sobota, 24 marca 2018

SEKRETY RODZINNE - WEŁOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA.


24 marca 2018 r.

    Te dwa dni dzielące nas od świąt, spędziłam bardzo pracowicie. Mama, z natury wielki czyścioch, tym razem dostała prawdziwego szału na tle porządków domowych. Z moją pomocą tyrała od wczesnego rana do późnego wieczora oznajmiając nam, że na przyjazd kochanego Broneczka, mieszkanie musi błyszczeć.
    Rzeczywiście błyszczało. We wszystkich oknach bieliły się koronkowe firany, lśniły wyfroterowane parkiety i szyby w oknach, umyte pomimo mrozu! Pot lał nam się strumieniami z twarzy,, ale mieszkanie wyglądało jak nowe. Na dzień przed wigilią, tata przytargał duże, gęste drzewko i klnąc, obrabiał jego pień, nie mieszczący się w stojaku. Mama narzekała, że ojciec porysuje i zmoczy wypastowaną podłogę i porozkładała gazety na parkiecie.
    Z pawlacza wyciągnęłam pudła z choinkowymi ozdobami i dokupiłam jeszcze karton ślicznych bombek, włosy anielskie i sztuczne ognie. Sama ubierałam drzewko, wysokie aż pod sufit. Tak cudownie pachniało lasem i świeżością, w całym mieszkaniu roznosił się ten leśny zapach. Wieszając gwiazdę na czubku drzewka, o mało nie zleciałam ze stołka. W ostatniej chwili złapał mnie tata i uchronił przez upadkiem. Z satysfakcją przyglądałam się efektom mojej pracy Choinka wyglądała przepięknie.
pinterest.co.uk.
    Po szale sprzątania, mama wpadła w obłęd kucharzenia, nieustannie biegając od stołu do piekarnika i z powrotem. Piekła, smażyła, gotowała, przyrządzała, marynowała, wałkowała, nie szczędząc swoich i moich sił. Lodówka była zapchana, a dzięki mroźnemu powietrzu, można było część zapasów wystawić za okno. W kuchni pachniała wanilia i topione masło, a w pokojach świeże kwiaty rosnące w doniczkach; fiołki alpejskie i hiacynty.
W przeddzień wigilii, wystałam się trzy godziny w kolejce po ryby. Przywieziono je z hodowli dla pracowników naszego zakładu, ale zaraz zwiedziała się o tym wieś i pomimo zakazów, zabraniających wejścia na teren zakładu, nawaliło się tego luda z pół setki, kłócąc się z nami i blokując kolejkę. Strażnicy grozili, że ich wyrzucą, ale przed świętami ludzie łagodnieją i na groźbach się skończyło. Z tryumfem przywiozłam do domu trzy dorodne karpie, które na razie pływały w łazience w wannie. Mama zaklinała się, że ryby nie zabije, tata był w pracy, więc wiedziałam już, że rola egzekutora spadnie na mnie. Trudno, żeby zjeść smaczną rybkę, trzeba czasem stać się katem.
    Uwielbiam święta Bożego Narodzenia, najpiękniejsze, najcieplejsze i najbardziej rodzinne, ze wszystkich świąt. Zawsze kojarzą mi się z zapachem świeżego ciasta, bielą krochmalonych firanek, i tym nastrojem wzajemnej życzliwości, jaki wszystkich ogarnia. Zaganiani przed świętami ludzie, przestawali się kłócić i warczeć na siebie, a zaczynali się uśmiechać. Nawet w długaśnych kolejkach żartowano i śmiano się z politycznych dowcipów.
  Zaraz po powrocie z pracy, mama wzięła się do pieczenia swego słynnego sernika wiedeńskiego, a ja wałkowałam kruche ciasto do tortu i moczyłam w wodzie obrane z ości śledzie. Czekało na nas jeszcze mnóstwo ważnych i mniej ważnych czynności kulinarnych, które należało odwalić przed wigilią. Położyłam się spać taka zmęczona, że nie miałam siły zabrać się do czytania podręcznika. Machnęłam w końcu ręką i na czas świąt, postanowiłam dać sobie spokój z nauką.
    Chyba ze zmęczenia spałam bardzo niespokojnie, budząc się kilka razy. Za to rano, zegarek nie mógł mnie dobudzić i dopiero mama postawiła mnie na nogi mocną kawą. W dzień wigilijny pracowaliśmy w zakładzie tylko do dwunastej. Ale co to była za praca? Koleżanki cały czas rozmawiały o przygotowywanych potrawach, dawały sobie wzajemnie przepisy na ciasta i sałatki, opowiadały o spodziewanych gościach.
Maszyny do pisania i liczenia nie stukały tego dnia, a w biurze panował radosny nastrój. Przed nami trzy dni laby! Na stoliczku stała niewielka choinka, którą razem ustroiłyśmy. Wszyscy na pożegnanie składamy sobie życzenia wesołych świąt i wsiadamy do autobusu.
    Biegłam po schodach do domu uszczęśliwiona myślą, że za kilka godzin zobaczę Bronka.
- Nareszcie jesteś! - powitała mnie mama, otwierając mi drzwi. - Nie mam trzeciej ręki i bardzo mi jej brakuje. - stwierdziła, poprawiając na sobie poplamiony tłuszczem fartuszek. - Ojciec wróci dopiero o trzeciej, a tyle jeszcze zostało do zrobienia. Zajmij się śledziami. Broniś je lubi. Trzeba też zabić te karpie. Aha, ukręć majonez, bo ja nie mam czasu.
- Dobrze, mamo. - powiedziałam posłusznie i pobiegłam do swego pokoju, zmienić spódnicę i sweter, na domowe ciuszki.
kobieeta.pl
   Po chwili, w fartuszku i chusteczce na głowie, (w obawie przed spadnięciem włosa), ucierałam majonez, bo mama nie uznawała kupnych, doprawiałam śledzie, krajałam cebulę i obierałam ziemniaki na sałatkę.
    Kręciłam się po kuchni, nucąc razem z Czerwonymi Gitarami tę śliczną kolędę skomponowaną przez pana Krajewskiego.
                         Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy 
                         Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory.
    Ale ten dzisiejszy dzień wigilijny był bardzo ponury i ciemny. Od rana z niskich, burych chmur, padały wielkie płatki śniegu. Chwilami zrywał się porywisty wiatr, zapowiadający zamieć i zawieje śnieżne. Lecz w domu było ciepło, zacisznie i przytulnie. Pachniała choinka lśniąca od ozdób i gotujące się grzyby. Na patelni skwierczały już płaty karpi, bezlitośnie przeze mnie zamordowanych. Był jeszcze karp w galarecie, bo mama to lubiła.
    
   Sama ubrałam stół wigilijny gałązkami choinki, kładąc najlepsze sztućce i porcelanę, na śnieżnobiałym obrusie. W wigilię tradycyjnie pościliśmy, więc byłam głodna. Ślinka mi ciekła na widok półmisków z sałatkami, różnymi rodzajami śledzi i innych zakąsek. Rozwałkowałam ciasto na uszka i zajęłam się dekorowaniem tortu czekoladowego, co jakiś czas spoglądając na zegar. 
   

   Patrzyłam na wskazówki powoli zbliżające się do godziny czternastej i wyobrażałam sobie, że za chwilę Bronek wsiądzie z kolegą do samolotu i wystartują. Postanowiłam, że wyjdę po niego do pociągu. O trzeciej przyjechał ojciec i kiedy tylko się rozebrał, mama zapędziła go do robienia wódki; naszej specjalności.
- Czy doprawdy spracowany mężczyzna nie może sobie odpocząć w tym domu? - jęczał tata, biorąc się do rozpuszczania cukru w rondelku.
- Niech mężczyzna nie narzeka, bo będą pyszne smakołyki do jedzenia, to się wzmocni. - pocieszyła go mama, i pogładziła tatę po łysince.
W radiu śpiewał Bing Crosby. Złożyłam ojcu ukłon i zaprosiłam go do tańca.
- A czy to tak wypada, przy wigilii? - zastanawiała się głośno mama.
- Dlaczego nie, to przecież takie radosne święto. - odrzekł tata, zarzucając sobie ściereczkę do naczyń na ramię, niby szal.
    Tańczyliśmy w kuchni, obijając się ze śmiechem o meble. W końcu i mama przyłączyła się do nas, stawiając przekornie kroki walca do slow-foxa.
- Nie chce mi się wierzyć, że za kilka dni, nasza Iza będzie już mężatką! - westchnęła i nieznacznie otarła oczy.
- Najwyższy czas! - zawyrokował tata i zakończywszy rodzinny taniec, zabrał się z powrotem do robienia wódki i przelewając ją do karafki.
- Iza, weź się do robienia uszek! - zawołała mama, wracając do normalnych zajęć.
    Co chwilę dzwonił telefon, bo przyjaciele i znajomi składali nam życzenia świąteczne. O siedemnastej wyjrzałam przez okno, ale nie można było marzyć o pierwszej gwiazdce. Niebo zaciągnęło się grubymi chmurami, z których padał gęsty śnieg, okrywając miasto grubą białą kołdrą. Pięknie wyglądały drzewa w niewielkim parku przy domu, z konarami pokrytymi śnieżnym puchem.
    Prawdziwe polskie Boże Narodzenie. - pomyślałam, odchodząc od okna. Wszystko było już gotowe do wigilii. Stół zastawiony półmiskami, błyszcząca choinka. Tata, domorosły elektryk, podświetlił choinkę małymi, kolorowymi żaróweczkami. Zapadał wieczór i nadchodził czas, żeby się przebrać do wigilii. 

   Sąsiedzi już świętowali, bo zza ściany dochodziły śpiewane chórem kolędy. My czekaliśmy na Bronka. Bardzo chciałam się mu podobać, więc zrobiłam szczególnie staranny makijaż i fryzurę. Ubrałam biały jedwabny golf i długą czarną spódnicę. Na szyi zawiesiłam bursztynowy naszyjnik, który kupił mi Broniś w Gdańsku. Mama w małej czarnej i koralach, wyglądała tak młodo, a tata w galowym mundurze górniczym, bardzo dostojnie. Wszyscy siedzieliśmy w jadalni, oczekując godziny dwudziestej, kiedy miał przyjechać pociąg. Tata włączył telewizor, bo właśnie transmitowano wigilijny koncert chopinowski prosto z zasypanej śniegiem Żelazowej Woli. Grał, jak zwykle pięknie, pan Adam Harasiewicz.1
Zima w Żelazowej Woli.
   Rzuciłam okiem na zegar i wstałam. Dochodziła ósma.
- Idę na stację po Bronia. - powiedziałam.
- A nie całujcie się długo po drodze, bo potrawy stygną! - zawołał za mną tata. - Ja jestem głodny!
W moim pokoju ubrałam biały kożuch zakopiański. Rzuciłam okiem na dużą fotografię Bronka, stojącą na stoliczku przy wersalce. Miał na niej takie roześmiane oczy. Określenie, że czyjeś oczy są niebieskie, może oznaczać, że w istocie są szare, zielone lub bladoniebieskie. Ale jego oczy były naprawdę niebieskie, jak bławatki w lecie, lub czysty błękit nieba. Kochałam je, kiedy wpatrywałam się w nie z bliska, gdy się kochaliśmy. Wtedy były ciemnoniebieskie i głębokie, tonęłam w nich.
    Włożyłam kozaki i kożuch, okręciłam głowę szalem i wyszłam. Na ulicy momentalnie owiał mnie lodowaty wiatr, ciskając w twarz gęste płatki śniegu. Na dworcu nie było wielu podróżnych, tylko kilka osób czekało, jak ja, na przyjazd gości. Minęłam w holu kiosk z gazetami i wolno wyszłam na peron. Do przyjazdu pociągu z Wrocławia brakowało kilku minut. Przechadzałam się po peronie, przytupując, bo wieczorem temperatura spadała, obniżona jeszcze przez wiejący północny wiatr. Rozglądając się po peronie, wspominałam nasze czułe pożegnanie, kiedy odjeżdżał w czasie ostatniej wizyty.

   Ochrypły głośnik oznajmił zbliżanie się pociągu. Westchnęłam, uszczęśliwiona myślą, że za chwilę znajdę się w ramionach mego chłopaka. Z dala ujrzałam światła nadjeżdżającego pociągu, który cały zasypany śniegiem, wtoczył się ciężko na stację. Wysiadło dużo ludzi, aby w ostatniej chwili zdążyć na wigilijną wieczerzę. Stałam nieruchomo, wypatrując wysokiej postaci w czapce lotniczej – pierwszej rzeczy, jaką zawsze dostrzegałam. Kolejni ludzie mijali mnie obojętnie, albo witali się z oczekującymi na nich bliskimi, ale ja między nimi nie dostrzegłam Bronka.
Dyżurny machnął lizakiem, lokomotywa sapnęła i pociąg ruszył. Wagony wolno przesuwały się przede mną. Peron opustoszał, a ja dalej stałam, rozglądając się dokoła. Nikogo już nie było na stacji, prócz mnie. Bronek nie przyjechał!
Ogromnie zawiedziona powracałam do domu. Dlaczego nie przyjechał? Spóźnił się na pociąg we Wrocławiu? Zadawałam sobie te pytania wchodząc wolno po schodach do domu. Zadzwoniłam. Drzwi otwarła uśmiechnięta mama, za nią stał ojciec.
- A gdzie Broniś? - zawołała zdumiona, widząc, że wchodzę sama do przedpokoju.
- Nie przyjechał.
Na twarzach rodziców odmalował się ten sam wyraz rozczarowania i zawodu, jaki ja miałam. c.d.n.
                                                --------------------------------------
1Drugi pianista polski, który w 1955 roku otrzymał pierwszą nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina.