu i dodatkowo miesiąc bezpłatnego wezmę w styczniu. Tą sprawę omówiłam już z szefem i z kadrami.
    Z dnia na dzień wyczekiwałam wiadomości, że nasi chłopcy wracają do kraju. Ale nic takiego nie nastąpiło. Nikt oczywiście wtedy nie wiedział, że władze czekały na podpisanie w Moskwie porozumienia z nowym rządem Czechosłowacji. Dopiero wtedy zezwolono na powrót wojska polskiego i częściowo radzieckiego do miejsc, gdzie stacjonowały.
    2 października w Wiadomościach, informacja o okrutnej masakrze studentów, pokojowo manifestujących na Placu Tlatelolco w Meksyku. Zginęło w niej 300 osób! Z szeptanej na ucho wieści na uniwersytecie, wiemy, że 8 października wejdą nowo wprowadzone zmiany o szkolnictwie wyższym. Prawdopodobnie ograniczające autonomię uniwersytetów. Profesorowie są zaniepokojeni. Pamiętam, z jaką radością przyjęto w owym, znaczącym roku 1956, ustaw ę o zmianie w szkolnictwie wyższym, rozszerzającą autonomię wyższych uczelni. Ta próba ponownego zamordyzmu, to chyba zemsta Gomułki za studenckie rozruchy marcowe.
   A co mi tam polityka! Ja czekam na Bronka, i liczę każdy dzień dzielący mnie od jego powrotu. Nie jestem pewna, czy uda mu się wyrwać do 10 października, bo wtedy ponownie musiałabym zrezygnować z urlopu, a szef chyba by się wściekł! W tym roku ten jesienny miesiąc jest wyjątkowo piękny i ciepły. Widoczne na horyzoncie lasy mienią się wszystkimi barwami złota, purpury i ciemnej zieleni, a od zachodu wieje ciepły wiatr. Synoptycy zapowiadają piękną i długą jesień. Oby się tylko nie pomylili!

   Jeżdżę do pracy w letnim kostiumie, ale nie wiadomo jaką pogodę przyniesie następny dzień, bo w Karkonoszach spadł już pierwszy śnieg. Z mego okna wyraźnie widać białe płaty na szczytach gór. Denerwuję się coraz bardziej, bo od Bronka nie ma żadnej wiadomości i nie wiem, co mam robić. Na razie razem z mamą, a czasem z Alinką, chodzimy po sklepach i kupujemy coś do mojej wyprawy. To już druga wyprawa w moim życiu i wcale nie taka bogata, jak ta pierwsza, gdy jechałam do Warszawy.
W głębi duszy jest mi trochę smutno, bo wiem, że znowu powędruję daleko od domu. Rozumiem, iż to konieczne, bo Bronek nie może stacjonować w naszym mieście, gdzie nie ma nawet porządnego lotniska. Jest tylko wielka łąka, gdzie czasami lądują śmigłowce i niewielkie samoloty. Będę mieszkała razem z ciocią Marynią. Bardzo ją lubię i szanuję, z pewnością będzie mi tam dobrze, ale bywają chwile, że marzę, aby mieć własne mieszkanie, choćby małe, kawalerkę, ale tylko dla nas dwojga. Trudno, trzeba się pogodzić z faktami. Przykro mi tylko, że biedni rodzice znowu zostaną sami. Lecz tym razem, mama i ojciec są szczęśliwi, że wychodzę za mąż za człowieka, którego znają i kochają.
- Pani Izo, czy mamy już rachunek za zakup silnika do angielskiej maszyny z siarkowni?
Cholera! Kochani rodacy. Jak tylko dowiedziano się, że biorę urlop, natychmiast wszyscy zaczęli mnie wykorzystywać, zawracając głowę duperelami. Mogę więcej harować, bo przecież na urlopie sobie wypocznę. Dzień w dzień mam krzyż pański, gdyż co chwilę ktoś odrywa mnie od pracy i zmusza do szukania czegoś, co sam mógłby łatwo znaleźć.
    Przyjeżdżam do domu zmęczona i natychmiast po obiedzie zabieram się do nauki. Niezależnie od tego, czy mi się to podoba, czy nie, muszę się przygotować do egzaminów z pierwszego semestru. Cóż, nawet po ślubie będę kuła, bo miłość miłością, a studia rzecz ważna. Zastanawiam się tylko, jak to będzie z moimi studiami po ślubie? Ani w Gdyni, ani w Gdańsku nie ma uniwersytetu! Ciocia Marynia przebąkiwała, że w Gdańsku planują otworzyć uniwersytet, ale dopiero gdzieś w 1970 roku. Wtedy ja już będę finiszowała. Wygląda na to, że muszę zapisać się na uniwersytet w Toruniu, ale nic o nim nie wiem, prócz tego, że nosi nazwę Mikołaja Kopernika. Też kawał drogi od Gdyni, o wiele dalej niż teraz dojeżdżam. Jeszcze nie wyszłam za mąż, a już mam problemy! Wygląda na to, że do końca roku akademickiego będę musiała mieszkać w domu. Dopiero w czasie wakacji muszę zasięgnąć informacji w sprawie przeniesienia się na czwartym roku do innego uniwersytetu.
Uniwersytet im.Mikołaja Kopernika w Toruniu
   W ramach podniesienia kultury, chamowatego ludowego narodu, wszystkie zakłady pracy i urzędy, organizowały bardzo często wycieczki do wielkich miast, na spektakle operowe, operetki, czy jakieś ciekawe przedstawienie teatralne. Moim zdaniem było to bardzo mądre przedsięwzięcie, gdyż nie każdy mieszkał w dużym mieście, gdzie była opera, lub dobry teatr.
Pewnego dnia tata przyniósł cztery bilety na operę „Carmen” Bizeta. Ja oczywiście jechać nie mogłam, więc moi staruszkowie zaprosili do towarzystwa rodziców Alinki. Mieli jechać zakładowym autobusem. Ponieważ przedstawienie odbywało się wieczorem i trwało długo, tata zdecydował, że zanocują u cioci, a rodzice Alinki także planowali nocleg u swojej krewnej.
    Mama zastanawiała się od rana, jaką suknię włożyć, tata miał problem z zawiązaniem krawata. Ale ja się tym raczej nie zajmowałam, bo właśnie wróciłam z dwudniowych zajęć na uniwerku i byłam skonana. Nowi profesorowie okazali się tak samo wymagający, jak ci starzy i nie mogliśmy jeszcze ich rozgryźć.
    Postanowiłam się przedrzemać, bo w nocy niemal nie spałam, gdyż w sąsiednim, hotelowym pokoju, ktoś robił sobie imprezkę! Mama tylko zastukała do drzwi i powiedziała mi: „ Do widzenia, słonko!” Pa! pa! Pojechali, a ja zasnęłam kamiennym snem.
   Kiedy się obudziłam, było już po południu. Wstałam z wersalki ziewając i klepiąc się po pustym żołądku. Byłam głodna. Mama, jak zwykle troskliwa, zostawiła mi na pocieszenie pełną lodówkę i gotowy obiad. Wystarczyło go tylko odgrzać. Chciało mi się jeść, ale przede wszystkim marzyłam o kąpieli. Po dwóch dniach spędzonych na wykładach i w hotelowym prymitywie, czułam się brudna i ospała. Weszłam do łazienki i napełniłam wannę wodą. Wlałam też pachnący płyn do kąpieli, kupiony w Pewexie za kilka dolarów. Weszłam do wanny i zamknąwszy oczy, moczyłam się w pachnącej pianie, aż pojękując z rozkoszy.

   Chyba znowu zaczęłam przysypiać, bo ocknęłam się, usłyszawszy dzwonek do drzwi. Psiakrew, nawet się wykąpać człowiekowi nie dadzą, pomyślałam z wściekłością i postanowiłam udawać, że mnie nie ma w domu. Ale ten ktoś, stojący za drzwiami, nie dawał za wygraną i raz po raz naciskał dzwonek. Ki diabeł? Niech dzwoni, nie otworzę i już! - postanowiłam, leżąc w mocno już wychłodzonej wodzie.
    Przez uchylone drzwi łazienki do przedpokoju, usłyszałam, że wyszła sąsiadka i widocznie odpowiadając na czyjeś pytanie, odpowiedziała:
- Starsi państwo wyjechali, ale pani Iza powinna być w domu.
   A niech ją!…. A może to listonosz z jakąś pilną wiadomością? Dzwonek znowu zaczął terkotać, aż w uszach dzwoniło. Trudno, muszę otworzyć, ale miła nie będę! Klnąc pod nosem, wyszłam z wanny i wrzasnęłam przez drzwi:
- No idę, idę!
    Chwyciłam ręcznik i wytarłam się z pospiechem. Potem owinąwszy głowę drugim ręcznikiem, boso podreptałam do przedpokoju, w przejściu narzuciwszy na siebie frotowy szlafrok. Wiążąc w talii pasek, mruczałam raczej do siebie, niż do nieproszonego gościa:
- Chwileczkę, już otwieram!
  Uchyliłam drzwi i mruknęłam niezbyt uprzejmie;
- No, słucham?
- Co to, kochanie, nie chcesz mnie wpuścić?
    Otworzyłam szeroko oczy i z wrażenia omal nie usiadłam na podłodze. Pod drzwiami stał Bronek i patrzył na mnie z uśmiechem. Wydałam z siebie przeraźliwy pisk i uniosłam ramiona, splatając je na jego karku. c.d.n.