niedziela, 22 kwietnia 2018

O KOZIE, PROUŚCIE I ZAGUBIONYM SANDALE.


Bolesławiec 22 kwietnia 2018 r.


Ostatnio modne stało się oskarżanie Polaków, o brak pomocy dla mordowanych przez Niemców Żydów. Piszą o tym ludzie, którzy wojnę widzieli w kinie, lub czytali książkę autora, również urodzonego wiele lat po wojnie. Gdy przypominam sobie lata okupacji, ogarnia mnie „śmiech pusty”, na podobne stwierdzenie. Z góry zaznaczam, że nie zamierzam tragizować i mój artykuł. wcale nie będzie dramatyczny. No, może trochę….
   Pamiętam, że wychodząc z domu, mówiło się zawsze: - "Zostańcie z Bogiem, do zobaczenia." - Ponieważ nikt, wychodząc do sklepu, po kawałek kartkowego, czarnego chleba, nie był pewny, czy do domu powróci. Nic na terenie całego kraju, nie należało do Polaków. Ani nasze mieszkania, ani nasze życie. Byliśmy podludźmi, którym okupant łaskawie pozwalał żyć - do czasu!
Fotos z filmu "Zakazane piosenki"
  Polaków nie broniło żadne prawo, żadna Konstytucja, zdani byliśmy wyłącznie na łaskę i niełaskę Niemców. Każdej chwili można było człowieka schwytać na ulicy i zastrzelić pod murem, powiesić, lub wywieźć do obozu. Każdej nocy mogli wtargnąć do naszego mieszkania i aresztować kogo chcieli, zabierając przy tym wszystko, co się im spodobało. 
Scena z filmu "Zakazane piosenki" rewizja.
   Niebezpieczne było chodzenie po ulicy w dzień, niebezpiecznie było przekroczyć o kilka minut godzinę policyjną, bo wtedy żandarm mógł spóźnialskiego natychmiast zastrzelić. Codzienną troską było zdobycie pożywienia, bo w czasie okupacji cierpieliśmy wszyscy głód. Odważne handlarki ratowały wygłodzone miasta, i z narażeniem życia przywoziły ze wsi artykuły żywnościowe; masło, ser, mięso, jaja, śmietanę, owoce. Biały chleb! Schwytane na tej „przestępczej działalności”, handlarki dostawały kulę w łeb, lub były bite do nieprzytomności, aresztowane i zesłane do obozów.
"Zakazane piosenki" wagon z handlarkami.
    Od świtu, przed sklepami ustawiały się gigantyczne kolejki ludzi, pragnących kupić kartkowy przydział żywności. Wraz z nasileniem działań wojennych, władze niemieckie wprowadzały ograniczenia żywności, węgla, wyłączano światło i siedzieliśmy wieczorami przy smrodliwych lampach karbidowych. Do dziś dnia pamiętam ich duszący smród.
   Na ulicznych słupach ogłoszeniowych, niemal codziennie ukazywały się wielkie obwieszczenia niemieckie o tym, czego jeszcze Polakom robić nie wolno pod karą śmierci, albo nazwiska zakładników rozstrzelanych za jakiś zamach na Niemców. Głód, strach i śmierć. To była nasza codzienność.
"Zakazane piosenki"
   Osobiście byłam świadkiem prowadzenia Żydów do getta i zabijania ich na oczach przechodniów. Ludzie stali na chodnikach i patrzyli. Niektórzy płakali, inni kulili się ze strachu, bo ulica obstawiona była żandarmami gotowymi do strzału. Jeden ruch, jakiś okrzyk i otwarto by do nas ogień. Za najmniejszy odruch protestu czekała surowa kara, lub śmierć. Żydzi, w analogicznej sytuacji, tak samo reagowaliby na mordowanych na ich oczach Polaków. Jak więc można oskarżać nas, że nie pomagaliśmy, że wydawaliśmy Żydów za szklankę cukru, lub kawałek chleba? Są ludzie, którzy się temu dziwią, ale oni nie przeżyli okupacji i nie wiedzą, co znaczy prawdziwy głód i strach przed śmiercią. Lecz pomimo wszystko, byli ludzie, którzy pomagali, mimo lęku o życie własne i swoich rodzin.
Okupacja. Kontrola dokumentów przez niemieckich żandarmów.
    Jak już wspominałam, w czasie okupacji panował niedostatek i głód. W domu dziadków, wygodnym i przestronnym w okresie pokoju, po wybuchu wojny mieszkało dwanaście osób, nie licząc tych uciekających z krwawych kresów wschodnich. Naczelnym zadaniem dorosłych, było zapewnienie wyżywienia mieszkańcom naszego domu, a przede wszystkim nam, dzieciom, mnie i mojej siostrze ciotecznej, starszej ode mnie o kilka lat. Zanim zaczęłam z mamą jeździć na wieś, do wysiedlonych z Poznania dziadków, byłam blada, słaba i groziła mi anemia. Koniecznie potrzebowałam mleka i mięsa. Po długim namyśle, dziadkowie zdecydowali się kupić kozę. Pasza nic by nie kosztowała, bo koza pasłaby się w naszym ogrodzie i na pobliskiej łączce. Jak pomyśleli, tak zrobili i domowe gospodarstwo powiększyło się o kozę, zamykaną na noc w piwnicy, żeby jej nam ktoś nie podpieścił. 
   
   Ku szalonej radości nas, dzieci, okazało się, że kupiona koza była ciężarna i urodziła małe koźlątko! Och, to była wielka niespodzianka i bawiłyśmy się z koźlątkiem jak z pieskiem. Duża koza dawała mleko, którego nie chciałam pić, bo cuchnęło kozą i miało dziwny smak! Po kilku miesiącach, koźlątko podrosło, a dziadkowie postanowili, że posłuży nam jako mięso na kilka obiadów. Tę decyzję trzymano przed nami w tajemnicy. Pewnego dnia koźlątko zniknęło. Szukałyśmy go po całym ogrodzie, ale bez skutku.. Koza także daremnie beczała, wzywając go do siebie.
   Tego dnia na obiad babcia podała pieczeń! Dziwnym trafem obie z kuzynką oświadczyłyśmy, że mięsa nie chcemy i pomimo namawiania, zjadłyśmy tylko jarzynę. Rzecz się wydała, kiedy ze wsi przyszła nasza była gosposia Hania, i spytała kuzynkę, czy koźlątko nam smakowało? Wtedy obie wpadłyśmy w rozpacz i głośno opłakiwałyśmy śmierć naszego ulubieńca. Pełne oburzenia, postanowiłyśmy wcale nie jeść mięsa, oskarżając babcię o okrucieństwo i morderstwo, popełnione na biednym koziołku! Patrzyłyśmy ze zgrozą na dorosłych, obżerających się mięsem. Dopiero po kilku dniach, babcia podała nam kotlety mielone, przysięgając się, że to z koniny. Cóż, byłyśmy głodne i zjadłyśmy, choć tak naprawdę, były to resztki z naszego koźlątka!
   Po zniknięciu koźlątka, stara koza zrobiła się humorzasta i wredna. Chodziła po ogrodzie i łączce szczypiąc trawę, ale lepiej było nie zbliżać się do niej. Pewnego, upalnego letniego dnia, ciocia Zosia leżała na pledzie w ogrodzie i czytała książkę Marcela Prousta „Uwięziona”1, Ciocia miała na sobie letnią sukienkę, a na ramiona narzuciła jedwabny szal z francuskiego jedwabiu. Było popołudnie, ciepło, cicho i tylko pszczoły unosiły się nad rabatkami kwiatów. Bawiłam się w pobliżu, ubrana w koszulkę i króciutkie szorty, oraz sandałki na nogach.

   Zajęta stawianiem babek z piasku, nie zwracałam uwagi na to, co się dzieje. W pewnym momencie usłyszałam dziwny dźwięk, jakby dartego jedwabiu. Odwróciłam się i zdębiałam, ujrzawszy kozę, która zdążyła pożreć pół książki Prousta, a teraz pożywiała się jedwabnym szalem ciotki, drąc go na kawałki. Wrzasnęłam i skoczyłam ciotce na ratunek. Obudzona moim głosem, ciocia otworzyła oczy i zobaczywszy co się dzieje, zdzieliła kozę w łeb resztkami książki.

  Koza zaczęła uciekać, ale na jej drodze ja się znalazłam. Nie miałam zamiaru stawiać rozwścieczonej kozie czoła, i zaczęłam uciekać, odwracając się do kozy tyłem. To był błąd! Nagle poczułam ostry ból w tylnej części ciała i jakaś siła wyrzuciła mnie w powietrze. Przeleciałam kilka metrów i wylądowałam w gęstych pokrzywach rosnących przy płocie. Rozryczałam się z bólu, czołgając się z pokrzyw, cała w bąblach! Miałam mocno stłuczoną pupę, podarte szorty i zgubiłam w locie jeden sandał, który nigdy się nie odnalazł. Chyba wcześniej znalazła go koza i pożarła.
   Od tego czasu traktowałam kozę z bojaźliwym szacunkiem, omijając ją z daleka. Koza przetrwała u nas do końca wojny, mając na sumieniu kilka innych grzechów. Rodzina chwaliła się nią, opowiadając znajomym, że jest to jedyna na świecie koza, która zna literaturę francuską, bo przeczytała Prousta!

1Piąty tom cyklu powieści Prousta” W poszukiwaniu straconego czasu”.