piątek, 2 lutego 2018

SEKRETY RODZINNE - SZALEŃSTWO ZAKUPÓW!


  2 lutego 2018 r.


   Bronek, zamiłowany sportowiec, z zapałem ogląda w telewizji Letnie Igrzyska Olimpijskie w Meksyku, w których udział biorą także polscy sportowcy. Nie możemy być dłużej w Zakopanem, niż tydzień, więc korzystamy, jak tylko się da, z wolnego czasu. Trzy razy byliśmy na dancingu w Watrze, u Jędrusia, w Orbisie, i bawiliśmy się wyśmienicie. Chodzimy do słynnej kawiarni „U Kmicica” na Krupówkach i do „Orbisu” na ciastka. Kupujemy oscypki i jeździmy kolejką na Gubałówkę, skąd roztacza się przepiękny widok na cały łańcuch Tatr. W kawiarni na Gubałówce podawano wówczas naprawdę znakomitą kawę – a może woda w Zakopanem ma taki doskonały smak, nie skażony żadnymi chemikaliami.
Krupówki.
   Na Krupówkach jest mnóstwo małych i większych sklepów. W jednym z nich Bronek wypatrzył wspaniały kożuch, śnieżnobiały, ręcznie haftowany góralskimi wzorami, podbity futrem baranka. Pomimo mego oporu, zaciągnął mnie do sklepu i kazał kożuch zmierzyć. Próbowałam zaprotestować, zupełnie szczerze, bo cięgle miałam na myśli nasz ślub i podróż poślubną. Ale Bronek potrafi być uparty, wciągnął na mnie kożuch i stwierdził z zadowoleniem, że idealnie pasuje. Potem wyjął z kieszeni portfel i zapłacił cholernie słoną należność. Z rozpędu kupił mi jeszcze odpowiednią do kożucha torebkę i rękawice (żeby zimą nie nie marzły mi rączki!)
   Jeeezu! Ten chłopak się zrujnuje, ciągle za coś płaci, bo nie potrafi się targować. Wyszłam ze sklepu obładowana pakunkami, jak dromader!
- Bronek, na miłość boską, nie szastaj tak tymi pieniędzmi, bo przed nami ślub, wesele i podróż poślubna! Po co kupiłeś mi te rękawiczki? Przecież podobne, lecz o połowę tańsze, dostałabym w Krakowie, pod Sukiennicami!
    Zatrzymał się i wyjął mi z ręki paczkę z ciężkim kożuchem.
- Jeździsz zimą na wykłady i marzniesz, siedząc na dworcu i czekając na pociąg. Musisz być ciepło ubrana. Mam prawo dbać o moją żonę. - oświadczył, patrząc na mnie z czułością.
- W takim razie ja kupię coś dla cioci Maryni i Róży, bo ty wcale o nich nie pamiętasz. Przecież za kilka dni będziemy w Sopocie, a następnie w twoim domu.
- W naszym domu. - poprawił mnie Bronek.
- Tym bardziej. Mam przyjechać tam z „gołym pyskiem”?
    Naturalnie, Bronek zaraz chciał wybrać coś bardzo niepraktycznego i piekielnie drogiego, ale ja go uprzedziłam. Weszłam do sklepu z miejscowymi wyrobami i dla cioci Maryni kupiłam elegancki serdaczek, a dla Róży cieplutkie skórzane pantofle domowe, wykładane futrem. Bronek chciał jeszcze coś dokupić, ale wypchnęłam go ze sklepu niemal siłą.
    
   Za to przy obiedzie mieliśmy darmowe przedstawienie. Siedzieliśmy już przy stoliku, gdy weszła pani Mariolka ze swoim ancymonkiem. Podeszła do nas i patrząc błagalnie na Bronka, powiedziała żałosnym tonem:
- Strasznie mi przykro, panie kapitanie, że Oliwier poplamił panu sweter. Jestem gotowa zapłacić za pranie, lub odkupić sweter. Proszę wybaczyć Oliwierkowi, to jeszcze takie dziecko.
    Bronek skinął głową, nie przerywając jeść zupy.
- Nie mam o to do pani pretensji. Sweter już wyprany i nie ma powodu do zmartwienia.
    Pani Mariolka natychmiast się rozpromieniła i przycupnęła na wolnym krześle, koło Bronka.
- Jak to dobrze. Państwo mieszkacie w pobliżu mego pensjonatu. Może wieczorem wybierzemy się na jakiś dancing do Watry? Poprosiłabym kogoś o opiekę nad Oliwierem. Pan kapitan z pewnością wspaniale tańczy!...
    O zołza! Zagięła parol na mego chłopaka – niedoczekanie! Posłałam jej ostrzegawcze spojrzenie. Zanim Bronek zareagował, wtrąciłam się do rozmowy.
- Zapomniała pani o moich spodniach poplamionych przez pani dziecko. Jeszcze nie są wyprane! Na dancing chodzimy tylko we dwoje, towarzystwo trzeciej osoby byłoby kłopotliwe w tej sytuacji. Cieszę się że nie zdążyła pani wyrwać synkowi nogi z tyłka, bo widzę, że chodzi o własnych siłach, a nie o kulach. Przepraszam, chcemy być sami.
    Bronek zaczął dławić się zupą, a paskudna flirciara o mały figiel nie spadła z krzesła. Najpierw spąsowiała, potem zsiniała i zerwawszy się, niemal galopem popędziła do swego stolika i usiadła plecami do nas. Odtąd, przy spotkaniu na posiłkach, obrzucała nas wrogimi spojrzeniami i ostentacyjnie odwracała głowę. Ale wiedziałam, że gdybym, ku jej radości, skręciła sobie nogę, albo jeszcze lepiej, spadła z Giewontu, natychmiast pogodziłaby się z Bronkiem.
    Siedziałam w łazience, kiedy z pokoju dobiegł mnie przeraźliwy okrzyk Bronka. Pośpiesznie podciągnęłam majtki i popędziłam co tchu do pokoju, wyobrażając sobie, że stało się coś złego.
- Broniu, co ci się stało? - zawołałam, oglądając go z niepokojem.
    Usadowiony w fotelu. oglądał właśnie transmisję Igrzysk Olimpijskich z Meksyku. Usłyszał mój głos i odwrócił ku mnie roześmianą twarz.
- Iza, wyobraź sobie, że nasza Irka Kirszenstein, ustanowiła rekord świata w biegu na dwieście metrów z czasem 22,5! Wielki sukces!
    
Obdarzyłam go oskarżycielskim spojrzeniem.
- Z tego powodu urządzasz wrzaski i chcesz mnie przyprawić o zawał? - warknęłam z rodzącą się furią. - Byłam w łazience!
- Tak? O, przepraszam, zapomniałem. - zrobił skruszoną minę. Nie umiałam się na niego gniewać i Bronek dobrze o tym wiedział. - Już będę cicho. A ty się nie cieszysz?
- Cholernie! Szczególnie, kiedy siedzę w łazience. - wycedziłam przez zęby i wracając do toalety, zatrzasnęłam za sobą ze złością drzwi.
    Nie przepadałam w ogóle za sportem, z wyjątkiem łyżwiarstwa figurowego, gimnastyki artystycznej i konkursu skoków koni. Ale Bronek był zagorzałym kibicem meczów piłki nożnej i lekkoatletyki, i tym się różniliśmy, bo nie podzielałam jego sportowego entuzjazmu.
    Z ówczesnego pobytu w Zakopanem, zapamiętałam nasz spacer na Bogówce, pod małą krokwią. Las pokrywa tam stoki wzgórza, przechodząc w łagodną, wielką łąkę. Pod drzewami stała grupka młodych ludzi i kiedy się zbliżaliśmy, właśnie zaczynali śpiewać, jakiś chorał, czy hymn religijny. Mieli piękne głosy i znakomicie śpiewali, a pieśń płynęła ponad drzewami, w jesiennych barwach purpury i brązu, wznosząc się coraz wyżej i cichnąc. Stanęliśmy i słuchaliśmy w milczeniu, zachwyceni tym pięknym śpiewaczym popisem, ale i postawą tych ludzi, w powadze modlących się do Boga. Z pewnością nie byli to Polacy i nie katolicy, bo my nie potrafimy tak wzniośle chwalić Boga.
Zapamiętałam ten obraz na zawsze. Góry, las w jesiennej szacie i grupka stojących pod drzewami ludzi, wielbiących śpiewem Boga i naturę.
                            ------------------------------------------
    Bronek ma niesamowite pomysły. Chodziliśmy pod Gubałówkę, gdzie miejscowi górale przywożą swoje wyroby. Bronek, mający sokoli wzrok, wypatrzył u starszej góralki w koszyku jakieś żywe stworzenie.
- A co tam macie, gaździno, w tym koszyku? - spytał uprzejmie.
- A zobaczcie sami, panocku. - odparła, odchylając koc. Pod nim leżał biały śliczny piesek, mały szczeniak owczarka podhalańskiego.
- Kupię ci takiego pieska, chcesz? - roześmiany Bronek pochylił się nad koszem i podrapał maluszka za uszkami. Piesek w rewanżu polizał jego dłoń. - No, Iza, co o tym myślisz?
    Posłałam mu lodowate spojrzenie i prychnęłam ze złością.
- Owszem, kup. Tylko, że potem będziesz musiał trzy, cztery razy dziennie przylatywać, żeby pieska wyprowadzać. Studiuję i jeszcze pracuję zawodowo, więc nie mam czasu zajmować się psami.
- Tak mi tylko coś przyszło do głowy. - Bronek cmoknął mnie w ucho i poszliśmy dalej. 
   Nieznacznie obejrzałam się za siebie. Kocham psy, a piesek był taki uroczy…. Ale gaździna już ponownie przykryła go kocem. Tego dnia zrobiliśmy sobie na Krupówkach zdjęcia z „niedźwiedziem”, potem z owczarkami i na koniec w dorożce z góralem na koźle. A wieczorem szaleliśmy do północy u „Jędrusia”. Nazajutrz z samego rana, z potwornym kacem, pożegnaliśmy Zakopane, wyjeżdżając do Krakowa, skąd po południu mieliśmy pociąg do Sopotu. 
   
   Podróż autobusem minęła spokojnie, bez żadnych przygód. Z żalem żegnałam stolicę Tatr, nie przeczuwając, że minie dwadzieścia lat, zanim znajdę się tu ponownie! Wyjeżdżając z Zakopanego, mieliśmy pogodę w kratkę. Chmury ciągnęły ze Słowacji i zaczęło lekko mżyć. Ale gdy dojechaliśmy do Krakowa, nad miastem świeciło słońce i było ciepło jak we wrześniu. Zostawiliśmy bagaże w przechowalni na dworcu, a sami powędrowaliśmy znajomymi ulicami, koło Barbakanu i przez Bramę, na Floriańską.
    
   Z przerażeniem stwierdziłam, że mego chłopaka ponownie ogarnął szał zakupów. Obok Hotelu pod Różą, był prywatny sklep obuwniczy. Mieszkając w Hotelu, kilka razy oglądałam z zazdrością znajdujące się tam pantofelki. Ale dla mnie były stanowczo za drogie. Lecz Bronek wypatrzył na wystawie szałowe szpilki na metrowym obcasie, w kolarze wrzosu.
- Chodź, zmierz te pantofelki! - powiedział, biorąc mnie za rękę i mimo mego oporu, ciągnąć do sklepu.
- Broniu, mam szpilki. Tu jest drogie obuwie! Chodźmy!
- Nie, musisz zmierzyć! - upierał się, popychając mnie na wybity skórą taboret.
- Jaki numer mam podać? - zapytała z promiennym uśmiechem sprzedawczyni.
- Trzydzieści siedem! - oznajmił Bronek, nie czekając na moją odpowiedź.
    Sam przyklęknął i wsunął mi pantofelek na nogę. Kopciuszek, cholera! - jęknęłam, wyobrażając sobie, że na weselnym przyjęciu podamy gościom chleb ze smalcem, bo na nic innego nie będzie nas stać.
- Broniu, zlituj się! - szepnęłam mu do ucha. - Nie wydawaj pieniędzy!
   Udał, że mnie nie słyszy i bez targów zapłacił słoną cenę. Pani sprzedawczyni włożyła szpilki do pudełka, owinęła je ozdobnym papierem, wstążeczką i wręczyła mi pudełko z uśmiechem.
- A może twojej mamusi coś kupić? - Bronek nie przestawał się rozglądać po sklepie.
- Moja mamusia ma naprawdę nóżkę Kopciuszka. Numer trzydziesty piąty i bardzo wysokie podbicie. Sama musi mierzyć bucik. – wykręciłam się i chwyciwszy go za rękę, wyciągnęłam ze sklepu

   Nie przypuszczałam, że to dopiero początek jego szaleństwa. Na Grodzkiej był salon „Telimeny”, albo Mody Polskiej, już nie pamiętam. Pomimo moich perswazji, Bronek kupił mi w tym salonie naprawdę piękną suknię, pasującą do szpilek. Czarną, z cienkiej bielskiej wełny, z długim rękawem i z lamówkami, w tym samym kolorze wrzosu, co szpilki. Była to suknia na każdą okazję, na wieczór koktajlowy, na dancing, czy do teatru. Powiedziałam" dosyć" i zaczęłam mu wymawiać, że wydaje na mnie pieniądze zupełnie niepotrzebnie. Wzruszył ramionami i spojrzał na mnie niewinnie.
- Kotku, przecież ja tobie nic nie kupiłem. Wszystko kupuję mojej żonie, nie tobie! - oświadczył z chytrą miną.
- Tak? W takim razie oznajmiam ci, że rozwiodę się z tobą jeszcze przed ślubem. Bo nasze małżeństwo przy twojej rozrzutności, nie rokuje szczęśliwego pożycia!
- Nie rozwiedziesz się, bo mnie kochasz. - oznajmił z zarozumiałą miną.
    Machnęłam ręką i przestałam się awanturować. Pomyślałam o moich staruszkach i kupiłam w Sukiennicach, dla ojca laskę w góralskie wzory, ale zrobioną na kształt czekana, z okutą rękojeścią. Laska mogła służyć nie tylko do podpierania, ale i do obrony. Dla mamy wybrałam śliczną bluzkę ręcznie haftowaną w kwiaty, a obojgu rodzicom, góralskie kapcie domowe. 

Obiad zjedliśmy w węgierskiej restauracji i z pełnymi brzuszkami, poszliśmy na dworzec, oczekiwać na pociąg. c.d.n.