poniedziałek, 16 kwietnia 2018

DLACZEGO NIE LUBIĘ SŁOWA "WYKLĘTY"!




   Ostatnio byłam we Wrocławiu i wróciłam do domu bardzo wkurzona, stojącymi w parkach i na skwerkach tablicami ku czci Żołnierzy Wyklętych. Przypomniało mi się zaraz wydarzenie z dawnych lat, które mogło się skończyć dla mamy i dla mnie dramatycznie.
    Rok 1945 i koniec II wojny światowej, przyniósł państwom zachodnim pokój, ale nam, Polakom, zamiast poczucia dobrze spełnionego obowiązku i spokoju, dał nowego „opiekuna” i zmianę ustroju z kapitalistycznego na socjalistyczny. Współcześni historycy polscy, szczególnie z IPN-u, stwierdzają, że cały naród był przeciwny zmianie ustroju, jak bardzo protestował i buntował się, przeciwko wprowadzanym zmianom.
    To twierdzenie jest może wiarygodne dla ludzi urodzonych w latach 1960-tych, 80-tych i 90-tych, czy 2000, ale nie dla osób, które były świadkami tych przemian. Przedwojenna Polska, podnosząca się po 126 latach niewoli, pomimo spektakularnych sukcesów gospodarczych i przemysłowych, była państwem na dorobku i duża część społeczeństwa żyła w ubóstwie, a czasem w skrajnej nędzy. Brakowało pracy, żywność i towary przemysłowe były drogie, a wieś z wielkimi majątkami i dziedzicami, tkwiła jeszcze w XIX wieku. Miliony Polaków żyły na skraju ubóstwa.
    Toteż reformy nowego ustroju, przynoszące tym najbiedniejszym; pracę, darmowe nauczanie, opiekę lekarską, porządne mieszkania, oraz ziemię małorolnym i bezrolnym chłopom, były przez dużą część społeczeństwa przyjęte, jeśli nie z entuzjazmem, to z dużym zadowoleniem. Dawały dorosłym i ich dzieciom szansę na lepsze, godniejsze życie.
   Oczywiście, nie wszystkie klasy społeczeństwo polskiego tak postrzegały nowy ustrój. Arystokracja i ziemiaństwo polskie, wyrzucane z rodowych siedzib, pozbawiane majątków, więzione i prześladowane, nienawidziły nowego ustroju. Inteligencja polska także w większości nie akceptowała nowej władzy i nie godziła się na obecność na terenie Polski wojsk radzieckich, uważając ich za nowych okupantów.
    Młodzi ludzie, będący w czasie wojny w szeregach Armii Krajowej, także często nie odnajdywali się w nowej rzeczywistości. Byli więzieni i torturowani, a nawet skazywani na śmierć i traceni. Okupacyjna konieczność konspiracji, skłaniała niektórych do walki z nową władzą z bronią w ręku. Nie zdawali sobie sprawy z faktu, iż byli okłamywani i przekonywani, że III wojna światowa lada dzień wybuchnie, przynosząc Polsce prawdziwą wolność. Wierzyli w to, pozwalając sobą manipulować. Byli i tacy, co szli do lasu, przystając do oddziałów pseudopartyzanckich, a nawet band, rabujących i mordujących ludność w małych miasteczkach i wsiach, rzekomo w celu ukarania ich za popieranie reformy rolnej, czy wstąpienia do milicji. O ile, zastrzelenie UB-owca, torturującego patriotów, miało jakiś sens, o tyle zabicie chłopa i jego rodziny, za przyjęcie ziemi od państwa, czy zwykłego milicjanta, najczęściej nie mającego nic wspólnego z polityką, było zwykłą zbrodnią.
    Podłością i zbrodnią, było nakłanianie młodych ludzi, do wstępowania do tajnych organizacji podziemnych. Szukano takich ludzi w sferach inteligenckich i na uniwersytetach, wmawiając im, iż tylko oni mogą poderwać naród do walki z komunistycznym okupantem Polski. Zwykle byli to naiwni i ideowi młodzi ludzie, którzy uwierzyli w tą agitację. Nie zdawali sobie sprawy, że społeczeństwo polskie umęczone sześcioletnią okupacją, pragnie spokoju i stabilizacji. W przeciwieństwie do czasów wojny, naród ich nie poprze. Będą osamotnieni walczyć z wiatrakami, do tragicznego końca.
    Był rok 1948. Spotkało nas nieszczęście. Biedna mama ciężko zachorowała na zapalenie ucha środkowego, Musiała mieć operację trepanacji czaszki w Klinice Otolaryngologicznej we Wrocławiu. Operował ją znakomity prof. Zaleski, który z całym personelem medycznym, lekarzami i pielęgniarkami zakonnymi, przybył ze Lwowa. Po operacji, mama była przez dłuższy czas pod obserwacją i musiała jeździć do Wrocławia na badania kontrolne. Zwykle jeździłam razem z mamą, żeby dotrzymywać jej towarzystwa, a także pomóc w razie zasłabnięcia. Miałam dziewięć lat i byłam bardzo samodzielna i rozgarnięta, jak na swój wiek. To był chyba styczeń, bardzo mroźny i śnieżny. Dzień kończył się prędko i wcześnie zapadała zimowa noc. W zrujnowanym Wrocławiu, zatrzymywałyśmy się z mamą zwykle u ciotki, mieszkającej w pięciopokojowej willi, w pięknej dzielnicy Biskupin. Cała cicha, pełna drzew i ogrodów ulica, zamieszkana była przez znakomitości wrocławskiej kultury, nauki i medycyny. Niedaleko płynęła Odra. Ciotka mieszkała z dorosłą córką, wynajmując trzy pokoje studentkom.
    Tego dnia w klinice pacjentów było tak wielu, że dopiero około 16-tej, udało się mamie dostać na badanie kontrolne. Lekarz polecił jej, żeby zgłosiła się jeszcze następnego dnia, celem zrobienia zdjęcia rentgenowskiego głowy. Nie mogłyśmy wrócić do domu i musiałyśmy przenocować u cioci. Wyszłyśmy z kliniku już o zmroku. Zrujnowane miasto robiło przygnębiające wrażenie. Wprawdzie obok kliniki domy ocalały, lecz miasto było jeszcze słabo oświetlone i zaśnieżone. Wsiadłyśmy do tramwaju i pojechałyśmy w stronę Mostu Zwierzynieckiego. Rozmawiałyśmy z sobą ściszonymi glosami, wspominając niedawną wizytę cioci Maryni, najstarszej siostry ojca. Była bardzo zmartwiona, opowiadając nam o Marku, naszym bliskim krewnym, młodym studencie Uniwersytetu Jagiellońskiego.
    Wychowany w krakowskiej, bardzo zamożnej profesorskiej rodzinie, wybitnie uzdolniony matematycznie, nagle zaczął interesować się polityką. Rodzice byli temu przeciwni, obawiając się, że zaniedba studia. Zresztą w tym czasie zajmowanie się polityką było ryzykowne i niebezpieczne. Ale Marek zlekceważył ostrzeżenia rodziców i zaczął znikać na całe dnie z domu, spotykając się potajemnie z jakimiś osobami, o których nie chciał mówić.
    Ja tylko raz widziałam Marka, w czasie naszej wizyty u wujostwa w Krakowie. Był moim dalekim kuzynem, bardzo przystojnym, młodym mężczyzną. Byłam nim nawet trochę zauroczona i może dlatego tak dobrze go zapamiętałam. Będąc synem kuzynki babci, czasem latem przyjeżdżał do dziadków, bo bardzo lubił dziadka Tadeusza i owoce z naszego ogrodu. Dziadkowie także byli życzliwi, przepowiadając mu świetną karierę naukową. Lecz ostatnio jego dziwne zachowanie, niepokoiło całą rodzinę i ciocia Marynia była bardzo zmartwiona, opowiadając nam o nim. Marek, będąc niedawno u dziadków, opowiadał o prześladowaniu polskiej inteligencji w Krakowie i o niezadowoleniu młodych studentów, często zmuszanych pod presją do wstępowania do ZMP.
    Mówił, że studenci buntują się przeciwko komunistycznemu reżimowi, ale mają nadzieję, że wkrótce wybuchnie wojna Stanów Zjednoczonych Ameryki, ze Związkiem Radzieckim, i prędko wymiecie komunistów z Polski. Wtedy rząd emigracyjny  wróci do kraju z Londynu i nastaną demokratyczne rządy. Dziadkowi bardzo nie podobała się jego bezkrytyczna wiara w rychły upadek komunizmu i przestrzegał go przed mieszaniem się do polityki, lecz bezskutecznie.
- Musimy zrobić wszystko, żeby zniszczyć tę czerwona komunistyczną zarazę. - dowodził Marek z zapałem.
- To znaczy, że chcecie zafundować sobie zbiorowe samobójstwo.
- Ależ wybuchnie wojna!
- Wojny nie będzie. Wielkie mocarstwa są zbyt wykrwawione, żeby znowu rozpoczynać masakrę. - powiedział dziadek i zakończył rozmowę. Ale nie podobały mu się niebezpieczne poglądy Marka.
   Tramwaj stanął na przystanku i wysiadłyśmy. Trzeba było jeszcze przejść kawałek drogi, żeby dojść do domu ciotki. Przytulone do siebie, trzymając się za ręce, szłyśmy wąską, cienistą uliczką, po chrupiącym pod nogami śniegu. Było już widać willę, gdzie mieszkała ciotka. Stały przed nią trzy wysokie świerki kanadyjskie. Byłam zmęczona i głodna, a mama z pewnością także. Obie cieszyłyśmy się już z góry na szklankę gorącej herbaty….
- Stójcie! - razem z głosem, oślepił nas ostry błysk światła z dużej latarki.
    Stanęłyśmy osłupiałe ze zdumienia. Dopiero teraz w cieniu drzew ogrodowych eleganckich willi, dostrzegłyśmy stojące samochody i przyczajonych ludzi. Podeszło do nas dwóch mężczyzn po cywilnemu, świecąc nam w oczy latarkami.
- Pokażcie dokumenty, obywatelko. - powiedział jeden z nich.
- Nie wiem, komu mam je pokazać. -odparła odważnie mama, mocno ściskając mi rękę.
- Urząd Bezpieczeństwa! - usłyszałyśmy w odpowiedzi. - Dokumenty. Co o tej porze robicie tutaj? Mieszkacie tu?
    Mama zaczęła mu wyjaśniać, że przyjechała do kliniki na badanie, a teraz idziemy do krewnej, żeby przenocować. Czułam, że drży jej ręka i wiedziałam dlaczego. Wtedy nawet małe dzieci rozumiały, co znaczył Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, owiany straszną sławą UB! Nie wiedziałyśmy co UB-wcy robią na tej cichej, willowej uliczce.
- A gdzie mieszka wasza krewna? - zadał następne pytanie jeden z UB-owców.
- O, w tamtej willi. - mama wskazała ręką dom ciotki.
    Zauważyłyśmy, że obaj mężczyźni wymienili między sobą znaczące spojrzenia.
- Chcecie tam zanocować?
- Tak, bo jutro muszę zrobić w klinice zdjęcie głowy. - odparła mama. - Możemy już iść?
    Mężczyźni ponownie zamienili spojrzenia, a jeden z nich skinął głową.
- Idźcie.
    Pośpiesznie ruszyłyśmy przed siebie, wstrzymując się, żeby nie biegnąć. Dopadłyśmy zadyszane furtki i zatrzasnęłyśmy ją za sobą. No, nareszcie! Mama nacisnęła guzik dzwonka i przestępując z nogi na nogę, czekałyśmy, aż ciocia nam otworzy. Dosyć długo to trwało, aż usłyszałyśmy zgrzyt przekręcanej zasuwki i drzwi się uchyliły. Stała w nich śmiertelne blada ciotka i na nasz widok chwyciła się za głowę.
- Rany boskie! - jęknęła. - Po co przyjechałyście?
    Stałyśmy zdumione tak dziwnym przyjęciem. Ciotka uchyliła szerzej drzwi, wpuszczając nas do hallu. Za nią przystanął barczysty mężczyzna po cywilnemu.
- Nie stójcie na progu. Wejdźcie, a wy, zgaście światło! - polecił ciotce rozkazującym tonem.
   Zauważyłyśmy, że wszystkie drzwi do pokojów były otwarte, ale światła w nich pogaszone. W jednym, kilka studentek siedziało na łóżku, tuląc się do siebie. Ciotka zaprowadziła nas do kuchni, gdzie paliła się słaba żarówka. Mama, nie zdejmując płaszcza usiadła na krześle i załamała ręce.
- Co tu się dzieje? - spytała szeptem.
    Ciotka położyła palec na ustach.
- Dom jest otoczony, Szukają Marka!
    Mama o mało nie zemdlała z przerażenia.
- Jezus Maria, dlaczego u ciebie?
- Bo z Krakowa donieśli, że jedzie do Wrocławia.
- Dlaczego go szukają? - wyszeptała mama, oglądając się na mnie ze strachem.
- Podobno zabił milicjanta! - ciotka przyłożyła usta do ucha mamy. - Dwóch jest w mieszkaniu, więc nic nie mówcie, bo podsłuchują.
- A gdzie Wandzia? - spytała mama drżącym tonem.
- W Zakopanem, na wczasach. Oczywiście o niczym nie wie. Oni już tak trzy godziny czekają na niego. Mają dokładne wiadomości o naszej rodzinie. W Rzeszowie także byli u dziadków. Dam wam coś zjeść i zaraz się połóżcie do łóżka. Oni nie pozwalają nam rozmawiać.
    To była długa straszna noc. Nikt z nas nie spał i czekaliśmy, kiedy do drzwi ktoś zadzwoni i wtedy się zacznie piekło. UB-owcy także całą noc nie spali, każąc sobie parzyć prawdziwą kawę i paląc smrodliwe papierosy. Rano z ulicy zniknęły auta i tylko w ogródku i w domu czyhali jeszcze UB-owcy, mając nadzieję, że Marek jednak się zjawi. Ale nie przyjechał, podobno ktoś go ostrzegł i wysiadł na trasie, wracając do Krakowa. Tam został aresztowany.
    Nam nie pozwolono wyjść z domu przez dwa dni. Ojciec szalał, telefonując do ciotki i dopytując się, dlaczego nie wracamy. Mama odpowiadała, że musi robić w klinice dodatkowe badania. Dopiero po trzech dniach i zrobieniu zdjęć głowy, mogłyśmy wrócić do domu. Ta dramatyczna noc na długo została w mojej pamięci. 
   Proces Marka i jego kolegów był utajniony. Prokurator zażądał kary śmierci, Marek i drugi spiskowiec zostali straceni, jeden dostał dożywocie. Rodzinie nie pozwolono pożegnać się z Markiem.
- Bandyci nie zasługują na łaskę. - oświadczył funkcjonariusz UB, zrozpaczonej matce.
    W niecały tydzień po opisywanych wypadkach, aresztowano w Rzeszowie, siostrę ojca, łączniczkę AK, pod zarzutem obrazy towarzysza Stalina i kontaktów z nielegalnym podziemiem. W czasie rewizji, UB-owcy, zdarli ze ściany nasze drzewo genealogiczne i podeptali je, razem z fotografiami pradziadka, powstańca styczniowego. Żeby się nam odechciało jaśniepańskich wygłupów!- powiedział jeden z nich.
    Ciotka zniknęła, jak kamień w wodę. Biedna babcia niemal na kolanach błagała w Urzędzie Bezpieczeństwa, o jakąś wiadomość o córce. Niczego się nie dowiedziała. Ciotka wyszła dopiero po dwóch latach z Fordonu, prosto do szpitala dla nerwowo chorych. Miała połamane palce dłoni, a z zawodu była pianistką! Nigdy nie powiedziała nikomu o tym, co wycierpiała.
    Będąc ostatnio we Wrocławiu, przypomniałam sobie o tych tragicznych wydarzeniach. Patrzyłam na tablice poświęcone Żołnierzom Wyklętym, i myślałam sobie, że gdyby nie kłamliwa propaganda, zachęcająca polską młodzież do uczestniczenia w nielegalnych organizacjach, Marek byłby może słynnym naukowcem, przynoszącym zaszczyt swojej ojczyźnie.
    Nie ma nawet grobu.