poniedziałek, 12 lutego 2018

SEKRETY RODZINNE - PRĘDKO,,DO DOMU!


12 lytego 2018 r.


   Z prawdziwą przyjemnością położyłam się do łóżka i wzięłam tabletkę na ból głowy. Pod wieczór zaczęła mnie wściekle boleć i pewnie znowu zmieniłam się na twarzy, bo Bronek stanowczo zapędził mnie do spania. Zanim się położyłam, pochylił się nade mną i szepnął mi do ucha:
- Nic z tego?
    Nie odezwałam się, lecz tylko potrząsnęłam głową z taka miną, że pocałował mnie na dobranoc i zrezygnowany odszedł. Długo leżałam, wpatrując się w drzwi balkonowe, z których płynęło światło latarń ulicznych. Promień światła padał na ścianę, gdzie wisiały fotografie Bronka i jego maszyny. Przyszło mi na myśl, że między nimi mogło się kiedyś znajdować także zdjęcie Wandy, na które Bronek patrzył zasypiając. Znowu poczułam się obco w tym dużym mieszkaniu, które wkrótce stać się miało moim domem. Kiedy nareszcie zasnęłam, przyśniło mi się coś złego, ale tym razem nie było przy mnie Bronka i nikt mnie nie uspokajał.
    Ciężko dysząc, spocona, usiadłam na posłaniu, wsłuchując się w ciszę nocną. Wolałam sobie nie przypominać, co mi się śniło i starałam się uspokoić myślą, że jeszcze dziś znajdę się w domu. Powoli tętno zwolniło i serce zaczęło bić normalnie. Westchnęłam i już zamierzałam się położyć, kiedy z przedpokoju dobiegło mnie lekkie trzeszczenie podłogi. Kroki podeszły pod moje drzwi, zatrzymały się, jakby ktoś nadsłuchiwał, a potem poszły w stronę jadalni, gdzie spał Bronek. Pewnie musiał cicho pochrapywać, bo kroki oddaliły się, a po chwili usłyszałam zgrzyt klamki w pokoju cioci.
   Zrobiło mi się przykro. Ostatecznie wkrótce miałam zostać żoną jej syna, więc zbliżenia fizyczne między nami, w połowie dwudziestego wieku, nie powinno być czymś szokującym. Ale widocznie, matka Bronka uważała inaczej. Jednak dobrze zrobiłam, nie pozwalając mu przyjść do mnie. Pomyślałam, że nasze wspólne życie będzie miało swoje ciemne strony. Gdyby to było możliwe, pragnęłabym bardzo zamienić to duże mieszkanie na dwa mniejsze, choćby na kawalerkę. Żeby mieć coś własnego, tylko dla nas! Cztery kąty, które mogłabym urządzić po swojemu, nie pytając nikogo o radę. Pani Orlicka kochała Bronka raczej zaborczą miłością, a to nie wróżyło dobrze naszemu małżeństwu. Co innego, gdyby Bronek poślubił Wandę. O, tę synową ciocia zaakceptowałaby z radością!
  
  
  Nagle przyszło mi na myśl, że rozważam przyszłe pożycie małżeńskie, wcale nie będąc pewną czy wyjdę za Bronka. Wszystko będzie zależało od tego, jak się zachowa, kiedy mu powiem, że wiem już o Wandzie. Jeśli zauważę jakieś wahanie, lub wyczuję, że nadal nie jest ze mną szczery, raczej nie zdecyduję się na ślub. Na samą myśl o rozstaniu, odniosłam wrażenie, jakbym własnymi rękami wyrywała sobie serce z piersi. Przyzwyczaiłam się już do myśli, że to mój przyszły mąż, a te dwa tygodnie przeżyte razem, ogromnie nas do siebie zbliżyły. Rozstanie z nim, złamałoby mi życie, ale po raz drugi nie zamierzałam poślubić mężczyzny, który mnie oszukuje i nie kocha.
   Tej nocy niewiele spałam i obudziłam się dosyć wcześnie, zmęczona, z bolącą głową i senna. Słyszałam, jak ciocia Marynia wstała i krzątała się po kuchni. Potem usłyszałam głos Bronka, który coś mówił do matki. Widocznie w kuchni pili poranną kawę. Nie dawałam znaku życia, udając, że jeszcze śpię. Nie miałam ochoty widzieć ani Bronka, ani tym bardziej jego matki.
    W przedpokoju rozległy się kroki cioci, zmierzające w stronę mego pokoju.
- Nie! - rozległ się ściszony głos Bronka. - Niech jej mamusia nie budzi. Ona wczoraj bardzo źle się czuła. Powinna wypocząć.
    Domyśliłam się, że ciocia chciała mnie zbudzić, bo była niedziela i oboje z Bronkiem szli do kościoła na nabożeństwo. Nie miałam najmniejszego zamiaru towarzyszyć im, i dalej udawałam, że śpię. Dopiero kiedy usłyszałam, że wyszli i zatrzasnęli drzwi wejściowe, powoli wstałam i poszłam do łazienki wziąć prysznic. Stałam pod nim chyba z pół godziny, a gorąca woda zmywała ze mnie senność, zmęczenie i ból głowy. Potem poszłam do kuchni i zrobiłam sobie mocną herbatę z plasterkiem cytryny. Zauważyłam, że lodówka cioci Maryni jest dobrze zaopatrzona, a na półkach szafek pełno było paczek z kawą, zagraniczną herbatą, a także południowe owoce. Domyśliłam się, że to mąż Róży, z Danii, zaopatrywał rodzinę, w trudno dostępne artykuły.
    
  Odświeżona, wróciłam do pokoju i ubrałam się, robiąc staranny makijaż, aby zakryć bladość i podkrążone z bezsenności oczy. Byłabym bardzo zadowolona, żeby Bronek pozwolił mi jechać do domu samej. Lecz wiedziałam, że się na to nie zgodzi. Zresztą postanowiłam dopiero w moim domu, przeprowadzić z nim decydującą rozmowę. Poszłam do jadalni, już posprzątanej po nocy i usiadłam w fotelu, ponownie biorąc album do ręki. 
   Długo wpatrywałam się w fotografię Wandy. Ona z pewnością czułaby się w tym mieszkaniu swobodnie, bo bywała tu często, a mama Bronka była jej prawdziwą ciotką, którą znała od dziecka. Nie miałam wątpliwości, że ciocia bardzo lubi Wandę, a mnie toleruje jedynie ze względu na syna. Wstałam i przeszłam się po eleganckich pokojach, stwierdzając kolejny raz, że nie znoszę tego mieszkania i nie chcę tu zamieszkać po ślubie.
    Z pasją pomyślałam, że gdyby ten drań, Romanowicz, nie nasłał z zemsty UB-owców na dom babci, Bronek mógłby prosić dowódcę o przeniesienie i zamieszkalibyśmy tam razem z moimi rodzicami, bo dom był duży, miał dwanaście pokoi. Z niechęcią myślałam, że niedługo msza się skończy, i Orliccy wrócą do domu. Będę musiała znowu udawać dobry humor, uśmiechać się i rozmawiać, choć miałam szaloną ochotę rzucić się na tapczan i płakać, krzyczeć i bić pięściami, przeklinając mego podłego pecha. Siedząc w pobliżu okrągłego, stylowego lustra, widziałam w nim moje oczy, pełne niewypłakanych łez.
    Stuknęła winda i w zamku zgrzytnął klucz. Bronek wszedł pierwszy i skierował się do mego pokoju. Nie zastawszy mnie tam, wszedł do jadalni.
- Już wstałaś? - podszedł do mnie i podniósł mi głowę, całując w usta. - Mogłaś jeszcze wypoczywać, zrobiłbym ci śniadanie. Jak się czujesz, kotku?
- Dziękuję, dobrze.
- Głowa nie boli? Jak spałaś?
-  Już nie, a spałam tak sobie, jak to na nowym miejscu.
    Bronek pochylił mi się do ucha i szepnął:
- Bo mnie przy tobie nie było. Widzisz, nie trzeba się było upierać.
- Broniu, o której jedziemy? - pominęłam milczeniem  jego uwagę.
- Musimy zjeść solidne śniadanie, bo Ludek przyjedzie po nas przed dwunastą. Po południu będziesz już w domu.
- Cieszę się, bo pozostały mi jeszcze tylko dwa dni wolnego. Usiądź, pójdę pomóc cioci przygotować śniadanie. - powiedziałam wstając i wychodząc z pokoju.
    Śniadanie było bardzo obfite, a mocna kawa postawiła mnie na nogi. Z prawdziwą niecierpliwością zerkałam na zegar, wyczekując chwili odjazdu. Kolega Bronka przybył punktualnie o wpół do dwunastej. Pożegnanie z ciocią Marynią wypadło dosyć chłodno.
- Mam nadzieję, Izuniu, że niedługo znowu się zobaczymy. - powiedziała, całując mnie w policzek.
- Postaram się, ciotuniu. Do zobaczenia.
- Szerokiej drogi. Broneczku, uważajcie na siebie.
    Zjeżdżając windą, nagle uświadomiłam sobie, że wczoraj ciocia Marynia nie podziękowała mi za prezenty. Nie wspomniała, czy się jej podobają. Dziś również nie podarowała mi na drogę nawet paczki kawy. Rozmowa o Wandzie, bardzo ochłodziła nasze wzajemne korelacje. Ciocia niedwuznacznie dała mi do zrozumienia, że to z mojej winy, Bronek rozstał się z narzeczoną. A ja byłam pewna, że cieszy się z naszego związku i darzy mnie sympatią. Stwierdziłam, że nie należy chwalić dnia przed zachodem, a teściowej przed ślubem.
    Kolega Bronka okazał się młodym i wesołym mężczyzną. Pomyślałam sobie, że lotnictwo ma najprzystojniejszych oficerów. 
Polscy piloci ze słynnego Dywizjonu 303.
    Obaj panowie przez całą drogę opowiadali dowcipy polityczne i wspominali pobyt w Czechosłowacji. Starałam się nie okazywać braku humoru i śmiałam się z ich żartów, dorzucając jakieś dowcipne powiedzonka. Minęliśmy Wrocław, a po dwóch następnych godzinach jazdy, z radością zobaczyłam w dali wieże kościołów i domy mego miasta.
    Nareszcie! Auto zatrzymało się przed domem. Pożegnaliśmy serdecznie sympatycznego porucznika i weszliśmy po schodach, targając ciężkie bagaże.. Rodzice uprzedzeni telefonicznie, czekali na nas z niecierpliwością. Rzuciłam się mamie na szyję, a potem wycałowałam tatę. Boże, jak to dobrze być między swoimi. Równie serdecznie i z radością rodzice przywitali Bronka. Było już pod wieczór, ale czekał na nas pyszny obiad i ciasto, arcydzieło mamy.
    
   Starałam się nie okazywać zmartwienia, lecz tata znający mnie od pieluch, przypatrywał mi się z uwagą. Bronek zajęty był rozmową z mamą, opowiadając jej o naszym pobycie w Krakowie. Ojciec podszedł do mnie i położył mi rękę na ramieniu.
- Czy mieliście z Bronkiem jakąś sprzeczkę?
- Nie. Dlaczego pytasz?
- Nie cygań! Znam swoją córkę. Pokłóciliście się?
- Nie, Dopiero możemy się pokłócić, a nawet jeszcze gorzej.- odparłam z ponurą miną.
- Aż tak źle? Iza, staraj się panować nad emocjami, rozumiesz? Nie krzywdź tego chłopaka.
    Miałam ochotę krzyknąć: „To mnie skrzywdzono!” ale w porę się opamiętałam . Tata bardzo Bronka lubi i cieszy się, że zostanie on moim mężem. Może za wcześnie….. Przytuliłam się do ojca i pocałowałam go.
- To naprawdę nic wielkiego. Nie przejmuj się, tupciu. - powiedziałam z uśmiechem, ale tata raczej mi nie uwierzył.