Moja twórczość: Kochankowie Burzy


Tom  I

    I dasz ich wszystkich wygubić za młodu.
 I pokolenie nasze zatracisz do końca ?
  Adam Mickiewicz „Dziady” III część

CZAS    MIŁOŚ CI   – grudzień 1860 – styczeń 1863 roku.

Pamięci ukochanych Rodziców i pradziada Lašzlo (Władysława) Erbana, uczestnika Powstania Styczniowego, żołnierza legendarnego pułkownika Dionizego Czachowskiego
z miłością poświęcam

P  R  O  L  O  G 
        

            Pewnej nocy powróciła we śnie do Makowa.
            Szła od strony puszczy, mając za sobą masyw Sieradowskiej pokrytej gęstym borem.  Ukochana góra, cała w leciutkiej, niebieskawej mgiełce, pławiła się w promieniach zachodzącego słońca. Z jej szczytu wzbił się orzeł i szybował bezgłośnie na szeroko rozpostartych skrzydłach wypatrując żeru.
        Nawet we śnie czuła podniecenie, zdana na łaskę tej ogromnej fali uczuć, jakie nią owej nocy owładnęły, nasilały się i rosły. Powracała do domu i pragnęła jak najprędzej dojść do celu swej wędrówki. Po chwili zobaczyła przed sobą wysoki mur porośnięty zielonym bluszczem, odgradzający park od wiejskiej drogi i stanęła przed bramą wjazdową. Na jej szczycie brakowało  tarczy herbowej z orłem i złocistą gwiazdą. Z wysiłkiem uchyliła połowę ciężkich, żelaznych wrót i weszła. Natychmiast otoczył ją ciemnozielony półmrok lipowej alei. Ogromne drzewa splotły w górze konary tworząc tunel, a gęste listowie nie przepuszczało słonecznego światła.
       To była jej ukochana aleja, sekretne wspomnienie domu, które skrzętnie skrywała w sercu i tajemna pociecha.  Przywrócenie na jedno mgnienie oka w ulotnej pamięci, takich dni jak ten, i  piękna ogromnego parku. Słyszała trzask gałązek pod stopami i prawie omdlewała, obezwładniona  narastającą falą szczęścia. Tutaj świeciło słońce, jakże inne od ostrego, palącego słońca południa. Tęskniła za jego dobroczynnymi promieniami dającymi życie. Znowu słyszała śpiew swojskich ptaków, a po pniach wyniosłych drzew  goniły się rude, zwinne wiewiórki.
            Na poboczach alei kwitły różowe, żółte i białe azalie, liliowe heliotropy, błękitne hortensje  oraz pachnące aksamitne bratki.  Przyśpieszyła kroku, mając dziwne wrażenie, że naraz wiatr zatrzymał się w locie, a ciszy nie mąci nawet chrzęst żwiru pod jej stopami. Zawędrowała do włoskiego ogrodu i  szła wzdłuż szpaleru z ligustru, pomiędzy wysokimi cyprysami. Rozglądnęła się, szukając wzrokiem  różanej altany, lecz jej nie dostrzegła. Jedynie szkarłatne róże pachniały jak dawniej, słodko i  upajająco, pnąc się po wyniosłym dębowym krzyżu. Stojący na cokole marmurowy Amorek, położył na ustach  paluszek, gestem  nakazując milczenie.
        Przyszło jej na myśl, że być  może, pomiędzy płytami pozostałymi z dawnej posadzki altany, zachowały się jeszcze ślady krwi. Przeszłość wracała do niej szeregiem obrazów wyrytych w  pamięci. Wiedziała, że miejsca zbrodni, czy to we wnętrzach, czy w sielankowym otoczeniu parku, posiadają jedną wspólną cechę: otacza  je aura śmierci, a ona  nauczyła się ją bezbłędnie rozpoznawać.
           Przez chwilę stała w miejscu nadsłuchując. Dokoła niej snuły się cienie, z zarośli dochodziły do jej uszu stłumione szepty duchów. Zdawało się jej,  że widzi smukłego mężczyznę, tulącego kobietę w białej sukni pokrytej plamami krwi. Jej rozpuszczone włosy wiły się po ramionach jak czarne węże. Szepty stawały się głośniejsze, niemal słyszała poszczególne słowa... Nagle rozległ się tętent galopującego konia, a potem przeraźliwy krzyk i dwa strzały!
            Nie, oczywiście to było tylko złudzenie, gra świateł i cieni, szum poruszanych powiewem wiatru liści. Strzały imitowało stukanie dzięcioła. O kobiecie i mężczyźnie z tamtych czasów dawno zapomniano. Ich groby porosły mchem, a napisy na nich są nie do odczytania. Alarmująco gwizdnął kos, nisko w krzakach, po drugiej stronie ogrodu. Ogarnął ją lęk, serce biło coraz szybciej, a jego uderzenia zdawały się tak głośne jak dzwon.
             To było miejsce przeklęte i powinna stamtąd natychmiast odejść.
            Oburącz uniosła krynolinę i pobiegła przed siebie tak prędko, jak tylko mogły unieść ją nóżki w safianowych pantofelkach. Czas nagle się cofnął. Znowu miała siedemnaście lat i głowę pełną marzeń. Jeszcze tylko kilka kroków i otworzy się przed nią wolny przestwór błękitnego nieba, a potem ujrzy przed sobą najukochańsze miejsce na ziemi, do którego uparcie dążyła nawet we śnie.           Nareszcie! Spomiędzy zieleni drzew wyłoniły się  kremowe ściany pałacu, wysokie okna płonęły w blaskach zachodu, podobne do wielkich rubinów. Idąc po miękkim jak dywan  trawniku, upajała się cudownym widokiem. Krajobraz był tak piękny i pełen spokoju, że patrzyła jak zaczarowana, myśląc z radością, że oto spełniły się jej marzenia i powróciła do domu.  Z granitowej fontanny przed pałacem, tryskały strumienie wody z paszcz dwóch splecionych ze sobą smoków. Słyszała spadające krople i czuła na twarzy wilgotny powiew. Powietrze, woda, gęstwina drzew, woń kwiatów, to były wspomnienia domu, powrót do lat młodości.       
            Była już bezpieczna i wkrótce spocznie pośród znajomych kształtów prześlicznych mebli, w ciszy stylowych komnat. Wszystko tam zapewne pozostało bez zmian. Uchylone drzwi do wykwintnego buduarku, pozwalają dostrzec głęboki fotel odstawiony od stoliczka, na nim otwartą książkę i batystową chusteczkę mokrą od łez. W kominku buzuje ogień, a na rzeźbionych rokokowych gerydonach, stoją bukiety cieplarnianych kwiatów w alabastrowych wazonach.               
            W malinowym salonie, na wieku fortepianu Pleyela, leżą rozrzucone w nieładzie nuty. Wieczorami grała na nim burzliwe etiudy i smutne nokturny Chopina. Na papierze nutowym krótki szkic własnej kompozycji, poświęconej ukochanemu. Idąc przez park, ani razu nie obejrzała się za siebie w  obawie, że pomiędzy drzewami może dojrzeć złocisty krzyż na wieżyczce kaplicy grobowej. A wtedy przypomni sobie wszystko, o czym nie odważyła się myśleć i pęknie jej serce.
            W pobliżu zaszczekał pies. Boże, to przecież Grot! Usłyszała za sobą szybkie, energiczne kroki i głos, najdroższy, jedyny na całym świecie głos, zawołał ją po imieniu:
            - Nino!
            Odwróciła się, wyciągnęła przed siebie ramiona i łkając ze szczęścia, pobiegła mu na spotkanie. Ale  nogi jej zaczęły grzęznąć w jakimś sypkim pyle i z trudnością mogła się poruszać. Wydała okrzyk i padła na kolana. Jej palce zagłębiły się w szarym, ulotnym pyle. Chwytała go pełnymi garściami i podniosła do oczu.
            Był to popiół, zimny szary popiół.
            Obudziła się wilgotna od potu, wstrząsana rozpaczliwym płaczem. W mgnieniu oka opanowała ją nieopisana tęsknota. Odżyło tłumione latami cierpienie i narastający ból. Szczęście przeminęło, jak przemija krótki słoneczny dzień. Uleciała młodość, odeszli bliscy. Pozostała jedynie okrutna nostalgia, nie dająca się nigdy ukoić. Od miejsc ukochanych dzieliła ją przepaść czasu, nieuchronność śmierci, granice obcych państw i ten zimny szary popiół ze zgliszcz, który dawno już rozwiały wiatry i spłukały jesienne szarugi.


R O Z D Z I A Ł   I.

                W ostatni dzień grudnia 1860 roku, przez bramę wjazdową Makowa, przetoczyła się czarna kareta. Ciągnęły ją rosłe, dobrze dobrane  konie, a stangret  i lokaj nosili liberie. Pojazd poprzedzał konny z zapaloną pochodnią, siejącą deszcz ognistych iskier.
            Nina siedząc na wytartej aksamitnej poduszce, twardej przedniej ławeczki, z największym trudem próbowała utrzymać w granicach przyzwoitości podniecenie, jakim tchnął każdy rys jej twarzyczki. Jechała na swój pierwszy w życiu bal, towarzysząc ciotce i wujowi Borutyńskim oraz kuzyneczce Bini. Tego roku, w czerwcu, ukończyła piętnaście lat i od dwóch tygodni była „śmiertelnie" i beznadziejnie zakochana w wuju Aleksie, kuzynie ciotki Marii i właścicielu Makowa.   Hrabia Aleksander  Klonowiecki  przebywał od wielu lat za granicą, mieszkając ze swoją słynną z piękności żoną w Petersburgu i w Paryżu. Powrócił do kraju jesienią, kiedy na ulice miast Królestwa Polskiego, wyległy tysiące ludzi, domagając się od cara swobód obywatelskich i reform. Nina nie pamiętała hrabiego z czasów dzieciństwa, kiedy bywał gościem w Jaśminowie u jej rodziców i zobaczyła go dopiero przed świętami Bożego Narodzenia. Przybył do Sarnik, aby złożyć wujostwu Borutyńskim kurtuazyjną wizytę, po powrocie z za granicy. Zaintrygowana zasłyszanymi opowieściami o jego urodzie i bogactwie, Nina pałała chęcią ujrzenia wuja na własne oczy. Lecz ciotka Maria,  jak zwykle, okazała się osobą bez serca, nakazując jej pozostać w swoim pokoju.  
            Rozgoryczona i pożerana ciekawością, Nina z właściwym sobie uporem, postanowiła obejrzeć gościa i usiłowała zajrzeć do salonu przez dziurkę od klucza i szparę w drzwiach. Przyłapana przez nianię na tym karygodnym występku, została przywołana do porządku mocnym klapsem.
            - Paskudnica! – wykrzyknęła niania z oburzeniem. – Jak ci nie wstyd? Chcesz  żeby pan hrabia wziął ciebie za pokojówkę? Marsz do pokoju!
            Nina z głośnym szlochem schroniła się na facjatce i tam czatowała przy oknie, podskakując z niecierpliwości i przestępując z nóżki na nóżkę. Po godzinie wuj Aleks wyszedł z dworu, żegnany serdecznie przez Borutyńskich. Wsiadając do karety, odruchowo podniósł głowę i spojrzał w górę. W oknie facjatki dostrzegł przyklejony do szyby nosek i jej buzię różową z emocji. Rozbawiony tym  uroczym widokiem, z  uśmiechem  skinął jej dłonią.
            Nina o mało nie zemdlała z wrażenia, a  mocne rumieńce i błyszczące oczy, dały wiele do myślenia niani i ciotce Marii. Od tego dnia marzyła skrycie, żeby choć raz  jeszcze zobaczyć obiekt swego uwielbienia. O mało nie oszalała z radości, dowiedziawszy się, że została zaproszona do Makowa na bal sylwestrowy.
            Jadąc karetą cieszyła się, że szalejąca od kilku dni zamieć śnieżna ucichła, a wieczorem nad Górami Świętokrzyskimi, niebo usiane było gwiazdami. Kareta przebyła długą aleję lipową i zatoczywszy krąg na cour d'honneur, zatrzymała się przed monumentalną fasadą pałacu. Stangret powstrzymał spienione konie, a lokaj zeskoczywszy z kozła, otworzył drzwiczki i opuścił stopnie. Wuj Ksawery, obudzony z drzemki mroźnym powiewem, odrzucił otulające go futra i podał rękę żonie, pomagając jej wysiąść. Obie panny pośpieszyły za nimi.
            Sień pałacowa zrobiła na Ninie wielkie wrażenie swym ogromem i przepychem. W wysokich lustrach odbijały się światła żyrandola z weneckiego kryształu. Szerokie marmurowe schody przykryte purpurowym dywanem, wiodły na piętro do sali balowej i wielkiego salonu. Lokaje wystrojeni w czarno-czerwoną liberię, peruki i białe jedwabne pończochy, pomogli państwu pozbyć się futer i ciepłych botów. Nina z nieśmiałym zadowoleniem przejrzała się w lustrze. Spod falban szerokiej krynoliny z białej gazy, wyglądały czubki jedwabnych balowych pantofelków. Gęste brązowe włosy upięte á la grecque, zdobiły bukieciki sztucznych konwalii. Przypomniawszy sobie radę niani, Nina mocno przygryzła usta i nieznacznie uszczypnęła się w policzki. Binia w przypływie siostrzanej czułości, mrugnęła do niej porozumiewawczo i troskliwie poprawiła  zawiniętą koronkową bertę. Trzymając się za ręce, wolno wchodziły po schodach, pośród świateł i kwiatów.  Serce Niny biło tak prędko, że musiała otworzyć wachlarz i ochłodzić nim rozpaloną twarz. Sędziwy kamerdyner w galowej liberii, zaanonsował uroczyście:
            - Jaśnie wielmożni państwo Borutyńscy z córką i panną Nałęczowską! .                                         Na progu  sali balowej powitała ich piękna brunetka w sukni ze złotawego atłasu, haftowanej drobnymi perełkami. Na jej szyi mienił się feerią barw diamentowy naszyjnik. Diamentowa łza lśniła na czole.
            -  Oh, chere Paulette! – wykrzyknęła ciotka Maria i obie damy zamieniły uściski. Wuj Ksawery dostąpił zaszczytu ucałowania dłoni hrabiny.
            Ciotka zaprezentowała obie panny, które jednocześnie dygnęły. Pani  Klonowiecka  podała rękę Bini i obdarzyła ją uśmiechem. Potem jej duże oczy, czarne i ocienione długimi rzęsami, zatrzymały się na Ninie, obrzucając ją zimnym, badawczym spojrzeniem, i hrabina poprzestała na skinieniu głową. Zwracając się do ciotki po francusku, skarżyła się, że po Paryżu, ta polska wiocha wydaje jej się grobem.
            Nina prawie nie zwracała uwagi na toczący się dialog, podziwiając salę balową. Przez moment doznała niemądrego, młodzieńczego wrażenia, iż ta olśniewająca wystawa jest niejako hołdem dla jej debiutu w świecie salonów. Ochłonąwszy z podniecenia, wzruszyła ramionami dziwiąc się swojej naiwności. Stwierdziła z goryczą, że ciotka przenigdy nie zabrałaby jej dziś do pałacu, gdyby wuj Aleks nie wyraził chęci poznania  córki zmarłej przed laty siostry ciotecznej. Gości przybywało,lecz bal jeszcze się nie rozpoczął, bowiem oczekiwano na przyjazd sędziwej pani wojewodziny, matki chrzestnej hrabiego oraz gościa zaproszonego przez panią domu.
            Naraz z bocznego salonu wyszedł wysoki mężczyzna. Nina rzuciła na niego okiem i wstrzymała na moment oddech. Jego jasne włosy miały odcień czystego złota, wyrazistą twarz o regularnych, pięknych rysach, ożywiały bursztynowe oczy. Wytworny frak z pewnością wyszedł spod igły paryskiego krawca, podobnie jak biała, jedwabna plisowana koszula. Atłasowa kamizelka była  arcydziełem dobrego smaku. W krawacie tkwiła złota szpila z dużym brylantem. Ujrzawszy Borutyńskich, mężczyzna podszedł do nich z uśmiechem i przywitawszy się, powiedział kilka miłych słów do Bini. Kiedy zwrócił się w stronę Niny, ta oniemiała z wrażenia.
            -  Nie wiedziałem, że wyrosłaś na taką śliczną pannę. – odezwał się uprzejmie.
            Nina przełknęła gwałtownie ślinę, dławiąc się i przeklinając swoją nieśmiałość. Rozpaczliwie szukała słów, które nie brzmiałyby banalnie, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. W końcu złożyła mu tylko ukłon i szepnęła:
            - Dziękuję panu hrabiemu. – zarumieniła się przy tym, wyobraziwszy sobie, że zachowuje się jak tępa  gęś. Jej maniery zwykle były swobodne, lecz jedno spojrzenie jego oczu sprawiło, iż doznała czegoś na kształt amnezji. Ciotka Maria popatrzyła na nią z dezaprobatą:
            -  Olesiu. – powiedziała z wymuszonym uśmiechem. – Zechciej mnie odprowadzić do kanapy.
            Przeprosił, podał jej ramię i poszli w głąb sali, a obie panny podążały za nimi. Hrabina zaprosiła wuja Ksawerego  do bocznego salonu, gdzie znajdowała się palarnia, stał stół bilardowy i stoliki kryte zielonym suknem. Siedzący przy nich panowie grali ostro o duże pieniądze. Idące za ciotką dziewczęta, z rozchylonymi ustami rozglądały się  po ogromnej sali. Jej sufit wspierały rzędy marmurowych kolumn, zaś biały jedwab, jakim obito ściany, podtrzymywały u góry złocone listwy. Ogromny kominek z chęcińskiego marmuru sięgał niemal stropu. Rokokowe freski zdobiły supraporty  i podłużne panneau. Pod kolumnadą stały złocone mebelki, a posadzka gładka i błyszcząca przypominała taflę lodu.
            Hrabia podprowadził kuzynkę do wielkiej kanapy i ucałowawszy jej dłoń, odszedł witać przybywających wciąż gości. Ciotka usadowiła się wygodnie, zamieniając ze znajomymi paniami hałaśliwe pocałunki. Obie panny dygnęły i przystanęły obok, pod czujnym okiem starszych dam.
            Z galerii rozległy się dźwięki skrzypiec, rozpoczynając gawota. Binia  poprawiła króciutki rękawek sukni balowej,  z cieniutkiego, różowego szyfonu i posłała Ninie kpiące spojrzenie.
            - Czy wiesz, - szepnęła, potrząsając długimi, jasnymi lokami – że wpatrywałaś się w wuja Aleksa cielęcym wzrokiem?
            - Nieprawda, bo wcale na niego nie patrzyłam! – skłamała Nina, wydymając pogardliwie wargi. Ale nogi zatrzęsły się pod nią i musiała oprzeć się o kolumnę. Chłód marmuru przejął ją dreszczem.  Odwróciła głowę, obawiając się, że Binia może domyślić się jej serdecznej tajemnicy. Pomiędzy tłumem gości, dostrzegła młodego mężczyznę idącego przez salę. Rozglądał się, jakby kogoś szukał. Miał pewną siebie minę, a w jego piwnych oczach czaiły się wesołe iskierki. Widok przyjaciela ucieszył Ninę. Świetny tancerz, był  wodzirejem na każdym balu lub zabawie. Z pewnością to właśnie ich szukał.
            -  O, jak to dobrze! – zawołała. – Spójrz, Biniu,Tadzio Siekielski  idzie do  nas. Pewnie kompletuje pary do poloneza.
            Kanapowe damy, w odpowiedzi na wyszukane komplementy młodzieńca, przywitały go bardzo mile. Spytał, czy wolno mu zaopiekować się pannami i otrzymawszy łaskawą zgodę ciotki Marii, poprowadził dziewczęta przez salę, do kanapki stojącej w cieniu olbrzymiej palmy.
            - Dlaczego Jaś nie przyjechał razem z tobą? – zagadnęła go Binia, kiedy usiedli, a lokaj postawił na niewielkim stoliczku kryształowe szklanki z mrożonym sorbetem.
            - Przyjedzie trochę później z moim ojcem. – odrzekł Tadeusz. – Musiał zająć się Kaziem Bieckim, bo ten oferma skręcił sobie nogę, skacząc z okna pokojówki. Och, przeklęty babiarz, raz się doigra! - urwał i zmieszany dodał: - Chciałem tylko powiedzieć, że Janek się spóźni. No, czego rechoczecie, jak dwie żaby w stawku?
            -  Oj, Tadziu! – Nina roześmiała się głośno. – Przerwałeś w bardzo interesującym momencie, a teraz zachowujesz się jak vieux garçon.
            -  Cicho bądź !Dzieci i ryby głosu nie mają. – odciął się nadąsany. Lekkie rytmiczne dźwięki walca przerwały im rozmowę. Tadeusz wstał i ukłonił się Bini, upominając się o obiecany taniec.-  A do poloneza przyślę ci Wacka Barycza. – powiedział do Niny.
            Stojący w drzwiach kamerdyner zapowiedział oczekiwaną panią wojewodzinę, a zaraz potem oznajmił przybycie gościa pani Klonowieckiej, pułkownika hrabiego Michaiła Andrejewicza Woroncewa. Oficera przywitał przeciągły szmer. Rosjanie rzadko bywali zapraszani do polskich domów. Galowy mundur pułkownika mieniący się od złotych haftów, niemal otarł się o żałobne kiry sędziwej damy. Wojewodzina zaledwie raczyła spojrzeć na prezentowanego jej oficera, przez zarumienioną panią domu. Równie chłodno i wyniośle przyjęła jej pocałunek. Jedynie dla chrzestnego syna znalazła czuły, matczyny uśmiech.
            Nina obserwująca tę scenę, rozglądnęła się myśląc: „Jaki to wspaniały pałac. Ile tu może być pokoi? Czterdzieści, a może więcej. Gdyby ten dom był mój, znałabym każdy jego zakątek.” Otrząsnęła się z marzeń i powitała uśmiechem zbliżającego się do niej młodego mężczyznę.
            - Dobry wieczór,  Waciu. Proszę, usiądź przy mnie.
            Stosując się do jej życzenia usiadł, lecz filigranowa kanapka zaskrzypiała ostrzegawczo pod ciężarem jego atletycznej figury. Poderwał się zawstydzony i niechcący przydeptał skraj gazowej sukni Niny. Stanowczym ruchem wyswobodziła ją spod jego trzewika, a biedny chłopak poczerwieniał i miał taką minę, jakby pragnął zapaść się pod posadzkę. Nina zatrzepotała wachlarzem i popatrzyła na niego wyczekująco. On jakby tego nie zauważył i stał przy niej zrezygnowany, wpatrując się w dywan.
            - Nie tańczysz,  Waciu? – zagadnęła go wprost.
            - Non, je ferai tapiserie – westchnął cicho. – Podeptałbym ci pantofelki. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
            -  O, bynajmniej! – zapewniła go przez zaciśnięte zęby, myśląc: „Co za bałwan!”.
            Na skinienie pana domu, orkiestra ucięła granego walca i w sali rozległy się melancholijne tony poloneza: „Adieu á la patrie.” W Europie, a szczególnie  na carskim dworze, wszelkie uroczystości i wielkie bale rozpoczynano zwykle polonezem. Echo świetności upadłego państwa żyło w muzyce, czarując słuchaczy majestatycznym patosem. Ruszył długi barwny korowód par. Nina siedziała smutna i rozżalona. Wymarzony bal przyniósł jej na razie rozczarowanie. Nie tańczyła, a Barycz stał obok, nie zdradzając ochoty do pogawędki. Tylko gdy sądził, że ona tego nie widzi, wpatrywał się w nią z tajonym uczuciem. Nina była na niego zła, bo dopóki stał przy niej, nikt nie ośmieli się prosić jej do tańca przekonany, że panna odpoczywa. Z zazdrością śledziła wzrokiem mijające ją pary.
            Doprawdy, to była potworna niesprawiedliwość losu! Na tydzień przed balem, wszystkie tańce w karneciku miała zajęte. Tymczasem teraz, zamiast bawić się, siedzi niczym kwoka na gnieździe i może tylko patrzeć. Tak bardzo pragnęła stać się dorosłą, wstąpić w ten zamknięty przed nią krąg wtajemniczenia. W świat namiętnych spojrzeń, sekretnych bilecików, tajemnych uścisków rozpalonych rąk. Marzyła, by wuj Aleks  potraktował ją jak dorosłą pannę i powiedział jej coś pięknego."Ach, mój ty,  Boże!" – westchnęła i powoli zbierało się jej na płacz.
            Pułkownik Woroncew tańczył z wrodzoną Rosjanom gracją  z panią Klonowiecką. Jego wzrok obojętnie prześlizgujący się po sali zatrzymał się nagle, obejmując badawczym spojrzeniem Ninę. Dostrzegł jej zachmurzoną buzię i płonące buntem oczy. Na sekundę ich źrenice się spotkały. Oficer uśmiechnął się domyślnie, ukazując piękne zęby. Nina prychnęła, ściągnęła brwi i odwróciła głowę, zasłaniając się wachlarzem. Jej złego humoru nie poprawiły nawet przepyszne lody „Moskovite” podane przez lokaja na srebrnej tacy. Zerknęła czy ciotka nie patrzy i odważyła się sięgnąć po kieliszek wina, ale było wytrawne  i wcale jej nie smakowało.
            Polonez się skończył. Siekielski odprowadził Binię, pytając ze zdumieniem Barycza, dlaczego nie tańczyli. Nina, znając porywczy charakter Tadeusza, wyjaśniła pośpiesznie, że pragnęła jeszcze chwilę odpocząć.
            - Rozejrzyjcie się panowie, czy Jaś nie przyjechał.– poprosiła udając, że nie widzi wdzięcznego spojrzenia Barycza.
            Zadyszana Binia klapnęła na kanapkę i z balowego ridicule wyjęła maleńką chusteczkę, osuszając nią wilgotną twarz. Odsapnęła i skinęła na przechodzącego lokaja.
            - Mam ochotę na coś słodkiego. – oznajmiła, biorąc z tacy czarkę pełną créme brûlée z malinami. – Widziałaś, jaką hrabina ma toaletę? Znać Paryż! A wuj Aleks jest naprawdę charmant. Wyobraź sobie, że kontredansa zamówił u mnie pan hrabia Popiel z zamku w Kurozwękach. Został mi przedstawiony  jeszcze w lecie, na raucie u książąt Druckich-Lubeckich w Bałtowie. Prawda, że bardzo rasowy? Hélas, nie dla mnie. – z cichym westchnieniem oblizała łyżeczkę z kremu.
            - Ależ Biniu, jesteś przecież zaręczona. – przypomniała jej Nina. – Co by na to powiedział pan Edward Świerczyński?
            Binia zachichotała.
            - Mamcia uczyła nas, iż od przybytku głowa nie boli!
            Orkiestra zagrała galopa, a kanapkę otoczył tłum młodych panów, przekrzykujących się, aby dać się usłyszeć w tym hałasie. Nina już nie miała powodu do narzekań, bo obie panny cieszyły się wielkim powodzeniem. Za to biedny Tadeusz  jako wodzirej, musiał taszczyć po sali korpulentną damę. Kiedy galop się zakończył, odprowadził partnerkę na miejsce, a sam ciężko dysząc opadł na fotel.
            - Jezu, zgrzałem się jak przy rąbaniu drzewa! – jęknął. – To barbarzyństwo, żeby człowiek zmuszony był dźwigać te kanapowe relikty. Voila, idzie Jaś!
            Poprzedzany przez służącego, zmierzał ku nim młody mężczyzna w mundurze studenta Akademii Medyko-Chirurgicznej. Niedawno założona warszawska uczelnia, prędko zasłynęła w kraju z buntowniczych nastrojów młodzieży. Jaś Borutyński był wysoki i szczupły. Miał śmiejące się błękitne oczy, jasna czupryna  opadała mu w lokach na czoło. Obie panny z głośnym piskiem rzuciły się w jego szeroko rozpostarte ramiona. Przytulił je i kolejno ucałował.
            - Zamów sobie taniec u Niny, bo potem się nie dopchasz. – poradził Tadeusz. Napił się zimnego sorbetu i wstał. – Biniu, zapraszam do walca. Kontredansa tańczę z Niną i mam już wspaniały pomysł na figurę w kotylionie. Jaka szkoda, że le reveillon bywa tylko raz w roku.
            Jaś tańczył doskonale, prowadząc Ninę pewnie i mocno obejmując jej szczuplutką talię. Wspięła się na paluszki i prędko stawiała drobne kroczki. Szeroka spódnica uniesiona  wirowym ruchem, odsłaniała jej smukłe nóżki.
            - Kazio jeszcze żyje? – odchyliwszy w tył głowę, ze śmiechem patrzyła mu w oczy.
            - Żyje i mocno chrapie, bo zaaplikowałem mu koniak. Do jutra będzie zdrowy, ale z Tadka  jest gaduła!
            - On powiedział o tym tylko nam! Co u ciebie nowego? Dawno nie pisałeś. Może już zaręczyłeś się z jakąś mieszczką?.
            - Touche! Oświadczyłem się warszawskiej syrence, ale dała mi kosza. Kotku, po diabła mi żona ? Wystarczy, że moje matczysko zamartwia się o mnie.
            Nina pokiwała głową. Od dawna domyślała się, że Jaś tkwi po uszy w nielegalnych studenckich organizacjach,oddelegowany w tym celu z kijowskiej uczelni gdzie studiował medycynę.             
            Był niesłychanie zdolny, a wybór medycyny okazał się jego powołaniem. Z natury opiekuńczy, nie mógł obojętnie patrzeć na cierpienie człowieka czy zwierzęcia. Jaś nie był z nią spokrewniony. Będąc jedynym synem nieżyjącego kuzyna wuja Ksawerego, od najmłodszych lat stał się jego oczkiem w głowie i nadzieją na odrodzenie starożytnego rodu Borutyńskich.  Z Niną znali się od dziecka i byli sobie ogromnie bliscy, jak brat z siostrą. Młody student nie lubił mówić o sobie i zaraz  zmienił  temat:
            - Spójrz,  kotku. – szepnął  jej do ucha. – Co tu robi ten Moskal i czemu się nam tak przygląda?
            Nina spostrzegła, że oficer tańcząc tym razem z ciotką Marią, zręcznie manewruje ani na moment nie spuszczając jej z oczu.  Wzruszyła z politowaniem ramionami. Doprawdy, jakiś dziwak.   Zaledwie odpoczęła po walcu, kiedy zagrano kontredansa. Tadeusz podał jej rękę i wyprowadził na środek sali .Rozległy się delikatne dźwięki muzyki, a ustawieni w dwuszereg damy i panowie, postąpili ku sobie. Zaszeleściły jedwabne krynoliny, zalśniły klejnoty na szyjach i ramionach kobiet. Dyskretnie zadzwoniły srebrne ostrogi oficera. Mieli z Siekierskim vis-á-vis z hrabiną i  Woroncewem. Tadeusz złożył ukłon Pauli,  pułkownik ukłonił się Ninie i podał jej rękę w białej rękawiczce. Panowie zamienili się partnerkami. Rosjanin patrzył na Ninę, obejmując wzrokiem jej smukłą postać. Z obłoku przeźroczystej gazy, wychylała się krągła szyja, toczone ramiona i dziewczęce piersi. Duże oczy o przedziwnej barwie, skrzyły się radością gdy oddawała się przyjemności tańca, wykonując lekko i zwinnie skomplikowane figury. Nagle poczuła,  że  Woroncow mocno ściska jej dłoń. Początkowo uznała to za odruch, lecz gdy uściski stawały się coraz dłuższe, wyrwała rękę i posłała mu spłoszone spojrzenie. Byłby przystojny, ale szpeciły go wąskie oczy o przeszywającym wzroku. Finał kontredansa Nina powitała z ulgą. Była zarumieniona i zawstydzona, bowiem odniosła niemiłe wrażenie, jakby spojrzenia oficera ją obnażały.
            W przerwie pomiędzy tańcami, lokaj poprosił ją do ciotki, siedzącej w towarzystwie pani wojewodziny. Nina o mało nie zemdlała usłyszawszy, że pan  hrabia Woroncew poprosił o pozwolenie zatańczenia z nią popisowego mazura. Nie czuła do Rosjan żadnego uprzedzenia, ale pułkownika się bała. Był  antypatyczny, a jego palący wzrok uświadomił jej, że nie jest już podlotkiem, lecz stała się kobietą. Na samą myśl, że ich popisom tanecznym przypatrywać się będzie wuj Aleks, podjęła stanowczą decyzję,  iż raczej padnie trupem, niż zatańczy z pułkownikiem. Potem oświadczyła ciotce, że ma skręconą w nogę kostce i tańczyć na razie nie może. Opór siostrzenicy zirytował panią Boratyńską. W jej osądzie młoda panienka nie powinna mieć swojego zdania, a tym bardziej głośno je wyrażać.
            - Cóż, w takim razie, - rzekła ciotka ze złowrogim spokojem  - idź na swoje miejsce i siedź tam do końca balu!
        Nina popatrzyła na nią za strachem, odwróciła się gwałtownie i połykając łzy, pobiegła przed siebie. Sędziwa wojewodzina w milczeniu przysłuchiwała się rozmowie. Dopiero kiedy Nina odeszła, staruszka podniosła się z kanapy i patrząc z góry na zaperzoną damę, odezwała się półgłosem:
            - To biedne dziecko ma więcej taktu od ciebie, Maryniu!  - westchnęła i podpierając się laską, poszła szukać chrzestnego syna i jakiś czas z nim rozmawiała.
            Tymczasem zbliżała się północ i Nina czuła się jak Kopciuszek, do którego nie przyszła wróżka. Proszona do tańca odmawiała, nawet przemówiła się z Tadeuszem, nie rozumiejącym jej dąsów.  Patrzyła na tańczące pary przeświadczona, że do końca balu skazana jest na siedzenie, niczym staruszka stojąca nad grobem. Poszukała wzrokiem wuja Aleksa, rozmawiał z jakimś starszym panem. W tym momencie wodzirej zapowiedział mazura, a Nina o mało nie wybuchnęła głośnym płaczem. Najwidoczniej hrabia usłyszał, jak  odmawia proszącym ją do tańca panom i dostrzegł jej pełne łez, zrozpaczone oczy, bo przeprosiwszy swego rozmówcę, przebrnął przez gęsty wianuszek zawiedzionych kawalerów okupujących kanapkę i ujął ją za rękę.
            - Ten taniec już dawno był mnie obiecany! – oświadczył i nie czekając  na jej zgodę, dał znak muzykom.
            Zdawało się Ninie, że zaraz umrze z radości i tylko modliła się, żeby z emocji nie dostać czkawki. Byłaby to już ostateczna kompromitacja.
            - Musiałem zapobiec rozlewowi krwi. – mruknął Aleks z udawaną surowością. – Ci młodzi ludzie  już patrzyli na siebie wilkiem i niezawodnie wysłaliby sobie wzajemnie sekundantów, gdybyś którego z nich wyróżniła.
            - Aż tak drastyczne wydarzenia nie miałyby miejsca, ponieważ ciotka zabroniła mi tańca do  końca balu.- wyznała z całą otwartością.
            Uśmiechem dał jej do zrozumienia, że doskonale o tym wie.
            Pułkownik zrozumiał rzucone mu wyzwanie, bo pobladł i odruchowo sięgnął do boku, jakby tam szukał szabli. W zamian otrzymał  wyniosłe spojrzenie i pan domu odwrócił się do niego plecami. Mazur stał się popisem polskiego temperamentu i rycerskości, a Nina zupełnie zapomniawszy o zakazie ciotki, ogarnięta słodkim szaleństwem, tańczyła radosna i wdzięczna swojemu wybawcy. Inne pary zachęcone przez wodzireja przyłączyły się do mazura. Okrzyki mężczyzn mieszały się ze śmiechem kobiet, a rozwiane suknie dam, otaczały tancerzy barwnym obłokiem.
            Przed północą muzycy musieli odpocząć, zaś panie poprosiły hrabiego, by zachciał pokazać gościom słynny ogród zimowy. Zeszli na parter, idąc za lokajem długim korytarzem wysłanym dywanem. Lokaj otworzył drzwi i ze wszystkich ust wyrwał się okrzyk zachwytu. Pod szklanym dachem, oświetlony kolorowymi lampionami, ogród zimowy tonął w soczystej zieleni. Sztywne liście palm i dracen rzucały długie cienie na marmurową posadzkę. Na środku dużej sadzawki, wielkie miedziane żaby pokryte zielonkawym nalotem, wyrzucały z pysków strumienie wody. Kolorowe rybki zwinnie przemykały pomiędzy kielichami lilii wodnych, ciągnąc za sobą welony płetw. W tropikalnym upale, powietrze ciężkie było od zapachu kwiatów i egzotycznych roślin.
            Pomiędzy kwitnącymi krzewami mimozy,  kamelii i azalii oraz drzewek pomarańczowych i laurowych, stały wygodne kanapki, wprost wymarzone do miłosnych schadzek. Młodzież rozbiegła się po ogrodzie grając z sobą w „zielone”. Aleks podprowadził Ninę do kanapki, ukrytej pod krzewem kwitnącego seledynowego bzu i pomógł jej usiąść.
            -  Chciałbym poznać cię bliżej. – powiedział, siadając przy niej. Skinął na lokaja roznoszącego owoce i napoje chłodzące i wybrawszy dużą, złocistą pomarańczę, zaczął ją obierać małym nożykiem.     – Czy zawsze zachowujesz się tak cichutko? – spytał, podając jej cząstkę pomarańczy.
            -  Nie wiem jak i co mam powiedzieć. – szepnęła, bo osoba hrabiego budziła w jej sercu nie tylko oczarowanie, lecz i zawstydzenie.
            -  Jak? Otwórz buzię i mów!  A co ? Na przykład, czy Maków ci się podoba?
            Nina momentalnie zapomniała o tremie, ożywiając się w jednej chwili.
            - Ach, tu jest jak w raju! Pierwszy raz jestem w pałacu i na balu i trudno mi wyrazić, co czuję. Boże, dałabym pół życia, żeby mieć taki dom! – wyrwał się jej okrzyk z samego dna serca. – Tutaj nie można czuć się nieszczęśliwym, prawda?
            - No, jeżeli miarą szczęścia człowieka jest  posiadanie wygodnego domu, to istotnie jestem szczęśliwy. Ale nie mówmy o mnie. Podobno niedawno powróciłaś z pensji.
            - Tak, z Warszawy. Ale nie lubię miasta, bo ono mnie przeraża. Jedynie w lesie czuję się swobodnie. – powiedziała szczerze. W swojej leciutkiej białej sukience sprawiała wrażenie kruchego motyla.
            -  Rozumiem. Młode dziewczęta lubią spacerować, marząc pośród drzew.
            - Ależ nie, marzenia są niebezpieczne. – oświadczyła z powagą. – Sam cesarz Aleksander II  powiedział przecież: „Point de reveries”.
            Spojrzał na nią zdumiony i wybuchnął serdecznym śmiechem.
            - Promyczku, jesteś taka młodziutka, a zachowujesz się jak stary, doświadczony przez życie rabin!
            Nina próbowała zachować powagę, lecz nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Jej opuszczone dotąd rzęsy uniosły się, odsłaniając głębię wielkich oczu. Aleks popatrzył na nią przekornie.
            - Coś mi się wydaje, że sytuacja wymaga mocniejszego trunku, niż ta lemoniada, którą pijesz. – zauważył. – Co powiesz na szampana?
            - Nigdy go nie piłam.
            - Zawsze musi być ten pierwszy raz. Tylko jeden kieliszek. Nie zamierzam rozpijać panienek.      Sam kamerdyner przyniósł butelkę owiniętą w białą serwetę, odkorkował i napełnił dwa kieliszki pieniącym się winem. Aleks podał jej jeden i rzekł:
            - Wznoszę toast za twój udany debiut. Niechaj  w tym nowym roku spełnią się twoje marzenia.
            Serce Niny zalała fala radości. Wypiła pieniący się napój  przekonana, że jeśli to nie jest raj, to z pewnością  jego przedsionek. Szampan był lekki, słodki i bardzo jej smakował. Oblizała się.
            - Rozbij kieliszek. – polecił Aleks. – Niech już nikt z niego nie pije.
            Bez namysłu rzuciła kieliszek na posadzkę. Rozbił się na drobne kawałeczki. On uczynił to samo. Jak większość ludzi wychowanych w wielkim świecie, Aleks lubił to, co nie miało piętna pospolitości. Nina ujęła go swoim naiwnym zachwytem, szczerością i okazywanym zaufaniem. Spojrzał na nią z czułością. Była jeszcze taka naiwna i młodziutka, nie znała życia stojąc dopiero na jego progu.
            - Obiecaj mi,  promyczku, że z każdym poważniejszym kłopotem zwrócisz się do mnie. Jestem twoim wujem, a życie ma także swoje mroczne strony, o których nic jeszcze nie wiesz. To na pamiątkę! – z pobliskiego krzewu kwitnącego bzu, zerwał seledynową kiść i podał kwiaty Ninie. Przypięła je do szarfy  i rozejrzawszy się, z przerażeniem stwierdziła, że w ogrodzie pozostali sami, bo reszta towarzystwa powróciła do sali balowej.
            -  Och, muszę już wracać! – zawołała z trwogą. – Ciotka z pewnością mnie ukarze.
            -  W takim razie chodźmy. – podał jej ramię i razem wyszli z ogrodu.
            O północy nastąpił pokaz ogni sztucznych. W niebo wzbiły się pióropusze kolorowych fajerwerków. Goście oglądali je z pałacowych tarasów, słuchając przy tym muzyki: „Ogni sztucznych” Händla. Zaraz po noworocznym toaście, pułkownik Woroncew pożegnał się zimno i nie czekając na kolację odjechał. Paula była tym faktem tak zdenerwowana, że przestała Ninę zauważać.
            Po fajerwerkach kamerdyner oznajmił,  że do stołu podano. Wielka sala jadalna znajdowała się na parterze i umeblowana była z przepychem rzeźbionymi kredensami gdańskimi. Dwa przepiękne, wysokie piece z porcelany ogrzewały salę, której ściany zdobiły obrazy holenderskich mistrzów, przedstawiające martwą naturę. Na stołach ustawionych w podkowę i nakrytych śnieżnobiałymi obrusami, leżały tafle luster oprawionych w srebrne ramy. Odbijały się w nich światła długich perfumowanych świec, osadzonych w pozłocistych kandelabrach. Mieniły się kryształy, połyskiwały wspaniałe srebra stołowe, cenniejsze od złota. Starsze towarzystwo zamieniało przy stole półgłosem francuskie frazesy, za to szare końce stołu rozbrzmiewały stłumionymi śmiechami i szeptami młodzieży.
            Po pikantnych zakąskach podano dwie zupy: żółwiową i purée á la reine z drobiu z koszyczkami z kruchego ciasta. Nina zjadła ze smakiem nieznaną jej zupę żółwiową i porcję zapiekanego móżdżku, podanego w oryginalnej perłowej muszli. Wahała się, nie wiedząc co wybrać: kaczkę w pomarańczach, czy pasztet strasburski, o którym tylko czytała. Skusił ją jednak boczek z dzika nadziewany mielonym mięsem jelenia, wędzonymi śliwkami i grzybami.  Zawinięty w roladę i upieczony na maśle na złocisty kolor, pachniał tak cudownie, że nie mogła się oprzeć. Lokaj położył na jej talerzu wskazany kawałek, ale gdy podniosła pierwszy kęs do ust, przekonała się, że mocno zasznurowany gorset uniemożliwia jej przełknięcie czegoś więcej. Z zawiścią patrzyła na panów, obżerających się bez umiaru jesiotrem, kapłonami z przepysznym nadzieniem i bażantami podanymi na srebrnych półmiskach razem z piórami ogonów. Binia próbowała piersi indyka z kasztanami, a potem nałożyła sobie solidną porcję sałatki z owoców morza. Naraz pobladła i tylko śpiesznie wypity kieliszek wina, uratował ją przed potworną kompromitacją.
            -  Oj, niedobrze mi! – wymamrotała do ucha Niny, oddychając głęboko.
            -  Bo już najwyższy czas, żeby jakaś mądra kobieta wyrzuciła do śmietnika to narzędzie tortur, w  jakie się zakuwacie. – skomentował jej skargę Jaś.
            - Mądrala! – mruknęła ponuro Nina. Była jeszcze głodna, a ominęły ją płonące lody i tort hiszpański.
    Po kolacji ponownie zaczęły się tańce. Nina będąca dziś protegée hrabiego, miała wielkie powodzenie. Ale straciła dobry humor zauważywszy, że wuj Aleks asystuje rudowłosej damie w szmaragdowej toalecie. O drugiej, ciotka Maria postanowiła wracać do domu. Wuj Ksawery grający w karty, decyzję żony przyjął kwaśno, zaś obie panny okrzykami protestu. Ale ciotka była nieubłagana i nawet sam hrabia nie zdołał jej przekonać.
            - Nie,  Olesiu. – rzekła stanowczo. – Zanim dojedziemy do Sarnik, będzie świtać. Musimy się wyspać. Mam nadzieję, że przyjedziesz z Paulinką na świąteczny obiad. Proszę, nie zrób nam zawodu.
 Poza tym nie wypada, żeby młode panny pozostawały do końca balu. Biały mazur o świcie tylko dla mężatek!
            Siedząc w karecie, Nina z żalem żegnała oddalający się pałac. Z głębin zimowej nocy nadleciał wiatr i zakołysał gałęziami drzew, osypując śnieżny pył. Zmęczona tańcami Binia wsparła głowę o jej ramię i zasnęła. „Jakże te konie się wloką!" – rozmyślała Nina, czując narastające napięcie. Cudowny wieczór sylwestrowy już się skończył i trzeba wracać do codzienności. Czuła potrzebę ruchu. Marzyła, żeby dosiąść konia na oklep i pomknąć cwałem, mocując się z wiatrem i przesadzając po drodze płoty. Do jej serca wkradła się tęsknota, jeszcze niezupełnie uświadomiona, a już bolesna. „Co się ze mną dzieje? – zastanawiała się z lękiem.- Świat wydaje mi się inny i ja jestem jakby odmieniona.” Przywołała w pamięci obraz Aleksa i wydawało się jej, że słyszy jego niski, melodyjny głos, na dłoni czuła dotknięcie jego warg. Lekki pocałunek złożony na jej rączce, przy składaniu życzeń noworocznych. Prędko zsunęła rękawiczkę i przycisnęła usta do tego miejsca, które musnął  wargami. Na  moment opamiętała się, bo ciotka Maria sprzeczała się o coś z wujem, lecz zauważywszy, że córka śpi, umilkła, pozwalając Ninie wrócić do przerwanych marzeń. „Chyba mnie diabeł opętał!  Dlaczego musiałam zadurzyć się w wuju Aleksie? Jezus Maria, to przecież grzech i ksiądz proboszcz nie da mi rozgrzeszenia. A jeżeli ciotka Maria coś przewącha, to wypędzi mnie z domu. A może mnie się tylko tak zdaje?” – polemizowała ze swoim sumieniem. – Tylko we francuskich romansach zdarzają się takie coup de foudre. Zmówię pacierz, wyśpię się i może mi przejdzie."  
            Jasno zdawała sobie sprawę z przepaści, dzielącej ją, ubogą sierotę żyjącą na łaskawym chlebie u bogatych krewnych, od wielkiego pana, arystokraty, właściciela ogromnego majątku. Jej miłość była dowodem nie tylko bezdennej głupoty, ale i grzechem, bowiem hrabia był ciotecznym bratem jej matki, mężczyzną starszym od niej o wiele lat, żonatym z piękną światową damą. Kimże  była ona w porównaniu z hrabiną Paulą? Przypomniały się jej kazania proboszcza o karze za grzechy i spuściła głowę przekonana, że Bóg nie ścierpi takiej jak ona grzesznicy i lada moment porazi ją piorunem. Zacisnęła mocno powieki i oczekując nagłej śmierci, pokornie szeptała akt skruchy i przyrzeczenie poprawy.
            - Co ty tak mamroczesz? – ciotka Maria czujnie pochyliła się ku niej.
            Przywołana jej głosem do przytomności, Nina aż podskoczyła na ławeczce i poczuła zimny dreszcz strachu. Nie cierpiała ciotki Borutyńskiej za jej bezpodstawną surowość i niesprawiedliwość.
            -  Odmawiam pacierz, ciociu. – odpowiedziała spokojnie i wyjrzała przez zaśnieżoną szybę.
            W oddali był już widoczny rząd strzelistych włoskich topoli w alei prowadzącej do dworu oraz wielki masyw domu. Na piętrze, w oknie facjatki, świeciło się światło. Nina uśmiechnęła się rozczulona. To niania oczekiwała na jej powrót.  Pomyślała  z nadzieją, że może miłosierny Pan Bóg zmiłuje się nad nią i pozwoli jej jeszcze trochę pożyć, żeby mogła pokutą naprawić popełniony grzech. Byleby tylko ciotka Maria nie domyśliła się niczego. W domu wujostwa traktowana była nieco lepiej niż służąca, lecz dostatecznie źle, aby boleśnie odczuwać doznane upokorzenia i zależność materialną. Ciotka Borutyńska zdecydowanie nie była osobą sympatyczną i skorą do serdeczności. Nie pobłażała nawet rodzonej córce. To samo można było powiedzieć o wuju Ksawerym. Był człowiekiem twardym, surowym i nie ustępował nikomu, z wyjątkiem żony, którą ubóstwiał i stosował się do jej rad.
            Po podróży w zimnej karecie, w domu było rozkosznie ciepło. Panny zrzuciwszy z siebie futra, powiedziały: „dobranoc” i pobiegły na pięterko, gdzie mieściły się ich pokoje. Nina otworzyła drzwi facjatki i rzuciła się na szyję starszej, korpulentnej kobiecie, w krochmalonym mocno czepeczku na siwiejących włosach i skromnej, ciemnej sukni. Jej wyraźnie władczy sposób bycia nie pozostawiał wątpliwości, że niania Jaga jest dla swej wychowanicy, jedynym liczącym się autorytetem. Jaga była niegdyś garderobianą i opiekunką matki Niny, a jej miłość do swojej pupilki i duma z niej były niezmierne.
            -Późno już, słonko. – powiedziała, patrząc z zadowoleniem na różowe policzki i śmiejące się oczy swej wychowanki. – Chodź, pomogę ci się rozebrać. – zręcznie rozpięła haftki  stanika sukni i rozsznurowała gorset krępujący jej płuca.
            Nina w westchnieniem ulgi narzuciła na ramiona sprany, barchanowy szlafroczek i opadła na krzesło. Zachłystując się z podniecenia, dzieliła się  z Jagą wrażeniami z balu, próbując opisać  wspaniałość pałacu.  
            - Wszystko to piękne, ale czas do łóżka. – przerwała niania.
            - Już? Ja wcale nie jestem śpiąca! – rzekła Nina niezadowolona z  przerwanej relacji i podniosła w górę ramiona, przeciągając się. – Wiesz, wuj Aleks był dla mnie bardzo miły. Pocałował mnie nawet w rękę! – pochwaliła się z zarozumiałą miną.
            - No, no! – sapnęła Jaga przytłoczona lawiną informacji. – Takiego bakfisza   hrabia całował w rękę?
            - Już  nie jestem bakfiszem. – oznajmiła Nina stanowczo. – Debiutowałam na balu i nawet piłam szampana!
            - Co ty powiesz? Ale to mi nie przeszkodzi, by wlepić ci mocnego klapsa, jeżeli natychmiast nie znajdziesz się pod kołdrą! – zagroziła Jaga. Wzięła grzebień i zaczęła rozczesywać włosy Niny, tak długie i gęste, że sięgały poza biodra.
            Wychowanka wykręcała się spod jej rąk, wydając przeraźliwe piski, lecz Jaga przyzwyczajona do jej codziennych wrzasków, nie przejmowała się tym wcale. Splecione warkocze wsunęła pod płócienny czepek nocny, a z szafy wyjęła nocną koszulę i kaftanik. Pomimo tuszy poruszała się z zadziwiającą lekkością. Strzepnąwszy poduszki, posłała Ninie wyczekujące spojrzenie.
            - Do łóżka! – ponagliła.- Nie potrząsaj głową. To nie uchodzi dobrze wychowanej panience.
            - Kiedy ja jestem głodna! – poskarżyła się Nina i poklepała się po żołądku. – O, słyszysz,  burczy mi w brzuchu.
            - Masz maniery pomywaczki! Prawdziwej damie nigdy nic nie burczy. Tyle razy mówiłam ci, że nie wypada tak się wyrażać.
            Kodeks moralny Jagi, opierał się na zasadzie:„wypada – nie wypada”. Gderając pod nosem, podreptała do kuchni i niebawem powróciła, niosąc na tacy szklankę ciepłego mleka i grubą kromkę razowego chleba z masłem i miodem. 
            - Zjedz i natychmiast się połóż. – rzekła surowo, stawiając jedzenie na stoliczku. – Od świtu jestem na nogach, a teraz ty wracasz z balu i w środku nocy zawracasz mi głowę jakimś fiu-bździu. To naprawdę nie na moje siły. – zrzędziła, jednocześnie obserwując z macierzyńską miłością jak Nina zatapia białe ząbki w razowym chlebie, oblizując paluszki umazane miodem.
            Nina była dumą jej życia i ukochaną pociechą, choć często miała z nią mnóstwo kłopotów wychowawczych, starając się wykorzenić z niej upór, zapalczywość i skłonność do fantazjowania. Niestety, miała z tym twardy orzech do zgryzienia, a jej wysiłki przynosiły bardzo mizerne rezultaty.
            - Nianiu, przecież ty znałaś hrabiego, prawda? – Nina przełknęła ostatni kęs chleba i starannie oblizała białe wąsy z mleka.
            - Tak. – Jaga przysiadła na łóżku i  pomasowała zbolałe nogi. – Starszy pan hrabia przywiózł go na dwór pani marszałkowej, twojej babki, kiedy matka panicza zmarła na skira. Pani marszałkowa zaopiekowała się siostrzeńcem. – Jaga zamyśliła się, przypominając sobie chudego wyrostka, bawiącego się z pannami w serso na trawniku przed dworem. – Jeszcze jest taki piegowaty? – spytała.     Usłyszawszy to bluźnierstwo Nina o mało nie spadła z krzesła.
            - Nie wypada tak mówić! – zawołała rozgniewana.
            - Myślisz może, że hrabiowie nie mają piegów? – Jaga z lekceważeniem wzruszyła ramionami. – Otóż mają, a panicz Aleks był piegowaty jak indycze jajo!
            Nina pominęła zuchwałą uwagę niani dyplomatycznym milczeniem.
            - Jest piękny.- szepnęła rozmarzona. - Zobaczysz go jutro na obiedzie.
            - Hm, a pani hrabiny na balu nie było? – spytała Jaga niewinnym tonem.
            - Była! – Nina gniewnie wydęła wargi. – Miała paryską toaletę i cały sklep jubilerski na sobie.
            - Powiadają, że jest bardzo piękna. – rzekła Jaga udając, że na nią nie patrzy.
            Nina miała dziwny wyraz twarzy. Niania zawsze domyślała się jej prawdziwych intencji i wyrażała to często w sposób raczej nietaktowny. Nie miała co do swej pupilki złudzeń i dokładnie widziała jej wady. Nina nigdy nie mogła się pochwalić, że na długo wprowadziła Jagę w błąd. Podejrzliwie zerknęła na nianię i bezwiednie zakręciła się po pokoju, jakby nie wiedząc co ze sobą  zrobić. W jej oczach zalśniły duże łzy.
            - Jest wstrętna! Nienawidzę jej! – krzyknęła łamiącym się głosem i wybuchnęła płaczem, zakrywając twarz dłońmi.
            - Ciszej, kotku, jeszcze ciotka usłyszy! – ostrzegła Jaga.
            Nina momentalnie ucichła, lecz  pociągała noskiem na znak, że czuje się bardzo nieszczęśliwa. Wzdychając, ubrała nocną koszulę, kaftanik i wskoczyła do łóżka. Przyjemnie było otulić się kołdrą i spocząć w pościeli pachnącej lawendą, kiedy za oknami rozhulała się zawierucha i wyła w kominie. Jaga ucałowała ją w czoło i nakreśliwszy nad nią krzyż, poszła do swojej izdebki, zdmuchnąwszy przedtem świeczkę. Nina pozostała sama i wsłuchiwała  się w odgłosy wichury, szarpiącej źle przymocowaną okiennicą, która przeraźliwie skrzypiała. Grudki śniegu uderzały o szyby, wydając odgłos, jakby ktoś przesypywał kaszę.
            Znajomy od dzieciństwa pokój, nagle wydał się Ninie obcy i tajemniczy. Za oknem była ciemna, burzliwa noc styczniowa, a gałęzie krzaka bzu, miotane wichrem, szurały po ścianie, dając efekt skradających się kroków. Noc i samotność, przywodziła jej na myśl ogromne pola, skąd nadlatywały dziwne głosy pełne tęsknoty i nieopisanego smutku. W wyobraźni widziała stare cmentarzyki wiejskie, opuszczone i zapomniane, gdzie już nikt nie przychodził, aby się modlić i tylko wiatr wygrywał na zmurszałych krzyżach straszliwe melodie tańca śmierci. W pokoju czaił się strach. Skrzypiał deskami podłogi, a w ciemności snuły się cienie chybotliwe i groźne.
            Nina była już bardzo zmęczona i senna. Pod spuszczonymi powiekami przesuwały się widziane tego dnia obrazy. Wspaniała sala balowa, piękna twarz Aleksa, wirowały pod jej powiekami, nakładając się na echo walca i błyski diamentów na szyi hrabiny Pauli. Prześladowały ją oczy Woroncewa, wpatrzone w nią uporczywie. Wszystko razem tworzyło w jej głowie chaos. Ziewnęła, wtuliła twarz w poduszkę, opierając policzek na złożonych dłoniach.
            Zasnęła i wtedy nawiedził ją upiorny sen.
            Znajdowała się w gęstym borze pokrytym grubą warstwą śniegu. Z białych oparów mrozu, wyłaniały się widmowe sylwetki niebotycznych jodeł. Kurcząc się z przejmującego do kości zimna, czołgała się na kolanach pilnie czegoś szukając. Próbowała przypomnieć sobie, dlaczego znalazła się w lesie i czego szuka w tym miejscu, ale pamięć ją zawodziła i tylko męczyła się, czując narastający strach i okropną rozpacz. Przed nią i za nią wynurzały się złowrogie cienie, zdające się szeptać jej imię, przywoływać ją do siebie. Dyszała ciężko, chwytając rozchylonymi ustami lodowate powietrze. Pewna była, że za moment znajdzie to czego szuka, a wtedy pęknie jej serce. W głowie czuła płomienie, ból rozsadzał jej żebra. Chciała się modlić, lecz nie pamiętała słów modlitwy. Strach ustąpił miejsca rozpaczy i świadomości opuszczenia. Znajdowała się w borze sama i lada chwila stanąć miała oko w oko ze swoim przeznaczeniem. Ośnieżona gałąź małego świerka uderzyła ją w twarz.
            Z krzykiem usiadła na łóżku, mokra od potu i trzęsąc się z potwornego przerażenia. Z jękiem przycisnęła obie dłonie do szaleńczo łomoczącego serca. Ten straszny i tajemniczy sen nawiedzał ją już po raz trzeci. Trzy razy z rzędu ukazywał się jej ten sam obraz: - puszcza pokryta śniegiem i ona, czołgająca się na kolanach w poszukiwaniu czegoś, co złamie jej serce. O Boże, gdyby tylko wiedziała czego tam szuka, może przez to sen nie byłby taki straszny.
             „ To przez ten wypity szampan.” – pomyślała, uspokajając się powoli. Po chwili ochłonęła ze strachu i położyła się ponownie, otulając się szczelnie kołdrą, bo w pokoju uczyniło się zimno. Zwinięta w kłębek przymknęła oczy i niemal natychmiast zapadła w głęboki, spokojny sen bez marzeń.
-----------------------------------------
            Nina bardzo rzadko i niechętnie powracała pamięcią do lat wczesnego dzieciństwa. Było tak cudownie spokojne i beztroskie, że niekiedy wydawało się jej jedynie nierealnym snem. Przebudzenie z tej radosnej nieświadomości było za to bardzo bolesne i  dramatyczne. Pogodny świat szczęśliwego dzieciństwa runął niespodziewanie w ciągu zaledwie kilku tygodni. Na wieść o berlińskiej rewolucji marcowej, 20 marca 1848 roku utworzono w Poznaniu Komitet Narodowy. Zamierzano wybuchem zbrojnym zapobiec podziałowi Poznańskiego i wcielenia znacznej jego części do Prus. W końcu kwietnia oddziały pruskie zaatakowały  polskie obozy wojskowe. Prowadzona przez wojska pruskie pacyfikacja napotkała zbrojny opór.
            Powstanie Wielkopolskie, źle przygotowane, przegadane, nieudolnie dowodzone przez generała Ludwika Mierosławskiego, od początku nie miało ani jednej szansy na powodzenie. Nic więc dziwnego, że 9 maja 1848 roku, zakończyło się klęską. Alfred Nałęczowski, ojciec Niny, ciężko ranny w pierś, został zabrany z pola bitwy przez zwycięskich Prusaków. Uniknął wprawdzie kary śmierci, ale sąd pruski w „drodze łaski”, skazał go na dziesięć lat twierdzy. Była to okrutna kpina ze sprawiedliwości, gdyż więzień cierpiał na suchoty. Choroba, rana i wilgotny loch twierdzy, przyśpieszyły jego zgon.
            Po raz ostatni Nina widziała ojca pewnej pochmurnej nocy majowej. Padał rzęsisty deszcz, a cały świat tonął w oparach wilgotnej mgły. Obudzona przez lokaja matka, wybiegła z domu w samym peniuarze. Za nią dreptała Jaga, trzymając w ramionach senną dziewczynkę. Pani Helena wzięła córkę z rąk niani i podała ją mężowi. W jednej chwili Nina znalazła się w mocnym uścisku ojcowskich ramion. Jego niegolony zarost drapał jej delikatną skórę. Nie była pewna, czy to deszcz, czy może łzy ojca znaczyły wilgocią jej buzię. Ucieszona jego niespodziewanym widokiem, dziewczynka objęła go mocno za szyję i całując po szorstkich policzkach, dopytywała się dokąd jedzie i kiedy wróci. Przypomniała mu, że obiecał naprawić zepsutą huśtawkę w parku. Patrzył na nią i nie miał siły wydobyć głosu. Tulił ją tylko coraz mocniej. Burka, jaką był okryty przemokła,  wydzielając niemiłą woń wilgotnej wełny. Koń parskał i otrząsał się z wody, dzwoniąc uprzężą.
            Matka zupełnie nieczuła na chłód i deszcz, wsparła czoło o wysoki, zabłocony but męża.
            - Uważaj na siebie, Alf. – szeptała zduszonym przez łzy głosem. – Wiosna taka chłodna, a ty masz słabe płuca.
            Cicha rozpacz matki przeraziła dziewczynkę. Jaga zawodziła jak na pogrzebie i łamała ręce. Na ganku stary lokaj płakał, osłaniając parasolem świecznik z płonącymi świecami. Majowa noc była zimna i Nina drżała, ale za nic w świecie nie chciała rozstać się z ojcem. Trzeba ją było siłą odrywać od niego, chociaż głośno szlochała i protestowała, czepiając się burki. Pożegnanie rodziców było krótkie. Ojciec mocno uścisnął żonę, całując jej usta i obie ręce. Zniecierpliwiony wierzchowiec grzebał kopytem i parskał, gryząc wędzidło. Po jego gładkiej sierści toczyły się krople wody.
            - Zostańcie z Bogiem. – powiedział ojciec i spiął wierzchowca ostrogami.
            Jednostajny szum deszczu prędko zagłuszył galop konia.
            To był dopiero początek nieszczęść.
            Natychmiast po upadku powstania, na Jaśminów spadli pruscy urzędnicy, jak stado czarnych kruków. Z niemiecką dokładnością opisali wszystkie ruchomości, a sam majątek został skonfiskowany w imieniu Najjaśniejszego  Pana Fryderyka Wilhelma IV króla Prus. Dziedziczce Jaśminowa polecono zapłacić wysoką grzywnę za udział męża w „buncie”.
            Pewnego strasznego dnia, Nina wyszła z rodzinnego domu, aby już nigdy do niego nie powrócić. Matka, rozpaczająca nad losem męża, opuściła dwór z dumnie podniesioną głową, nie uroniwszy ani jednej łzy. Zachowała się z wielką godnością, nie okazując bólu w obecności żandarmów, asystujących przy odjeździe dziedziczki. Zapłakana Jaga niosła za nimi skromne kuferki z niezbędnymi rzeczami osobistymi, jakie zezwolono im zabrać. Dziewczynka co chwilę odwracała głowę, wpatrując się w niknący w dali biały dwór wtulony w gęstwinę drzew. Wynajętą chłopską furką pojechały do Gniezna i zamieszkały na poddaszu obskurnej kamienicy czynszowej. Zaraz okazało się, że nie mają środków do życia. Wszystkie pieniądze uzyskane za sprzedane wspaniałe klejnoty matki, pochłonęło uzbrojenie dużego oddziału, z którym ojciec wyruszył do powstania. Na kapitałach w banku władze pruskie położyły ręce. Matka rozpaczliwie walczyła o byt, cerując i haftując cudzą bieliznę. Jaga chodziła na posługi, ale na życie nie wystarczyło i bieda wyglądała z każdego kąta. Pewnego razu na poddaszu zjawiły się panie z Towarzystwa Dobroczynnego, proponując pani Nałęczowskiej pomoc materialną. Matka przyjęła je bardzo uprzejmie i pogodnie zapewniła, że na niczym jej nie zbywa. Potraktowała panie z tak wielkopańską grzecznością, nie pozbawioną wyniosłości, że  odeszły zakłopotane. Duma okazana przez matkę, była dla Niny lekcją zapamiętaną na całe życie. Wyczekiwały wiadomości od ojca, a kiedy żaden list nie nadszedł, pogrążyły się w smutku. Nie posiadając żadnych zabawek, Nina nauczyła się czytać na starym egzemplarzu „Śpiewów historycznych” Niemcewicza. Matka ukończywszy niegdyś pensję klasztorną we Francji, dawała jej lekcje francuskiego i angielskiego oraz historii. Niania rozmawiała z dziewczynką po niemiecku, pragnąc zaoszczędzić jej w przyszłości szykan w pruskiej szkole.
            Co niedzielę, wczesnym rankiem, Nina towarzyszyła matce do katedry gnieźnieńskiej, w której niegdyś była chrzczona. Uchylając wspaniałe romańskie podwoje z XIII wieku, przedstawiające obrazy z życia świętego Wojciecha, cicho wchodziły do ciemnego wnętrza kościoła. Zaspany organista ujęty pięknością  młodej damy w czerni, pozwalał jej zasiąść za klawiaturą organów. W pustej  i mrocznej świątyni rozbrzmiewała wówczas przepiękna muzyka. Nina z zapartym tchem przysłuchiwała się mistrzowskiej grze matki. Wtedy poznała i pokochała fugi i preludia Bacha oraz wielkie kompozycje Händla. W małej dziewczynce zrodziła się głęboka miłość do muzyki i umiłowanie piękna. Spacery do katedry i na pobliski cmentarz, były jedynymi rozrywkami na jakie mogły sobie pozwolić.
            Los obszedł się z małą dziewczynką bardzo okrutnie. Spragniona była ciepła i miłości, a obcy nieznany świat napełniał ją przerażeniem. Zasypiając na twardym tapczaniku, płakała cichutko wzywając ojca. Wspominała swój błękitny pokój pełen słońca i kosztownych zabawek. Tęskniła za puchatym kotkiem Pussy i ulubionym kucykiem Tobim. Ale najmocniej, aż do bólu, tęskniła za ojcem wierząc, że pewnego dnia zjawi się na poddaszu, stanie w drzwiach i uśmiechnie się do niej, a potem zabierze je do Jaśminowa. Nie rozumiała dlaczego odszedł, pozostawiając je na pastwę niedostatku.
            Ojciec był największą miłością jej życia. W długie zimowe noce, skulona na niewygodnym posłaniu, przywoływała w pamięci obrazy szczęśliwego dzieciństwa. Była jedynaczką i rodzice darzyli ją wielką miłością, rozpieszczając i obsypując prezentami. Latem, ojciec siedząc na tarasie lubił patrzeć, jak córka  biega po trawnikach, bawiąc się z psami. Wołał  ją, a ona z rozpędem  wpadała mu w objęcia i oboje wybuchali śmiechem, obsypując się pieszczotami. Dwa razy do roku ojciec kurował  się na południu Europy i  zabierał ze sobą żonę i córkę, nie mogąc i nie chcąc rozstać się z nimi nawet na jeden dzień. Imieniny Niny, będące zarazem jej urodzinami, przynosiły dziewczynce mnóstwo cudownych niespodzianek. Szalała ze szczęścia, gdy ojciec kupił jej siwego kucyka. Odtąd towarzyszyła mu w czasie konnych spacerów, a ludzie oglądali się, zachwyceni widokiem malutkiej panieneczki w czarnej amazonce, pewnie kłusującej przy boku wielkiego ogiera, na którym jechał ojciec. Byli nierozłączni, aż do dnia wybuchu powstania.
            W nieznanym mieście Nina czuła się zupełnie zagubiona. Brakowało jej dali parkowej, z masą zielonych drzew i chmielowej altanki, gdzie latem matka czytała jej bajki biskupa Krasickiego. Tęskniła do wytwornych salonów rodzinnego domu, w którym od wieków mieszkali jej przodkowie, gromadząc dzieła sztuki.
            W rok po upadku powstania, nadeszło z Magdeburga urzędowe zawiadomienie o śmierci Alfreda Nałęczowskiego. Jaga  sama odebrała tę straszną wiadomość i powodowana  współczuciem ukryła list, nie mówiąc o nim nikomu. Matka z każdym dniem czuła się słabsza. Jesienią słaniała się po pokoju, blada i apatyczna. Czasami budząc się w nocy, Nina słyszała jej stłumiony płacz. W dzień matka nie płakała nigdy, uśmiechem dodając córce odwagi. Uczyła ją historii Polski i wspominała burzliwe dzieje starożytnego i potężnego niegdyś rodu Nałęczów.
            Śmierć matki, zmarłej przed samym Bożym Narodzeniem, spadła na dziewczynkę jak grom z jasnego nieba, pogrążając ją w otchłani beznadziejnej rozpaczy. Dopiero wtedy zrozumiała, że ojciec już nigdy nie wróci, a teraz jego śladem odeszła matka, nie mogąc przeboleć rozłąki z ukochanym. Jedyną osobą łączącą ją z przeszłością, była Jaga i Nina przywiązała się do niej namiętnie, zaborczo, niepewna, czy któregoś dnia także i niania nie zechce jej opuścić.
            Naglona listami pań z Towarzystwa Dobroczynnego, przybyła do Gniezna jedyna siostra matki, ciotka Maria Borutyńska. W niewielkim pokoju, ponurym i ciemnym, wchodzącą damę powitała mała, brzydka rudowłosa dziewczynka, patrząca na nieznaną ciotkę pokornie i z nadzieją. Widok siostrzenicy w żałobie, wycisnął ciotce z oczu kilka łez. Uzyskawszy zezwolenie władz pruskich, pani Borutyńska zabrała Ninę i Jagę do swojego majątku, leżącego w Górach Świętokrzyskich, na ziemiach zaboru rosyjskiego. Niestety, atmosfera dworu w Sarnikach, nie przypominała ciepłego, pełnego miłości klimatu rodzinnego domu. Nina z dziecinną ufnością oczekiwała, że nowi krewni okażą jej serce i otoczą troskliwą opieką. Gotowa była odpowiedzieć miłością na miłość. Spotkał ją bolesny zawód, ale nigdy nie wyznała, co wtedy czuła. Zamknęła się w sobie, cierpliwie znosząc szykany ciotki.
            W miarę upływu czasu, pani Borutyńska stawała się dla niej coraz bardziej surowa, wymawiając siostrzenicy każdy zjedzony kawałek chleba. Groźny, niedostępny wuj Ksawery, nawet nie ukrywał, że dziewczynka jest mu ciężarem, którego chętnie pozbyłby się z domu.
            Możliwe, że źródłem niechęci ciotki była matczyna zawiść. Z biegiem lat, z brzydkiego, zamkniętego w sobie dziecka, Nina rozwinęła się i rozkwitła w niepospolicie piękną dziewczynę. Najpierw zauważało się jej oczy, szaroniebieskie, przeźroczyste jak woda, w oprawie długich ciemnych rzęs. Mieniły się jak klejnoty  pod łukami brwi. Te przepiękne oczy nadawały charakter całej twarzy, o klasycznych rysach kamei, małym nosku i upartym podbródku. Po słynnej z urody matce, Nina odziedziczyła wysmukłą figurę, piękne dłonie i  maleńką  nóżkę oraz wspaniałe włosy o barwie jesiennych kasztanów. Ciotka, przenosząc wzrok z córki na siostrzenicę, zaciskała zęby i pochmurniała. Binia była urocza i czarująca, lecz nie wzięła po matce jej efektownej piękności.
            Przed  laty, ciotka Maria wniosła mężowi wielki posag i opętała go urodą.. Pomimo upływu czasu, wuj Ksawery był w żonie namiętnie zakochany, spełniając każdy jej kaprys. Dla nikogo nie było tajemnicą, że to pani Maria rządzi majątkiem, trzymając żelazną ręką męża, dziewczęta, domowników i poddanych na wsi. Mając twardy, nieustępliwy charakter, sprawiała jednocześnie wrażenie kruchej i bardzo kobiecej. Jednak przed jej niezłomną wolą pokornie kapitulował srogi wuj Ksawery, a panny bały się jej jak ognia. Służba wolała wziąć baty od pana, niż narazić się czymkolwiek pani dziedziczce.
            Po klęsce Powstania  Listopadowego, majątki szlachty zaczęły podupadać. Ale wuj Ksawery słuchając rad żony, prosperował znakomicie, załatwiwszy sobie dostawy płodów rolnych dla wojska rosyjskiego. Bogacił się, żyjąc w wiecznym strachu, że władze carskie przypomną sobie o powstańczej działalności jego ojca, poległego w bitwie pod  Ostrołęką oraz starszego brata, zesłanego dożywotnio na Sybir.

       W sarnickim dworze odbywały się huczne przyjęcia dla przedstawicieli władz carskich, a wuj Ksawery ukazywał się na nich w galowym mundurze, w jakim w 1856 roku, witał  w Warszawie, w gronie szlachty polskiej, przybyłego cara Aleksandra II. Poglądy polityczne wuja nie wydawały się w tym czasie czymś gorszącym i odosobnionym, ponieważ podzielała je wtedy znaczna część starszego pokolenia, zmęczonego długoletnimi wojnami i boleśnie doświadczonego nieszczęściami, które dotknęły cały naród.
-----------------------------------------
            Dwór w Sarnikach był ogromny, wzniesiony jeszcze za czasów ostatniego Jagiellona, wielokrotnie przebudowywany. Już z daleka widoczny był wysoki dach polski i dwie okrągłe wieżyczki w narożnikach budynku. Stał na końcu długiej alei obsadzonej topolami, z dala od wsi, na skraju lasu pokrywającego stoki Gór Świętokrzyskich. Po niespokojnej nocy, ranek wstał mroźny i świetlisty. W promieniach bladego zimowego słońca skrzył się świeżo spadły śnieg. Borutyńscy pojechali na mszę, ale Nina musiała pozostać w domu, zajęta przygotowywaniem noworocznego obiadu. Od świtu wszyscy domownicy mieli pełne ręce roboty.
            Rankiem, przybył z Makowa wymuskany lokaj, przywożąc dla pań kwiaty i życzenia. Ciotka Maria otrzymała purpurowe róże, Binia delikatną mimozę, a w pudle przeznaczonym dla Niny, znajdował się bukiet seledynowych bzów. Odchyliwszy jedwabną bibułkę przykrywającą kwiaty, wtuliła twarz w wonne kiście bzu. Do bukietu załączony był bilecik z hrabiowską koroną. „Niechaj te kwiaty powiedzą Ci „dzień  dobry” w dniu, w którym podobno spełniają się życzenia. Będzie mi miło, jeśli uśmiechniesz się do nich, mój mały promyczku.” Dziesiątki razy odczytywała skierowane do niej słowa  i z bijącym sercem, po kryjomu, przyciskała bilecik do ust. Wiedziała, że wuj Aleks będzie tego dnia w Sarnikach na obiedzie i postanowiła ubrać się wyjątkowo starannie. Długo szukała w swojej skromnej garderobie odpowiedniej sukni. Większość jej toalet była poprzednio własnością ciotki lub Bini. Po namyśle zdecydowała się na suknię z mięsistego brzoskwiniowego jedwabiu. Suknia nie podobała się Bini, więc niania przerobiła ją dla niej, rozszywając za krótką spódnicę wstawkami z taniej koronki. Duży dekolt wycięty w karo, wykończony był plisowaną bertą, a szeroka spódnica krynoliny mocno marszczona w  talii.
            Stojąc na środku swego pokoju, zaczęła się ubierać. Przy pomocy Jagi włożyła gorset i sztywne halki, mające kilka szerokich falban.  Właśnie sięgała po suknię, kiedy drzwi szarpnięte  niecierpliwą  dłonią otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wkroczyła ciotka Maria, w aksamitnej świątecznej toalecie w kolorze burgunda. Obrzuciwszy siostrzenicę bystrym wzrokiem, zrobiła w stronę Jagi wymowny gest dłonią.
            -  Zostaw nas!
            Niania wyszła ociągając się, bardzo niespokojna. Poranna wizyta ciotki nie wróżyła nic dobrego. Nina była przekonana, że ciotka przyszłą ukarać ją za wczorajsze nieposłuszeństwo. Ze strachem zastanawiała się, jaką  karę tym razem otrzyma. Pani Borutyńska usadowiła się na krześle przy stoliczku, starając się nie pognieść krynoliny. Siedziała w milczeniu, oddzielona od Niny szerokością dywanika i prezentowała się wytwornie w starannej  fryzurze i brylantowych kolczykach. Uznawszy, że panna jest już dostatecznie wystraszona, chrząknęła z zadowoleniem, wygładzając fałdy spódnicy.
            - Chyba zdajesz sobie sprawę, że zasłużyłaś na surową karę. – odezwała się, mierząc Ninę zimnym spojrzeniem. – Zachowałaś się bezczelnie odmawiając mazura panu hrabiemu Woroncewowi. Obawiam się, że pani Paula poczuła się tym dotknięta. Okłamałaś mnie mówiąc, że boli cię noga, co nie przeszkadzało ci potem wywijać aż do odjazdu.
            - Proszę, niech mi ciocia wybaczy, ale pan pułkownik zachował się wobec mnie nietaktownie. – Nina odważyła odezwać się w swojej obronie.
            - Milcz, nie przerywaj mi! Jesteś głupia. Pan Woroncew jest dobrze widziany na dworze i każda panna z radością przyjęłaby jego zaloty. – ciotka  potrząsnęła głową i westchnęła.- No dobrze, ostatecznie mogę ci go darować, bo hrabia przecież nie ożeniłby się z tobą. Widziałam, że miałaś powodzenie. Czy ktoś ci się może oświadczył?
            - Nie. – słowa ciotki boleśnie Ninę zraniły. Długotrwała tresura nie zdołała wykorzenić z niej godności. Gdy podrażniono jej dumę rodową, potrafiła przeciwstawiać się nawet wujowi Ksaweremu. Zarumieniona z przykrości, nerwowo mięła w palcach płócienną halkę.
            - Barycz mile na ciebie patrzy. Co ty na to? – indagowała ciotka.
            - On mi się nie oświadczył.
            - Hm, mądra panna potrafi umiejętnym zachowaniem zobowiązać kawalera do deklaracji. Stwierdzam, że nie potrafisz w praktyce wykorzystać moich rad. Nie jesteś już dzieckiem i wiecznie nie możesz siedzieć w Sarnikach. Wobec tego ja zadecyduję o twojej przyszłości. – ciotka zamilkła, a na jej drobnych ustach ukazał się przebiegły uśmiech. – Nie wspomniałam ci przed balem, że poprzedniego dnia był u mnie Orlewicz i oficjalnie oświadczył się o twoją rękę. Pragnie cię poślubić, mimo że jesteś uboga, bez posagu, a wyprawę otrzymasz bardzo skromną. Ja i wuj Ksawery nie mamy nic przeciwko temu, żebyś go poślubiła.
            Nina szeroko otworzyła oczy i aż poszarzała na twarzy. To był prawdziwy szok! Orlewicz był nadleśniczym w lasach Borutyńskich i już od dawna wpatrywał się w nią z uwielbieniem. Był miłym i przyzwoitym człowiekiem, ale wychodząc za niego musiałaby wyrzec się sfery w jakiej wyrosła. Nawet dla zubożałej panienki pochodzącej z wielkopańskiej familii, takie małżeństwo było po prostu mezaliansem. Jako pani Orlewiczowa spadłaby do poziomu żony pracownika dworskiego nie przyjmowanej w salonach. Może  właśnie ciotka sobie tego życzyła? Mając przeświadczenie, że należy do wykwintnego, cywilizowanego świata bogatego ziemiaństwa polskiego, Nina nie zamierzała tracić tej pozycji społecznej. Od najmłodszych lat rodzice, a potem Jaga, wpajali jej dumę rodową. Z dwojga złego, wolałaby zostać starą panną Nałęczowską, niż panią Orlewiczową. Złożyła na kolanach splecione dłonie i siedziała w milczeniu. Głos ciotki wtargnął w jej myśli.
            - Powinnaś Bogu i mnie dziękować, że daję ci szansę na dostatnie życie. – podjęła pani Borutyńska udając, że nie widzi nieszczęśliwej miny siostrzenicy.
            - Kiedy ja, proszę cioci, nie kocham pana Orlewicza. – oznajmiła potulnie Nina, wyłamując sobie palce i przygryzając usta.
            - Miłość to mrzonka z marnych powieścideł, jakimi nabijasz sobie głowę. Prawdziwe przywiązanie przychodzi po ślubie. Proszę cię, wstań, kiedy mówię do ciebie.
            Nina posłusznie podniosła się z łóżka na którym siedziała i stanęła z nisko opuszczoną głową. Obawiała się, że ciotka może zmusić ją do poślubienia Orlewicza. Nie była jeszcze pełnoletnia, a  Borutyńscy sprawowali nad nią opiekę.
            - Decyduj się, bo obiecałam Orlewiczowi dzisiaj odpowiedzieć. – ciotka patrzyła na nią ze zniecierpliwieniem. Krzesło na którym siedziała, było twarde. Poprawiła się na nim, nie spuszczając z Niny przenikliwych oczu. – Zastanów się dobrze. Niedługo będziesz miała szesnaście lat. Ja w tym wieku już szłam do ołtarza i nigdy tego nie żałowałam. Twoja matka, będąc niewiele starsza oczekiwała twoich narodzin.  A babka marszałkowa stanęła na ślubnym kobiercu mając lat czternaście. Chcesz zostać starą panną? To może być twoja ostatnia szansa. Dziewczęta bez posagu miewają wielbicieli, ale rzadko trafia im się mąż. Orlewicz nie jest biedny, a jego Gliszczyska to  ładny kawał ziemi. Od dawna wiedziałaś, że on ma do ciebie słabość.
            Ciotka wstała i ujęła Ninę za podbródek, unosząc jej twarz ku sobie. Szorstkim ruchem Nina uwolniła się z jej rąk. Myśli przelatywały jej przez głowę, jak spłoszone ptaki. A może ciotka dobrze jej radzi? Młody leśniczy miał swój dom, a jego ojca ludzie posądzali, że posiada ukryte pieniądze. Boże, co ma robić? Rozejrzała się z bezradną miną. Przed sobą widziała oczy ciotki, wpatrującej się w nią z napięciem. Pani Borutyńska czyhała na jej zgodę,  jak kot na tłustą mysz.
            - No więc jak? Zdecydowałaś się już?
            Nina przymknęła oczy, pod jej powiekami ukazał się nagle obraz Aleksa.  Jego twarz była tak realna, jakby stał przed nią. Bursztynowe oczy uśmiechały się, dodając jej otuchy. Ból mocno zaciśniętych palców przywrócił jej przytomność umysłu.
            - Bardzo żałuję,  ciociu, ale ja nie poślubię pana Orlewicza. – oświadczyła stanowczo.
            Ciotka wydawała się tym zaskoczona i zarazem zawiedziona, ale próbowała jeszcze perswazji. 
            - Zastanów się, dziecko. – powiedziała z rzadką u niej cierpliwością. – Nie musisz się spieszyć. Pomówię z Orlewiczem, a on z pewnością da ci czas do namysłu. – próbowała ratować niezręczną sytuację, chcąc otworzyć sobie furtkę do dalszych negocjacji.
            - Moja decyzje jest ostateczna. – ucięła Nina.
            Stały na wprost siebie, mierząc się nieustępliwym wzrokiem i w tym momencie wydawały się      
lustrzanym odbiciem – obie władcze i pełne dumy. Ciotka cofnęła się i niecierpliwie strzepnęła z sukni niewidoczny pyłek.
            - Spodziewasz się, że ktoś inny się zadeklaruje?
            - Nie spodziewam się niczego.
            - Rozumiem. Zrobisz jak zechcesz. Nie nalegam. Ale pamiętaj, że po ślubie Bini i jej wyjeździe do księstwa Poznańskiego, będziesz musiała opuścić Sarniki! Natychmiast.
            -Dobrze, ciociu. – Nina zbladła, ale nie spuściła z twarzy pani Borutyńskiej jasnego spojrzenia..
            W jej oczach malował się wyraz dojrzałego postanowienia i uporu, który był dla ciotki nieprzyjemnym odkryciem.  Była z siebie niezadowolona. Nie odezwawszy się więcej, wyszła szumiąc szeroką krynoliną. Jaga zaniepokojona długą rozmową, zastała Ninę siedzącą na brzegu łóżka i nieruchomym wzrokiem wpatrzoną w okno, rozświetlone promieniami słońca.
            Po południu przed ganek dworu zaczęły zajeżdżać karety i sanie, a salon pełen był gości. Panie poobsiadały kanapki, szepcząc ulubione ploteczki.  Mężczyźni przenieśli się do kancelarii wuja, z dala od szczebiotu pań. Był tam zimny bufet i palarnia. W dymie papierosów i  cygar, w spokoju komentowali ostatnie wydarzenia polityczne.
            Po rozmowie z ciotką, Ninę okropnie rozbolała głowa. Ukończywszy najpilniejsze zajęcia, postanowiła przejść się po ogrodzie. Dzień chylił się ku zachodowi, bladły promienie słońca, wiszącego nisko nad horyzontem. Spokój styczniowego popołudnia zakłócały wrony i kawki siedzące na ośnieżonych gałęziach ogromnych topoli. Idąc wolno, krok za krokiem, śledziła oczami  bezpromienną tarczę słońca, chylącą się za zbocza gór. Drzewa stały nieruchome, wyciągając ku niebu bezlistne grube konary. Ogród był duży i piękny. Miał grabowe alejki, strzyżone szpalery z bukszpanów i rosły w nim rzadkie gatunki drzew. Dookoła klombu i nad strumykiem stały ławeczki darniowe pokryte śniegiem. Nina nie lubiła wielkich przyjęć w Sarnikach. Zawsze się jej wtedy wydawało, że wszyscy patrzą na nią z politowaniem, widząc w niej domowe popychadło i domyślając się, że suknia, jaką ma na sobie, poprzednio była własnością ciotki albo siostry ciotecznej. Myśl o tym była dla niej nieznośna i upokarzająca, raniła boleśnie w samo serce. Z dworskiej oficyny  wyszedł młody mężczyzna, w kurcie ze skóry jelonka i wysokich butach. Szybko minął podwórze, starając się przeciąć jej drogę. Dogonił ją nad strumieniem, bo tam Nina zatrzymała się niezdecydowana, zastanawiając się, czy iść dalej w stronę lasu, czy może zawrócić. Posłyszawszy za sobą kroki, obejrzała się i na widok intruza, w mgnieniu oka przybrała wyniosły, odpychający wyraz twarzy. 
            - Co pan tu robi, panie Orlewicz? – z wyraźną niechęcią zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów.
            Młody człowiek zmieszał się, a lekki uśmiech zgasł na jego wargach.
            - Panno Janino … - zaczął nieśmiało, lecz nie dane mu było dokończyć zdania.
            - Jak, proszę? – wycedziła przez zęby, unosząc wysoko brwi.  W jej sercu nie było w tej chwili nic, prócz nienawiści.
            - Bardzo przepraszam. – poprawił się prędko. – Ośmieliłem się podejść, żeby złożyć pani, panno Nałęczowska, świąteczne życzenia.
            „Ty przeklęty głupcze! – pomyślała z wściekłością. – Przez ciebie ciotka pierwsza mi je złożyła.”
            - Dziękuję. – mruknęła, patrząc na niego ze złością, a jej oczy lśniły gorączkowym blaskiem w trupio bladej twarzy. – Co jeszcze? – spytała widząc, że Orlewicz nie zamierza odejść.
            Chrząknął, zbierając się na odwagę. Ninie przyszło na myśl, że leśniczy ma bardzo głupią minę, ale to spostrzeżenie wcale jej nie rozśmieszyło.
            - E.. szukałem sposobności, żeby pomówić z panią. – powiedział.
            - Ja sobie tego nie życzę! – wybuchnęła z pasją. – Nie mamy wspólnych zainteresowań, ani wspólnych celów. Na przyszłość, proszę się więcej nie narzucać! – mówiła to tonem głębokiej pogardy, niedbale bawiąc się wiązaniem kaptura.
            Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się okrutnie i niesprawiedliwie, raniąc tego mężczyznę, którego jedyną winą była miłość do niej. Ale nie mogła mu przebaczyć niefortunnych oświadczyn, dających ciotce Marii nareszcie okazję do wymówienia jej domu. Nie zrażony jej opryskliwością, Orlewicz podszedł jeszcze krok bliżej i odezwał się pośpiesznie, obawiając się, że ona znowu nie pozwoli mu dokończyć zdania.
            - Przed chwilą pani dziedziczka powiadomiła mnie o decyzji pani. Nie mam o to żalu. Jestem tylko prostym szlachcicem, a pani wywodzi się z wielkiego rodu. Ale jestem uczciwym człowiekiem, a moje nazwisko jest czyste. Mój dziadek poległ pod Iganiami, broniąc ojczyzny. Nie jestem bogaty, lecz moje Gliszczyska zapewniłyby pani życie bez troski. Miałem nadzieję, że w moim domu będzie pani lepiej niż w Sarnikach, bo wiem, że tutaj nie jest pani szczęśliwa.
            Słuchającą go od niechcenia Ninę, ogarnął nagły chłód. Więc nawet służba dworska rozmawia na jej temat i komentuje jej sytuację. Kto wie, może nawet szydzi sobie z jej poniżenia! Na tę myśl ogarnął ją niemal szał. W bezkrwistej twarzy, oczy jej rozbłysły złym ogniem. Obrzuciwszy go nienawistnym spojrzeniem, już otworzyła usta, żeby dokuczyć mu, zranić do żywego tak dotkliwie, jak i ją tego dnia skrzywdzono.
            Orlewicz stał przed nią pokornie, miętosząc w rękach futrzaną czapkę. W jego poczciwych niebieskich oczach dostrzegła tyle miłości, że złagodniała i zawstydziła się wypowiedzianych w pasji słów. Odruchowo wyciągnęła do niego rękę.
            - Zdaję sobie sprawę, że miał pan najlepsze intencje. – szepnęła. – Naprawdę bardzo mi przykro, że nie mogę odwzajemnić pańskich uczuć. Być może będę nieszczęśliwa, ale postąpię zgodnie z nakazem serca.
            - Rozumiem panią i proszę pamiętać, że zawsze gotów jestem służyć pani swoim domem i życiem. – złożył jej niski ukłon.
            Posłała mu uśmiech i pobiegła do domu. Policzki płonęły jej ze wstydu i nie była pewna, czy nie popełniła poważnego życiowego błędu, odrzucając jego oświadczyny. „Kto wie, jak ułożyłoby się moje życie, gdyby nie wczorajszy bal – pomyślała, przyśpieszając kroku. – Ale teraz nie mogę go przyjąć. Ani jego, ani nikogo innego”.
             Wchodząc do sieni, wpadła w ramiona Bini.
            - Wszędzie cię szukam. Zuzia powiedziała mi, że wyszłaś się przejść.
            - Głowa mnie rozbolała. – Nina powiesiła na wieszaku z rogów jelenich futro i przed okrągłym lustrem poprawiła włosy.
            Binia objęła ją i pokiwała głową.
            - Oho, podejrzewam, że mamcia maczała w tym paluszki. Ale nie przejmuj się, do jutra jej przejdzie. Za to w naszym saloniku jest bardzo wesoło. Chodźmy! – Binia pochwyciła ją za rękę i pociągnęła za sobą.
            W niewielkim pokoju położonym na tyłach dworu, młodzież urządziła sobie zabawę noworoczną. Ciasno tam było od pastelowych krynolin i bardzo głośno. Przy pianinie siedział Tadeusz i grał, a raczej rozbijał instrument, z łobuzerską miną myląc się celowo co kilka taktów. Wtórowały mu dwie panny: jedna grała na grzebieniu, druga waliła łyżeczką w tacę. Przy tej piekielnej muzyczce tańczyło kilka par, potrącając się ze śmiechem.
            Nina momentalnie zapomniała o wszystkich przykrościach, jakie ją tego dnia spotkały. Tadeusz zrobił do niej oko i zwolnił tempo, przez co walc żywo przypominał marsz pogrzebowy. Jaś Borutyński stawiał w tańcu jakieś przedziwne pas, szepcząc coś do ucha tłuściutkiej pannie. Oboje pokładali się przy tym ze śmiechu. Pojawienie się w pokoju Niny, towarzystwo powitało gromkimi brawami. Siekielski zabębnił na pianinie tusz. Jaś posadził swoją partnerkę na kanapce, podszedł do instrumentu i energicznym ruchem zamknął wieko. Tadeusz udał, że płacze. Wstał i przybrał pozę amanta z prowincjonalnego teatrzyku:
            - O pani! – zwrócił się do Niny, z talentem naśladując akcent kiepskiego aktora. – Gardzę tą hołotą, która nie rozumie się na muzyce. Ucieknijmy razem na bezludną wyspę, aby żyć z dala od świata. Będę ci przynosił kiście bananów i chłodził liściem palmowym. Powiedz,  tak!
            - Poczekaj, zaraz się spakuję. – szepnęła Nina z rozmarzeniem. – Ale przedtem przyniosę dubeltówkę wuja i przytrzymam ciebie, dopóki Zosia cię nie zastrzeli. Potem nareszcie w spokoju zjemy obiad i trochę sobie potańczymy.
            - Mała wiedźma. – mruknął z urazą. – Co z ciebie wyrośnie?
            - Trusiu, on się zgrywa na sentymentalnego ramola Saint-Perrego. – przerwała mu Nina ze śmiechem. – Jak możesz znosić takiego typa.
            Panna Zosia Syrwin, śliczna blondyneczka, potrząsnęła lśniącymi francuskimi lokami.
            - Już zdecydowałam, że go nie poślubię.- oświadczyła, zerkając zalotnie na narzeczonego.-Tadzio jest niepoprawny. Chyba zastrzelimy go jeszcze przed obiadem!
            Nina z uśmiechem rozejrzała się po saloniku. Nie brakowało nikogo z najbliżej mieszkających przyjaciół. Na skręconej w ósemkę kanapce, siedziały siostry bliźniaczki, panny Wąsockie. Młodsza o kilka minut Jadwiga, ładna brunetka, ani trochę nie przypominała siostry, okrąglutkiej Stasi, znanej ogólnie z ciętego języczka i kompletnego braku taktu. Nina wolała jej nie zaczepiać i usiadła przy Zosi, swojej najlepszej przyjaciółce i narzeczonej Tadeusza, nazywanej ogólnie „trusią”, dla śnieżnej cery i łagodności.
            Z chłopców, oprócz Jasia i Siekielskiego, był jeszcze Barycz oraz szczupły, nerwowy szatyn Kazio Biecki, robiący słodkie oczy do panny Doroty Jabłockiej. Wprawdzie miała ona aż dwadzieścia lat, ale była posażną  jedynaczką. Przy Baryczu stał Władysław Lasewicz, smagły brunet o wschodnich rysach: dziedzictwie po tatarskich przodkach, właściciel dużej wsi Poraje. Człowiek światły, dobry patriota. Młodzi mężczyźni byli przeważnie przystojni, wysocy i dobrze zbudowani, skorzy do ryzykownych czynów, otwarci na nowinki idące z zachodu. Lubili polowania i przebywanie na świeżym powietrzu, od wczesnych lat zaprawieni do jazdy konnej i łowów na grubego zwierza w puszczy. Dziewczęta wychowane na pensjach klasztornych, znały języki obce i były oczytane. Wszyscy znali się od dziecka, co nie przeszkadzało im flirtować i docinać sobie wzajemnie. Młodzież bez przerwy chrupała orzechy, pieczone kasztany i makagigi. Siekielski przysiadł się do Jasia i zaczął z nim rozmawiać ściszonym głosem. Tadeusz przystojny i zamożny, ku rozpaczy matek mających córki na wydaniu, jesienią zaręczył się ze śliczną panną Syrwin z pobliskich Ciążyn.
            - Żałuj Kaziu, że nie byłeś na balu w Makowie. – odezwała się Binia. Siedząc przy stole, czyniła honory domu i kroiła świąteczny placek migdałowy. Z tulskiego samowara ulatywały białe obłoczki pary.
            - Miałem pecha i spadłem z konia. – odpowiedział Biecki. Dostrzegł oczy przyjaciół zwrócone w jego stronę i dorzucił ze złością: - No, co się tak gapicie? Nigdy nie spadliście z konia? Przez tę bestyjkę skręciłem sobie nogę w kostce. Janek świadkiem!
            Jaś chrząknął i spuścił oczy.
            - Tak, młode klaczki bywają narowiste. – zauważył Barycz basem.
            Biecki nabzdyczył się, poprawiając nerwowo spadające mu na nos binokle.
            - Zdaje się,  Waciu, że usiłujesz być wścibski! – warknął gniewnie
            Barycz  stojący przy oknie, przypatrywał się skaczącym po śniegu kawkom. Ale podrażniony tonem Bieckiego, odwrócił się błyskawicznie i zmierzył  go przeciągłym spojrzeniem.
            - Radzę ci, trzymaj język za zębami, bo ci go przytnę! – rzekł z wyraźną groźbą.
            - Tak ?  A co mi zrobisz? – Biecki wojowniczo wyprostował się na całą wysokość, choć głową sięgał Baryczowi do ramienia.
            - Połamie ci kości! – wykrzyknął zirytowany Jaś widząc, że obaj chłopcy gotowi są skoczyć sobie do oczu. – Lepiej wyjdźcie kłócić się na mróz, może trochę ochłoniecie.
            Barycz spojrzał na Ninę i opanowawszy się, poczęstował się  kawałkiem placka. Biecki wzruszył ramionami i przysiadł się do Doroty Jabłockiej. Przegrawszy w karty rodzinny majątek, przesiadywał w miastach po kasynach gry, pragnąc się odegrać, lub całymi miesiącami mieszkał w Brzezińcu, majątku Siekielskich, będąc ich dalekim krewnym. Dawniej, próbował zalecać się do  Bini, ale uznawszy, że pan Borutyński prędzej poszczuje go psami niż odda mu córkę za żonę, zajął się Dorotą, starając się dostrzec coś pociągającego w jej małych, ironicznie przymrużonych oczkach i  płaskiej jak deska figurze. Robił co mógł, by oczarować Dorotę, prawiąc jej komplementy i całując po rękach. Panna wyczyniała takie grymasy, że Nina obserwująca te huraganowe zaloty, dusiła się ze śmiechu, dzieląc się szeptem uwagami z Zosią. Obie chichotały, zasłoniwszy twarze wachlarzami. Cicha  rozmowa Jasia z Tadeuszem, nie podobała się Stasi Wąsockiej.
            - Panowie, zlitujcie się! Przestańcie paplać jak dwie papużki-nierozłączki i zacznijcie nas bawić. Od czego tu jesteście? Jasiu, powiedz nam, jak zapowiada się karnawał w Warszawie.
            - O karnawale, możesz sobie, koteczku, poczytać w „Tygodniku Ilustrowanym”. – odezwał się Lasewicz, patrząc na Jasia. – Nas interesują sprawy, o których w prasie się nie pisze.
            Chłopcom zabłysły oczy i natychmiast przestali zajmować się dziewczętami i jedzeniem. Wpatrywali się z wyrazem oczekiwania w Jasia, i aby nic nie rozpraszało ich uwagi, wypędzili spod stołu leżące tam psy. Młode pokolenie nie pamiętało terroru paskiewiczowskiego po upadku Powstania Listopadowego. Nie byli sparaliżowani strachem jak starsi, a ich postawy kształtowała literatura romantyczna i przemycane przez kordony pisma emigracyjne. Gotowi byli konspirować i marzyli o walce, wyobrażając sobie, że nareszcie przychodzi czas zapłaty za lata niewoli, cierpień i zniewolenia narodu.
            -  Podobno w Warszawie  nie ustają manifestacje. – ożywił się Barycz i odruchowo sprawdził, czy za drzwiami nikt nie podsłuchuje. – Słuchaj, Jasiek, tutaj są także ludzie kochający ojczyznę. My również chcemy robić coś pożytecznego.
            Nina drgnęła, a jej serce na moment zamarło. Przelękła się, że rodacy znowu przestają kierować się rozumem, a zaczynają powodować emocjami.
            -Patrzcie, orły rwą się do lotu!  - zakpił Jaś, lecz zaraz spoważniał. – Coś wam powiem. Kiedy w 1859 roku, zmarł hrabia Zygmunt Krasiński, a jego zwłoki przywieziono do Warszawy, władze carskie nakazały szybko i bez rozgłosu pochować Wieszcza. My, studenci, poszliśmy wtenczas na dworzec kolei żelaznej, wzięliśmy trumnę na ramiona i zanieśliśmy ją do kościoła, skąd miała zostać przewieziona do Opinogóry. Pochód żałobny otaczała sotnia kozaków z policmajstrem!  W taki sposób ojczyzna żegnała wielkiego poetę. - przerwał, odetchnął i ciągnął dalej: -  Zastanawiałem się wtedy, co się stanie z niesłychanie ważnym przesłaniem, pozostawionym nam przez trzy filary, podtrzymujące w nas wiarę i nadzieję: Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Myślałem, czy potrafimy być godni tej wielkiej spuścizny, tego testamentu spoza grobu, i czy zdołamy ją udźwignąć w niesprzyjających warunkach. Czy nie okażemy się mali duchem, niezdolni wywalczyć wolności ojczyzny? - Jaś westchnął. – Rozejrzyjcie się po Europie. Włochy, od wieków podzielone, na naszych oczach w krwawych walkach odzyskują niepodległość, wyzwalając się z austriackiej niewoli. Przewodzi im Garibaldi. Niemcy marzą, by zjednoczyć się w jeden wielki naród. A my? Nikt za nas nie wywalczy niepodległości, jeżeli sami się za to nie weźmiemy. Generał Mierosławski nawołuje nas z Paryża: „  Narodzie, przebudź się!” – Jaś się zadyszał i umilkł, a w saloniku zapadła taka cisza, że słychać było przyśpieszone oddechy podnieconych chłopców.
            Nina poczuła paniczny strach. Wiedziała, że generał Mierosławski przebywający na emigracji w Paryżu, dowodzi stamtąd, iż walka jest nieunikniona, zapewne w nadziei, że sam stanie na czele powstania. Nina nienawidziła go z całego serca. Po klęsce wybuchu zbrojnego w Wielkopolsce, umiał wywinąć się od odpowiedzialności i wyroków  sądu pruskiego, a jej rodziców spotkał  tragiczny los z winy jego militarnych błędów.
            -  Jezus Maria! – zawołała, blednąc. – Co ty pleciesz? Przecież powstanie udać się nie może!
            -  Panna ma tyle rozumu, co kura! – odburknął Tadeusz, z zaciętym wyrazem twarzy. – Musi się udać. Pomoże nam Garibaldi, a cesarz Napoleon III wkroczy tu z armią francuską. Wyrzucimy z Polski zaborców! Chcemy być wolni!
            -  A czym zamierzacie  pokonać cara? – spytała drwiąco.
            Barycz oderwał się od okna, podszedł do niej i zacisnąwszy wielką dłoń w pięść, podniósł ją wysoko nad głowę.
            - Tym! – powiedział dobitnie.
            - To życzę powodzenia. – wycedziła z chłodną uprzejmością, myśląc przy tym: „Jezu, co za osioł!”.
            Jaś usiadł do pianina i wziął biegle kilka akordów. Potem mocnym dźwięcznym głosem, zaśpiewał jedną z licznych zwrotek pieśni, która w niedalekiej przyszłości zyskała sobie nazwę polskiej „Marsylianki”, a była trawestacją hymnu „Boże coś Polskę”.
                                                       Boże Najświętszy, od którego woli,
                                                       Istnienia świata całego zależy.
                                                       Wyrwij lud polski z tyranów niewoli,
                                                       Wspieraj zamiary wytrwałej młodzieży.
                                                       Przed twe ołtarze zanosim błaganie,
                                                       Ojczyznę, wolność, racz nam wrócić Panie.
            "Jestem bardzo ciekawa, dlaczego to Pan Bóg ma nam zwrócić wolność, którą sami z własnej woli zaprzepaściliśmy?” – pomyślała Nina trzeźwo, nie dając się unieść egzaltacji. Ale inni z zapartym tchem słuchali podniosłych słów pieśni, najsurowiej zabronionej przez carskie władze.
            Dorota Jabłocka udawała wzruszenie, starając się wycisnąć z oczu łezkę.
            -  Jak tylko wybuchnie powstanie, założę u nas lazaret! – oznajmiła podniośle.
            Biecki spojrzał na nią z podziwem.
            - To wielkie poświęcenie. – powiedział, zaglądając jej w oczy i czule ściskając jej rękę. – Przecież kobiety są takie delikatne, wrażliwe. Czy nie jest ci słabo? Może wody?
            Stasia Wąsocka zareagowała wybuchem śmiechu.
            -  Owszem, Kaziu, przynieś wiadro wody i wylej ją na głowę tej bohaterce. Słabe kobieciątko!
Dora ma wrażliwość słonia, a krzepę parobka. Widziałam, jak sama taszczyła papę Jabłockiego, gdy zaprószył sobie głowę na pikniku w Dalewicach. Lazaret? Nie bądź naiwny i nie bierz na serio jej górnolotnych  deklaracji. Ona jest taka leniwa, że nie wyprałaby ci nawet brudnych gaci!
            Panny pospuszczały oczy, rumieniąc się ze wstydu, a chłopcy pokładali się ze śmiechu.
            - Stasiu! – bliźniacza siostra wydała z siebie rozpaczliwy jęk. – Boże, boję się gdziekolwiek z nią pokazać, bo jak ona już coś palnie!....
            Winowajczyni rozejrzała się niewinnie po twarzach przyjaciół.
            -  Czy męskie gacie to coś nieprzyzwoitego? Przecież nawet ksiądz proboszcz je nosi. Prawda,  Władeczku? – posłała Lasewiczowi kokieteryjne spojrzenie i zrobiła do niego oko.
            -  Panowie, na dziś koniec dyskusji. – powiedział Jaś pośpiesznie. – Nasze damy się nudzą. Może spotkamy się jutro w Brzezińcu? Pogadamy, nie zanudzając naszymi męskimi sprawami ślicznych panieńskich uszek.
            -  Znakomicie, przyjedziemy. – zapewnił go Lasewicz z radością.
            -   To tak wygląda wasza noworoczna zabawa? – z przekąsem odezwała się ciotka Borutyńska, od dłuższego czasu podsłuchująca ich rozmowę. – Spiski wam w głowie?
            - Matko Boska, mamcia! – Binia zerwała się tak gwałtownie, że przewróciła filiżankę z herbatą.
            Ciotka Maria niby to żartem wytargała Jasia za ucho.
            -  Nie buntuj mi gości, ty zapaleńcze. Masz szczęście, że wuj tego nie słyszał. – rzuciła mu do ucha. Nie zważając na protesty młodzieży, zagarnęła ich i zapędziła do salonu, gdzie już starsi państwo porozsiadali się wygodnie, oczekując zaproszenia na świąteczny obiad.
            Nina rozglądnęła się, i z radością dostrzegła jasną głowę Aleksa. Rozmawiał ze starszym panem Siekielskim, ojcem Tadeusza, lecz zobaczywszy ją, przeprosił swego rozmówcę i przyszedł się przywitać. Nina, cała w pąsach, nisko dygnęła, wpatrując się w niego oczarowana.
            -  A gdzie się chowałaś, promyczku? Myślałem, że nie ma ciebie w domu. – uścisnął jej rączkę, jednym rzutem oka oceniając jej toaletę. Lekkim skinieniem głowy wyraził swą aprobatę.
            - Siedziałam z przyjaciółmi w bocznym saloniku. I dziękuję za kwiaty, są prześliczne. Miałam wrażenie, że nastała wiosna, bo cały pokój pachnie bzami.
            -  Bardzo się cieszę.
            -  Pierwszy raz w życiu dostałam taki piękny bukiet. – wyznała.
            -  Ale z pewnością nie ostatni. – rzekł z uśmiechem. Zauważył jak drgnęła widząc, że ciotka Maria zmierza w ich stronę. „Musiano jej wyrządzić ogromną krzywdę” – pomyślał. Znając od dawna Borutyńskich, współczuł jej serdecznie. Była  taka młodziutka i bezbronna.
            Korzystając z praw pani domu, ciotka Maria podeszła do nich z wymuszonym uśmiechem.
            - Olesiu, proszę, zabaw panią wojewodzinę. Siedzi sama i dopytuje się o ciebie. – odezwała się słodko. – A ty, moje dziecko, zechciej dopilnować, żeby obiad był na czas.  Goście są głodni! – ujęła kuzyna pod ramię i uprowadziła z sobą.
            Ninie łzy napłynęły do oczu, lecz przełknęła je mężnie, nie pozwalając sobie na mazgajstwo. Idąc przez salon, dostrzegła hrabinę Paulę. Siedziała w pobliżu kominka i zamieniała z damami obojętne francuskie frazesy. Na chłodny ukłon Niny, odpowiedziała czarującym uśmiechem. Jej zachowanie wydało się Ninie za głośne i zbyt wulgarne. Zazdrosnym okiem obrzuciła jej suknię ze złotawej tafty, przybraną futrem soboli. Naszyjnik z topazów w złocie, uzupełniał toaletę.
            Po raz kolejny, Nina z rozgoryczeniem stwierdziła, że Pan Bóg stanowczo nie darzy ludzi jednakowymi względami. Tej obłudnej kobiecie dał rzadką piękność, bogactwo, tytuł, a nade wszystko wspaniałego  mężczyznę za męża. Poczuła do Pauli niechęć, graniczącą z nienawiścią. Stwierdziła złośliwie, że dama w jej wieku nie powinna już przywiązywać takiej wagi do swojego wyglądu. Kiedy ma się piętnaście lat, osoba trzydziestoletnia wydaje się w niemal staruszką. Stosując się do poleceń ciotki, raz jeszcze sprawdziła czy wszystko przygotowane jest do obiadu. Zajrzała do kuchni i do jadalni. Upewniwszy się, że dekoracja stołu i nakrycie są bez zarzutu, uspokojona powróciła do dużego salonu, aby nie tracić z oczu Aleksa. Zmęczona całodzienną krzątaniną, przysiadła w kąciku za wielką choinką marząc, żeby ciotka chociaż na jakiś czas zapomniała o jej istnieniu.
            W srebrnych świecznikach paliły się wysokie białe świece. W ich blasku pokój wyglądał uroczo. Brązowe aksamitne kotary i portiery chroniły przed mroźnymi podmuchami wiatru. Na kominku płonął ogień z bukowych polan, a na wywoskowanej do połysku posadzce leżały wschodnie dywany. Barwne kaukaskie kilimy ozdabiały ściany. Wisiały na nich stare portrety i wspaniały zbiór wschodniej broni, kolekcjonowanej przez całe pokolenia. Meble rzeźbione i kosztowne, ciotka Maria otrzymała w ślubnej wyprawie. Miękkie kanapy i fotele zarzucono dla wygody kolorowymi poduszkami. Nina miała ogromny żal do ciotki, że w czasie zebrań towarzyskich w Sarnikach, nigdy nie poprosiła jej, aby coś zagrała. A przecież wiedziała, że siostrzenica ma wybitne zdolności pianistyczne, budzące podziw u warszawskich profesorów muzyki. Z westchnieniem poruszyła palcami obawiając się, że wkrótce całkiem zesztywnieją, a wówczas już definitywnie pożegna się z marzeniami o karierze pianistki.
            Tymczasem w kancelarii wuja, starsi panowie okupowali krzesła w pobliżu kominka i stołu zastawionego tak obficie, że jedzenia wystarczyłoby dla nakarmienia niewielkiej, wygłodzonej armii. Ciotka wprowadziła tam Jasia, a goście zasypali go pytaniami o zjazd monarchów w Warszawie. Na prowincji ludzi interesowały niecodzienne wydarzenia, bowiem  prasa zamieszczała na ten temat wyjątkowo skąpe wzmianki. Wspomniany zjazd trzech władców, miał miejsce 20 października 1860 roku i stał się sensacją Europy. Jednakże stara stolica Królestwa Polskiego, przyjęła monarchów chłodno i milcząco. Car Aleksander II, Franciszek Józef cesarz  Austro-Węgier,  oraz następca tronu pruskiego książę Wilhelm, kuzyn cara, przejechali niemal pustymi ulicami, gdzieniegdzie tylko witani skąpymi oklaskami. W Europie następowały w tym okresie przełomowe wydarzenia. Garibaldi wyparł z Sycylii Austriaków okupujących wyspę, a 2 sierpnia nastąpił desant rewolucyjnej armii włoskiej w Reggio. Cesarz Francji Napoleon III, już nosił się z zamiarem zaatakowania Austriaków w Wenecji. Wojna europejska wisiała w powietrzu. Burzyły się Bałkany, pragnąc wyzwolić się spod jarzma austriackiego. Również w Polsce narastało niezadowolenie społeczeństwa zawiedzionego w swych nadziejach, które nie doczekało  się spełnienia carskich obietnic. W całym świecie podnosiła się fala rewolucyjnego wrzenia, budząc przerażenie monarchów absolutnych. Trzej despoci zjechali się w Warszawie, aby omówić polityczne alianse i ratować zagrożone trony.
            Jaś z ironią skomentował przyjęcie cara w Warszawie, doskonale zdając sobie sprawę, że wuj Ksawery nie będzie tym zachwycony.
            - Prawdziwy pech prześladował Najjaśniejszego Pana.- opowiadał z nieukrywaną satysfakcją. – Galowy spektakl w Teatrze Wielkim zakończył się skandalem, bo lożę cesarską  oblano obrzydliwie cuchnącym płynem, zaś w czasie przedstawienia „rozwydrzona młodzież” wypuszczała z baloników  paskudnie woniejące gazy. Najjaśniejszy Pan był blady i zapewne miał mdłości, ale bohatersko dotrwał do końca. Na szczęście nie była to opera, tylko balet: „Modniarki”. Po zakończeniu przedstawienia, goście pośpiesznie opuszczali Teatr, zatykając nosy. Ale cesarz pozostał tam jeszcze, racząc rozmawiać z baletnicami … co ładniejszymi.
            Starszy pan Siekielski parsknął śmiechem, pośpiesznie udając, że kaszle. Wuj Ksawery przyglądał się bratankowi podejrzliwie, kręcąc głową. O działalności konspiracyjnej Jasia wiedział, a może się tylko domyślał. Ale młody student był jego ulubieńcem i wielką nadzieją na przedłużenie rodu, uważał go za przybranego syna i gotów był przebaczyć mu to ciężkie przewinienie.
            - No to ładnie się pokazaliśmy. – mruknął ponuro. – Wstyd i kompromitacja przed całą Europą. Nie umiecie uszanować władzy danej nam przez Boga!
            - Raczej przez diabła! – bąknął pan Syrwin, ojciec Zosi, dawny oficer z Powstania Listopadowego.
            Panowie jednomyślnie udali, że ogłuchli i nie słyszeli tej niebezpiecznej uwagi. Ale otyłemu jegomościowi w przyciasnym fraku, nie podobały się widocznie komentarze Jasia. Obserwował go złymi, zatopionymi w tłuszczu oczkami.
            - A pan, młody człowieku, – odezwał się, - zdaje się cieszyć z tych niegodziwych czynów obrażających majestat.
             Zapadła pełna napięcia cisza, a wuj Ksawery poruszył się niespokojnie.
            -  Nie widzę powodu do rozpaczy. – odparł Jaś obojętnie.
            -  Rozumiem. -  sapnął grubas głosem przypominającym krakanie wrony.
            Wuj Ksawery zdenerwował się, bo o grubasie powiadano, że trudni się donosicielstwem. Teraz także unosząc się udawanym gniewem, próbował sprowokować Jasia do szczerej wypowiedzi.
            - Wam, smarkaczom, zachciewa się jakiejś konstytucji, demokracji, anarchii! Masoni,  zasrani burzyciele porządku ustanowionego przez Stwórcę. Osobiście zerżnąłbym wam zadki pasem!
            Jaś pobladł i wykonał taki ruch, jakby chciał prowokatora chwycić za gardło. Ale opanował się, tylko jego młodzieńcza twarz pociemniała.
            - Pan mnie obraża. – powiedział unosząc z godnością głowę. – Jest pan, widzę, przedstawicielem tej wstecznej części naszego społeczeństwa, o mentalności z czasów feudalnych.
            -  A wy, smarkacze, chcecie żebyśmy rozdali ziemię chamom, a sami wyrzucali gnój z obory? – zaśmiał się grubas szyderczo.
            - Praca nie hańbi, a odrobina wysiłku na świeżym powietrzu wyszłaby panu na zdrowie. – odpowiedział spokojnie Jaś.
            - Milczeć! – ryknął prowokator, a jego nalana twarz poczerwieniałą, jak u rozwścieczonego indora.
            Zanim wuj Ksawery zareagował, Jaś powstał i złożywszy panom ukłon, posłał grubasowi wyzywające spojrzenie.
            - Grozi panu apopleksja, ostrzegam jako przyszły lekarz. Jeżeli czuje się pan obrażony, gotów jestem natychmiast dać panu satysfakcję z bronią w ręku. Żegnam! – odwrócił się na pięcie i wyszedł.
            Wuj Borutyński  odprowadził go wzrokiem, w którym obawa mieszała się z rodową dumą. Wiedział, że Jaś świetnie strzela, a odwagi ma raczej za dużo niż za mało. Postawa bratanka mocno mu zaimponowała. Był absolutnie przekonany, że gdyby ten stary dureń przyjął wyzwanie, Jaś nafaszerowałby go ołowiem jak kaczkę. ”Moja krew !". – mruknął z  zadowoleniem. Ale donosiciel najwidoczniej się przestraszył, bo prędko zmienił temat i zaczął rozmawiać zupełnie innym tonem.
            Nina, wtulona w róg kanapki, nawet nie spostrzegła Jasia, który cicho podszedł i przyglądał jej się badawczo.
            -   Źle się czujesz? – spytał, kładąc dłoń na jej czole.
            -   Jestem trochę zmęczona, bo wcześnie wstałam.
            -   Ciotka wysługuje się tobą. Słuchaj, kim jest ten grubas czerwony  na gębie?
            -   To Raniewicz. Uważaj na niego, bo jest na usługach policji. Nikt go nie zaprasza, ale on sam wszędzie się wciska. Proszę cię, misiu, – Nina użyła pieszczotliwej nazwy, nadanej mu w dzieciństwie. – nie dyskutuj z wujem o polityce. On jest przekonany, że imperium rosyjskie powołane jest do odegrania dziejowej roli w Europie i nie próbuj go przekonać, iż jest w błędzie, bo tego ci nie wybaczy.
            - To byłoby bezcelowe. Nie martw się o mnie, kotku. Jutro wyjeżdżam, a dziś chcę się wytańczyć i zamawiam u ciebie pierwszego kadryla.
            Przyłączyli się do nich Tadeusz z Bieckim i przez chwilę wesoło rozmawiali.
            -  Ale tu dziś mnóstwo ładnych panien. – zauważył Biecki-. Jest w czym wybierać.
            -  Potworny zarozumialec. – Nina potrząsnęła głową. – Nie asystujesz Dorocie?
            Biecki westchnął, nie przejawiając ani cienia zapału.
            -  Cóż,  Dora ma niezły posag, ale pięknością nie grzeszy. Ach, te pieniążki, jak ja je kocham!
            Tadeusz w obawie, aby Kazio nie zepsuł sobie szansy na dobry ożenek, próbował zbagatelizować jego szczere wyznanie.
            - Nino, nie powtarzaj nikomu tego, co plecie ten facet, dobrze? O, grają walca. Panowie, ruszajmy uradować serduszka dam. Nie powiesz nikomu?
            -  Obiecuję. Szepnę tylko słówko Zosi.
            -  Jezu! – stęknął Tadeusz. – Chodźmy chłopcy, bo mam wielką ochotę sprawić lanie tej przemądrzałej pannicy.
            Nina zachichotała i pogroziła mu palcem. Jaś przypatrywał się jej z upodobaniem.
            -  Ślicznie dziś wyglądasz.
            -  Ja? Spójrz tylko na panią hrabinę Paulę, to dopiero piękność.
            - Powiem ci szczerze, że mnie się ona nie podoba. Ma w sobie coś niepokojącego, jakiś dziwny wyraz oczu, chorobliwy wyraz. Nie potrafię tego zdefiniować w kategoriach medycznych, ale mam wrażenie, że patrzę na osobę bardzo konfliktową. Jest zbyt wyzywająca, a ja lubię kobiety subtelne, mniej zmysłowe.
            -  Ale wszyscy panowie ją adorują. – zauważyła Nina.
            - Nie wszyscy. – Jaś z uśmiechem musnął palcem jej delikatny policzek. - Późne lato, czy wczesna jesień bywają piękne, ale już przywodzą nam na myśl zimę. A ty jesteś samą wiosną.
            Podziękowała mu całusem, zastanawiając się, czy powiedzieć, że ciotka zamierza wydać ją za Orlewicza, ale po namyśle zrezygnowała, nie chcąc poróżnić go z wujostwem, którzy go szczerze kochali.
            Hrabina jakby wyczuła, że o niej była mowa, bo przerwała rozmowę z adorującymi ją panami i wolnym krokiem zmierzała w stronę kanapki.
            - Miło mi, że mam dziś przyjemność poznać rodzinę mego męża. – odezwała się po francusku, podając rękę Ninie i Jasiowi. – Nie przeszkadzam? – spojrzała na niego z wyraźną kokieterią, a jej czarne oczy zabłysły.
            - Bynajmniej. – skłonił się uprzejmie. – Mam nadzieję, że pani hrabina raczy przez chwilę dotrzymać towarzystwa Ninie. Ja muszę zamienić kilka słów z kolegami.
            Łaskawie skinęła głową i skubnęła z wazonu kwiatek.
            -  Czarujący chłopiec. – powiedziała, odprowadzając Jasia wzrokiem. – Twój adorator?
            -  To mój kuzyn! – oświadczyła Nina z naciskiem.
            - Cousinage, dangereux voisinage! – nie zrażona jej chłodem, Paula usadowiła się na kanapce, roztaczając woń drogich perfum o zapachu róży. – Masz już pewnie wielu wielbicieli?
            - Na to jestem za młoda. – Nina nawet nie siliła się na grzeczność, rozdrażniona niedyskretnymi pytaniami hrabiny.
            -  Na to nigdy nie jest za wcześnie, przekonasz się. Wierzysz w powinowactwo dusz? Coś w tym musi być, bo wyobraź sobie, że od pierwszej chwili poczułam do ciebie sympatię.
            Nina usłyszała fałszywą nutę w jej głosie. Pamiętała, że na balu hrabina zaledwie raczyła skinąć jej głową, a po odjeździe pułkownika w ogóle przestała ją dostrzegać. Zatem kłamała.
            - Nie jesteś za młoda, żeby podobać się mężczyźnie. Panowie lubią świeże buzie. Znam kogoś, kto jest tobą bardzo zainteresowany.
            Nina zbladła, bo przyszło jej na myśl, że Paula odkryła, kto od wczoraj zaprząta jej wyobraźnię. Wydało się jej, że gorset ją dławi i odetchnęła głęboko, chłodząc się  wachlarzem. Nie doczekawszy się odpowiedzi, hrabina spojrzała na nią badawczo.
            -  Nie interesuje cię o kim mówię?
            -  Nie! – Nina miała wprost bolesną świadomość, że Paula igra sobie z nią, jak kot z myszą.
            -  Nie udawaj! – hrabina roześmiała się. – Powiem ci jednak. Zrobiłaś ogromne wrażenie na panu pułkowniku Woroncewie. Zatrzymał się w miasteczku i pragnie się z tobą spotkać.
            Nina szeroko otwarła oczy, nie wierząc wprost własnym uszom. Ta kobieta proponowała jej ułatwienie schadzki z nieznajomym mężczyzną, który nawet nie został jej przedstawiony na balu. Wśród ludzi dobrze wychowanych, było to czymś tak niesłychanym, że powinna wstać i natychmiast odejść, by poskarżyć się ciotce, bowiem propozycja Pauli była obelgą. W ten sposób można   było potraktować pokojówkę i to nie każdą. Śmiertelnie obrażona, Nina już otwierała usta, aby dać hrabinie stosowną odprawę, lecz w ostatniej chwili  ugryzła się w język. Wybuchając gniewem, raz na zawsze zamknie sobie drogę do Makowa. Pani Klonowiecka z pewnością wszystkiego się wyprze i poskarży się na nią mężowi, a ten nigdy więcej nie zaprosi jej do pałacu.
            Zadając gwałt swojej szczerej, otwartej naturze, Nina przywołała na usta uśmiech, równie nieszczery, jak Pauli.
            -  Ale ja nie znam tego pana. – powiedziała, skromnie spuszczając oczy.                                        -  Myślałam, że zamieniłaś się w posąg! – hrabina odetchnęła i posłała jej ciepłe spojrzenie. – Czego ty się boisz? Przecież ciekawość nie jest grzechem. Jutro mogę przyjechać po ciebie karetą i razem wybierzemy się do miasteczka. Będziesz mogła obejrzeć sobie pana Woroncewa z bliska. To bardzo majętny i wpływowy człowiek, a ty powinnaś już myśleć o swojej przyszłości. Panienka bez posagu musi być przewidująca.                                                                                                              Każde wypowiedziane przez nią słowo, było dla Niny nowym policzkiem. Jednak z zadziwiającą w jej wieku obłudą, dalej prowadziła tę słowną rozgrywkę. Dałaby wiele, żeby się dowiedzieć, dlaczego Paula pragnie zbliżyć ją do mężczyzny, który niewątpliwie coś dla niej znaczył.
            - O, ja bardzo chętnie wybiorę się do miasteczka, jeżeli tylko ciocia wyrazi na to zgodę. – oświadczyła Nina z miną grzecznej panienki.
            Paula poruszyła się niespokojnie, ściągając czarne brwi.
            -  Zamierzasz  prosić ciotkę o zgodę? Przecież jesteś na tyle dorosła, by sama  zdecydować z kim chcesz się spotykać.
            - Bez wiedzy opiekunów nie mogę widywać się z obcymi panami. – powiedziała Nina i trwożnie zatrzepotała rzęsami. – O moim mariażu zadecydują wujostwo .
            - O jakim mariażu?... – Paula zakrztusiła się i zamilkła, uświadomiwszy sobie, że powiedziała za dużo.
            Nina udała, że nie zrozumiała tego przejęzyczenia się hrabiny i słodko się uśmiechnęła. Tylko oczy jej pociemniały, przybierając niemal granatową barwę.
            -  Przecież to oczywiste, że pan pułkownik nie mógłby widywać się ze mną w innym celu. – oświadczyła z naiwną szczerością.
            Paula siedziała z rozchylonymi ustami, nie mogąc się zdobyć na odpowiedź.
            -  Przepraszam. – odezwała się zupełnie innym tonem. – Obawiam się, że  popełniłam nietakt.
Przyznaję, że prośba Michaiła Andrejewicza o pośrednictwo, bardzo mnie zbulwersowała. Uznałam jednak, że decyzja w tej kwestii należy wyłącznie do ciebie. Zdaję sobie sprawę, że pułkownik zachował się niewłaściwie, lecz tłumaczy go fakt, iż mocno zapadłaś mu w serce. Trudno go o to winić. Niestety, ja mam słaby charakter i nie potrafię odmówić, kiedy ktoś o coś mnie prosi. A potem pokutuję za nie popełnione winy. Nie chcę być przez ciebie źle zrozumiana, bo miałam jak najlepsze intencje, przysięgam. Toteż byłabym ci ogromnie wdzięczna, żebyś zachowała dyskrecję i nikomu o naszej rozmowy nie mówiła. Najlepiej potraktujmy ją jako zwykły żart, dobrze?
            Paula złożyła idealnie wypielęgnowane dłonie na kolanach i spojrzała na Ninę z niewinną miną.
            - O, ani przez chwilę nie wątpiłam, że pani hrabina raczyła żartować! – odparła Nina z lodowatą wyniosłością, zaskakującą u tak młodziutkiej dziewczyny.
            -  Czy  zechcą panie przyjąć mnie do towarzystwa? – spytał Aleks, podchodząc do kanapki. Usiadł na krześle i spojrzał na żonę.
            Spostrzegł, że jest czymś mocno poruszona, a Nina ma rumieńce i spuściwszy oczy, uparcie wpatruje się w posadzkę.
            -  Wolno wiedzieć, o czym panie dyskutowały?
            Paula rozpaczliwie szukała w głowie jakiegoś sensownego wykrętu, lecz nic nie przychodziło jej na myśl.
            -  Rozmawiałyśmy o powinowactwie  dusz. – pośpieszyła jej z pomocą  Nina, uśmiechając się ironicznie.
            -   Doprawdy? – Aleks ze zdziwieniem uniósł brwi. – To bardzo oryginalny temat.
            -   I równie pouczający. – rzekła Nina z przekonaniem, bawiąc się wachlarzem.
            Paula chrząknęła nerwowo i odruchowo poprawiła na szyi drogocenny naszyjnik, bo naraz odniosła wrażenie, że klejnot jest o wiele za ciasny.
            - Pardon, Sasza, to była zwykła, błaha salonowa pogawędka. –  próbowała zbagatelizować sprawę. – Obawiam się, że tylko znudziłam pannę Ninę. Taka rozmowa nie pozostawia śladu i po minucie już się nie pamięta jej treści, prawda?
            -   A jednak bardzo żałuję, że nie miałem okazji wziąć udziału w dyskusji. – powiedział hrabia.
            -  Ja również! – półgłosem mruknęła Nina, a Paula zarumieniła się gwałtownie. – Ale pani hrabina jest w błędzie, ponieważ dla mnie ta rozmowa była cenną nauką.
             Uniosła spuszczone powieki i popatrzyła hrabinie w oczy, zimnym i twardym wzrokiem. „To jeszcze nie koniec między nami. – pomyślała z zawziętością. – Przyjdzie dzień, że wyrównamy rachunki." Wynajęci muzycy zagrali pierwszego kadryla, a  ją odszukał Jaś, upominając się o obiecany taniec. Kiedy podał jej rękę,  Nina wsparła się na niej, oddychając z ulgą. Przy  Jasiu  zawsze  doznawała  poczucia bezpieczeństwa.  Prędko narzuciła na ramiona szal i dygnąwszy uprzejmie oddaliła się w głąb salonu.
                                                              
R o z d z i a ł  II.

            Nowy Rok 1861, rozpoczął się masowymi demonstracjami społeczeństwa, domagającego się w zaborze rosyjskim swobód obywatelskich i reform. W Królestwie Polskim, zwanym inaczej Królestwem Kongresowym, sztucznie stworzonym na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku, pozbawionym rdzennych ziem polskich zagarniętych przez Prusy i Austrię, nastroje radykalizowały się z dnia na dzień. Wszystko wskazywało na to, że zbliżają się przełomowe wypadki mogące nawet wstrząsnąć posadami carskiego tronu.
            W mroźne zimowe noce, na tle gwiaździstego nieba, widoczna była jasna kometa ciągnąca za sobą ognisty ogon. Ludzie żegnali się na ten znak przekonani, że złowrogie i tajemnicze zjawisko jest zwiastunem nieszczęścia. Spodziewano się wybuchu epidemii  cholery, kataklizmu, a nawet wojny. Punktem zwrotnym w dziejach ówczesnej walki opozycyjnej, stało się otwarcie w Warszawie w 1857 roku Akademii Medyko-Chirurgicznej, a nieco później założenie w stolicy Towarzystwa Rolniczego, pod przewodnictwem popularnego i mądrego hrabiego Andrzeja Zamoyskiego, skupiającego najbardziej oświeconą arystokrację i postępową szlachtę. Oba te ośrodki: - studencki radykalny oraz liberalny elity – już w niedalekiej przyszłości, stać się miały zalążkami niezależnej myśli politycznej, a  zarazem dwiema partiami zwalczającymi się wzajemnie bez pardonu.
            W środowiskach studenckich, licealnych, rzemieślniczych i mieszczańskich, coraz chętniej słuchano płomiennych i pozerskich odezw generała Ludwika Mierosławskiego, wzywającego z Paryża naród do zbrojnej rozprawy z zaborcą. Imię włoskiego rewolucjonisty Garibaldiego, walczącego o wyzwolenie Italii, stało się dla Polaków symbolem walki o niepodległość. Młodzież nosiła czerwone bluzy „Garibaldi”, przewiązując je sznurami z kotwicą i marzyła o wyzwoleniu kraju spod carskiego jarzma.  W głębokiej konspiracji zatliła się iskierka buntu, będąca zarzewiem straszliwej pożogi.
            W lutym, mieszkańcy Warszawy postanowili uroczyście uczcić trzydziestą rocznicę krwawej bitwy pod Grochowem. Studenci pisali ulotki wzywające do masowych demonstracji i rozdawali je przechodniom. Dnia 25 lutego, o godzinie 17,30  na Rynek Starego Miasta napływały zewsząd tłumy. Pogoda była prawie wiosenna. Słońce już zaszło, lecz na niebie świeciły jeszcze zorze wieczorne. Na ulicę  Freta, przed kościół ojców Paulinów, zajechał chłopski wóz, a kilku studentów wręczało ludziom wychodzącym z nabożeństwa, przywiezione biało-amarantowe chorągiewki.
            W zapadającym mroku naraz zapłonęły setki pochodni niesionych przez młodzież. W krwawych blaskach ognia formował się pochód. Na czele stanął  warszawski szewc Ignacy Paradowski. Z trzymanego drzewca zdjął pokrowiec i rozwinął ogromną chorągiew z wyhaftowanym srebrnym Orłem. Amarantowy jedwab załopotał na wietrze,  Orzeł zalśnił w świetle pochodni.
            Na ten widok ludzi ogarnęła ekstaza. Padali na kolana w uliczne błoto, wyciągając do chorągwi ramiona. Przechodnie dołączali do pochodu, zmieniając go w wielotysięczną manifestację. Idący na czele studenci zaintonowali Suplikacje, dodając słowa: „Abyś nam Ojczyznę wrócić raczył. Wysłuchaj nas Panie”. W pobliskich kościołach zaczęto bić w dzwony, do wtóru pieśni. Powiewały chorągwie cechowe, znaki dawnych ziem polskich, proporce. Karol Nowakowski, student Szkoły Sztuk Pięknych, obdarzony mocnym, wspaniałym głosem, zaczął śpiewać pieśń, jeszcze nie wszystkim znaną, która w niedługim czasie stać się miała niemal hymnem narodowym, pieśnią buntu i nadziei.
                                                      Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki
                                                      Otaczał blaskiem potęgi i chwały.
            Cały pochód zamarł z wrażenia, a potem pojedynczo, nieśmiało, ludzie zaczęli się przyłączać, aż potężna pieśń wyrwała się z tysięcy piersi i zatrzęsła murami Starego Miasta. Płynęła uroczyście, żarliwie, wznosząc się w bezchmurne, gwiaździste niebo. Tysiące nóg deptało rozmiękły śnieg, a  z mijanych kamieniczek wyglądali mieszkańcy, oklaskując pochód, rzucając im pod nogi kwiaty. Na widok płynącego na czele Orła, warszawiacy w szalonym uniesieniu wyrzucali w górę czapki i krzyczeli:
            -   Polska zmartwychwstaje!
            Ogromny pochód owacyjnie witany, wolno, ze śpiewem wkroczył na Rynek. Ludzie jakby upili się tą namiastką wolności. Rozgorączkowani, podnieceni, nie zwracali uwagi na narastający odgłos pędzących koni. Z bocznych uliczek prowadzących do Rynku, wypadły szeregi kawalerii i przypuściły szarżę na bezbronnych, śpiewających w uniesieniu ludzi. Błysnęły wzniesione szable, a rozpędzone szwadrony wbiły się klinem w czoło pochodu, tratując i raniąc uczestników manifestacji. Ulice zbroczyła krew. Ale i ludzi ogarnęła wściekłość i zaczęli się zawzięcie bronić, młócąc drzewcami chorągwi i bijąc wydartymi, skąd się dało, kamieniami. Policja i żandarmeria brutalnie wyciągała z tłumu opierających się mężczyzn i pędziła ich do Cytadeli, a kozacy okładali batami bezbronne ofiary. Walka manifestantów z uzbrojonymi po zęby policją, żandarmami i wojskiem, nie miała żadnych szans. Każda próba obrony wzmagała tylko furię napastników, podniecając ich do okrucieństwa. Aresztowanych kopano, bito, nie oszczędzono nawet kobiet.
            Książę Gorczakow, namiestnik Królestwa Polskiego, sprawujący władzę w imieniu cara, wprowadził w stolicy specjalne środki ostrożności. Ulicami jeździły patrole kozackie, na placach i rynkach wojsko urządziło biwaki, rozpalając wielkie ogniska. Na skrzyżowania ulic zatoczono baterie armat, a przez jezdnie przeciągnięto żelazne łańcuchy. Działa na murach Cytadeli groziły miastu bombardowaniem.
            Warszawa zatrzęsła się z oburzenia. Miasto przypominało kocioł wrzącej wody. Uniesieni gniewem mieszkańcy, głośno domagali się sprawiedliwości. Członkowie Towarzystwa Rolniczego i marszałkowie szlachty przybyli na Nadzwyczajny Zjazd mający uchwalić uwłaszczenie wsi, demonstracyjnie zrzekli się swoich funkcji. Książę namiestnik zadepeszował do cara donosząc, że w Warszawie panuje już spokój. Ale nie była to prawda.
            Nazajutrz po mszy świętej w kościele Karmelitów, ruszył w stronę Zamku pochód. Jego uczestnicy zamierzali upomnieć się o bezprawnie aresztowanych. Tłum szedł godnie, z powagą, śpiewając: „Z dymem pożarów.” Idącemu na przedzie księdzu, ktoś podał krucyfiks i obraz z Matką Boską. Ludność okrzykami pozdrawiała idących, przyłączając się do pochodu. Ale Plac Zamkowy był zamknięty przez wojsko, a na uczestników pochodu posypały się razy kozackich nahajek. W jednej chwili ksiądz został pobity, krzyż połamany, a obraz zbezczeszczony. Kozacy, wspinając wierzchowce, wpadli w tłum płazując szablami, kłując pikami i bijąc. W całym mieście mieszkańcy ścierali się z wojskiem chcącym rozpędzić zbiegowiska.
            - Rozejść się, bo każę otworzyć ogień! – zagroził generał Zabłocki, dowodzący akcją pacyfikacyjną.
            - Nie masz prawa! Napoleon nie pozwolił! – krzyknął ktoś z tłumu.
            Ludzie wierzyli głęboko, że „siostrzyca Francja” ujmie się za sponiewieranym narodem i pod wodzą cesarza pośpieszy Polsce z pomocą. W zamieszaniu, ktoś cisnął kamień trafiając w generała. Rozwścieczony oficer rozkazał otworzyć ogień do zebranego na nowo pochodu. Grzmot salwy karabinowej, brzęk rozbitych szyb, zmieszał się z okrzykami bólu. Na  jezdnię upadło pięciu zabitych i mnóstwo rannych. Od kul rosyjskich poległo dwóch szlachciców, rzemieślnik, robotnik i młodziutki uczeń liceum warszawskiego. Nazwiska Michała Arcichiewicza, Filipa Adamkiewicza, Karola Brendela, Marcelego Karczewskiego i Zdzisława Rutkowskiego, wpisały się w historię męczeństwa narodu.
            Westybul wytwornego Hotelu Europejskiego, gdzie tymczasowo złożono ciała zabitych, zamienił się w kaplicę żałobną. Przy zwłokach studenci zaciągnęli wartę. Mieszkańcy stolicy znosili tam kwiaty i modlili się z płaczem. Następnie zwłoki przeniesiono do kościoła Świętego Krzyża, a na środku świątyni stanęło pięć wspaniałych katafalków, pośród setek płonących świec. Przy trumnach urosły istne pagórki z kwiatów i wieńców, nieustannie znoszonych przez warszawiaków. Stolica okryła się kirami, opłakując swoje dzieci. Od rana do nocy do świątyni napływała rzeka ludzi, a nieprzejrzane tłumy stały na ulicy, otaczając kościół żywym pierścieniem i w milczeniu oczekując na swoją kolej. We wszystkich kościołach stolicy, w żydowskich synagogach i protestanckich zborach, odbywały się uroczyste nabożeństwa żałobne. Do miasta zjeżdżały na pogrzeb delegacje wszystkich dawnych ziem polskich.
            Tragiczne wydarzenie wstrząsnęło nawet Rosjanami. Jakiś młody oficer chciał wejść do kościoła, ale ludzie zastąpili mu drogę rozkazując mu odejść. Uniesiony rozpaczą, rozpłakał się i wyciągnąwszy szablę, złamał ją.
            W sam dzień pogrzebu Warszawa zamarła. Sklepy i urzędy zamknięto. Wystawy udekorowano wieńcami z cierni i kirami oraz portretami zabitych. Wszędzie widniały symbole żałoby: połamane krzyże, palmy, trupie czaszki. Okna i balkony przysłonięto czarnymi draperiami. Arcybiskup Fijałkowski, ogólnie uważany za prymasa Polski, ogłosił rzecz niesłychaną w dziejach Europy: - bezterminową żałobę narodową! Sama ceremonia pogrzebowa zamieniła się w olbrzymią manifestację jedności narodowej. Arystokracja i szlachta wystąpiły tego dnia w strojach polskich, kontuszach, deliach i kołpakach z piórami. Z szablami przy boku! Niesionym trumnom nawet rosyjskie wojsko oddawało honory. Wiadomość o tragedii warszawskiej lotem strzały dotarła do najdalszych krańców kraju. Rozdarte części ogromnej Rzeczypospolitej, łączyły się teraz w żądzy odwetu. Książę namiestnik Gorczakow nie oczekiwał tak dramatycznego zakończenia rozruchów. Przerażony, wyobrażał sobie reakcję cesarza i drżał na samo wspomnienie wybuchu rewolucji. Polecił załagodzić sankcje, i przez pewien czas Warszawa cieszyła się niebywałą swobodą. Wojsko nie wychodziło z koszar, policji i żandarmerii jakby nie było.
            Uroczyste nabożeństwa żałobne odprawiano we wszystkich kościołach na terenie Polski. W Warszawie u Ojców Reformatorów, chórem dyrygował sam pan Stanisław Moniuszko. Wielkie damy, z księżną Lubomirską na czele, kwestowały po świątyniach, zbierając datki na rzecz rodzin ofiar i cele narodowe. Ludzie spontanicznie oddawali kosztowności, klejnoty, srebra, pieniądze. Panie pochowały stroje karnawałowe, ubierając żałobne kiry. Ogromnie modne stały się ubiory narodowe: kontusz lub żupan, wysokie buty i czapka konfederatka na głowie. Odwołano wszystkie zabawy, bale i spotkania towarzyskie. Cały kraj ogarnęła cisza i smutek. Z ambon kościołów, z żydowskich synagog i zborów, najlepsi mówcy wygłaszali kazania pełne patriotycznych treści. Tymczasem do stolicy przybył ze swojego majątku w Chrobrzu Aleksander margrabia Wielopolski Gonzaga Myszkowski, cieszący się łaskami władz carskich. Z rozkazu samego cesarza stanął na czele Komisji Rządowej. Jego pierwszym krokiem było rozwiązanie powszechnie szanowanego Towarzystwa Rolniczego oraz samorządowych władz miejskich w stolicy.
            Warszawa głośno protestowała, a młodzież pod wodzą młodziutkiego Leona Frankowskiego, urządziła pod siedzibą margrabiego kocią muzykę. Rozgorączkowana stolica żyła pełna nadziei na przyszłość. Powszechnie sądzono, że władze carskie ugięły się pod naciskiem opinii publicznej.
            Nikt nie przewidywał nadciągającej nieubłaganie katastrofy.
                                                     ---------------------------
            Nina schyliła się na siodle i ściągnęła cugle klaczki Paminy, pilnie nadsłuchując. Gdzieś daleko, poza wzgórzami, odezwała się trąbka, po niej zagrzechotały kołatki. Puszczą szła obława. Z takiej odległości do uszu Niny dochodziły jedynie szmery, ale ona wiedziała, że kilkudziesięciu chłopów płoszy zwierzynę, pędząc ją w stronę stanowisk myśliwych. Polowanie, ulubiona rozrywka ziemiaństwa polskiego, nigdy jej nie pociągało. Kochała zwierzęta i choć uznawała celowość łowów, nigdy nie brała w nich udziału. Dziś przybyła do puszczy usłyszawszy przypadkiem, jak wuj Ksawery mówił ciotce, że w polowaniu udział weźmie sam hrabia Klonowiecki. Nina, tak bardzo pragnęła ponownie zobaczyć Aleksa, że zniżyła się do prośby, namawiając ciotkę Marię, by pozwoliła jej jechać z wujem.
            Pierwsza miłość jest prosta, wystarcza jej niewiele. Miłość Niny była tak pokorna, że nie pragnęła niczego więcej, poza  widokiem ukochanego. Była zakochana całym sercem. Uwielbiała Aleksa za męską urodę, za wyniosłą postać, szczupłą talię, wąskie biodra znakomitego jeźdźca i długie smukłe nogi. Kochała jego oczy o złotawej barwie bursztynu, pięknie zarysowane usta i dumne spojrzenie. Lecz najbardziej kochała go za okazaną jej dobroć, jakiej tak niewiele w życiu doznała. Leżąc samotnie w swoim pokoiku na facjatce, płakała z tęsknoty.
            Po balu sylwestrowym miała okazję widzieć Aleksa kilka razy. Tańczyła z nim na herbatce karnawałowej w Ciążynach, a także na jego życzenie, razem z nim i Binią, uczestniczyła w wielkim kuligu i obiedzie na zamku w Kurozwękach. Zawsze okazywał jej prawie ojcowską życzliwość i troskę. Tego akurat Nina życzyła sobie najmniej, próbując nieśmiało zainteresować go swoją osobą. Pod koniec lutego, w dzień imienin hrabiego, w pałacu miał się odbyć wielki raut i bal. Na tę okazję Nina czekała, pracowicie przerabiając starą toaletę balową ciotki Marii. Ściboliła całymi wieczorami, choć ciotka zapowiedziała, że na raut nie pojedzie. Jeszcze czego!
            Pewnego zimowego dnia, ciotka powróciła z wizyty u sąsiadów Jabłockich tak zdenerwowana, że nie zdejmując w sieni futra, wpadła jak burza do kancelarii męża.
            -  Ksawuniu, - zawołała jeszcze w drzwiach –  natychmiast się zbieraj i jedź do Bodzentyna! Sprzedaj kwatermistrzowi z wojska resztę ziemniaków, wódkę i kapustę. Wojsko teraz wszystko kupi!
            Wuj Borutyński zajęty rozmową z ekonomem, podniósł na żonę oczy z wyrazem osłupienia.
            -  Co tobie, Marychno? – spytał, zauważywszy na policzkach żony mocne wypieki.
            Ruchem dłoni nakazał ekonomowi, aby się oddalił. Stary sługa wyniósł się z kancelarii błyskawicznie, gotowy ukryć się przed wzrokiem pani w mysią dziurę. Ciotka omdlewającym ruchem osunęła się na krzesło, powoli odwijając z głowy spowijające ją szale.
            -  Pośpiesz się, Ksawiuniu. – ponagliła męża.
            -  W ubiegłym tygodniu odmówiłem mu sprzedaży ziemniaków, zapomniałaś?
            -  Nie, po prostu powiedz, że sprzedajesz z zapasów przeznaczonych dla domu. Mamy dużo kaszy, sprzedaj ją. Z pewnością dostaniesz wyższą cenę.
            -  Z jakiej racji?
            -  Ach, bo ty ,kochanie, nic nie wiesz! – westchnęła ciotka. – Tym szaleńcom w Warszawie zachciało się zrobić rewolucję. Wczoraj ze stolicy wrócił Jabłocki, bo Zjazd Towarzystwa Rolniczego został zawieszony ze względu na rozruchy w mieście. Doszło do tego, że książę namiestnik zmuszony był wysłać na ulicę wojsko, a sprowokowani żołnierze użyli broni. Jest pięciu zabitych i mnóstwo rannych. Arcybiskup Fijałkowski, zamiast powagą kapłańską uśmierzyć wzburzoną hołotę, ogłosił bezterminową żałobę narodową! Zupełne szaleństwo. A ten niedołęga Jabłocki, po cichu popiera tych wywrotowców. Głupiec! Tyle pieniędzy wyrzuconych na darmo, bo toalety balowe trzeba będzie zamknąć w szafie. Wszystkie zabawy odwołane. Ach, Boże!
            Borutyński wstał i przeszedł się po pokoju, ściągając czarne, nastrzępione brwi i mrucząc coś pod nosem. Jego zaciśnięte usta wyrażały tłumioną złość.
            -  Tak, masz rację, aniołku. Musimy sprzedać, co się da, bo władze mogą znowu wprowadzić stan wojenny. – skomentował nowinę przywiezioną przez żonę. Na jego wyrazistej twarzy pojawił się ponury grymas.
            W sąsiednim pokoju, panny szyjące wyprawną bieliznę, usłyszały podniesione głosy i jak dwie szare myszki wśliznęły się do kancelarii, skromnie przystanąwszy na progu.
            -  A wy tu czego? – warknęła ciotka, lecz była tak wzburzona, że machnęła ręką i pozwoliła im pozostać.
            -  Przeklęci szaleńcy!- wybuchnął z pasją wuj Ksawery. – Bezmyślni smarkacze ośmielają się prowokować samego cara. Taką potęgę! Znowu sprowadzą na kraj nieszczęście, jak trzydzieści lat temu. Niepodległość im się marzy. Wolne żarty! Jakby jakimś cudem Polska odzyskała wolność, to w krótkim czasie znowu byśmy ją przefrymarczyli. Na nas potrzeba twardej ręki, bo sami nie potrafimy się rządzić. Co jeszcze mówił Jabłocki?
            - Opowiadał, że w Warszawie wszyscy ludzie ubrali żałobę. Panowie przestali nawet nosić cylindry i włożyli na głowę konfederatki. Błazny! Po kościołach damy zbierają datki na jakieś cele narodowe. – ciotka Maria wzruszyła z politowaniem ramionami. – Naturalnie, ja nie włożę czarnej sukni i nie pozwolę na to dziewczętom. Z jakiej racji? Że gdzieś kilku półgłówków dało się zastrzelić?
            Binia pobladła i spojrzała na Ninę z przerażeniem.
            - Mamo, nie wolno tak mówić. Ludzie mają prawo domagać się rządów konstytucyjnych i reform. – odezwała się, sama zdumiona własną odwagą.
            - Konstytucja? – ojciec zatrzymał się i zmierzył ją posępnym, szyderczym wzrokiem. – Kozacy nahajkami wypiszą ją tym szczeniakom na zadkach! – prychnął z ironią.
            - Papcio nie ma racji! – zawołała Binia, a jej łagodne niebieskie oczy naraz rozbłysły. – Ja ubiorę czarną suknię i będę kwestować w kościele.
            Ciotka Maria skamieniała, a wuj był bliski apopleksji.
            -  Milcz, smarkata! – wrzasnął i tupnął nogą.
            Ale Binia miała także gorącą krew  w żyłach i temperament Borutyńskich. Zaperzyła się i przekrzykując strach, oświadczyła podniesionym tonem:
            - Przepraszam rodziców, ale ja to zrobię! Nie chcę żeby opowiadano sobie, że jesteśmy złymi Polakami. Poproszę księdza proboszcza, by pozwolił mi kwestować po mszy. Pomoże mi pani wojewodzina, Nina i inne dziewczęta. Niech mamcia nie szyje mi sukni na raut w Makowie. Mamy żałobę narodową i na żadną zabawę nie pójdę! – mówiła, zacinając się i czując, że zaraz wybuchnie płaczem.
            - Zwracam ci uwagę, że to nie ksiądz proboszcz, ale my, rodzice, dajemy ci chleb!- oświadczyła gniewnie matka. – Dopóki jesz nasz chleb, zrobisz co rodzice ci każą!
            -  Nie zrobię! – odparła Binia  cicho, ale takim tonem, jakim jeszcze nigdy nie ośmieliła się przemawiać do matki. W jej głosie brzmiał gniew i żelazny upór, rodowa cecha Borutyńskich.

            Rodzice kompletnie skonsternowani ochłonąwszy z szoku, po namyśle zezwolili jej na wzięcie udziału w kweście, nie chcąc zadzierać z wojewodziną. Stara dama jeszcze tego samego dnia przyjechała do Sarnik z taką propozycją. Nikt przy zdrowych zmysłach, nie odważyłby się sprzeciwić wojowniczej starszej pani, nawet wuj Ksawery. Wszystkie zabawy odwołano, a damy włożyły żałobne toalety. Z Warszawy nadchodziły konspiracyjną pocztą listy od Jasia, z których panny dowiadywały się o dalszych niepokojach w stolicy. Obawiały się o jego bezpieczeństwo przeczuwając, że Jaś zawsze znajdzie się tam, gdzie jest najgoręcej. W jednym z listów znajdował się piękny wiersz młodego lwowskiego poety pana Mieczysława Romanowskiego. Tak bardzo spodobał się Ninie, że deklamowała go głośno, siedząc wieczorem na łóżku w pokoju Bini.
 Co tam marzyć o kochaniu,
                                                               O bogdance i róż rwaniu
                                                               Dla nas nie ma róż.
                                                               My jak ptacy na wędrówce,
                                                               Dziś tu, jutro na placówce
                                                                     Może staniem już.
                                                               Co śni serce, niech raz prześni.
                                                               W trwodze życia twarde pieśni
                                                                       Nie wiodą jak w tan.
                                                               A miast ręce – rękojeści
                                                               Szczery uścisk. Gdy obwieści
                                                                     Z niebios chwilę Pan.
                                                               Szczęście, dola, później może.
                                                               Ach. Lecz tylko ty wiesz Boże
                                                               Co tam czeka nas.
                                                               Ty wiesz komu uśmiech miły,
                                                               Komu kwiaty na mogiły
                                                                    Niesie przyszły czas.
            Ten wiersz zrobił na Ninie szczególne wrażenie. Wydało jej się, że jest on zwiastunem nieszczęścia, przepowiednią nie tylko dla niej, ale dla całego pokolenia młodych Polaków. Starannie złożyła kartkę z zapisanym wierszem i schowała ją do szkatułki, gdzie przechowywała najcenniejsze pamiątki. Kwestując w zimnym kościele, Binia przeziębiła się fatalnie. Zmartwiona ciotka pielęgnowała gorączkującą córkę, a mroźne zimowe dni schodziły Ninie w smutku i ciszy. Dopiero nadzieja spotkania Aleksa na polowaniu, wyrwała ją z apatii i wprawiła w radosne podniecenie.
            Siedząc na grzbiecie klaczy, śledziła wzrokiem przepyszną panoramę łagodnych wzgórz pokrytych puszczą i z goryczą doszła do wniosku, że jej starania nie zdały się na nic, bo hrabia nie przyjechał. Jedyną pociechą była przyjemność jazdy konnej na pięknej Paminie pożyczonej od Bini. Śliczne zwierzę o złotawej sierści, było podarunkiem rodziców na osiemnaste imieniny jedynaczki. Nowe siodło przysłał w świątecznym prezencie narzeczony Bini, pan Świerczyński. Nie łatwo siedzieć bokiem na szerokim damskim siodle, ale młodej pannie nie uchodziło udawać chłopca i dosiadać konia po męsku.
            Góry Świętokrzyskie porośnięte gęstym borem, stanowiły prawdziwy matecznik, kryjówkę dzikiej zwierzyny i raj dla myśliwych. Nina rzuciła okiem na szczyt Łysicy i zauważyła, że gromadzą się nad nią chmury, wróżąc zmianę pogody. Z obu stron otaczał ją wysokopienny bór. Wierzchołki masztowych sosen i jodeł kołysały się w podmuchach wiatru. Nina uwielbiała lasy, ale dziś ona i klaczka były już zmęczone, bo przez kilka godzin galopowały. Śliczna  Pamina pokonywała trudne stoki górskie, skacząc przez przeszkody i reagując na każdy ruch amazonki.
            Naraz  klacz stojąca dotąd spokojnie, chrapnęła głośno i wyciągnąwszy szyję, zaczęła podejrzliwie węszyć. Nina pogładziła ją po szyi nie wiedząc, co wierzchówkę zaniepokoiło. Trąciła stopą lśniący bok klaczki i wolno ruszyła w stronę leśniczówki. Polowanie zapewne już się skończyło, bo nie słychać było odgłosów obławy i strzałów. Nina była doświadczoną amazonką i zupełnie dobrze posługiwała się bronią palną, chociaż nie mogła się mierzyć celnością strzałów z panną Kazimierą Lasewiczówną, starszą o wiele lat siostrą Władysława. Panna Kazimiera była prawdziwą mistrzynią strzelby, a polowania stały się dla niej najmilszą rozrywką.
            Nie mając zamiaru brać udziału w łowach, Nina pozostawiła swoją lekką flintę w leśniczówce, mając sobie jedynie pistolet, ostatnią pamiątkę po ojcu, jaką udało się matce wywieść z Jaśminowa. Nina osobiście dbała o ten przedmiot pochodzący z rodzinnego domu, czyszcząc, oliwiąc i nabijając broń. Dziś także włożyła do kieszeni kożuszka kilka zapasowych naboi. Kierując klaczą spostrzegła, że cienie drzew wydłużyły się, a tarcza słoneczna zawisła nisko nad horyzontem. Cmoknęła głośno, zachęcając Paminę do przyśpieszenia kroku. Wtem klacz stanęła jak wryta, a potem zaczęła się cofać, chrapiąc trwożnie i przysiadając na tylnych nogach. Z gąszczu krzewów malin wysunął się wolno szary zwierz i przystanąwszy, przyglądał się im uważnie.
            - Wadera! – szepnęła Nina. – Jaka wielka. Ależ patrzy! …
            Nie czuła strachu, bo w lesie byli ludzie, a wilki trzymały się stadem gdy nie były płoszone. Ta wilczyca pewnie także uciekła przed obławą. Zima była mroźna, ale nie słyszało się, by wilki atakowały ludzi, bo często płoszyło je wojsko maszerujące traktami do większych miast. Dawnymi czasy, stada były ogromne, liczące nawet kilkadziesiąt sztuk. Wygłodzone, nie wahały się atakować pojedynczych jeźdźców, a nawet rzucały się na konne orszaki. Polowano na nie, rzucając im na przynętę żywego prosiaka, i z pędzących co koń wyskoczy sań, strzelając do oszalałego z głodu stada. Ale tak bywało przed wiekami. Potem wojska nieprzyjacielskie przetrzebiły także i wilcze watahy.
            Przypatrując się wilczycy, Nina nieznacznie sięgnęła za pas, wyciągając pistolet. Wadera dalej stała bez ruchu, obserwując konia i amazonkę, parą wąskich, błyszczących ślepiów. Gdy Nina wyciągnęła broń, wilczyca drgnęła i postąpiła kilka  kroków do przodu. Od tego momentu wypadki potoczyły się z błyskawiczną szybkością. Pamina stanęła dęba o mało nie zrzucając Niny z siodła. Okazując paniczny strach, wyprostowana jak struna, zrobiła zwrot na tylnych nogach i pomknęła przed siebie jak wicher. W ostatniej chwili, Nina zdołała wepchnąć pistolet za pas i kurczowo uchwyciła się siodła, kładąc się niemal na szyi klaczy. Pamina lotem ptaka przesadzała krzaki, wystające pnie, wąskie szczeliny skalne. Wyciągnięta w szalonym pędzie, wyrzucając z płuc kłęby pary, leciała wprost przed siebie na oślep, nie trzymając się drogi.
            Po pewnym czasie, Nina odzyskała przytomność umysłu i starała się utrzymać na siodle, obawiając się upadku i złamania karku. Próbowała delikatnie kierować Paminą, lecz znarowiona klacz nie pozwoliła narzucić sobie drogi. Szarpiąc cugle i szczerząc zapienione zęby, pędziła nie zwalniając tempa, gdzie ją oczy poniosą. Znajdowały się na rozległej łące, lecz oszalała  z przerażenia klacz szybko zbliżała się do lasu, a tam groziło Ninie niebezpieczeństwo strącenia z siodła przez niskie konary. „Jezu, ale ja mam dziś pecha. – myślała, bardziej zła niż przerażona. – Nie przyjechał pan Aleks, a teraz ta przeklęta kobyła uparła się, żeby połamać mi kości.”
            Zdecydowanym ruchem uniosła się na siodle i z całej siły zaczęła ściągać cugle, pragnąc powstrzymać rozpędzoną klacz. Pamina rzuciła łbem, rżąc dziko i jeszcze przyśpieszyła biegu. Walka pomiędzy znarowioną klaczką, a  Niną przeciągała się, tymczasem las zbliżał się z nieubłaganą prędkością. Zachodziła obawa, że oślepiona strachem Pamina rozbije się o drzewa.
            Wtem, pod nogami rozpędzonej klaczy rozwarła się płytka rozpadlina skalna. Koń i amazonka, machnąwszy potężnego kozła, rozleciały się w dwie przeciwne strony. Rozpadlina nie była głęboka i miała dno przykryte grubą warstwą śniegu. Jednak wstrząs był tak silny, że upadając, Nina na krótko straciła przytomność. Otworzyła oczy usłyszawszy, że ktoś nadjeżdża. Jęknęła i wcisnęła się głębiej w puchową, śnieżną pierzynę. Koń zbliżył się, rozległo się podejrzliwe parsknięcie i jeździec zatrzymał się w pobliżu. Nie  otwierała oczu, udając zemdlenie.
            - Wielki Boże, co się pani stało? – zawołał z niepokojem męski głos.
            Orlewicz zeskoczył z konia, przyklęknął i pochylił się nad nią. Zgarnąwszy garść śniegu, zaczął energicznie nacierać jej skronie, lekko poklepując po policzku. Nina czuła się bardzo słabo, jak po chorobie. Ciało miała poobijane i obolałe od stłuczeń. Uniosła się na łokciu i jęknęła, macając się po obolałej głowie. Futrzana czapeczka zapodziała się gdzieś, a włosy rozsypały się po ramionach. Próbowała zebrać je i spleść w warkocz, ale każdy ruch sprawiał jej ból, więc dała sobie spokój z fryzurą.
            -  Jak się pani czuje?  Kości nie złamane? – pytał Orlewicz z zatroskaną miną.
            „Mam złamane serce, ale ty nic na to nie możesz poradzić.” – pomyślała, ale że nie wypadało o tym mówić, więc tylko westchnęła ciężko i spróbowała się podnieść. Orlewicz pomógł jej stanąć na nogach i otrzepał ze śniegu.
            - Mój Boże, taki wypadek. – krzątał się koło niej, jak kwoka koło kurczęcia. – Co panią boli?– przeląkł się, zauważywszy na jej twarzy grymas bólu.
            - Wszystko mnie boli, ale to się mogło skończyć o wiele gorzej. – stęknęła, nieznacznie rozcierając tylną część ciała.
            -  Dlaczego tak nieostrożnie pani jechała? Przecież mogła się pani zabić, a koń złamać kark.
            - Matko Boska, co z Paminą? – krzyknęła i poczuła, że robi się jej słabo.-  Gdzie klacz? – rozejrzała się dookoła z trwogą.
            Jeśli Paminie stało się coś złego, to ona nie ma po co wracać do domu, bo wuj Ksawery obedrze ją ze skóry. Klacz była bardzo cennym koniem węgierskim. W Sarnikach było stado dobrych koni, ale Nina nigdy nie miała własnego wierzchowca, jeżdżąc na przygodnych szkapach. Z ogromną ulgą dostrzegła Paminę stojąca za krzakiem. Klacz trochę chwiała się na nogach, ale gdy Nina podeszła do niej, zarżała cicho, jakby przepraszała  za chwilę uniesienia.
            - Ona wpadła w zaspę i trochę się potłukła, ale już przychodzi do siebie. – pocieszył ją Orlewicz.
            Nina wyciągnęła rękę, gładząc szyję klaczy. Pamina parsknęła i delikatnie dotknęła wargami jej palców.
            - Widzisz, głupia, co narobiłaś? – Nina spojrzała na nią z wyrzutem i lekko trzepnęła ją rękawiczką po pysku. – Mogłaś zabić mnie i siebie.
            -  Nie widziała pani rozpadliny?
            -  Nie. Pamina przeraziła się wadery i poniosła. Nie mogłam jej opanować, bo zachowywała się jakby ją giez ukąsił.
            - Wadera? – zdziwił się leśniczy. – A gdzie ją pani spotkała?
            -  Na ścieżce prowadzącej w stronę Łysej Polany. Stała i patrzyła na mnie. Chciałam strzelić, ale Pamina przelękła się i poniosła.
            - Coś podobnego? – Orlewicz potrząsnął głową. – Przecież wilk boi się człowieka. Aha, już wiem! –zawołał. – Chłopi mówili, że koło wsi krąży wilczyca, taka bezczelna, że w jasny dzień ukradła prosiaka z podwórka.
            - Możliwe. – Nina zachwiała się, czując zamęt w głowie. – Czy mógłby mnie pan odprowadzić do leśniczówki. Nie czuję się dobrze.
            -  Naturalnie. Wezmę panią na mego konia, bo klacz zmęczona. – powiedział wyciągając ręce, by podsadzić ją na siodło. Ale ona wyminęła go i podeszła do klaczki.
            - Dziękuję. Pojadę na Paminie. – oświadczyła stanowczo. – Boże, przecież ona krwawi! – zawołała, zauważywszy na złotawej sierści konia smugę krwi.
             Orlewicz przyjrzał się rance i wyjął z torby garść pakuł oraz  pudełko z maścią. Troskliwie posmarował rankę maścią i pomógł Ninie dźwignąć się na siodło. W lesie była już cisza, tylko z daleka rozległo się czasami ujadanie ogarów. Widocznie myśliwi zeszli już ze stanowisk i schodzili się do leśniczówki na bigos i kieliszek starki. Dojeżdżając do leśniczówki, dostrzegli na podwórzu gromadkę łowców. Ubrani w kożuchy i wysokie buty, ze strzelbami przewieszonymi przez ramię, trzymali na smyczach szczekającą i warczącą sforę psów. Rozmawiali głośno, śmiejąc się i sprzeczając. Kłócono się o najlepszy strzał i  o to, kto co zabił. Na drabiniastym wozie leżały upolowane zwierzęta: dzik, dwa jelenie i sarna. Pomiędzy mężczyznami, jedyną kobietą była panna Lasewiczówna. Nigdy nie opuściła żadnego polowania, będąc zawsze niekwestionowaną królową łowów. Nie dbając o elegancję, miała na sobie kożuch barani i wysokie palone buty. Spod wysoko podpiętej spódnicy, wyglądały męskie spodnie. Wsparta o pień drzewa, rozmawiała z panem Wąsockim, czule gładząc zapieniony pysk rzucającego się wściekle na długiej lince brytana.           Podjeżdżając do leśniczówki Nina czuła coraz większy strach, na samą myśl o rozmowie z wujem. Pan Borutyński pierwszy dostrzegł jeźdźców i postąpił krok do przodu, przysłaniając oczy dłonią, przed promieniami słońca odbitymi od śniegu.
            -  Nina, jak ty wyglądasz? – odezwał się, ściągając czarne brwi.
            - Przepraszam wuja, spadłam z konia. – szepnęła, blednąc pod jego groźnym wzrokiem. Wpadła w panikę, lecz próbowała ukryć lęk i się opanować.
            -  A co to Paminie? – zaniepokoił się, zauważywszy na boku klaczy smugę białej maści.
            - Odrobinę skaleczyła się przy upadku, ale to tylko drobne zadraśnięcie. – wyjaśniła, chcąc zbagatelizować sprawę i obserwując z narastającym lękiem czerwone wypieki na policzkach wuja.
            - Upadła? Pamina upadła, a ty na niej siedzisz? Złaź natychmiast z tego konia! – ryknął z wściekłością. – Ty niezdaro! Zmarnować taką klacz! Rany boskie, taka strata. – lamentował, jakby już widział  przed  sobą martwą Paminę.- Kary nie ma na tę dziewuchę. Precz mi z oczu, smarkata! Wrócisz do domu chłopską furką. Do czeladnej, do garów, nie na polowanie. – wrzeszczał, nie przejmując się obecnością obcych ludzi.
            Myśliwi przerwali kłótnię o psa i odwrócili się w ich stronę, przysłuchując się awanturze. Na nieładnej twarzy panny Kazimiery, odmalował się wyraz niesmaku. Powstrzymała jednak brata, który zamierzał ująć się za Niną. Nie wypadało obcym wtrącać się w rodzinne swary.
            -Po jakiego diabła wziąłem cię na to polowanie? – wuj Ksawery  podszedł do klaczy i obejrzał jej zraniony bok.
            -Najmocniej wuja przepraszam, ale to był wypadek. – Nina, drżącym, łzawym tonem próbowała się usprawiedliwić. – Pamina zlękła się wilka i poniosła. Spadłyśmy do rozpadliny. Mogłam się przecież zabić.
            -Mała strata. – mruknął pod nosem. – Pogadamy o tym, po powrocie do domu! – w głosie wuja zabrzmiała wyraźna pogróżka.
            „Boże, dlaczego nie złamałam sobie karku?” – myślała z rozpaczą, mając ochotę zapaść się pod ziemię. Bała się czekającej ją kary. Kto wie, może każą jej klęczeć na grochu, lub zamkną w pokoju o chlebie i wodzie? Z całej duszy życzyła sobie śmierci.
            Sąsiedzi wiedzieli, że Borutyńscy traktują ją źle i niesprawiedliwie. Ich postępowanie budziło powszechne potępienie. Nawet proboszcz zgorszony ich zachowaniem, stawał w jej obronie i często upominał ciotkę, co bynajmniej nie wpływało na polepszenie sytuacji Niny. A teraz wuj Ksawery, pokazał co potrafi, nie krępując się ludzi.
            - Zapamiętaj sobie, że więcej na porządnego konia nie wsiądziesz! – zapowiedział, grożąc jej palcem.
            Była trupio blada, ale w głębi jej dużych oczu zapaliły się iskry buntu i nienawiści. Trzęsła się cała, ale nawet na krok nie cofnęła się przed rozwścieczonym wujem. „Jeżeli mnie uderzy, oddam mu policzek, choćby miał mnie potem zabić!” – pomyślała.
             Orlewicz zeskoczył z konia i stanął między nią, a rozwścieczonym Borutyńskim.
            - Klaczy nie stała się krzywda. – rzekł spokojnie, patrząc swemu chlebodawcy prosto w oczy. – Rankę sam opatrzyłem i prędko się zagoi. Ale panna Nałęczowska mocno się potłukła i potrzebuje odpoczynku.
            - No proszę, znalazła sobie obrońcę! – wuj skrzywił się z ironią. – Panie Orlewicz, niech się pan nie wtrąca w nie swoje sprawy. A ty, - zwrócił się do Niny – idź do izby i ogarnij się trochę, bo wyglądasz jak nieboskie stworzenie. Potem Waluś odwiezie cię do domu. No, marsz, ruszaj się! – machnął ręką, jakby odpędzał natrętnego psa.
            Odwróciła się i wolno, ze schyloną głową, skierowała się w stronę leśniczówki, przeklinając dzień i godzinę swoich narodzin. Cała płonęła ogniem nienawiści, życząc Borutyńskim wszystkiego najgorszego. W domu czekała ją jeszcze rozprawa z ciotką, a wuj nie zapomni surowo jej ukarać. Chciała umrzeć, zanim dojedzie do Sarnik. „Tyran, niegodziwiec!” – myślała, zaciskając drobne pięści. Potknęła się, nie widząc nic spoza zasłony łez spływających po policzkach. Spod gałęzi ogromnej jodły wyszedł wysoki mężczyzna, a jego silna ręka podtrzymała ją, chroniąc przed upadkiem.
            - Ja odwiozę Ninę do domu. – usłyszała znajomy, niski głos.
            Drgnęła, oczy jej zabłysły, a na policzki wypłynął lekki rumieniec. A więc jednak przyjechał!
            - Spóźniłem się trochę i nawet nie miałem okazji przywitać się z tobą. – powiedział z uśmiechem. – Jesteś blada, promyczku. Po powrocie do domu, koniecznie się połóż, bo inaczej odchorujesz ten upadek, moje biedne dziecko.
            Zanim się spostrzegła, uniósł ją w ramionach i posadził w swoich saniach, troskliwie otulając futrami.
            - Ciepło ci? Masz siny nosek. Poczekaj chwilkę, pójdę tylko przeprosić pana Wąsockiego, że nie będę na obiedzie. Postaram się również udobruchać Ksawerego, żebyś miała spokój. Zaraz wrócę.     
            Podniosła oczy, patrząc na niego z ogromną wdzięcznością i uwielbieniem.
            - Tak mi przykro, że sprawiłam kłopot.
            - Ależ to żaden kłopot, bo i tak nie zamierzałem jechać na obiad. – odparł wesoło.
            Wuj Ksawery stał przy Paminie, oglądając jej bok i klnąc pod nosem. Hrabia zamieniwszy kilka uprzejmych słów z panem Wąsockim, pożegnał myśliwych i podszedł do klaczy. Poklepał ją po szyi i rzucił okiem na rankę.
            - O, to tylko małe zadraśnięcie skóry. – zauważył.
            - Ale upadek może jej zaszkodzić. Sam ją wyhodowałem, więc nie dziw się, że nerwy mnie poniosły, gdy zobaczyłem w jakim jest stanie. – wuj próbował się usprawiedliwiać, bo było mu nieprzyjemnie, że ten wytworny arystokrata był świadkiem jego ordynarnego wybuchu złości.
            - Ona jest naprawdę śliczna. – Aleks pogładził zwierzę po miękkich chrapach.- Chyba czuje się dobrze, bo zachowuje się normalnie. Jak tylko wrócę do Makowa, przyślę ci konowała. Obejrzy klacz i fachowo ją opatrzy. – dodał prędko, zauważywszy czerwone plamy wypieków na policzkach wuja Ksawerego.
            - Więc widzisz, ile mnie ta dziewczyna kosztuje! – wybuchnął Borutyński, ogarnięty nową pasją.
            - Nic nie zapłacisz, bo to zwykła przysługa, jak to w rodzinie.
            Pan Ksawery sapnął i złagodniał, ujęty uprzejmością krewnego. Obaj panowie zamienili jeszcze kilka słów i rozeszli się w przeciwne strony. Nina oczekująca ze strachem końca rozmowy odetchnęła, gdy Aleks podszedł do sań.
            - No i po kłopocie. – powiedział swobodnie. – W domu nie grozi ci burza. A teraz, wypij to, proszę. – podał jej manierkę obciągniętą zamszem. Srebrna zakrętka zastępowała kieliszek. – Pij, promyczku! – ponaglił widząc, że Nina się ociąga.
            Posłusznie przełknęła długi łyk i zaniosła się kaszlem, nie mogąc złapać tchu. Krztusząc się, poczuła  jak po żyłach rozchodzi się ogniste gorąco.
            - Grzeczna panienka. – pochwalił i wyjąwszy z kieszeni chusteczkę, starannie wytarł jej wilgotne oczy i policzki. – Wódka cię rozgrzała i już nie grozi ci zapalenie płuc. Bardzo się potłukłaś?
            - Nie, trochę. – skłamała, zagryzając wargę, aby nie jęknąć z bólu.
            - Oho, nie wierzę. Jutro nie będziesz mogła się ruszyć. Mówię to z doświadczenia, bo sam wiele razy spadłem z konia. Prawda, Stachu? – zwrócił się do starego stangreta, siedzącego z dumną miną na koźle. 
            - Święta prawda. A bo też jaśnie pan hrabia, będąc małym chłopcem, siedział na koniu jak pies na płocie. Dopiero jak  pan koniuszy sprawił paniczowi lanie, a ja dołożyłem swoje,  zaraz jaśnie pan nauczył się dosiadać konia. Wio, maluśkie! – machnął batem nad grzbietami zaprzęgu.
            - Miałem surowych nauczycieli, ale dzięki nim teraz nieźle trzymam się na koniu. – Aleks uśmiechnął się, okrywając Ninę i siebie niedźwiedzimi futrami podszytymi jedwabiem.
            Czwórka siwych arabów ruszyła cwałem, wyrzucając łbami i potrząsając dzwonkami uprzęży.
            - A teraz schowaj nosek, bo pojedziemy bardzo prędko. – poradził.
            Zamiast odpowiedzi, pochwyciła jego rękę i przycisnęła do niej usta.
            - Dziękuję. – szepnęła. – Bałam się wracać do domu.
            - Nie myśl o tym więcej, mój biedny promyczku. – westchnął. – Wszystko będzie dobrze.
            Sanie zamiotły śnieg płozami i zatoczywszy koło, wpadły w leśną przecinkę ciągnącą się pomiędzy rzędami olbrzymich, pokrytych śniegiem jodeł. Nina,  wtulona aż po uszy w futra, nie odzywała się, zażenowana i skrępowana bliskością jego ciała. Przymknąwszy powieki, rozkoszowała się pędem koni i szybkością jazdy. W drodze prawie nic do siebie nie mówili, bo silny mróz zatykał oddech. Czasami tylko on zwracał ku niej głowę i patrzył na nią, a wtedy Nina płonęła rumieńcem i wstydliwie opuszczała długie rzęsy. Ale gdy Aleks nie spoglądał w jej stronę, obserwowała go ukradkiem. Na jego pociągłej twarzy rzadko gościł uśmiech, a pomiędzy ciemnymi brwiami często rysowała się pionowa zmarszczka tajemnej zgryzoty. Kiedy jego wzrok spoczywał na niej, w  oczach  zaraz malował się smutek.
            Tym razem droga do Sarnik wydała się Ninie stanowczo za krótka. Gdy sanie zatrzymały się przed dworem i Aleks pomógł jej wysiąść, zbladła i kurczowo chwyciła jego rękę.
            - Źle się czujesz? – pochylił się ku niej, patrząc na nią badawczo.
            - Boję się! … – przemówiła drżącym głosem. – Wuja, ciotki, tego domu …
            - Uspokój się, promyczku. Obiecuję, że nikt cię nie skrzywdzi. – dodał jej otuchy.
            Bez protestu weszła do domu. Ciotka Maria przyjęła ich zdumiona, wypytując co się stało. Hrabia wyjaśnił jej, że Nina miała wypadek, jest cierpiąca i zaraz powinna znaleźć się w łóżku. Zaintrygowana ciotka próbowała kuzyna zatrzymać na podwieczorku, ale on odmówił. Szepnął jej do ucha parę słów i pożegnawszy się z paniami odjechał. Ciotka Maria była tym faktem nieco zawiedziona i zamierzała wybadać siostrzenicę, ale zauważywszy jej rozpalone policzki i wysłuchawszy chaotycznej opowieści o waderze, wzruszyła ramionami i wysłała ją do łóżka.
            W pokoiku było chłodno, Nina rozebrała się pośpiesznie i zapomniawszy się umyć, wskoczyła do łóżka, naciągając kołdrę na głowę. Czyniła tak zawsze, kiedy spotkała ją przykrość albo chciała odgrodzić się od świata i pomarzyć przed snem. Ogarek świeczki zamigotał i zgasnął, a pokój pogrążył się w mroku. Za oknem była już zimowa noc i padał gęsty śnieg. Skuliwszy się na posłaniu, Nina, jak zawsze po rozstaniu z Aleksem, miała świadomość bolesnej tęsknoty. Wydawało się jej, że otacza ją pustka, jak po utracie najbliższej osoby. Ciotka wspominała niedawno, że hrabia wybiera się za granicę, aż gdzieś pod Lwów i pozostanie w Galicji do wiosny. Ta wiadomość tak Ninę zmartwiła, że uciekła do swojego pokoju i wypłakała się w poduszkę. Nie mogła sobie wyobrazić, jak to bez niego będzie? Bez nadziei na rychłe spotkanie, bez widoku ukochanej twarzy. Kiedy on odjedzie, nie będzie jej się chciało rano wstawać, by w pokorze znosić fochy ciotki i gderanie wuja. Przed nią nic – tylko pustka i smutek, aż do jego powrotu. Wspomnienie bliskości, gdy w saniach dotykali się ramionami, było dla Niny nie tylko szczęściem, ale i udręką. Z całą doniosłością uświadomiła sobie, że jej panieńska miłość jest nie tylko głupia, ale beznadziejna i nikomu niepotrzebna. Rozsądek podpowiadał jej, że na przekór żywionym przez nią uczuciom, hrabia traktuje ją z ojcowską dobrocią i nic nie wskazuje na jakąkolwiek zmianę w jego zachowaniu.
            Miał przecież za żonę piękną, wytworną damę i nawet nie dostrzegał jej nieśmiałego uwielbienia. Nie warto się było łudzić, że dojrzały mężczyzna, tak wyjątkowy jak on, kiedykolwiek zwróci na nią uwagę. Miłosne zauroczenie beznadziejnie zakochanego w nim podlotka, mogło mu się wydać zabawne. Kto wie, może nawet ciotka Maria nie zgorszyłaby się tym wcale? Co najwyżej popatrzyłaby na nią z politowaniem i puknąwszy się palcem w czoło powiedziała:
            - To miło ze strony Olesia, że stara się być dla ciebie uprzejmy, ale czy nie sądzisz, że twoje głupie miny muszą go bardzo śmieszyć?
            Nina westchnęła ciężko i zwinęła się w kłębek rozumiejąc, jak wielka przepaść dzieli ją, ubogą, niedouczoną dziewczynę, wegetującą żałośnie na łaskawym chlebie, od tak wielkiego pana, jakim jest hrabia Aleksander Klonowiecki z Makowa. Był dla niej równie nieosiągalny, jak gwiazdka z nieba. Ale na wspomnienie jego bliskości, dotyku ręki, ciepła jego ciała, ogarniała ją dziwna i słodka niemoc, zapewne na skutek wzrastającej temperatury.
            Gdzieś daleko, w ogrodzie, przeciągłym wołaniem odezwała się sowa. „Boże, jestem zepsuta do szpiku kości i ksiądz proboszcz nie da mi rozgrzeszenia.” Uświadomiwszy sobie głębię swej demoralizacji, szeptem odmówiła Litanię Loretańską. Skrzypnęły drzwi i do pokoju weszła niania, niosąc na tacy talerzyk z kanapkami i szklankę naparu z kwiatu lipowego. Postawiła tackę na stoliczku i pochyliła się nad łóżkiem, odsłaniając płócienne firanki.
            - Spisz, kotku? Musisz coś zjeść i napić się ziół. Nie obawiaj się wuja. Przyjechał w dobrym humorze i wcale nie pamięta o twoim wypadku. Może zajrzysz do Bini? Chciała ci powiedzieć „dobranoc”. Jak się czujesz, moje kochanie?
            Nina wyjrzała spod kołdry i zarzuciwszy jej ramiona na szyję rozpłakała się serdecznie.
            - Nianiu, - łkała, tuląc głowę do obfitej piersi Jagi – powiedz mi, dlaczego ja jestem taka nieszczęśliwa?
-----------------------------

            Stara kareta tak mocno kołysała się na wypłukanych przez deszcz drogach, że Nina musiała uważać, żeby nie przeciąć sobie języka. Było jej duszno, gdyż okien nie otwierano w obawie, iż kurz wciśnie się do wnętrza. Pudło karety cuchnęło skórą, końskim potem i stęchlizną. Kanapki były twarde, a    sam pojazd źle resorowany. Siedząc na wytartej pluszowej ławeczce, naprzeciw ciotki i Bini, Nina przyłożyła sobie do czoła chusteczkę skropioną wodą kolońską i przymknęła powieki, czując w skroniach nieznośne łupanie. Zapowiadała się migrena. Zmęczona i rozdrażniona, monosylabami odpowiadała na pytania ciotki i kuzynki. Spod ronda jedwabnej kapotki wiązanej wstążkami pod brodą, spływały strużki potu, wsiąkając w kołnierzyk. Suknia zapięta aż pod szyję, wilgotna była od potu, a fiszbiny gorsetu uciskały ją pod żebra. Czuła się brudna i nieszczęśliwa, złorzecząc ciotce za niefortunny pomysł zabrania ją z sobą do Warszawy.
            Tego roku wiosna nadeszła niezwykle wcześnie i już w połowie marca ziemia pokryła się świeżą, zieloną trawą. Nagie gałęzie drzew przysłoniła delikatna seledynowa mgiełka, a z zaoranych pól unosił się gorzki zapach poruszonej ziemi. Pod bezchmurnym niebem dzwoniły skowronki, w przydrożnych strugach pływały kaczki i gęsi, a po wilgotnych łąkach kroczyły bociany. Nina uwielbiała tę porę roku, idealnie nadającą się do odbywania konnych spacerów. Jednakże zaraz po Wielkanocy, ciotka Maria korzystając z pięknej pogody, postanowiła wybrać się do Warszawy i uzupełnić w stolicy braki w ślubnej wyprawie Bini.
            Narzeczony córki, pan Edward Świerczyński mieszkający w Księstwie Poznańskim, zaniepokojony dramatycznymi wydarzeniami w Królestwie Polskim, stanowczo nalegał na przyśpieszenie daty ślubu obawiając się, że w razie wybuchu zbrojnego, Prusy zamkną granicę Księstwa Poznańskiego. Czasu pozostało niewiele, a wyprawa panny młodej nie była jeszcze gotowa.
Wujostwo, stosując się do życzenia wyrażonego przez przyszłego zięcia, przesunęli termin ceremonii weselnej z września na czerwiec, w święto Piotra i Pawła.
            Ciotka Maria, z właściwą sobie energią, rozkazała podkuć konie, przygotować karetę do drogi i pozostawiwszy dom pod opieką Jagi wyjechała, zabierając z sobą obie panny. Początkowo podróż była przyjemna, lecz w miarę upływu czasu zaczęła nużyć, a upał męczył. Na domiar złego, jeden z koni cugowych okulał i przez wzgląd na kalekę, pozostałe konie wlokły się noga za nogą, w pyle suchego traktu.
            Za to Warszawa  po dłuższej nieobecności, wydała się Ninie piękna i ludna. Miasto powitało ich słoneczną pogodą, dźwiękami dzwonów wzywających na poranne nabożeństwo oraz wzmożonym ruchem ulicznym. Stangret Jakubek z trudnością utrzymywał konie, lękające się miejskiego hałasu. Na chodnikach mijały się tłumy przechodniów, a w kierunku targowisk ciągnęły chłopskie furmanki z kojcami pełnymi drobiu, jarzyn i zwierząt rzeźnych. Turkotały ciężkie wozy, zatłoczone omnibusy, bryki szlacheckie i wytworne powozy.
            Nina spostrzegła, że przybyło wiele nowych okazałych kamienic, pałaców, porządnych sklepów i prostych, szerokich ulic. Zaraz za rogatką, kareta ugrzęzła pomiędzy wojskowymi furgonami i posuwała się naprzód z denerwującą powolnością. Obie panny wychyliwszy się przez okno, przypatrywały się mijanym widokom. Im także  przyglądano  się z ulicy, a w oczach przechodniów malowała się jawna wrogość. Mały ulicznik splunął w kierunku karety, wykrzywiając się małpim grymasem.
            - Nie rozumiem, dlaczego oni tak na nas patrzą? – zastanawiała się Binia. – Co im się w nas nie podoba?
            Ciotka stanowczym ruchem zasłoniła oba okna firankami.
            - Wasza niestosowna ciekawość, naraża nas na afronty gawiedzi! – oświadczyła gniewnie. – Jakubek, poganiaj konie!
            - Jak mam poganiać, kiedy tu tyle wozów, co w Bodzentynie w dzień jarmarku. – mruknął  stangret flegmatycznie.
            - W takim razie skręć w boczną uliczkę, a potem poszukaj drogi na Krakowskie Przedmieście. – poleciła pani Borutyńska.
            Po kilku nieudanych próbach, udało się im wjechać w wąską boczną uliczkę, brukowaną drewnianą kostką. Kareta mocno podskakując, potoczyła się nareszcie w stronę Starego Miasta.
            Pani Salomea Borutyńska, matka Jasia, zajmowała z synem małe, kilkupokojowe mieszkanko w mieszczańskiej kamieniczce  na Placu Zamkowym. Utrzymywali się z procentów od niewielkiej sumy złożonej u książąt Sapiehów oraz kawałka resztówki wydzierżawionej dalekiemu krewnemu.
            Sapiąc ze zmęczenia, panie wdrapały się na trzecie piętro  po stromych schodach, a zadyszana ciotka Maria pociągnęła rączkę dzwonka. Drzwi otworzyła im pani Salomea, szczupła, delikatna kobieta o siwiejących jasnych włosach i słodkiej twarzy. Ujrzawszy gości, wydała okrzyk radości, witając je z otwartymi ramionami i prawdziwie polską gościnnością.
            - Marylko, serce, dlaczego nie dałaś znać, kiedy możemy się was spodziewać? – zawołała, całując spoconą damę, a następnie przyciskając do piersi obie panny. – Jaś wyszedłby po was na rogatki, bo teraz u nas niezbyt bezpiecznie. Boże, jakże te dziewczątka wyrosły, a jakie śliczne! Wprost trudno mi uwierzyć, że Binia włoży wkrótce obrączkę ślubną, bo jeszcze tak niedawno nosiłam ją na rękach. A i ty, Nineczko, szybko pójdziesz w jej ślady, bo kwitniesz jak różyczka. Ale pozwólcie, kochane, do pokoju. Napijemy się herbaty.  Rózia, nastawiaj samowar, mamy gości! – zawołała w stronę kuchni. – Rozbierzcie się, najmilsze, bo dziś upał, jak w czerwcu.
            Ciotka Maria łaskawie pozwoliła jej zdjąć sobie z ramion jedwabną rotundę, podbitą papuzim atłasem. Pani Salomea rzuciła okiem na toalety pań i załamała ręce z wyrazem szczerego przerażenia.
            - Bójcie się Boga, tak ubrane jechałyście przez miasto?.
            Ciotka Maria krytycznie obejrzała się w lustrze, unosząc wysoko brwi.
            -  Jesteśmy niemodnie ubrane?
             Pani Salomea oburącz chwyciła swoją czarną, nieco już przechodzoną suknię i potrząsnęła nią, mówiąc:
            -  Ależ wszystkie Polki obowiązuje żałoba narodowa, nie wiecie o tym? Ludzie na ulicy brali was za Rosjanki! Na Boga, Marylko, zaraz się przebierzecie, bo jeszcze obrzucą was kamieniami albo obleją czymś paskudnym. Tu nawet małe dzieci i ich lalki noszą żałobę.
            Ciotka Maria wysłuchała jej ze stoickim spokojem, lekko wzruszając ramionami.
            - Przecież to śmieszne. W jakim celu mam się pocić? Nie przestrzegam żałoby, a moim dziewczętom także zabroniłam chodzenia w czerni. Nie chcę mieć żałobników  w domu.
            Tym razem Nina zgodziła się z ciotką. Nosić czarną suknię w takim upale? Za nic! Wystarczająco męczące są gorsety i ciężkie krynoliny, tak szerokie że trudno było zmieścić się w nich w drzwiach. Ale Binia najwidoczniej nie podzielała jej zdania, bo wyraźnie posmutniała. Bała się matki, lecz nie zamierzała wyłamywać się z ogólnie przyjętych i respektowanych przez społeczeństwo zarządzeń arcybiskupa i opozycji.
            - Wydaje mi się,  mamo, – odezwała się nieśmiało – że moją wyprawę należy uszyć w ciemnych kolorach.
            -  Nie dziwacz! – roześmiała się matka. – Wykluczone. My, kobiety, nie mieszamy się do polityki. W zamian, panowie powinni w spokoju pozostawić nasze toalety.
            Pani Salomea westchnęła i potrząsnęła głową z powątpiewaniem.
            - Obawiam się, że nie masz  racji, Marylko. Tylko w ten jeden, przejmujący sposób polskie kobiety mogą uczcić pamięć pomordowanych. Cała stolica w czerni, od księcia do żebraka. Cała Polska w czerni. Musicie się przebrać, bo może spotkać was afront.
            Nina, jednym uchem przysłuchując się rozmowie obu dam, z przyjemnością rozglądała się po znajomych kątach. Będąc na pensji, bywała tu częstym gościem, a pani Salomea rozpieszczała ją zgadując, że dziewczynka spragniona jest matczynej miłości. Salonik urządzony był skromnie, lecz ze smakiem. Pośród zwykłych, pospolitych mebli, znajdowały się rzeczy piękne i kosztowne, pamiętające lepsze czasy. Jakaś palisandrowa komoda nabijana brązami, śliczna serwantka pełna figurek z saskiej porcelany. Cenny włoski obraz i złocony zegar z orłami i wizerunkiem Napoleona I. Na podłodze leżał starannie utrzymany stary perski dywan. W pokoju Jasia było trochę dawnej broni bogato zdobionej, a na ścianach wisiało kilka pysznych sztychów angielskich, zaś na wschodnim kilimie znakomity portret Piotra Borutyńskiego, ojca Jasia, a stryjecznego brata wuja Ksawerego, malowany przez słynnego mistrza Orłowskiego. Były to resztki z dużego niegdyś majątku, utraconego  na skutek burz dziejowych.
            Młoda, pyzata służąca wniosła domowe przysmaki, rozdmuchała samowar i nakryła do stołu. Dziewczęta mlasnęły, widząc na paterze ulubione rożki z masą orzechową. Zatroszczywszy się o posiłek, pani Salomea z właściwym sobie taktem, próbowała przekonać ciotkę Marię do nałożenia żałoby. Ale ciotka, zajęta wybieraniem ze słoiczka wybornych pikli do wędliny, uparcie odmawiała. Znudzona, rzekła na odczepnego:
            -  Nic nie poradzę, Salusiu, bo nie zabrałyśmy z domu ciemnych toalet.
            -  Ależ to się da załatwić, Marylko – zawołała pani Salomea, pełna dobrych chęci. – Włożysz po prostu którąś z moich sukien. Wprawdzie nie są one tak wytworne, ale trudno. Dziewczęta narzucą ciemne burnusy i po kłopocie. Och, tak się cieszę, że przyjechałyście. Biniu, twój ślub już w czerwcu?
            - Tak, w Piotra i Pawła. – Binia zarumieniła się na wzmiankę o ślubie. – Liczę, że ciotunia i Janek przyjedziecie do Sarnik. Wymarzyłam sobie, że to Janek i wuj, pan hrabia Klonowiecki, będą moimi świadkami na ślubie.
            - Naturalnie, drogie dziecko, przyjedziemy. O, jakże ci współczuję, Marylko. Z Sarnik do Księstwa Poznańskiego daleko. Rzadko będziecie mogli widywać waszą jedynaczkę. Ale Pan Jezus miłosierny, dał wam drugą córkę na pociechę. Zostanie wam Nineczka.
            Ciotka Maria zakrztusiła się i zaczęła kaszleć. Odchrząknąwszy, posłała pani Salomei chłodne spojrzenie.
            - To mało prawdopodobne. Zapewne i Nina opuści niedługo Sarniki, układając sobie życie..
            Pani Salomea zmieszała się, a na jej dobrej twarzy odmalował się wyraz przykrości. Zrozumiała, że niechcący popełniła nietakt. Nina  pobladła i odłożyła na podstawek kruchy rogalik.   Binia ściągnęła brwi i utkwiła wzrok w samowarze. Chcąc ratować niezręczną sytuację, ciotka Maria, świadoma niedostatków w wyprawie ślubnej córki, zaczęła wypytywać o najlepsze magazyny.
            - Najmodniejszym magazynem jest salon sióstr Kuhnke na Krakowskim Przedmieściu w Domu Malcza. W czasie rozruchów, moskiewskie kule porozbijały im paryskie lustra. Materiały kupisz, moja droga, albo u Szlenkera na Senatorskiej, lub u pana Kwiatkowskiego na Miodowej. To najwytworniejszy i najdroższy sklep w Warszawie. Biżuterię radzę kupić u Thonnersa. Jaś wszędzie was  zaprowadzi. 
            -  Pójdziemy do Kwiatkowskiego. – zdecydowała ciotka Maria.
            Zaraz po obiedzie, panie eskortowane przez Jasia, wybrały się na zakupy. Elegancki magazyn pełen był dam z beau monde. Usługujący chłopiec podał im złocone krzesła, a zażywny kupiec, zwęszywszy większy zarobek, sam z pomocą dwóch subiektów, prezentował damom towary. Materiałów było mnóstwo ale wszystkie czarne lub popielate i fioletowe. Ciotka skrzywiła się z dezaprobatą.
            - Nie, nie, moja córka wyjeżdża za granicę i nie będzie tam nosiła tych kirów. Proszę pokazać nam coś innego.
            Pan Kwiatkowski leciutko uniósł brwi, lecz nie ośmielił się zaprotestować, tylko rozkazał subiektom przynieść z magazynu inne tkaniny. Na widok tęczowych barw, paniom zabłysły oczy. Subiekci z wprawą  rozwijali na ladach bele szewiotów, kaszmirów, aksamitów i jedwabiów. Ciotka Maria była w swoim żywiole. Uważnie badała tkaniny, mnąc je w palcach i sprawdzając, czy się nie gniotą. Wybrany materiał wskazywała palcem subiektowi, a ten odmierzał żądaną ilość metrów i pakował do eleganckich pudeł. Binia była w siódmym niebie.
            -  Mamciu, ten różowy tiul jest odpowiedni na letnią suknię balową. We Włoszech będzie upał, więc tylko muśliny, gazy i organdyny. W Paryżu i w Rzymie będziemy w pełni letniego sezonu.
            -  Nie! – sprzeciwiła się matka. – Ten kolor jest nietwarzowy. Weźmiemy raczej jedwab w odcieniu sułtańskim. To się nosi w Paryżu! Poczekaj, dziecko, muszę się zastanowić. Aha! Byłabym zapomniała. Potrzebne są koronki. Walansjenki do obszycia bielizny, a gipiura i brabanckie na wstawki i kołnierzyki. Kupimy również tę etolę z selskinów. Jest odpowiednia do toalety wieczorowej.
            -  To może jeszcze ten błękitny atłas? – szepnęła Binia z nadzieją.
            -  Nie! – apodyktycznie sprzeciwiła się matka. – Kupimy tę gazę gris perle. Nie, Biniu, ta  srebrna lama także nie jest dla ciebie. Młodej mężatce nie wypada nosić ciężkich tkanin rzucających się w oczy. Muślin będzie o wiele tańszy.
            Biedna Binia zagryzła wargi i wymieniła z Niną bolesne spojrzenie. Po uregulowaniu przez ciotkę sporego rachunku, Jaś polecił odnieść paczki pod wskazany adres i po chwili ponownie znaleźli się na ulicy. Jaś podał ramię pani Borutyńskiej, a panny szły za nimi.
            -  Czy zamierza ciocia dziś jeszcze odwiedzić inne sklepy? – spytał Jaś.
            Był okropnie znudzony babskimi zakupami i jeszcze tego dnia umówił się z kolegami organizującymi jutrzejszą demonstrację. Dyskretnie spojrzał na zegarek, spiesząc się na spotkanie.
            - Dzisiaj już nie. – odparła ciotka Maria, otwierając parasolkę, aby uchronić delikatną cerę przed promieniami słońca. – Zmęczyły mnie te sprawunki. Jesteśmy po podróży. Jaka szkoda, że jutro niedziela i sklepy zamknięte. A w poniedziałek święto Zwiastowania, więc dopiero we wtorek wybierzemy się do modniarek i jubilerów. Binia ma stanowczo za mało biżuterii. Och, jaki w tej waszej Warszawie ruch, a hałas! Za nic nie chciałabym tu mieszkać. Nie ma to jak wieś. Panny, nie zgubcie się w tym tłumie. – upominała dziewczęta.
            Uskarżając się na gwar i ścisk, nie przestawała zasypywać Jasia pytaniami i ciekawie się rozglądać. Binia nie narzekała na miasto, podziwiając na wystawach modne stroje, wykwintne drobiazgi i klejnoty.
            - Popatrz tylko, Ninko! – wołała co chwilę, szeroko otwierając błękitne oczy. – Jaki piękny kostium wiosenny! Co za bogactwo aplikacji! A ten kapelusik ze strusimi piórami, to istne cudo! Mamciu, proszę, kup mi go! Och, Nineczko, spójrz na te kolczyki z szafirami. Są dokładnie w kolorze moich  oczu! Nie wytrzymam do wtorku. Mamciu, błagam, wstąpmy do tego jubilera!
            - Innym razem, moje dziecko. – odparła matka z roztargnieniem. – Nie wleczcie się tak wolno, bo nałykacie się kurzu.
            Binia mruknęła coś bardzo rozczarowana, ale za moment zastygła przed inną wystawą. Słuchając tego potoku wykrzykników, Nina bąkała coś pod nosem. „To niesprawiedliwe, mój Boże. – myślała zbuntowana. – Dlaczego jeden człowiek otrzymuje od losu tak wiele, natomiast inny nie dostaje nic.” Wyobraziła sobie, jak ślicznie wyglądałaby w sukniach z tych pięknych tkanin i w klejnotach. Wstydziła się, że zazdrości Bini, którą bardzo kochała. Tylko ona jedna okazywała jej od pierwszej chwili siostrzaną miłość i broniła przed rodzicami. Lecz mimo wszystko, Nina czuła zazdrość.
            Przechodząc koło sklepów, pożerała wzrokiem rzeczy wyłożone na wystawach. Wytworne drobiazgi, bez których prawdziwa dama obejść się nie może. Duńskie rękawiczki z cieniutkiej skórki, modne obuwie od Hiszpańskiego, klejnoty, wachlarze ze strusich piór lub kości słoniowej, albo malowane w przedziwne kwiaty i wzory. Atłasowe gorsety, delikatna bielizna z najcieńszego batystu, pieniąca się od koronek. Ach, tysiące cudownych przedmiotów i rzeczy. Tymczasem ona zmuszona była obywać się byle czym. Ciotka Maria nigdy nie pozwoliła jej na samodzielny wybór stroju. Kupowała dla niej u handlarzy żydowskich tanie, nieładne materiały, z których Nina przy pomocy niani, szyła sobie sukienki i okrycia. Mając od dziecka wyrobiony smak i poczucie piękna, marzyła o wykwincie i przepychu. Czasami wyobrażała sobie, że posiada wielki majątek i może beztrosko wydawać pieniądze w paryskich magazynach mody. Pragnęła mieć suknię od dobrej krawcowej i ładną bieliznę, nie tę z ordynarnego płótna, drapiącego jej delikatną skórę. W sklepie pana Kwiatkowskiego, płonącym wzrokiem wpatrywała się w rozłożone na ladzie kosztowne materiały i drżała z pożądania, z goryczą rozmyślając, iż nigdy nie będzie miała środków, by kupić sobie cokolwiek w tak drogim magazynie.  
            Binia, bystrym okiem dostrzegła jej ukradkowe spojrzenia rzucane na wystawy i prędko ochłonęła z podniecenia, głośno uskarżając się na zmęczenie. Po kolacji, panie wcześnie udały się na spoczynek.
            Jaś wyszedł  do miasta. Matka oczekiwała go z niepokojem, odmawiając różaniec. Obie panny zajmowały pokoik z oknem wychodzącym na Plac Zamkowy. Binia głośno ziewając, rozebrała się prędko, wymamrotała pacierz i posławszy Ninie całusa, wskoczyła do łóżka i momentalnie zasnęła. Nina, zdmuchnęła świeczkę i leżąc na kanapce, wpatrywała się w mrok, oczekując na sen, który nie nadchodził. W uchylonym oknie kołysała się krochmalona firanka poruszana podmuchami wiatru. Na pustej ulicy rozległy się regularnie miarowe kroki stójkowego, patrolującego swój rewir. Zegar na wieży zamkowej wydzwaniał mijające godziny, a ona leżała udręczona bezsennością. Przykre, ponure myśli, jak czarne kruki, opadały ją nie pozwalając na sen. Chciała odpocząć, ale nie mogła opędzić się od dręczących ją trosk. Zmęczona i zdenerwowana wstała i na palcach, aby nie zbudzić Bini, podeszła do okna i zaczerpnęła świeżego powietrza. Przez chwilę wpatrywała się w pusty Plac Zamkowy, a potem wróciła do łóżka, rozmyślając o swoich zmartwieniach. Uwaga niebacznie wypowiedziana przez panią Salomeę, i natychmiastowa replika ciotki Marii, uzmysłowiły jej raz jeszcze, że wraz ze ślubem Bini, skończy się dla niej czas pobytu w Sarnikach. Będzie musiała wynieść się stamtąd, a nie ma dokąd.
            Nie posiadała bliskich krewnych. Jedyny, starszy brat ojca, zginął jeszcze przed jej urodzeniem. Nie miała również majątku, ani odpowiedniego wykształcenia, żeby podjąć pracę zarobkową. Zresztą damy z jej sfery nigdy nie pracowały zarobkowo. Uboga panna z dobrego domu, miała przed sobą dwie drogi życiowe: wyjść za mąż lub wstąpić do klasztoru.
            Za mąż wyjść nie mogła, bo nie trafił się żaden odpowiedni konkurent. Poza tym, była namiętnie zakochana w wuju Aleksie. Do klasztoru nie miała powołania, a co więcej, nie posiadała pieniędzy na posag klasztorny. Nawet guwernantką nie mogła zostać, nie mając odpowiednich kwalifikacji. Zresztą na nauczycielkę była stanowczo za młoda. Planując swoją przyszłość, musiała pamiętać, że od niej zależy los Jagi. Niania zastępowała jej matkę i była jedyną osobą na świecie, bez której Nina nie wyobrażała sobie życia. Na samą myśl o opuszczeniu Sarnik, ogarnęła ją rozpacz. Może będzie musiała wyjechać daleko od Makowa? Zimą hrabia pojechał do Galicji, a ona nie miała  nawet okazji, żeby się z nim pożegnać.
            Po jego wyjeździe poczuła się jeszcze bardziej samotna i bezbronna. Podświadomie, właśnie od niego wyglądała pomocy i wsparcia. Po Borutyńskich, to on był jej najbliższym krewnym. Ale wrodzona duma nie pozwalała jej szukać u wuja pomocy. Błaganie o ratunek nie przeszłoby jej przez gardło. Jaś pomógłby jej chętnie. Nawet dziś napomknął, żeby więcej nie wracała do Sarnik, ale na to ona nie mogła się zgodzić. Mieszkać w Warszawie, tak daleko od Makowa? Nigdy! Pałac stał teraz pusty, bo hrabina Paula wyjechała do Petersburga, znudzona żałobą narodową. Nina zazdrościła jej męża i piękności, bowiem hrabina przedstawiała typ urody, który jak magnes przyciągał oczy mężczyzn. Rozmyślając o mnożących się kłopotach, Nina usiadła na kanapce i objąwszy ramionami kolana, wpatrywała się w okno, wyglądając świtu. Ale za oknem była głęboka noc, Binia posapywała przez sen, a pod Zamkiem straże nawoływały się przeciągłymi głosami. Z dala rozległo się wycie bezdomnego psa, potem zaturkotała spóźniona dorożka i znowu płynęły wolno godziny.
            Nad ranem powrócił Jaś. Do uszu Niny dobiegł słodki głos pani Salomei, pełen troski o ukochanego syna. Rozległ się szmer pocałunku i znowu zapadła cisza. „Ach, mój Boże, jaki ten Jaś szczęśliwy. Ma taką dobrą, kochającą matkę.” – myślała Nina z najgłębszym żalem.
            Nazajutrz była niedziela, ciotka Maria  z samego rana rozchorowała się na migrenę i pozostała w łóżku. Dziewczęta parzyły jej zioła i cierpliwie znosiły kaprysy chorej damy. Pani Salomea poczciwie zmartwiła się nagłą dolegliwością krewnej i wyraziwszy swoje współczucie, kazała Rózi podać śniadanie. Po posiłku, starsza pani z synem i służącą, poszli na nabożeństwo i na pochód. Kiedy tylko drzwi zamknęły się za nimi, ciotka Maria natychmiast poczuła się lepiej. Kazała sobie przynieść zakupione poprzedniego dnia materiały i głośno zastanawiała się nad fasonami sukien, nie dopuszczając córki do głosu.
            Gdy Borutyńscy wrócili do domu, ciotka dalej uskarżała się na nieznośnie bolącą głowę. Lecz tym razem pani Salomea była zbyt przejęta doniosłymi wydarzeniami, aby rozczulać się nad nią. Z entuzjazmem opowiadała o ogromnej manifestacji, w której udział wzięło ponad sto tysięcy ludzi! Warszawiacy protestowali przeciwko rozwiązaniu Towarzystwa Rolniczego i władz miejskich.  Jaś zjadł pośpiesznie obiad i poszedł z kolegami rozdawać ulotki. O oznaczonej godzinie, tysiące ludzi ponownie pomaszerowało ulicami miasta, niosąc chorągwie z Orłem i Pogonią. Tłumy otoczyły pałac hrabiego Zamoyskiego, wiwatując na jego cześć. Ale hrabia Andrzej, zwolennik  rozwiązań pokojowych, nie był tym zachwycony. Tego dnia nie doszło do konfrontacji z wojskiem i zmyleni tym mieszkańcy stolicy nabrali przekonania, iż książę namiestnik ugiął się pod presją i nie posunie się aż do ostateczności. Przygotowano nowe demonstracje w nadziei, że Wielopolski będzie zmuszony wznowić działalność Towarzystwa Rolniczego i samorządu miasta.
            Poniedziałek był dniem Zwiastowania Najświętszej Marii Panny, przeniesionym z Wielkiego Tygodnia. Od wczesnego rana nad Warszawą niósł się dźwięk dzwonów, wzywających wiernych na nabożeństwo. Spiżowa muzyka płynęła nad dachami Starego Miasta, strzelistymi wieżami kościołów i Zamkiem, ku szeroko rozlanej, płynącej majestatycznie rzece.
            Podczas śniadania, Jaś dzielił się z paniami wrażeniami z poprzedniego burzliwego dnia. Smarując maślaną bułeczkę miodem, wyśmiał bezsiłę władz carskich, które najwidoczniej przerażone stanowczością społeczeństwa, pochowały się w mysie dziury.
            - Wyobraźcie sobie moje damy, że policji i żandarmerii prawie nie widać. Jakby ich wymiotło.- – opowiadał, odgarniając niecierpliwym gestem jasny lok spadający mu na czoło. – Dziś chowają pana Stobnickiego i na Powązkach zbierze się pół Warszawy. A może ciocia z kuzyneczkami zechcą mi towarzyszyć?
             Ciotka Maria zajęta nakładaniem na talerz sałatki z rzodkiewek, jajek i szczypiorku ze śmietaną, spojrzała na niego z zainteresowaniem.
            - Wybacz, Jasiu, ale takie z nas parafianki, że nie znamy tu nikogo. Kimże był ten pan Stobnicki? – nałożywszy sałatkę na plaster różowej szynki, zaczęła z apetytem zajadać.
            Jaś odłożył bułeczkę, zapominając o jedzeniu.
            - Stobnicki był żołnierzem księdza Ściegiennego. – wyjaśnił. – Skazany na wieloletnią służbę w karnej kompanii, pozostawił w kraju narzeczoną. Lecz panna Reiter była odważną kobietą i podążyła za nim. W Tomsku wzięli ślub, ale młoda pani nie wytrzymała surowego klimatu i zmarła, a jego sparaliżowało ze zgryzoty. Po latach wielkich cierpień udało mu się powrócić do kraju i tu biedaczysko zmarł.
            Oczy Bini słuchającej go z zapartym tchem, napełniły się łzami.
            - Jakie to romantyczne! – zawołała wzruszona. – Polski Romeo i Julia.
            - Ślicznie to określiłaś, kochanie. – pochwaliła ją pani Salomea. Pomyślała przy tym, że dzięki Bogu, córka nie wdała się w rodziców. – Tak, to bardzo romantyczna historia i rodacy tłumnie odprowadzą biednego męczennika do grobu. Marylko, pozwolisz śmietanki do kawy?
            Twarz ciotki przybrała odpychający wyraz hamowanej złości. Gniewnie odsunęła filiżankę.
            - Nie, dziękuję. – rzekła lodowato. - A co się tyczy pana Stobnickiego, to nie miałam przyjemności znać go osobiście i nie zamierzam uczestniczyć w jego pogrzebie. To sprawa  rodziny.
            -  Nie, to sprawa każdego dobrego Polaka! – odparł Jaś porywczo i zamierzał jeszcze coś dodać, lecz kątem oka dostrzegł, że Binia daje mu jakieś znaki. Matka również to zauważyła i  ściągnąwszy brwi, powiedziała surowym tonem: 
            - Biniu, nie pójdziesz na żaden pogrzeb! Wybij to sobie z głowy. Polityka to sprawa mężczyzn. A ty, Jasiu, nie buntuj mi dziecka, bo co uchodzi młodemu chłopcu, nie wypada pannie przed ślubem. A mówiąc między nami, niepotrzebnie drażnicie rząd bezmyślnymi manifestacjami, a potem się uskarżacie, że policja potraktowała was brutalnie. Ot, na przykład: w lutym wojsko ukarało kilku krzykaczy, a radykałowie narzucili narodowi żałobę. Czy to ma sens? Ogłupiały motłoch występuje przeciwko pomazańcowi bożemu. Rękę podniesioną na cesarza i prawowitego króla Polski, powinno się uciąć!
            Przy stole zapadła grobowa cisza.
            Pani Salomea zbladła, a na jej łagodnej twarzy odmalowało się cierpienie. Binia w milczeniu bawiła się wstążką od szlafroczka, przyciskając rzęsami łzy cisnące się jej do oczu. Jaś, aż posiniał z wściekłości. W zaciśniętych zębach mełł twarde słowa potępienia i tylko wzgląd na prawa gościnności, powstrzymał go od zrobienia ciotce awantury. Przerwał posiłek, wstał i włożywszy obie zaciśnięte pięści w kieszenie, wyszedł do drugiego pokoju.
            Jedna Nina siedziała niewzruszona, nie wtrącając się do rozmowy. Polityki się bała, a do manifestów nie czuła sympatii, obawiając się, że mogą doprowadzić do niekontrolowanego wybuchu zbrojnego. Drugą noc  źle spała, trapiąc się własnym niepewnym losem, wobec którego wszystko inne po prostu nie miało dla niej znaczenia. Pragnęła pozostać w domu sama i wypłakać się w poduszkę. Ale ciotka Maria zdecydowała, że dziewczęta  będą towarzyszyć starszym paniom na mszy w Katedrze. Panny nie ośmieliły się oprzeć jej woli, gdyż ciotka była osobą zdolną najleniwszego parobka przeistoczyć w źródło energii.
            Zdenerwowany Jaś, nie powiedziawszy nawet „do widzenia”, wyszedł z domu zapowiadając matce, że na obiad nie wróci. Resztę humoru zepsuła ciotce Marii niemodna suknia, pożyczona od pani Salomei. Krzywiła się i mruczała, miała jednak tyle rozsądku, by nie pokazywać się na ulicy wzburzonego miasta w jasnej toalecie. Dziewczęta narzuciły na siebie czarne peleryny i włożyły żałobne kapotki na głowę. Binia, obejrzawszy się w lustrze, pogardliwie wygięła wargi, ale nie pisnęła  słówka. Nina nawet  nie spojrzała do lustra. Wzięły się za ręce i wyszły ze starszymi damami, pod czujną opieką Rózi. 
            Pogoda była prawdziwie wiosenna i mieszkańcy stolicy spacerowali lub podążali do kościołów, nie zważając na zarządzenie władz, surowo zabraniające w tym dniu zgromadzeń. Zbliżało się południe i zewsząd odezwały się dzwony. Najpierw rozkołysały się na wieżach Katedry, potem u Wizytek, u świętej Anny, Karmelitów, u Świętego Krzyża i świętego Aleksandra, a także dalsze aż po kres horyzontu. Powietrze drgało od spiżowego huku, stada siwych gołębi poderwały się z dachów Starego Miasta i poszybowały w czysty błękit nieba.
            Do Katedry Świętojańskiej nie było daleko. Obie panny idąc spacerowym krokiem, miały możność podziwiać szyk i elegancję warszawianek. Paryskie nowinki prędko przyjmowały się w stolicy i choć wszystkie kobiety nosiły żałobę, lecz fasony sukien, okryć i kapeluszy nie ustępowały wytwornością paryskim, a nawet wpływały na tamtejszą modę, gdyż czarny kolor stał się w Paryżu ostatnim krzykiem mody, w odruchu solidarności z cierpiącą Polską. Niektóre panie miały na sobie stroje narodowe: kontusiki i konfederatki przybrane piórami. Mężczyźni również zrezygnowali z  wiosennych palt i wysokich cylindrów, ubierając się po polsku.
            W blasku kwietniowego słońca, Warszawa prezentowała się uroczo. Pałace, dworki i piękne kamienice tonęły w delikatnej zieleni. Parki pełne były wiosennych kwiatów, a na rogach ulic ubogie kobiety sprzedawały bukieciki pachnących fiołków. Jednak przygnębiające wrażenie sprawiły roty wojska koczującego na placach. Ulicami regularnie przeciągały kozackie patrole, obrzucane przez przechodniów nienawistnym wzrokiem. Siedząc na niewielkich zwinnych konikach, kozacy wyglądali niepokojąco i groźnie w swoich wysokich papachach i pelerynach rozwiewających się na wietrze, jak skrzydła drapieżnego ptaka. Uzbrojeni byli po zęby w karabinki, szable i wysokie piki, przypominające ułańskie lance. Przy siodłach mieli nahajki, ciężkie bicze oraz arkany służące do chwytania koni i ludzi. Ich brodate twarze i często skośne oczy, wyglądały dziwnie azjatycko w stolicy kraju, leżącego pośrodku Europy. Przechodnie omijali ich wzrokiem udając, że wcale na nich nie patrzą
            Nad całym miastem ciążyła ogromna, złowroga sylweta Cytadeli Aleksandrowskiej, wzniesionej za pieniądze z kolosalnej kontrybucji nałożonej na Warszawę po upadku Powstania Listopadowego. Z wysokich bastionów fortecy, nowoczesne armaty groziły miastu bombardowaniem. Wszędzie widać było mundury – strojne i wytworne u oficerów, szare i ponure u prostych żołnierzy.
            Lecz uwagę Niny przyciągnęły śliczne konie cugowe w ozdobnych szorach, zaprzężone do błyszczących lakierem otwartych powozów. Siedziały w nich strojne damy i roześmiane dzieci, trzymające w objęciach lalki lub puchate zwierzątka. Czasami przemknęła ulicą kareta wioząca jakiegoś dostojnika, czy przegalopował szwadron kawalerii. Młodzi oficerowie oglądali się za pięknymi Polkami, mijającymi ich z wyniosłymi minami. Za Niną oglądali się wszyscy mężczyźni. Musiała  powstrzymywać się, by nie zatrzepotać rzęsami i ukryć uśmiech, bo bardzo lubiła flirtować.
            -  To miasto wygląda tak dziwnie, jakby jutro miała tu wybuchnąć wojna. – szepnęła Bini do ucha.
            -  Oby jak najprędzej! – mruknęła z zawziętością panna Borutyńska.
            Jej słowa tak zirytowały Ninę, że przestała się odzywać. Katedra pełna była modlących się ludzi, nawet w bocznych nawach panował tłok i panie musiały stać. Nina była śpiąca i z trudem powstrzymywała ziewanie. Obejrzawszy obrazy i rzeźby znajdujące się w zasięgu jej wzroku, zaczęła się okropnie nudzić. Nie była  pobożna, a widok rozegzaltowanego tłumu tylko ją drażnił. Miała do Pana Boga uzasadnione pretensje, że o niej zapomniał. Denerwowały ją płaczliwe pieśni patriotyczno-kościelne, śpiewane dość fałszywie podczas nabożeństwa.
                                               Boże Ojcze Twoje dzieci, płacząc żebrzą lepszej doli,
                                               Rok za rokiem próżno leci, my w niewoli, my w niewoli.
            Kiedy cichły te lamenty, w świątyni rozległ się potężny głos organów. Nina natychmiast się ożywiła i z zachwytem przysłuchiwała się mistrzowskiej grze organisty. Z mroków niepamięci, wyłaniała się słodka twarz matki, pochylonej nad klawiaturą gnieźnieńskich organów.
            Po powrocie do domu, poczuła się taka senna, że zrzuciwszy z nóg pantofelki, odwiązała krynolinę i położyła się na kanapce, próbując zasnąć. Ale po pokoju chodziła Binia, przebierając się ze świątecznej sukni w domową.. Potem usiadła na brzegu kanapki i zajrzała Ninie w twarz.
            -  Śpisz, złotko?
            -  Próbuję, ale mi przeszkadzasz. – mruknęła Nina ziewając.
            Binia przysunęła się bliżej, podkurczając pod siebie obie nóżki. W lekkiej perkalowej sukience w kwiatki, wyglądała ślicznie i młodzieńczo. Wyciągnęła rękę i pogłaskała czule Ninę po głowie.
            -  Nie sypiasz nocami. – powiedziała serdecznie. – Myślisz, że jestem ślepa i nie widzę, co się z tobą dzieje? Och, mamcia lubi być aż brutalnie szczera. A ty, od jakiegoś czasu sprawiasz takie wrażenie, jakby ci życie obrzydło.
            -  Bo i po co żyć? – w oczach Niny pojawiły się łzy. – Dla kogo?
            - Kochanie, tak mi wstyd za moich rodziców. – westchnęła Binia, a na jej pogodnej twarzy odmalował się smutek. – Wstyd mi, bo nie tylko są egoistami, ale i ludźmi bez serca. To mnie rani. Przecież wiesz, że najchętniej podzieliłabym się z tobą wszystkim, co posiadam. Nie, gadam głupstwa! Niestety, ja nic nie posiadam i zadowalam się tym, co rodzice mi dadzą. Postępowanie ojca i matki z tobą, jest niegodziwe. Nazywam rzeczy po imieniu i realnie patrzę na świat. Matka troszczy się o moją ślubną wyprawę, ale nawet nie raczyła mnie spytać, co ja myślę o moim przyszłym małżeństwie.             
            Słuchająca jej ze wzruszeniem Nina, podniosła się na łokciu i ucałowała różowy policzek Bini.
            -  Przecież wiem, że masz złote serce.  Proszę cię, nie przejmuj się tym, co mnie dotyczy.
            - Muszę się przejmować, bo cię kocham, jesteś moją siostrą. Ale dopóki mieszkam w Sarnikach, niewiele mogę ci pomóc. Dlatego ucieszyłam się, że Edward zażądał przyśpieszenia daty ślubu. Jak tylko wrócimy z podróży poślubnej, zabiorę cię do Świerszczyn.
            - Wujostwo się nie zgodzą.
            - Jako mężatka, wyproszę sobie stanowczo wszelkie uwagi! – Binia odruchowo spojrzała w stronę drzwi. – Zachowanie mamy w Warszawie jest skandaliczne. Wczoraj udała chorą, żeby nie iść na pochód, dziś pokłóciła się z Jasiem i  sprawiła ciotuni Salusi ogromną przykrość. Paliłam się ze wstydu. Matka jest taka chciwa i bezwzględna. Zeszłego roku, będąc w Świerszczynach, poszła do obory i przeliczyła wszystkie krowie ogony sprawdzając, czy rzeczywiście jest ich osiemdziesiąt! Myślałam, że się pod ziemię zapadnę.
            - Dobrze, że nie wybrała się do chlewika, by policzyć świnie. – prychnęła Nina. - Ciotka ma taką głowę do interesu, że potrafiłaby diabłu sprzedać wodę święconą. Nie myśl o tym. Wkrótce czeka cię cudowna podróż poślubna. Wiesz, podejrzewam, że po cichu napisałaś do Edwarda, żeby nalegał na wcześniejszy ślub. Znają cię, mądralo!  
            Binia zmrużyła oczy i roześmiała się, podciągając spódnicę i pokazując falbany halek obszyte koronkami oraz nogawki płóciennych pantalonów sięgających połowy łydki.
            - Ach, Nino, śni mi się ta podróż! – powiedziała z rozmarzeniem. – Pomyśl tylko; Paryż, Rzym, Werona, Wenecja, a w drodze powrotnej Szwajcaria i Wiedeń! Na złość mamie przeczytam wszystkie niedozwolone książki, a w muzeach obejrzę sobie najbardziej nieprzyzwoite obrazy i rzeźby. Pójdziemy z Edwardem do kabaretu i w osobnym gabinecie będę piła szampana! Pamiętasz, jak mamcia mnie pouczała, żebym w muzeach oglądała wyłącznie obrazy o treści religijnej, ponieważ święci zwykle są ubrani po dziurki w nosie, więc się nie zgorszę. Jezu, jak ja nienawidzę tej wstrętnej hipokryzji!
            -  Ciotka trafiła kulą w płot!. – parsknęła drwiąco Nina. – W albumie o sztuce Michała Anioła, który pożyczyła nam Stasia Wąsocka, był posąg biblijnego Dawida. Jest golusieńki, jakby dopiero co przyszedł na świat. Nawet bez listka figowego.
            Panny spojrzały na siebie i zarumieniły się mocno.
            - Tak, starsze damy są strasznie pruderyjne. – przytaknęła Binia. – Dobrze, że ten album nie wpadł w ręce mamci, bo zaraz wylądowałby w piecu kuchennym. Wyobraź sobie, że za młodu mamcia wcale nie była taką skromnisią. Opowiadała mi w sekrecie stara klucznica Wierusia, jak to grand’mère la maréchale, nakryła mamcię i papcia na karesach w lamusie. Całowali się tak zapamiętale, że nawet nie słyszeli, jak grand’mère weszła. Za karę dostało się papciowi packą na muchy!
            Wyobraziwszy sobie tę scenę, panny popłakały się ze śmiechu, obejmując się ramionami i tarzając z uciechy po kanapce.
            -  A ty, Biniu, całowałaś się już z panem Świerczyńskim? – spytała Nina ciekawie.
            - Nie i raczej nie mam na to wielkiej ochoty. – Binia wstała i stanęła przed lustrem, poprawiając rozczochrane włosy. W tafli dostrzegła zamyśloną Ninę.   
            - Słuchaj, kotku, – zaczęła niepewnie. – od jakiegoś czasu wydajesz mi się zmieniona. Wydoroślałaś, spoważniałaś… A może ty jesteś w kimś zakochana?
            Nina tak się zmieszała, ze przez jakiś czas nie wiedziała co ma powiedzieć. Uciekła oczami przed badawczym spojrzeniem  Bini. Nie chciała jej okłamywać, ale nie zamierzała też powiedzieć prawdy. Okazało się, że nie potrafi dobrze strzec swojej tajemnicy.
            -  Nie, w nikim się nie kocham i nigdy nie wyjdę za mąż.
            -  Co ty opowiadasz! – zaniepokoiła się Binia. - Dlaczego?
            -  Bo żaden mężczyzna z naszej sfery nie ożeni się z panną bez posagu, a bez miłości za mąż nie wyjdę. – Nina spuściła oczy i cicho westchnęła. – Nie mówmy o tym więcej. Wiesz, jestem głodna jak wilk. Włóż pantofelki i chodźmy na obiad. Z kuchni płyną obiecujące zapachy.
            W małej jadalni pyzata, rezolutna Rózia, krzątała się przy stole, układając talerze i sztućce. Urozmaicała sobie to zajęcie podśpiewując pod nosem:
                                              Na Starym Mieście przy wodotrysku,
                                              Pan policmajster dostał po pysku.
            Obie panny wybuchnęły śmiechem, a Rózia zrobiła do nich oko i także się roześmiała.
            - Pewnie wielmożne panny nie wiedzą, że to szczera prawda. – odezwała się, przerywając pracę i biorąc się pod boki. – Sam policmajster Trepow dostał po gębie nie wiedzieć od kogo, a Trepow to kat dla ludzi. Niech no tylko wybuchnie powstanie, to powiesimy pana Trepowa z paradą na najwyższej latarni.
            - Ty również możesz zginąć w powstaniu. – zauważyła Nina, którą zirytowały słowa dziewczyny.
            - Ojej, panienko złocista! – Rózia w zapale machnęła ścierką  jak sztandarem bojowym. – Ksiądz Mikoszewski, proboszcz u świętego Aleksandra gadał, że w niebie wszystkie ludzie są równe. To może i ja bym się za męczennicę świętą została?
            - Co Rózia tak peroruje? Obiad podany? – do pokoju weszła pani Salomea i krytycznym wzrokiem  obejrzała stół.
            Zawstydzona służąca dygnęła i szeleszcząc krochmalonymi spódnicami pośpiesznie wyniosła się do kuchni, skąd zaraz rozległy się odgłosy gwałtownie przesuwanych po blasze garnków, w niemym proteście.
            - Dziewczyna szczera jak złoto, ale strasznie pyskata. – pani Salomea potrząsnęła głową. – A Jasiek jeszcze przewraca jej w głowie, zabierając na wiece i pochody. Rózia, wnieśże, dziecko, wazę z zupą. Panicz mówił, żeby na niego nie czekać z obiadem. Maryniu, prosimy do stołu. O Boże, gdzie ten Jaś się podziewa?  Rano wybiegł prawie bez śniadania. – zatroskana starsza dama wskazała dziewczętom miejsca i wzięła krochmaloną, śnieżnobiałą serwetkę, rozkładając ją sobie na kolanach. - Maryniu! Róziu!....
            - No przecie idę! – dziewczyna z nadąsaną miną wniosła wazę z zupą. – A dla naszego panicza, to ja ugotuję wszystko świeże. Nie będzie jadł podgrzewanego obiadu, bo to niezdrowo. Podobno ludzie mają się modlić po południu na Placu Zamkowym pod figurą Matki Boskiej. Ja bym także tam poleciała. Wielmożna pani pozwoli?
            - Lepiej siedź w domu, bo jeszcze guza oberwiesz. – pani Salomea rzuciła okiem na zegar i zaczęła nalewać zupę.
            Po obiedzie Nina zasiadła do starego pianina i grała polonezy Dobrzyńskiego. Binia przewracała jej nuty, a obie starsze panie piły poobiednią kawę. Tymczasem Warszawa tętniła życiem. Po restauracjach ogródkowych na Frascati, na placach i rynkach, gromadzili się mieszkańcy miasta, rozprawiając o aroganckim zachowaniu się margrabiego Wielopolskiego i ostatnich zarządzeniach restrykcyjnych księcia namiestnika Gorczakowa. Czytano na głos ulotki rozdawane przez młodzież, drwiąc z tajnych agentów policji, tak charakterystycznie ubranych, że nawet ślepy mógłby ich rozpoznać.
            Ale do przytulnego saloniku na Placu Zamkowym hałasy nie docierały. W pokoju rozlegały się delikatne dźwięki pianina i głos Bini śpiewającej pieśni Chopina. Na gdańskiej komodzie miarowo tykał brązowy zegar z Orłem wzbijającym się do lotu, a pracowite ręce pani Salomei, prędko migotały szydełkiem, snując pajęczą koronkę. Zamyślona ciotka Maria obliczała w duchu, ile jeszcze będzie  ją kosztować wyprawa córki i zastanawiała się, na czym by tu zaoszczędzić. Stopniowo muzykę i śpiew zaczął zagłuszać wzmagający się gwar. Drzwi salonu otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wpadła Rózia, czerwona z podniecenia, z rozwianymi włosami i ogniem w oczach.
            - Proszę wielmożnej pani! – wrzasnęła od progu. –Tłum ludzi wali pod Zamek. Ojej, co to będzie?
            Binia umilkła, Nina wstała od instrumentu i obie pobiegły do okna, otwierając je na oścież. Z wąskich uliczek Starego Miasta ciągnęły większe i mniejsze grupy ludzi, kierując się ku figurze Matki Boskiej stojącej na Placu. Przeważała młodzież studencka i szkolna, ale byli i dorośli, a nawet starcy. Mundury akademików ocierały się o kapoty mieszczan i sute spódnice przekupek warszawskich. Kobiety prowadziły za rączkę małe dzieci. Obok wlekli się żebracy, w nadziei na hojny datek. Pomiędzy idącą zwartą gromadą biedoty, widać było ludzi dobrze ubranych, o pańskich twarzach. Tłum otoczył posąg Matki Boskiej, kobiety ustroiły go kwiatami, zapalając świece i znicze. U stóp figury uklękła młoda dama w żałobie, mając przy sobie dziecko ubrane na czarno. Drżącym ze wzruszenia głosem zaczęła odmawiać Litanię Loretańską:
            - Królowo Korony Polskiej! – wołała łzawym głosem.
            -  Módl się za nami! – odpowiadał zgodny chór pokornie klęczących ludzi.
            Po modlitwie, z ciżby wystąpił szczupły student, wyprostował się i silnym, pięknym głosem zaintonował:
                                              Boże, coś Polskę, przez tak liczne wieki.    
            Wszyscy podchwycili melodię i majestatyczna pieśń popłynęła ponad Zamkiem, odbijając się echem od starożytnych murów i wzniosła się ku wieczornym zorzom. Z ulicy Trębackiej, wyjechała kareta pocztowa zdążająca do Lublina. Woźnica siedzący na koźle, przyłożył trąbkę do ust i naraz z góry spłynęły srebrne dźwięki „Mazurka Dąbrowskiego”. Skoczna melodia była jak iskra rzucona na prochy. Ludzi ogarnął szał radości. Czapki wyleciały w górę, rozległy się oklaski, a młodzież wiwatowała z zapałem.
            -  Niech żyją pocztowcy! Przecz z zaborcą! Niech żyje wolna, niepodległa Polska!
            Porwany entuzjazmem tłum, prawie nie zwrócił uwagi na zmieniającą się szybko sytuację. Z ulicy Miodowej wyłoniło się kilka rot piechoty, z Krakowskiego Przedmieścia nadjechał szwadron żandarmerii konnej, a z Podwala wysunęła paszcze bateria armat. Sotnia kozaków czekała tylko rozkazu, by wspiąć konie i skoczyć ku rozśpiewanym, rozmodlonym ludziom, nie spodziewającym się napaści. Śmiertelny krąg zacieśnił się wolno, szczelnie zamykając Plac Zamkowy. Warknęły werble i jakiś urzędnik policji zaczął odczytywać wezwanie do rozejścia się. Jego wystąpienie przyjęto wybuchem śmiechu, gwizdami i zagłuszono oklaskami. Mali ulicznicy podbiegali do stojących bez ruchu żołnierzy, wykrzykując zapalczywie:
            -  Wynoście się do Moskwy! Nie chcemy was tutaj!
            Zdenerwowany policjant zawołał:
            -  Ludzie, wracajcie do domu!
            -  My jesteśmy w swoim domu! – usłyszał błyskawiczną ripostę. – To wy się stąd wynoście.
            Przekupki nie żałowały przekleństw, wygrażając wojsku pięściami, uczniacy gwizdali przeraźliwie na palcach. Nikt nie przejmował się stojącymi w groźnym bezruchu szeregami wojska. „Ech, strachy na Lachy.” – pokpiwano sobie beztrosko. Ludzie byli przekonani, że tym razem namiestnik nie posunie się do gwałtu. Na Plac Zamkowy przybywało coraz więcej gapiów, zwabionych warkotem werbli i widokiem wojska. Żołnierze uprzejmie rozstępowali się przed nimi, dając im wolną drogę. W oknach mieszczańskich kamieniczek ukazały się głowy mieszkańców, ciekawych widowiska. Niektórzy wychodzili z domów i przyłączali się do zbiegowiska. Tłum się powiększał
            Generał Chrulew, bohater bitwy sewastopolskiej, dowodzący na Placu Zamkowym, skrzywił się z niesmakiem, stwierdzając z pogardą, że jednak przyjdzie mu zmierzyć się z tą bandą rozwrzeszczanych półgłówków. Skonstatował, iż niektórzy oficerowie zaczynają przejawiać kabotyńskie nastroje. Jeszcze się nic nie działo, a już poprzedniego dnia ten idiota Peikert zastrzelił się, w  fatalny sposób wyrażając swój sprzeciw wobec metod poskramiania polskiej hołoty, ordynarnej tłuszczy! Sentymentalny bałwan, nie oficer. Na szczęście niewielu miał naśladowców, bo wojsko nie powinno ulegać tanim wzruszeniom i mazgajstwu. Generał spojrzał w stronę Zamku i dłonią w nieskazitelnej rękawiczce czule poklepał szyję swojego konia. Wierzchowiec chrapał przerażony zgiełkiem i próbował stanąć dęba. Generał poskromił go i rozejrzawszy się w sytuacji, podjechał pod okno Zamku, skąd książę namiestnik Gorczakow obserwował Plac.
            - Chrulew, oni nie zamierzają się rozejść! – na twarzy księcia namiestnika malowała się zimna furia, a oczy błyszczały złowrogo. – Cóż, w takim razie szarża!
            Na skinienie dowódcy, zwarte szeregi żandarmerii konnej ruszyły naprzód, ciężarem koni spychając ludzi i płazując ich szablami. W ślad za nimi skoczyli z wyciem kozacy, tłukąc z wysokości siodeł nahajkami i tratując bezbronnych. Pierwsza upadła młoda wdowa, cięta z góry szablą przez głowę. Jej długie jasne włosy rozesłały się miękko pod końskie kopyta. Czarny czepek potoczył się do rynsztoka, ciągnąc za sobą krepowy welon. Dziecko usiłowało podnieść matkę, lecz uderzone nahajką w głowę, padło obok niej, a podkowy ciężkich kopyt wycisnęły na jego plecach krwawe ślady.
            Zaskoczeni, przerażeni ludzie, osłaniali głowy ramionami, chroniąc je przed ciosami szabel i batogów. Bici, uparcie trwali, nie zamierzając się rozejść. Ta bierna postawa tłumu, zamiast łagodzić, rozjuszyła napastników. Ciosy szabel stawały się precyzyjne i już nie płazowały, lecz cięły z góry wzniesione ramiona, siekły twarze, zagłębiając się sztychem w gardła i piersi. Na Placu Zamkowym zaczęli padać pierwsi zabici i ranni. Zagrały trąbki i konnica prędko się wycofała, a na wprost zdziczałego z bólu i trwogi tłumu, wysunęły się równe szeregi piechoty. Nikt z Placu Zamkowego nie uciekał, bo stamtąd już drogi ucieczki nie było. Pierścień wojska szczelnie zamykał sąsiednie uliczki.
            -  Boże, ratunku! Mordują nas! – rozległy się rozpaczliwe krzyki.
            -  Nie uciekajmy. Mamy ginąć, umierajmy razem! – wołali inni, nie ruszając się z miejsca.
            Na oczach zrozpaczonych ludzi, kilka rot piechoty z zimną krwią załadowało karabiny ostrą amunicją. Pierwszy szereg żołnierzy przyklęknął na jedno kolano, przykładając broń do ramienia. Oczy ich bacznie śledziły szablę dowódcy. Uniosła się w górę i przez mgnienie zawisła w powietrzu, a potem opadłą w dół świetlistą błyskawicą.
            -  Ognia!  

            Grzmot salwy wstrząsnął murami Placu Zamkowego. Wybuchnęły straszne krzyki i jęki mordowanych. Po bruku popłynęła czerwona krew. Ranni tarzali się po ziemi, rozpaczliwie szukając ucieczki. Darli palcami kostki bruku i czołgali się w złudnej nadziei znalezienia kryjówki. Lecz na przeklętym Placu nie było gdzie się schronić. Z kościoła świętej Anny wyszła procesja. Na przedzie postępował zakonnik, dźwigając przed sobą wielki krzyż z rozpiętym na nim Ciałem Jezusa. Idąc wolno, śpiewał mocnym głosem Suplikacje:
 Święty Boże! Święty mocny!
                                                        Święty, a nieśmiertelny!
                                                        Zmiłuj się nad nami! 
            Pierwszy szereg piechoty wystrzeliwszy salwę cofnął się, robiąc miejsce drugiemu szeregowi, a ten klęknął z bronią przygotowaną do strzału. Następna salwa rozdarła powietrze. Kilku mężczyzn idących obok zakonnika, bezwładnie osunęło się na ziemię. Pozostali szli naprzód, podejmując przerwany śpiew. Strzały karabinowe stanowiły jakby straszliwy akompaniament do wtóru ludziom idącym na pewną śmierć. Kolejne plutony zmieniały się, bez przerwy strzelając do idącego na oślep tłumu. Z jednej i z drugiej strony narastała zawziętość i determinacja. Twarze żołnierzy były kamienne, a w ich oczach czaiło się okrucieństwo, kiedy tak bezlitośnie wybierali sobie ofiary. Równie zapamiętałe były oblicza idących im naprzeciw ludzi w procesji. Nie zważając na strzały, trupy i lejącą się krew, hardo parli naprzód, patrząc śmierci prosto w oczy.
            Dymy przysłoniły Plac Zamkowy. W sąsiednich kościołach rozkołysały się dzwony. Dzwon Katedry bił w jedną stronę, ponuro, gorączkowo, na trwogę. Za nim odezwał się drugi, trzeci, dziesiąty i po chwili biły już wszystkie, jednym spiżowym dźwiękiem, głosząc śmierć. Przy ołtarzach księża odprawiali nabożeństwa za konających, a ludzie spokojnie przyjmowali Komunię świętą i wychodzili na ulicę, idąc prosto pod lufy karabinów, z heroiczną odwagą i głęboką nadzieją, że ofiara ich życia będzie policzona w niebie.
            W miarę upływu czasu, w oczach mordujących i mordowanych zaczęła narastać groza. Jaki taki sołdat, odrywał rękę od kolby karabinu i rękawem szarego szynela szybko ocierał łzę spływającą mu po policzku. Ale zaraz podnosił broń do oka i strzelał, bo długie lata okrutnej musztry, pruskiego  drylu i bicia, zrobiły swoje i żaden z nich nie ośmielił się odmówić wykonania rozkazu.
            Z bocznych uliczek ciągle jeszcze napływały gromadki ludzi nieświadomych tragedii, jaka się właśnie rozgrywała i wpadali w śmiertelną pułapkę. Zakonnik prowadzący procesję z krzyżem, szedł prosto na prażące ogniem plutony. Spod przykrótkiego habitu widoczne były jego chude nogi, bose, w rzemiennych sandałach. U jego boku, chroniąc się pod ramionami krzyża, dreptali modlący się głośno ludzie. Obok maszerował akademik Szkoły Sztuk Pięknych Karol Nowakowski, który miał odwagę pierwszy zaśpiewać głośno: „Boże, coś Polskę”. Uczestnik wszystkich pochodów, obdarzony pięknym głosem, śpiewał razem z innymi Suplikacje. Wtem, ciężki krzyż zakołysał się w rękach zakonnika, a on zachwiał się i przez moment stał nieruchomo, patrząc przed siebie okropnie wytrzeszczonymi oczami. Potem rozłożył ramiona i wypuściwszy z rąk krucyfiks, runął twarzą na bruk. Nowakowski bez wahania podniósł krzyż i poniósł go dalej. Ale jego twarz była dobrze znana policji i tajnym agentom. Na rozkaz Chrulewa pochwycono go i szarpiąc, bijąc po głowie, powleczono na Zamek.
            Teraz na czele pochodu znalazł się młodziutki Żyd, uczeń gimnazjum realnego Śmierć zakonnika i pojmanie Nowakowskiego napełniły go przerażeniem. Rozejrzał się dokoła, pragnąc znaleźć drogę ucieczki, wydostać się z tego potwornego miejsca. Z dala dostrzegł uchyloną bramę i czyjąś rękę dającą mu znaki. Rzucił się biegiem w tamtą stronę. Lecz potknął się o leżący, upuszczony przez Nowakowskiego krzyż. Przez krótka chwilę toczył  z sobą zaciętą walkę. Bał się bólu i nie chciał umierać, mając dopiero siedemnaście lat. Przystanął, jakby zatrzymany w biegu niewidzialną siłą. Pochylił barki i mocując się ze sobą, powoli dźwignął z ziemi oblany krwią krzyż. Przycisnąwszy do piersi ten symbol obcej wiary, ruszył przed siebie na czele procesji, idąc ku swojemu przeznaczeniu.
            Tymczasem żołnierze pośpiesznie nabijali karabiny, bez komendy, jak w czasie bitwy. Huk nowej salwy rozległ się echem na Placu. Młodziutki Żyd opadł na oba kolana, jakby w uniesieniu, z odrzuconą w tył głową i rozwartymi w bezgłośnym krzyku ustami. Jego szkliste oczy, szeroko otwarte, ostatnim spojrzeniem wpatrywały się w otchłań nicości. Potem miękko osunął się na wznak i legł, przykrywając sobą niesiony krucyfiks. Po wyprężonym w męce konania Ciele Chrystusa, spłynęła ciepła, czerwona i świeża krew.
            Widząc dokoła śmierć, ludzie oprzytomnieli i zaczęli się rozpaczliwie bronić. Kiedy jedni umierali, inni z gołymi rękami rzucali się na żołnierzy z niesłychanym męstwem i ginęli, rozniesieni na bagnetach. Studenci zaczęli wyrywać kamienie z bruku i ciskali tymi nędznymi pociskami w stronę wojska. Tłum poszedł w rozsypkę, a potem zaczęły się straszliwe łowy, gdy każdy strzelec wybierał sobie ofiarę. Stosy trupów leżały w kałużach krwi, jęki rannych i rzężenie konających ginęły w powszechnym chaosie walki.
            Nie słychać było komend i pojedynczych głosów, tylko jeden straszliwy krzyk i strzały. Tłum falował, następując naprzód i cofając się, jak fale wzburzonego jeziora. Rozpędzani ludzie uparcie wracali, zbijając się w większe i mniejsze gromadki, próbując stawić opór napierającemu wojsku. Naraz strzały umilkły, a na Plac wpadli kozacy, z wyciem i gwizdami, dobijając rannych i mordując tych, którzy jeszcze żyli. Przebiegali Plac świszcząc, przy odgłosie trąbek i werbli. Skądś nadjechała dorożka, pusta i ciągnięta przez oszalałego ze strachu konia. Momentalnie pochwyciło ją kilkanaście rąk, wyprzęgło zwierzę i wlokąc powóz, zaciągnięto go na miejsce budowanej prowizorycznej barykady. Z okien kamienic mieszkańcy wyrzucali meble, wyjmowano bramy z zawiasów i ciskano na barykadę, żeby ukryć się za tą słabą zasłoną.
            Stojące w oknie cztery kobiety, nieme z przerażenia, obserwowały okropne sceny masakry. Nina tak silnie przygryzła usta, że z kącika dolnej wargi spłynęła na podbródek niteczka krwi. Binia obiema rękami zasłoniła usta, tłumiąc wyrywający się z nich okrzyk zgrozy. Ciotka Maria z nieprzytomnym wyrazem twarzy, modliła się głośno, kompletnie nie rozumiejąc tego, co mówi. Pani Salomea wychyliła się z okna do połowy ciała i pilnie wypatrywała kogoś na Placu. Naraz wydała okrzyk i wyciągnęła rękę. 
            -  O Jezus Maria, patrzcie, tam jest Janek!
            Wszystkie dostrzegły w tłumie wysoką postać i jasną czuprynę Jasia. Walczył w grupie studentów, zmagając się z kozakami. Uzbrojony w szczapę drewna, usiłował zwalić z konia rosłego kozaka. Doniec osłaniał się, waląc jak oszalały nahajką, gdyż nie  miał czasu sięgnąć po szablę czy karabinek. Jaś chwyciwszy jego konia za uzdę, mocnymi szarpnięciami próbował rzucić go na kolana. Walka przeciągała się, a wtedy w pobliżu pojawił się drugi kozak. Widząc kolegę w opałach, skoczył mu na pomoc. Jaś błyskawicznie cięty w głowę i ramiona, runął pod końskie kopyta.
            Pani Salomea z przeraźliwym krzykiem porwała się od okna.
            - Janek! Tam jest mój synek. O Matko Boska, ratuj moje dziecko! – wołała coraz cichszym głosem i postąpiwszy ku drzwiom, zemdlona osunęła się na podłogę.
            Dziewczęta podbiegły do niej i razem podniosły nieprzytomną kobietę, z wysiłkiem dźwigając ją na kanapę.
            - Mamo, - odezwała się Binia rozkazująco – skończ ten pacierz i pomóż ocucić ciocię. – uniosła głowę i wymieniła z Niną spojrzenia. Zawsze rozumiały się bez słów.
            Ciotka Maria przestała bełkotać i oprzytomniała. Jej uwadze nie uszły spojrzenia dziewcząt. Natychmiast domyśliła się, co planują.
            - Nie! – krzyknęła histerycznie, chwytając córkę za ramię. – Nigdzie nie pójdziesz, zabraniam!
            Binia wolno odwróciła głowę i popatrzyła jej w oczy ostrym, nieustępliwym wzrokiem. Matce zdawało się, że lodowate palce ścisnęły jej serce. „Boże, - pomyślała wstrząśnięta – ta dziewczyna o takich zimnych, twardych oczach, to przecież nie moja łagodna, słodka córeczka.”
            - Proszę, niech mama mnie puści. – powiedziała Binia cichym, jakby obcym głosem. Jej twarz była bez wyrazu, tylko w głębi niebieskich źrenic rozpalił się płomień srogiego gniewu. Z siłą zupełnie niespodziewaną u tak drobnej osóbki, wyrwała się z rąk matki. Palce pani Borutyńskiej rozdarły tylko cienką tkaninę sukni, a Binia już była za drzwiami. Zrozpaczona matka oparła głowę o ścianę i zaczęła szlochać jak na pogrzebie.
            W sieni czekały już na Binię, służąca Rózia i Nina. Zbiegły prędko po schodach i przyczaiły się w bramie, wypatrując  dogodnego momentu, żeby dotrzeć do nieprzytomnego Jasia. Nie były pewne, czy jeszcze żyje. Po Placu uwijali się kozacy, zapędzając uciekających ludzi w łapy żandarmerii. Kilku kozaków puściło się w pogoń za biegnącymi w popłochu kobietami, niosącymi małe dzieci. W ostatniej chwili zdążyły dopaść prowizorycznej barykady, a ukryci tam mężczyźni wciągnęli je do środka, broniąc się kamieniami. Kozacy tak bardzo byli zajęci zdobywaniem barykady, że nie zważali na nic innego.
             Ten moment wybrały dziewczęta, chyłkiem wybiegając z bramy. Jak okiem sięgnąć Plac pokryty był ciałami zabitych i rannych, leżących we krwi. Mdły odór wisiał nad Placem, powodując nudności. W dymie nie widać było prawie Zamku, a jedynie wyniosła kolumna Zygmunta pięła się wysoko w czysty błękit nieba. Czyjeś ręce pochwyciły skraj sukni Niny.
            -  Pomocy! – jęknął ktoś boleśnie. – Mam w domu małe dzieci…
            Nie zwalniając biegu, Nina brutalnie wyszarpnęła suknię, nawet nie spojrzawszy pod nogi. Zgięta w pół pędziła dalej, dusząc się z płaczu. Dopadły Jasia, który oprzytomniawszy, czołgał się w stronę domu. Bez namysłu pochwyciły go za ręce i nogi, nie zważając na zranione ramię. Nina dźwigała jego nogi, z przerażeniem  wpatrując się w siną  z bólu twarz rannego, wpół przysłoniętą zakrwawionymi włosami. Z głębokiej rany na czaszce kapała krew, znacząc ich ślady. Spieszyły się bardzo, żeby powracający kozacy nie odcięli im drogi do domu. Taszcząc z wysiłkiem rannego, nieustannie urażały jego ramię. Jaś jęczał i przeklinał je po łacinie, życząc sobie śmierci. Wtem Binia zatrzymała się tak gwałtownie, że Nina potknęła się i o mało nie runęła na Jasia.
            -  Boże, przecież on się całkiem wykrwawi. – wysapała Binia, ocierając dłonią pot z czoła.
            - To może ja oderwę kawał koszuli i opatrzę panicza? – ofiarowała się Rózia i przykucnąwszy,  zaczęła zębami odrywać brzeg płóciennej falbany.
            - Nie stójmy tutaj. – Nina rozejrzała się ze strachem. – Zaraz będziemy w domu. Jasiu, - pochyliła się nad jęczącym głucho rannym. – Wytrzymaj jeszcze trochę, tylko błagam, nie stękaj tak głośno, do licha, bo nam ściągniesz na kark kozaków. – Jaś nie odpowiedział bo zemdlał.
            Odsapnęły i powlekły go dalej. Nina plątała się w fałdach szerokiej spódnicy, potykając się co krok. Lepki swędzący pot spływał jej po twarzy, zalewając oczy. Czuła na ustach jego słony smak. Była śmiertelnie przerażona i marzyła o bezpiecznym schronieniu, z dala od strzałów, wrzasków i krzyków mordowanych. Czasami ogarniała ją taka panika, że miała ochotę porzucić Jasia i uciekać gdzie oczy poniosą. Wstydziła się swego tchórzostwa i zazdrościła Bini i Rózi odwagi, widząc z jaką zimną krwią i poświęceniem niosły rannego. Przemagając strach szła, przypadając do ziemi, kiedy słyszała gwizd kul. Pocieszała się tylko nadzieją, że zbawcza brama domu już blisko. Jeszcze tylko kilkanaście kroków i Jaś będzie uratowany, a one bezpieczne.
            Potknęła się, a gdy podniosła głowę, zauważyła ze zdumieniem, że idące przodem dziewczęta przystanęły. Skamieniałe z przerażenia  wpatrywały się w ogromnego kozaka, który niespodziewanie zajechał im drogę, wyrastając przed nimi jak spod ziemi. Już od pewnego czasu obserwował trzy młode kobiety, chyłkiem ciągnące rannego. Smagnął  konia arkanem i podjechał ku nim cwałem, zagradzając im drogę. Stanęły, odruchowo zasłaniając rannego własnymi ciałami.
            Nina przełknęła ślinę i oblizała suche wargi. Niezdecydowanie zadreptała w miejscu. Serce waliło jej jak oszalałe, podchodząc do gardła, a wzdłuż kręgosłupa przebiegły lodowate ciarki. Boże, jakże się bała! Nie wątpiła, ze kozak zaraz zamorduje Jasia, a potem na nie przyjdzie kolej. A może  zawoła kamratów, a ci zaciągną je do swoich koszar?  Spojrzała na nieprzytomnego Jasia, tak bardzo drogiego jej sercu. Wyobraziła sobie straszliwą rozpacz cioci Salusi, opłakującej jedynego syna. Gdyby to ona zginęła zamiast Jasia, nikt prócz niani i Bini nie będzie po niej płakał. Wyobraziwszy sobie własną śmierć, zamiast lęku poczuła morderczą furię. Była wściekła na Jasia, że lekkomyślnie wziął udział w awanturze, narażając się na utratę życia. Przeklinała siebie, że z własnej, nieprzymuszonej woli, wpakowała się w kłopoty i prawdopodobnie nie wyjdzie z nich cała. Ale największą pasję budził w niej kozak, który zagrodził im drogę do domu, gdy tylko kilka kroków dzieliło ich od zbawczej bramy. Jaś jęknął, a ją ogarnął ogromny żal. Kochała go jak brata  i za nic nie chciała żeby umierał tak młodo. Ostrożnie położyła jego nogi na ziemi i zdecydowanym ruchem wysunęła się do przodu, stając oko w oko z napastnikiem. Za plecami słyszała zadyszane oddechy obu dziewcząt i pojękiwanie rannego. Bała się, wewnątrz trzęsła się w niej każda żyłka, ale wyprostowana , nie okazując obawy, utkwiła oczy spokojne i skupione w skośnych źrenicach kozaka.
            - Idź precz. – odezwała się rozkazująco. – Won! – i tupnęła nóżką, jakby odpędzała wiejskiego kundla. Nie była pewna, czy coś przez to zyska, ale nie mogła stać jak słup, czekając biernie na śmierć.  
            Kozak sięgający już po karabinek, dosłownie zbaraniał. Różnica pomiędzy potężnym mężczyzną uzbrojonym po zęby, a tą kruchą, delikatną panienką była wprost porażająca. Coś, jakby cień uśmiechu przemknął po wargach kozaka, gdy z wysokości siodła patrzył na tę kruszynę. Nie wiadomo, jakby się sprawy potoczyły, gdyby w tę dramatyczną scenę nie wmieszał się obdarty ulicznik. Zorientowawszy się w sytuacji, pochwycił spory kamień i grzmotnął nim kozaka. Potem włożył dwa palce w usta i gwizdnął tak przeraźliwie, że wierzchowiec kozaka zaczął się miotać i stawać dęba. Kozak zaklął głośno i wbiwszy ostrogi w boki konia, pogalopował za uciekającym zręcznie chłopakiem.
            - Boże, błogosław temu dzieciakowi. – westchnęła Nina z najgłębszą wdzięcznością. Nie marudząc, dziewczęta podniosły Jasia i prędko zaciągnęły go do bramy, gdzie już czekały na niego troskliwe ramiona matki. Słyszały, jak z góry ciotka Maria przywołuje Binię, ale postanowiły pozostać i razem z mieszkańcami domu znosiły do sieni rannych leżących w pobliżu. Pracowały bez wytchnienia, aż do chwili, gdy w najbliższym otoczeniu zabrakło ofiar potrzebujących pomocy.
            Nad dachami Starego Miasta rozpaliły się wieczorne zorze. W purpurowych  łunach zachodu, w cichym bezwietrznym powietrzu kołowały gołębie, wracające do swoich gniazd. Ale na Placu Zamkowym nie milkły strzały, dalej padali zabici i ranni. Zabijano bez miłosierdzia, nie okazując nikomu łaski. Plac przypominał potworne jatki, rynsztokami płynęła krew zastygając w wielkie kałuże. Ani na moment nie przestały dzwonić kościelne dzwony.
            Ogólnie szanowany doktor Chałubiński, osobiście pojechał do margrabiego Wielopolskiego, prosząc go o interwencję u księcia namiestnika. Początkowo obrażony i zacięty dostojnik nawet nie chciał z nim mówić. Zdesperowany doktor stracił cierpliwość i chwyciwszy go za ramię, pociągnął do okna.
            -  Czy pan nie rozumie, że kartaczują nam lud? – wrzasnął czerwony z oburzenia nieczułością magnata.
            Wielopolski wsłuchał się w basowy pomruk armat, które włączyły się do akcji. 
            -  Jezus Maria! – jęknął blednąc i już bez protestów wsiadł do karety.
            Chałubiński przewiózł margrabiego przez ulice wzburzonego miasta, pełne szalejących z rozpaczy i gniewu ludzi, gotowych podejrzanego rozszarpać na sztuki. Rozmowa Wielopolskiego z księciem trwała pół godziny, a w tym czasie na Placu Zamkowym ginęli ludzie. Po dramatycznej rozmowie w cztery oczy, z balkonu Zamku dano znak zaprzestania rzezi.
            Nad miastem zapadł ciepły wiosenny zmierzch. Na ulicach zapalono lampy gazowe, a na przedmieściach ludzie zwoływali się, aby razem iść i zobaczyć, co się zdarzyło na Placu Zamkowym. Naraz z bastionów Cytadeli ryknęły działa, a z żelaznych bram twierdzy wysunęły się kolumny piechoty, szwadrony kawalerii i baterie armat, zajmując najważniejsze strategiczne punkty stolicy. Na placach i rogach głównych ulic wojsko formowało szańce, kierując paszcze dział na budynki mieszkalne.
            Pragnąc ukryć rozmiary zbrodni, pośpiesznie uprzątnięto Plac z ciał zabitych i rannych. W mroku rozświetlonym tylko pochodniami, żołnierze ładowali ciała na wózki i grzbiety koni, zabierając je do Zamku. Świadkowie masakry i mieszkańcy pobliskich kamieniczek, postanowili im w tym przeszkodzić. W jednej chwili wywiązała się rozpaczliwa walka o każde zwłoki i każdego rannego. Okropnym scenom przyglądał się srebrzysty księżyc płynący nad dachami miasta. Na korytarzach, w sieniach i na podwórzu Zamkowym leżeli zabici i ranni. Pod wyniosłymi kolumnami wspaniałych sal zamkowych, przez długie godziny rozlegały się jęki. Lśniące posadzki zalane były krwią. Ranni, pozbawieni pomocy lekarskiej, konali w męczarniach, a ich ciała jeszcze tej nocy żołnierze zakopywali w fosach Cytadeli, a nawet podobno wrzucali trupy do Wisły.
            Śmiertelna cisza zaległa Warszawę. Na ulicach biwakowali żołnierze przy wielkich ogniskach, a po mieście krążyły baterie armat z zapalonymi lontami, gotowe rozpocząć bombardowanie, lub w razie zbiegowiska, plunąć w tłum kartaczami. Była to okropna noc, ponieważ nikt nie wiedział, co się jeszcze może wydarzyć. Pan hrabia Andrzej Zamoyski, napisał do księcia Gorczakowa: „Krew wzywa krew, krew utrwala nienawiść.” Były to prorocze słowa i stały się złowieszczą przepowiednią na przyszłość.
            Równie ponury jak noc, nastał kwietniowy poranek. Zrozpaczeni mieszkańcy stolicy biegali po szpitalach i kostnicach na próżno poszukując swoich bliskich. Służby porządkowe od świtu krzątały się na Placu, szorując szczotkami krew, spłukując bruk wodą i posypując go popiołem. Po mieście rozeszły się patrole w poszukiwaniu ukrywanych ciał zabitych i rannych. Policja i żandarmeria wpadały do domów, kościołów i klasztorów, siłą zabierając trupy i poranionych. Kto stawiał opór, tego porywano i wieziono do Cytadeli. Nikt nie wiedział, gdzie pochowano zwłoki pomordowanych. Sprawę tę władze carskie otaczały najgłębszą tajemnicą.
            Na nieszczęsne miasto spadł istny gard zakazów i represji. Wprowadzono godzinę policyjną i po zmroku nie wolno było nikomu wychodzić z domu bez przepustki i zapalonej latarki ręcznej. Zamknięto teatry i resursy. Zakazano zebrań towarzyskich, a znalezionych rannych zamykano w więzieniach, zaś ukrywające ich rodziny były surowo karane wysokimi grzywnami lub aresztowane. Z ulic zniknęły stroje narodowe, zabronione przez carskie władze. Żałoba była również zabroniona i pod Zamkiem kozacy chwytali na arkany kobiety w żałobnych sukniach, uprowadzając je do swoich koszar. Opowiadano sobie szeptem o zbiorowych mogiłach, gdzieś w pobliżu Cytadeli. lecz prawdy nikt nie znał.
            Dla całego narodu zjednoczonego w bólu i gniewie, Warszawa stała się znowu krwawym symbolem bohaterstwa i męczeństwa. Ludzie byli przygnębieni i smutni, ale świadomi tego, że to jeszcze nie koniec, a dopiero początek nieustępliwej walki o wolność i wyzwolenie całości Rzeczypospolitej Trojga Narodów.
            Młodzież stolicy zeszła do podziemia. Mieszkańcy ulic nadwiślańskich; tragarze, stróże, służący, rzemieślnicy oraz wspaniała, dumna i patriotyczna młodzież inteligencka, żywiołowo i masowo wstępowali do tajnych organizacji, składając w kościołach przysięgę. Niemal cały niższy kler, a także wielu biskupów z arcypasterzem Fijałkowskim na czele, poparło dążenie społeczeństwa do walki zbrojnej – do wybuchu powstania.
            Pamiętny i straszny dzień Zwiastowania, przeszedł do historii pod nazwą „Masakry na Placu Zamkowym w dniu 8 kwietnia 1861 roku.”       
R o z d z i a ł   III       

            Przez szeroko otwarte drzwi z salonu do ogrodu, płynął odurzający zapach kwitnących bzów. W blasku majowego słońca, lśniły wypolerowane meble i wyfroterowana podłoga przykryta wzorzystym dywanem. Siedzące dokoła okrągłego stołu dziewczęta, w ciężkich, czarnych sukniach, sprawiały smutne wrażenie. Ich włosy splecione w warkocze, wsunięte były w jedwabną siatkę, na węzłach ozdobioną gagatami. Szyjąc białe atłasowe kokardy, rozmawiały z sobą półgłosem. W sarnickim dworze, przygotowywano się do uroczystości weselnych. Żałoba narodowa nie zezwalała na huczne zabawy, zgodzono się więc, że wesele będzie skromne, jedynie na sto osób. W drodze wyjątku, wieczorem miał się odbyć bal.
            Od dnia tragicznych wydarzeń warszawskich, upłynęło już półtora miesiąca, lecz na prowincji temat ten był ciągle aktualny. Do Sarnik przyjeżdżali znajomi, niekiedy z odległych miejscowości, aby od naocznych świadków dowiedzieć się o szczegółach masakry. Jednakże pani Borutyńska obawiając się donosu, zabraniała dziewczętom rozmawiać z obcymi na ten temat. Sama także nabrała wody w usta, zbywając ciekawskich ogólnikami.
            Ale Nina często wracała pamięcią do przeżytych wówczas momentów grozy. Na szczęście Jaś przeżył i uniknął aresztowania. Zawdzięczał to zimnej krwi i odwadze Rózi. Kiedy strzały umilkły na Placu Zamkowym, policja i żandarmeria szalały, rewidując każdy dom, w poszukiwaniu rannych i zwłok pomordowanych. W środku nocy rozległo się walenie do bramy kamieniczki. Stróż pouczony co ma robić, celowo guzdrał się, zwlekając z otwarciem bramy, aby ukrywającym się ludziom dać czas do ucieczki. Jaś uciekać nie mógł i pani Salomea wpadła w rozpacz. Jedna Rózia nie straciła animuszu. Zakręciła się po pokoju i zdarła z głowy ciotce Marii koronkowy czepek nocny, wciskając go na jasne włosy rannego. Czepek dokładnie zakrył bandaże, a gładka, młodzieńcza twarz Jasia, do złudzenia przypominała młodą dziewczynę. Rózia, przyjrzawszy się z zadowoleniem swojemu dziełu, kazała mu ubrać nocną koszulę matki i podciągnęła wysoko kołdrę, przezornie kładąc pod nią spory jasiek. Świece przyciemniono abażurkami, a gdy rozwścieczeni policjanci wpadli do przedpokoju, odważna dziewczyna urządziła im głośną awanturę.
            -  No i czego tak walicie? – wrzasnęła, wygrażając im pięścią. – Co to ja głucha jestem? Pani rodzi, a te puste łby drzwi rozwalają! Nie straszcie kobiety, bo jeszcze jaką pokrakę urodzi. Co, nie wierzycie? To popatrz jeden z drugim jak pani cierpi i wynoście się. Skaranie boskie z tą hołotą! Cicho, nie tupać!
            Pyskując,  otworzyła na oścież drzwi do pokoju. Policjanci speszeni widokiem leżącej na łóżku młodej kobiety stękającej z bólu, zajrzeli tylko i zmieszani cofnęli się do przedpokoju. Rózia wzięła się pod boki, mierząc ich groźnym wzrokiem.
            - Co się tak gapisz, jak cielę na malowane wrota? – huknęła na ogłupiałego policjanta, który zapuszczał jeszcze żurawia do sypialni. – Rodzącej baby nie widziałeś? Ciebie to pewnie osioł w galopie zgubił, co? A idi k'czortu! – piekliła się, kiedy policjanci pośpiesznie zbiegali po schodach. Zwycięsko uśmiechnięta zatrzasnęła drzwi.
            W samą porę, bo właśnie zemdlona ciotka Maria spadła z krzesła. Pani Salomea całowała dziewczynę po rękach, dziękując jej za ocalenie syna. Binia i Nina, obie w nocnych koszulach, chwyciły się w objęcia i odtańczyły na środku pokoju dziką sarabandę, śmiejąc się i płacząc na przemian. Jaś leżał cicho i dopiero ochłonąwszy z wrażenia, kazał sobie podać lustro. Obejrzał się w nim i uświadomiwszy sobie, iż policjanci wzięli go za rodzącą, dostał takiego ataku śmiechu, że  trzeba mu było zaaplikować brom.
            Wspominając dramatyczne i komiczne momenty, Nina uśmiechnęła się i usiadła prosto, masując ścierpnięte ramiona. Ona jedna nie szyła kokard, lecz haftowała barwne polne kwiaty na szerokiej jedwabnej szarfie. Jej hafty były wyjątkowo piękne i oryginalne. Sama wymyślała wzory, tworząc igłą prawdziwe małe dzieła sztuki. Jednakże z całego serca nie cierpiała robót ręcznych, którymi zawsze była obarczana. Dorota Jabłocka wpięła w gotową kokardę złotą szpilkę i wrzuciła ją do pudła stojącego na podłodze.
            -  Mam nadzieję, – odezwała się półgłosem – że na weselu nie będzie się wspominać o tych potwornych scenach z Warszawy. Tyle się ostatnio o tym nasłuchałam, że teraz co noc śni mi się jakiś nieboszczyk.
            Stasia Wąsocka zamieniła z siostrą bliźniaczką znaczące spojrzenia.
            -  No, no, co ty powiesz! – mruknęła. –  Pewnie Kazia Bieckiego znowu gdzieś wyniosło. Hm, z braku żywego adoratora mógłby być i nieboszczyk, pod warunkiem, że byłby odpowiednio przystojny i gorący. W piekle bywa ciepło.
            Panny zachichotały, a Dorota poczerwieniała z oburzenia.
            - Radzę ci, ty mądralo, lepiej pilnuj Władka Lasewicza, bo drugi taki głupi już ci się nie trafi. – syknęła z gniewem.
            - Tere fere! – tłuściutka panna Wąsocka pokazała jej koniuszek języka. – Przecież ja ci dobrze radzę. Ale na wszelki wypadek zmów wieczorem paciorek, jak nas mamy uczyły: „O Boże,  daj męża, niech miłość zwycięża. Niech będzie kulawy, ślepawy, niechby pił i mnie bił, żeby tylko był!”.
            Na tą bezczelną uwagę, Dorota wciągnęła nosem powietrze, jak szarżujący byk. Lecz nie zdążyła się odciąć, bo do salonu weszła ciotka Borutyńska  wracająca z ogrodu. Niosła płaski kosz pełen gałązek bzów i kolorowych tulipanów.
            -  Biniu, o której zapowiedział się hrabia? – spytała.
            - W południe. Zaraz powinien tu być.
            - Idę zanieść kwiaty do sypialni. Daj mi znać, jak tylko przyjedzie. – wychodząc, ciotka przezornie pozostawiła uchylone drzwi.                      
            Wiadomość o przyjeździe Klonowieckiego zelektryzowała dziewczęta.
            - To pan hrabia powrócił już z zagranicy? – podniecona Dorota porwała się z krzesła i strzepnęła suknię. – Jaki to piękny mężczyzna, wytworny i dystyngowany. Prawdziwy arystokrata w każdym calu. – mówiąc to, podeszła do lustra i od niechcenia poprawiła włosy, odruchowo oblizując wargi i składając je jak do pocałunku.
            Nina spojrzała na nią złym okiem. Przyszło jej na myśl, że Dorota przypomina w tej chwili kotkę, marzącą o smakowitej, tłustej myszy! „Wielki Boże, wuj Aleks musiałby cierpieć na kurzą ślepotę, gustując w tej wymokłej wydrze. Włosy rzadkie, ani biustu, ani pupy, a pretensje, jak u księżniczki. Z rozkoszą kopnęłabym ją w tę baniastą krynolinę!” – rozmyślała, posyłając pannie Jabłockiej złowrogie spojrzenie.
            - W jakim celu pan hrabia przyjeżdża do Sarnik? – dopytywała się Dorota, jednocześnie mizdrząc się do lustra.
            -  Cóż to ciebie obchodzi? – Nina miała ochotę dać jej w ucho.
            Dorota zwróciła na nią małe, złośliwe oczka, z wyrazem lodowatej wyniosłości. Za każdym razem dawała Ninie niedwuznacznie do zrozumienia, że jest ona tylko nędznym popychadłem w domu Borutyńskich, zaledwie  tolerowanym w towarzystwie.
            - Ciebie nie pytałam, więc bądź tak dobra i nie wtrącaj się do rozmowy. – wycedziła z miażdżącą pogardą. – Przecież do ciebie nie przyjeżdża.
            - Tym bardziej do ciebie!  – odpaliła Nina czując, że panna Jabłocka szuka z nią zaczepki. – Niepotrzebnie wdzięczysz się do lustra. Najlepiej każę je zabielić wapnem, żebyś się nie przestraszyła jak nagle w nie spojrzysz. – umilkła, zauważywszy, że Binia daje jej ostrzegawcze znaki.
            - Po tym, co się wydarzyło w Warszawie, nie zdążyłyśmy tam kupić biżuterii. – Binia taktownie próbowała zażegnać wiszącą w powietrzu awanturę. – Papcio zadepeszował do Lwowa, prosząc wuja Aleksa, żeby zakupił dla mnie klejnoty. O, już widać karetę na drodze!
            - Czy pani hrabina również przyjeżdża? – Dorota ze złośliwym uśmiechem zerknęła na pochyloną nad haftem Ninę.
            - Hrabina przebywa w Petersburgu i wróci dopiero na mój ślub. Bardzo jestem ciekawa, co wuj Aleks mi kupił. – Binia uniosła wysoko spódnicę pobiegła powiadomić matkę.
            Serce Niny mocniej zabiło. Nareszcie znowu go zobaczy. Była blada, miała zimne dłonie i z emocji mocno przygryzła dolną wargę. W zamyśleniu nie spostrzegła, że w drzwiach stoi Binia i przypatruje się jej badawczo. Panny w popłochu porządkowały stół, poprawiały fryzury i wygładzały pomięte suknie. W sieni rozległ się dźwięczny męski głos. Klonowiecki mówił coś do swojego lokaja. Wszedł do pokoju i przywitał się z dziewczętami. Nina nie podnosząc spuszczonych powiek, odgadła kiedy zbliżył się do niej. Dygnęła nisko i podała mu rękę. Zaraz potem do salonu wpadła ciotka Maria, witając kuzyna z przesadną serdecznością. Za hrabią, lokaj wniósł elegancko zapakowane pudła. Wszystkie panie, z wyjątkiem Niny, ciekawe pochyliły się nad stołem. Binia z wypiekami na policzkach  wydała okrzyk radości, otwierając etui z biżuterią. Uszczęśliwiona, rzuciła się wujowi na szyję i mocno go ucałowała.
            -  Bibianno! – upomniała ją matka. – Wybacz jej, Olesiu, to jeszcze takie dziecko…
            -  Było mi bardzo przyjemnie, że za drobną przysługę zostałem tak hojnie wynagrodzony. Czy mój wybór odpowiada przyszłej pannie młodej?
            Binia pisnęła z radości i podskoczyła, odkrywając coraz to piękniejsze klejnoty.
            - Oh, c’est trés beau! – przyłożyła do sukni delikatny naszyjnik ze spineli, bladoróżowej barwy. – Nino, spójrz tylko!
            - Rzeczywiście, prześliczny. – Nina na moment podniosła oczy i zaraz je spuściła, wstydząc się wzroku Aleksa, który na nią patrzył.
            - Boże, jakie to cudo! – Jadwiga Wąsocka, obejrzawszy dużą broszę z brylantów ułożonych na kształt róży, podała ją siostrze. Stachna odwróciła się do Niny.
            -  Rzuć do licha tę dłubaninę i chodź obejrzeć te śliczności. Czemu nic nie mówisz?
            Wszystkie oczy skierowały się na Ninę, a ona po raz drugi spłonęła ognistym rumieńcem.
            -  Przecież widzisz, Stasiu, że mam pilną robotę. Biżuterię obejrzę później.
            - Pulpeciku, jesteś nietaktowna. – wtrąciła się Dorota niewinnym tonem. – Może Nina o kimś marzy, a ty przerywasz jej słodką zadumę.
            Ninie zimny dreszcz przebiegł po plecach. Dorota miała bystre oko, a język ostry jak brzytwa. Jeżeli, nie daj Boże, coś przewąchała, to tego odkrycia z pewnością nie zachowa dla siebie, tylko wszystkim rozpowie. Na samą myśl o takiej ewentualności, Ninę rozbolała głowa. Nienawidziła panny Jabłockiej i marzyła, by wyrwać Dorocie kilka garści włosów oraz podrapać ją do krwi. Wstrętna ropucha! Z krwiożerczych myśli obudził ją głos Bini.
            -  Doro, zostaw Ninkę w spokoju. Biedaczkę od samego rana głowa boli.
            Panna Jabłocka z niedowierzaniem uniosła brwi.
            -  Doprawdy? Nic nam nie mówiła.
            - A czy ty opowiadasz nam, ile razy całujesz się w kącie z Kaziem? – palnęła bez namysłu Stachna.
            Dziewczęta pospuszczały głowy, uśmiechając się pod nosem. Nawet hrabia nie zdołał utrzymać powagi. Dorota oniemiała i zaczęła się krztusić, nie mogąc wydobyć głosu.
            - Nie chciałbym się dostać na języczek panny Stasi. – Aleks spojrzał z uśmiechem na rezolutną pannę.
            - Cóż znowu?  Pan hrabia jest zawsze comme il faut. Ale naszej Dorci należy czasami przytrzeć rogów, bo zanadto bodzie.
            -  Stasiu! – jęknęła Jadwiga, zrozpaczona zuchwałością siostry.
            -  Oh, soyez tranquille! – zasyczała Dorota, na przemian blada i czerwona.
            Ciotka Borutyńska postanowiła przywołać dziewczęta do porządku.
            - Stasiu. – rzekła surowo. – Swoje domysły pozostaw dla siebie. Nino, jeżeli czujesz się cierpiąca, to idź do swojego pokoju. Jaga przyniesie ci obiad.
            Nina z nieszczęśliwą miną podniosła się z krzesła. Naturalnie, dziś kiedy nareszcie wrócił hrabia, ciotka każe jej iść do siebie. A wszystkiemu winna jest ta żmija Dorota i jej idiotyczne docinki.
            - Och, och! – nie wytrzymała Stasia. – Nasza luba Dorotka uraczyła nas francuszczyzną od strony Bodzentyna! Dooobrze, już milczę!
            Nina bez słowa zebrała przybory do haftu i skierowała się do drzwi.
            - Nie odchodź, Nino! – zawołał za nią Aleks. – Najlepszym lekarstwem na migrenę jest spacer. Maryniu, czy wolno mi zabrać Ninę na przechadzkę?
            Ciotka uniosła głowę znad rozłożonych na stole pudełek i spojrzała na niego z roztargnieniem.
            -  Słucham? Aha, dobrze. Idźcie sobie, bo my  musimy wszystko dokładnie obejrzeć.
            Na nieładnej twarzy Doroty odmalowała się zawiść. Zazdrościła Bini małżeństwa z bogatym kujawskim ziemianinem. Na domiar złego, pan hrabia wybrał się z Niną na spacer! Miała wielką ochotę, aby im towarzyszyć, ale nie usłyszawszy zaproszenia, zajęła się oglądaniem perłowej kolii.
            Hrabia podał ramię Ninie i sprowadził ją po schodkach do ogrodu. W milczeniu szli ścieżką w stronę bystrej górskiej rzeczki. Dzień był śliczny, prawdziwie majowy. Od rabatów z rosnącymi na nich kwiatami, odrywały się barwne motyle szybując w błękit nieba. Wzdłuż ścieżki rosły krzewy białego i liliowego bzu, a jego zapach był ciężki i upajający. Duży dwór wyglądał bardzo malowniczo w zieleni starych jesionów, dębów i włoskich topoli. Lekki powiew wiatru poruszał liśćmi, przynosząc z pobliskiego warzywniaka fragmenty rozmów kobiet okopujących grządki. Serce Niny przepełniała radość, że są nareszcie sami i przez krótki czas będzie miała Aleksa tylko dla siebie. Szła przy jego boku tak lekkim krokiem, iż zdawała się płynąć. Trzymała się niezwykle prosto, poruszając się z gracją i wyglądała uroczo w szerokiej czarnej krynolinie, podkreślającej śnieżną białość skóry. Patrzyła na promienie słońca przeświecające  poprzez gęstwinę zieleni, zachwycając się kolorami tęczy w kroplach rosy na pączkach polnych róż.
            Naraz przyszło jej na myśl, że tylko miesiąc dzieli ją od ślubu Bini. Zaraz potem będzie musiała opuścić ten dom, do którego bardzo się przywiązała, niezależnie od przykrości, jakie ją spotykały pod tym dachem. Spuściła oczy i patrzyła w ziemię pod stopami, starając się przybrać beztroską minę i odruchowo bawiąc się zerwanym kwiatkiem.
            - Zaproponowałem spacer, ponieważ musimy poważnie porozmawiać. – odezwał się Aleks, przerywając nieco przydługie milczenie. – Ale najpierw powiedz mi, czego Borutyńscy życzyliby sobie na prezent ślubny dla Bini?
            -  Sreber stołowych. – odparła bez namysłu. – Ciotka marzy o nich.
            - Doskonale, tak właśnie przypuszczałem. – Aleks z zadowoleniem skinął głową. – No, to jedną sprawę załatwiliśmy. Nino, słyszałem, że po ślubie Bini wybierasz się za granicę. Z kim jedziesz i po co?
            Nina westchnęła ciężko i spojrzała na niego z wahaniem.
            -  Nie wiem, czy powinnam o tym mówić.
            -  Dlaczego?
            -  Ciotka zabroniła mi rozmów na ten temat. Pojadę do Berlina.
            Aleks przystanął raptownie i spojrzał na nią zdumiony.
            -  Zamierzasz towarzyszyć młodej parze w podróży poślubnej?
            -  Nie. – zacinając się i jąkając nerwowo, Nina zaczęła zwierzać się ze swoich kłopotów. – W Sarnikach nie mogę siedzieć w nieskończoność, bo wujostwu nie jestem potrzebna. Byłam w trudnym położeniu, ale na szczęście Binia napisała do pana Świerczyńskiego, a ten polecił mnie swojej krewnej mieszkającej w Berlinie. Ta dama poszukiwała lektorki i zarazem dame de compagnie, która zajęłaby się również jej dziećmi. Obiecała godziwą zapłatę. Wuj Ksawery już stara się dla mnie o paszport i pewnie w lipcu wyjadę. – bohatersko przełknęła łzy i umilkła.
            Wysłuchał jej, rysując laską na piasku jakieś wzory.
            -  Borutyńscy zgadzają się na twój wyjazd? – popatrzył na nią uważnie.
            - Tak. – wyszeptała. Oczy jej zaszkliły się i zwilgotniały. Wstydziła się, nie chciała przy nim płakać, lecz cała nagromadzona w niej rozpacz, spłynęła nagle potokiem łez. – Ja boję się tam jechać! – łkała, wycierając dłonią mokre policzki. – Nie znam tych ludzi, ale nie mam się gdzie podziać, a wujostwo już mnie nie chcą.
            Nawet nie spytał, dlaczego Borutyńscy pragną się jej pozbyć. Z zachowania wuja Ksawerego i plotek sąsiadów, wiedział dostatecznie dużo o kłopotach Niny w tym domu. Poczuł narastającą wściekłość, a oczy pociemniały mu z oburzenia.
            -  Nie płacz, promyczku. Łzami niczego nie zmienisz. – powiedział z wymuszonym spokojem. – Nie pojedziesz do Berlina, bo ja się na to nie zgadzam! Czy ci Borutyńscy rozum stracili? Lektorka, niańka do dzieci? Przecież ty sama jesteś jeszcze dzieckiem. Wnuczka marszałka, senatorów, krewna biskupów, jakąś dame de compagnie, niesłychane! – prychnął pogardliwie. – A mówiłem ci, żebyś z każdym kłopotem zwracała się do mnie. Dlaczego nie napisałaś? Mój administrator pan Bochniak, natychmiast dałby ci adres i przekazał list  mnie. Wróciłbym wcześniej, a ty nie musiałabyś wylewać łez i prosić obcą osobę o pomoc. Pan Świerczyński niepotrzebnie się fatygował, bo do Prus nie pojedziesz. Pytam, dlaczego mnie nie zawiadomiłaś?
            -  Wstydziłam się. – pociągnęła żałośnie nosem.
            -  A teraz się nie wstydzisz?
            -  Bardzo się wstydzę, ale nie chcę jechać do Berlina i nie wiem, co mam zrobić. – szlochała.
            -  Należało mi zaufać! – rzekł surowo, patrząc na nią przenikliwie. – A widzisz, masz nauczkę! Należy zawsze słuchać starszych, to znaczy mnie! No, proszę, otrzyj oczka. Obiecuję, że wszystko dobrze się zakończy. – lekko pogłaskał ją po wilgotnym od łez policzku.
            - Proszę mnie nie pocieszać. – wybełkotała, pociągając nosem. – Ja wiem, że nie można mi pomóc.
            - Nie pleć głupstw, promyczku. Powiedziałem, że będzie dobrze, a ja nie rzucam słów na wiatr.
            Nina powoli się uspokajała, a w jej sercu obudziła się nowa nadzieja. Już nie była sama. Znalazł się ktoś, komu mogła powierzyć swój los. Nie wiedziała, jak może okazać mu swoją wdzięczność, więc tylko patrzyła na niego z uwielbieniem. Światło dnia jeszcze podkreślało jego urodę. Zapewne dużo przebywał na świeżym powietrzu, bo cerę miał nieco opaloną. Kiedy się uśmiechał ukazując wspaniałe zęby, każda kobieta patrząc na niego, czuła przyśpieszone bicie serca. Był bardzo wysoki, Nina sięgała mu zaledwie do ramienia. W wieku trzydziestu pięciu lat, wyglądał zdumiewająco młodo. Pomimo chłodnego, powściągliwego zachowania, miał mnóstwo cichych wielbicielek, o czym doskonale wiedział. Nina ogromnie tęskniła za nim, a gdy nareszcie powrócił, była wprost nieprzytomna z radości. Wpatrując się w jego bursztynowe oczy, utwierdzała się coraz bardziej w przekonaniu, że poza nim już nikogo w jej życiu nie będzie. Na brzegu rzeczki stała stara drewniana ławka. Usiedli, a Aleks wyciągnął z kieszeni batystową chusteczkę i starannie wytarł jej oczy i mokre policzki.
            - Wysiąkaj nosek! – polecił ojcowskim tonem. – Prowadząc poważne rozmowy, powinnaś zawsze mieć pod ręką chusteczkę. W twoim wieku, dziewczęta zajęte są nauką, strojami i zabawą, a nie walką o przetrwanie. Wkrótce opuścisz Sarniki, ale do Prus nie pojedziesz.
            - A gdzie ja się podzieję? - zagadnęła żałośnie, posłusznie siąkając nos i starając się opanować nową chęć do płaczu.
            - Jeszcze się nad tym zastanowię. – rzekł wymijająco. – Przede wszystkim, muszę porozmawiać z Borutyńskimi. Przyjmując ciebie pod swój dach, zobowiązali się tym samym do opieki nad tobą. Ale zaręczam ci, że już niedługo będziesz miała piękny, szczęśliwy dom.
            Westchnęła z ulgą. Gdyby śmiała, upadłaby mu do nóg, ale onieśmielała ją owa wielkoświatowa aura emanująca z jego sposobu bycia i bogactwo, jakie go otaczało.
            - Pamiętaj, promyczku, że nie jesteś sama na świecie. – powiedział z naciskiem. – A teraz może mi wyjaśnisz, dlaczego z takim uporem nazywasz mnie panem? Przecież jestem twoim wujem.
            Nina przelękła się, by nie odgadł uczuć, jakie nią kierowały i nie domyślił się jej serdecznej tajemnicy.
            - Przepraszam, ale ten stopień pokrewieństwa niemile mi się kojarzy. Był pan świadkiem awantury, jaką urządził mi w zimie wuj Ksawery. Poza tym, wujowie bywają przeważnie starzy, otyli i wąsaci, a pan jest przecież młody. – wykręciła się dyplomatycznie.
            Zaśmiał się, ujął jej rączkę i złożył na niej lekki pocałunek.
            - Jestem ci bardzo zobowiązany za komplement, ale niestety mam już swoje lata. Byłem na ślubie twoich rodziców.
            - A jakie to ma znaczenie? – wzruszyła ramionami. – Pan, panie Alku, zawsze będzie młody.
            - Panie Alku? Wprawdzie nikt mnie tak dotąd  nie nazywał, ale mnie się to podoba. – skinął głową. – No, jeszcze trochę cierpliwości, promyczku, a znajdziesz się tam, gdzie już nikt nie będzie na ciebie gderał.
            - Aha, oprócz mojej niani! – mruknęła nadąsana. – Niania zawsze mnie poucza. Od rana do wieczora ciągle od niej słyszę: „Dama powinna zachowywać się nienagannie i nigdy nie uzewnętrzniać swoich uczuć. Damy nie płaczą przy ludziach, nie krzyczą i nie tupią nogami. Są zawsze uprzejme i wyrażają się elegancko.” – Nina z prawdziwym talentem naśladowała głos i mimikę Jagi. – A ja , panie Alku, jestem beksą i często się złoszczę. A kiedy jestem zła, to wrzeszczę i tupię nogami. Czasami robi mi się niedobrze na samą myśl, że muszę być damą! – zakończyła wyznanie, boleśnie wzdychając.
            -  Niestety, od tego się  się nie wykręcisz. – stwierdził rozbawiony. – Ale to wcale nie znaczy, że masz być nienaturalna i sztuczna. Opowiedz mi coś o sobie.     
            -  Kiedy boję się, że pana to nie zainteresuje.
            Zaprotestował, a wtedy Nina rewanżując się za jego dobroć, wstała z ławki i przykucnąwszy na brzegu rzeczki, uzbierała cały bukiecik błękitnych niezapominajek i wręczyła mu kwiaty. Podziękował jej uśmiechem. Usiadła i opowiedziała mu o pierwszych, cudownych latach na warszawskiej pensji  panny  Emilii Gousselin, ukochanej Goslinki ubóstwianej przez pensjonarki. Panna Emilia posiadała tak wielki urok  osobisty, że potrafiła przekonać ciotkę Marię o konieczności kształcenia Niny, obdarzonej wielkim talentem muzycznym. Lecz po pewnym czasie, ciotka zauważywszy, że pani przełożona, gorąca patriotka, wpaja swoje przekonania wychowankom, odebrała dziewczęta z jej pensji i oddała je do klasztoru Panien Sakramentek. Tam  także nie było źle, zakonnice nawet obiecały zorganizować jej koncert na zakończenie ostatniego roku na pensji. Ale pech chciał, że o Binię oświadczył się pan Świerczyński, a ciotka dla oszczędności, natychmiast odebrała dziewczęta w połowie roku szkolnego. Nina nie mogła odżałować, że przerwała naukę, bo miała nadzieję, że usłyszy ją jakiś muzyk i ułatwi jej karierę pianistyczną. Umilkła zadyszana i zerknęła na hrabiego w obawie, że go nudzi.
            - Przepraszam. Może ja za dużo gadam? Wuj Ksawery uważa, że od mojego gęgania głowa mu puchnie!
            - Promyczku, ja nie jestem wujem Ksawerym. Mam nadzieję, że kontynuujesz ćwiczenia muzyczne?
            Potrząsnęła głową i poskarżyła się, że nie ma gdzie grać, gdyż w domu instrument jest stary, a poza tym,  nie wolno jej nikomu przeszkadzać muzyką. Ciotka Maria twierdzi, że pannie bez posagu talent niepotrzebny. Powinna umieć upiec chleb, tuczyć drób i zarządzać służbą. Tymczasem ona kocha muzykę i z całej duszy pragnie pięknie grać na fortepianie.
            -  Ach, Boże! – szepnęła, spuszczając głowę. – W Sarnikach wszystko jest zabronione. Książki ciotka zamyka w kancelarii wuja, a tam już nie możemy z Binią się dostać, bo w oknach są kraty. Nie pożyczamy książek, bo ciotka ma okropny zwyczaj wycinania stron, które wydają się jej nieodpowiednie. Niedawno przyłapała nas na czytaniu książki i musiałyśmy z Binią klęczeć przez godzinę na grochu.
            -  Cóż to za metody wychowawcze! – Aleks gniewnie zmarszczył brwi.
            -  A jakie bolesne! Ciotka pilnowała, żeby Jaga nie podłożyła nam poduszek pod kolana.
            -  To okrutna tortura! – stwierdził, nie kryjąc oburzenia. – A co takiego czytałyście?
            -  „Balladynę” pana Słowackiego.
            Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
            -  I za to klęczałyście na grochu?
            - Tak, bo ciotka uznała, że Balladyna źle się prowadziła, a sam pan Słowacki był bezbożnikiem i masonem. Za to Pan Bóg pokarał go suchotami!
            Aleks potrząsnął głową.
            -  Zdumiewające! – mruknął. – Jakże się ta Marynia zmieniła.
            -  Aha! Panie Alku, co to znaczy mason?
            Z  uwagą wysłuchała wyjaśnienia, jednocześnie żałując, że jej sukienka jest przerabiana i ma wyraźną cerą po rozdarciu. Pantofelki także były podniszczone, więc prędko schowała stopy pod ławkę. Nie zdawała sobie sprawy, że emanuje czarem  młodziutkiej kobiecości. Ośmielona, sama zaczęła zadawać mu pytania, interesując się jego pobytem w Paryżu i młodymi latami, które spędził w Korpusie Paziów w Petersburgu. Opowiedział jej wiele zabawnych zdarzeń z tego okresu, a ona reagowała wybuchem serdecznego śmiechu, zupełnie zapomniawszy o zmartwieniach. Była uważną słuchaczką, stawiając pytania inteligentnie i dociekliwie, a jej komentarze były wesołe i dowodziły spostrzegawczości. Patrzyła na niego zauroczona jego odmiennością, jaką  różnił się od znajomych chłopców. Zastanawiała się także, dlaczego jego oczy tak często wyrażają smutek. Pomyślała, że pewnie jest za głupia  i za mało wykształcona, aby go zrozumieć.
            -  Właściwie powinnaś mieć jeszcze guwernantkę. – powiedział zamyślony.
            -  Nie, po co? – zdziwiła się. – Przecież jestem dorosła.
            Roześmiał się i poklepał ją po ramieniu.    
            - Owszem, piętnaście lat to sędziwy wiek. Ale nawet taka staruszka powinna się jeszcze dokształcać. Postaram się, żebyś mogła grać na dobrym instrumencie, czytała mądre książki i dowiedziała się o wielu ciekawych rzeczach.
            - Naprawdę, panie Alku? – Nina aż wstrzymała oddech z wrażenia. – Bardzo chcę się uczyć bo wiem, że nie grzeszę mądrością. Nie potrafię jeść ostryg ani homarów i nie znam mnóstwa czynności potrzebnych w naszej sferze. Ale obiecuję panu solennie, że wszystkiego się nauczę.
            Koło ich ławki przeszedł ogrodniczek. Nina momentalnie zamilkła, zbladła, a cała radość i ożywienie uleciały z niej, jak powietrze z przekłutego balonika. Podniosła się z ponurą miną przeczuwając, że to ciotka posłała tego chłopaka na przeszpiegi.
            - Musimy wracać, bo ciotka Maria będzie gniewać się na mnie – odezwała się z nieukrywanym żalem.
            W salonie pani Borutyńska posłała im przeciągłe, badawcze spojrzenie. Rumieńce na policzkach Niny i jej świetliste oczy, pozwalały się wiele domyślać.
            - Daruj, Olesiu. – odezwała się z fałszywą słodyczą. – Zajęłyśmy się klejnotami i nawet nie zdążyłam spytać cię o Paulinkę. Co to za prześliczna kobieta! Wprost napatrzeć się nie można.
            -  Dziękuję, Paula czuje się znakomicie. – odpowiedział chłodno.
            - O, masz, mój drogi, najpiękniejszą kobietę za żonę w całej guberni, a może nawet w Królestwie. 
            Aleks nie wyglądał na zachwyconego jej pochwałami.
            -  Przesadzasz, Maryniu. Znalazłbym równie piękne panie, nie wychodząc z tego pokoju.
            Dziewczęta uszczęśliwione jego galanterią dygnęły, rumieniąc się z radości. Ale Nina natychmiast domyśliła się prawdziwych intencji ciotki. „Wstrętna, złośliwa czarownica! – pomyślała z gniewem. – Wcale bym się nie zdziwiła widząc, jak wylatuje przez komin na miotle na Łysą Górę!”
            Hrabia zaczął się żegnać, dziękując za zaproszenie na obiad i tłumacząc odmowę, pilnymi sprawami majątkowymi. Wbrew tradycji, nakazującej pani domu żegnać gości na progu salonu, ciotka odprowadziła kuzyna aż na ganek. Panny pobiegły za nimi i mogły przez chwilę podziwiać prześliczną wiedeńską karetę zaprzężoną w czwórkę arabów. Takiego zaprzęgu nie miał nikt w całej guberni. Na wysokim koźle siedział starszy stangret w bogatej liberii i młody lokaj. Obaj mieli dumne miny charakteryzujące służbę z wielkopańskich domów. Nina zwróciła uwagę na wymalowaną na drzwiczkach ekwipażu tarczę herbową, z dziewięciopałkową hrabiowską koroną. Kiedy konie ruszyły, długo nie odrywała oczu od oddalającej się karety.
            Zaraz po obiedzie dziewczęta rozjechały się do domów. W pokoju kredensowym  Jaga starannie myła srebra stołowe użyte w czasie posiłku. Nina liczyła je, wycierała miękką ściereczką i układała w dużym safianowym pudle. Ciotka Maria otworzyła rzeźbioną szafę kredensową i wyjęła z niej półmisek z przygotowaną dla męża przekąską. Nałożyła jeszcze na talerz porcję zimnego rostbefu, dekorując mięso drobniutkimi korniszonami i marynowanymi rydzami. Wuj Ksawery lubił dobrze zjeść, a na obiad była pieczeń z zająca w sosie winno-śmietanowym, kasza i zasmażane buraczki. Ciotka nakazała kucharce trzymać ogień pod piecem kuchennym, aby potrawy były gorące i odłożyła dużą porcję budyniu dla męża. Znudzona Binia kręciła się po kredensie, gryząc sucharki i co chwilę wpadając komuś pod rękę. Skończywszy przygotowywać zakąski, ciotka raczyła spojrzeć na Ninę.
            - Zauważyłam, że wyraźnie narzucałaś się panu hrabiemu. Pamiętaj, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Cóż takiemu wielkiemu panu, do takiej smarkuli? O czym tak długo rozmawialiście?
            -  Pan hrabia pytał mnie, czego wujostwo życzą sobie na prezent ślubny dla Bini.
            -  O! – pani Borutyńska zamarła z wrażenia. – Ciebie pytał? Co powiedziałaś?
            - Mnie pytał, bo to ma być niespodzianka. Wspomniałam, że odpowiednie byłyby srebra stołowe.
            -  Doskonale! – ucieszyła się ciotka. – No, przecież raz ruszyłaś dowcipem, jak zdechłe ciele ogonem. A co na to pan hrabia?
            Binia stanęła jak wryta oszołomiona przyszłym prezentem. Jaga zastygła ze ścierką, którą ostrożnie myła srebra i obie, razem z ciotką ,czekały w napięciu na odpowiedź Niny.
            -  Pan hrabia powiedział, że dobrze.
            Pani Borutyńska odetchnęła i rozpromieniła się z radości.
            -  Słyszałaś, Biniu? Dostaniesz od wuja srebra. A ile grosza się zaoszczędzi! No, Olesia stać na takie kosztowne prezenty. A już się martwiłam, że czeka nas nowy wydatek. Szkoda, że nie pomówił ze mną. Zawsze dziwak. Ale przez tyle czasu nie rozmawialiście o srebrach. Gdzie byliście?
            - Siedzieliśmy nad rzeczką. Wuj opowiadał takie ciekawe rzeczy o Paryżu i swoich podróżach.
             Pani Borutyńska uniosła z ironią brwi.
            -  Rzeczywiście? Siedzieliście nad rzeczką i gadaliście o Paryżu?
            -  A co innego mieliśmy robić? – naiwnie spytała Nina, szeroko otwierając oczy.
            Nie wiadomo dlaczego, jej pytanie rozwścieczyło ciotkę.
            - Jesteś bezczelna! – wrzasnęła z pasją. – Ja ci mówię, że ty się jeszcze doigrasz! Wstrętne dziewczynisko! Ledwie z pieluch wyrosłaś, a już wdzięczyłaś się do chłopców. Skokietowałaś      Orlewicza, ale sakramentu się bałaś. A może masz na oku lepszą partię? O, ja dobrze wiem, co ci chodzi po tej głupiej głowie. Ale nic z tego! Nie dopuszczę, żeby pod moim dachem taka smarkula gziła się po krzakach z żonatym mężczyzną. Spójrz tylko w lustro. Gdzie tobie do jego żony!
            Nina stała z rozchylonymi ustami, drżąca, przerażona nagłym atakiem.
            - Mamo, przecież Ninka nie zrobiła nic złego. – Binia zgorszona zachowaniem matki, solidarnie ujęła się za siostrą.
            -  Milcz! – tupnęła nogą matka. – Nie wtrącaj się, kiedy ja mówię. Ona daje ci zły przykład.
            Trupio blada Nina, uchwyciła się stołu żeby utrzymać równowagę, bo nogi ugięły się pod nią.
             - Dlaczego ciocia na mnie krzyczy? – odezwała się nieswoim głosem. – Przecież ciocia sama pozwoliła mi pójść z panem hrabią na spacer. Ja nie kokietowałam pana Orlewicza, nie chciałam żeby mi się oświadczył. I nie siedzieliśmy z panem hrabią w krzakach, tylko na ławce w ogrodzie.
            Głęboko zraniona, próbowała się usprawiedliwić, chociaż wiedziała, że to i tak nic nie pomoże. Oczy jej napełniły się łzami, a drobne usta trzęsły się, powstrzymując szloch. Absolutnie nie rozumiała oskarżeń ciotki i wzdrygnęła się, czując nadciągającą burzę. Ale Jaga doskonale pojęła aluzję i aż zatrzęsła się z oburzenia. Przerwała zmywanie sreber i stanęła przed rozwścieczoną damą, instynktownie zasłaniając sobą Ninę. Pani Borutyńska często wyżywała się na siostrzenicy, nie szczędząc jej klapsów, a nawet policzków.    
            - Proszę pani dziedziczki… - odezwała się, cichym, łamiącym się ze wzburzenia głosem. – Pani nie powinna odzywać się w ten sposób do dziecka, przez pamięć o jej matce. Ninka jest niewinna i nic złego się nie dzieje. Nic, czego mogłaby się wstydzić.
            - A Jaga tu czego? – krzyknęła ciotka dysząc z gniewu. – Może się Jadze tu nie podoba, to wolna droga. Fora ze dwora! A ty, moja panno, - podeszła do Niny i pogroziła jej palcem. – nie rób minki skrzywdzonej niewinności. Na szczęście wkrótce wyjedziesz do Berlina, a pani Darecka ma ciężką rękę dla służby i prędko wybije ci z głowy fanaberie. Jak napracujesz się w dzień i kilka razy wstaniesz w nocy do dzieci, to odechce ci się amorów. Aż do ślubu Bini, zabraniam ci pokazywać się w salonie, kiedy przyjadą goście. Masz siedzieć u siebie, albo w kredensie. To najodpowiedniejsze miejsce dla ciebie.
            Nina patrzyła przez chwilę na ciotkę gryząc wargę, a potem pochwyciła szeroką spódnicę i z głośnym płaczem uciekła na facjatkę, zatrzaskując za sobą drzwi. Jaga z ponurą miną, cała roztrzęsiona, powróciła do przerwanego zajęcia. Nie mogła się uspokoić i przeboleć obelg rzucanych na jej ukochaną dziewczynkę. Pracowała z kamienną twarzą, przeklinając w duchu panią Borutyńską. Nie mogła jej wybaczyć,  że tak okrutnie, zupełnie bez powodu sponiewierała Ninę.
            Binia spod oka przypatrywała się matce, czekając aż przejdzie jej złość. Nie rozumiała, dlaczego tak uparcie matka zatruwała życie córce jedynej zmarłej siostry, którą niegdyś bardzo kochała. Usiadła na brzegu stołu i wpatrując się w okno, kołysała w powietrzu nóżkami.
            -  Najwyższy czas, żeby pomówić z księdzem proboszczem o dekoracji kościoła. – odezwała się nagle.
            Matka zbyła jej słowa wzruszeniem ramion, zajęta układaniem na półmiskach plastrów różowej szynki, zimnej pieczeni cielęcej i pasztetu z dziczyzny. Rzuciwszy okiem na zegar pomyślała, że mąż już powinien wrócić z Suchedniowa. Zawsze niepokoiła się, kiedy długo nie było go w domu.
            - Przede wszystkim zajmij się swoją wyprawą. – odburknęła ostro. – Na koszulach i halkach brakuje monogramów. Pomyśl także o przygotowaniu pokoju dla Edwarda. Przyjeżdża w przyszłym tygodniu. Moim zdaniem, najlepszy będzie ten zielony salonik, obok kancelarii ojca. Należy tylko zmienić kotary przy oknach i wyprać firanki. To jest praca dla ciebie.
            - Wydaje mi się, że odpowiedniejszy byłby dla niego ten pokój z tapetą w liście bluszczu, w południowym skrzydle. Ma wyjście na ganek. – odważyła się zaoponować Binia.
            -  Nie. Rób co każę.
            - Dobrze. – Binia miała wielką chęć zwiać z domu, zanim gniew matki zwróci się przeciwko niej. - W takim razie pojedziemy z Ninką konno na plebanię i na miejscu obejrzymy, co jest do zrobienia.
            - Nic pilnego. Sama pomówię z proboszczem, w niedzielę po mszy. – pani Borutyńska schowała pudło ze srebrami do masywnej szafki i starannie zamknęła ją na klucz. – Trzeba zapędzić dziewczyny z czeladnej do plecenia wieńców.
            Binia poczerwieniała i ściągnęła brwi.
            - Mama wybaczy! – powiedziała opryskliwie. – Ale ostatecznie to mój ślub i ja się tym zajmę!
             Zbuntowana, ze wzrastającym zdenerwowaniem, coraz szybciej machała nóżkami, kołysząc się w przód i w tył.
            - Przestań kołysać diabła! – krzyknęła matka. Była rozdrażniona i zmęczona, zamierzała się położyć i zdrzemnąć do czasu przybycia męża. Tymczasem córka zatrzymywała ją w kredensie. – No dobrze. – skapitulowała. – Jedź sobie, ale tylko ze stajennym. Nina nie jest dla ciebie odpowiednim towarzystwem.
            - A stajenny jest? Zdumiewające. – Binia nie zamierzała ustępować -. Pojadę z Niną. Nie zamierzam w czasie jazdy prowadzić konwersacji z parobkiem.
            Zbliżał się czas rozstania z rodzicami i rychły wyjazd z rodzinnego domu dodawał jej odwagi. Matka już nie miała nad nią takiej władzy jak poprzednio. Była dorosła i wychodziła za mąż! Postanowiła nie ustępować. Pani Borutyńska obserwująca córkę ukradkiem, stwierdziła zaskoczona, że cicha i uległa Binia jednak odziedziczyła po niej mocny charakter  i silną wolę.
            - No więc jedźcie, tylko na miłość boską, przestań zawracać mi głowę! – machnąwszy ręką, poszła się położyć, mamrocząc coś do siebie pod nosem.
            Rozczochrany stajenny przyprowadził przed ganek dwie klacze. Spłakana Nina niechętnie przyjęła zaproszenie Bini na przejażdżkę. Miała ochotę pozostać w swoim pokoju i wypłakać się w samotności. Obawiała się jednak, że ciotka przypomni sobie o niej i obarczy nową robotą. Przebrała się w amazonkę, a raczej w płócienną bluzkę i spódnicę, noszącą tak szumną nazwę, wyszła z domu i wsparła stopę na ręce parobka. Zręcznie dźwignęła się na siodło, cmoknęła na konia i ruszyła w ślad za jadącą stępa Binią. Zamiast skręcić w topolową aleję wiodącą do wsi, Binia skierowała Paminę w stronę lasu. Po chwili otoczył je bór, mocno podszyty karłowatą drzewiną, krzakami i ogromnymi paprociami. Smukłe, wyniosłe pnie jodeł, wznosiły ku błękitnemu niebu strzępiaste korony. Słońce schodziło już ku zachodowi, złocąc czuby drzew. Powietrze wonne było od zapachu kwiatów, leśnych ziół, żywicy i rozgrzanej ziemi. Z głębi lasu dochodziły głosy ptaków, śpiew drozda, jednostajne stukanie dzięcioła i skrzeczenie sójek. Sroki wydawały donośne okrzyki, przelatując falistym lotem z miejsca na miejsce, zaintrygowane widokiem jeźdźców. Konie szły prawie bezszelestnie po miękkiej trawie, tonąc po piersi w szmaragdowych paprociach.
            Oczarowana urokiem lasu, Nina przestała żałować, że dała się namówić na spacer i ściągnęła cugle, jadąc noga za nogą, żeby dłużej rozkoszować się swobodą i pięknem natury. Kochała las, drzewa, kwiaty i zwierzęta. Cisza i spokój zasypiającej wolno przyrody, kojąco oddziaływała na jej skołatane nerwy. Wybrały się na konny spacer po raz pierwszy, od dnia powrotu z Warszawy. Ciotka Maria nie darowała im nieposłuszeństwa i ukarała dziewczęta bardzo surowo. Szczególnie dokuczała Ninie podejrzewając, iż to ona była inicjatorką wyprawy po rannego Jasia. Swoje niezadowolenie ciotka okazywała jednoznacznie, nie odzywając się do nich przez tydzień ani słowem. Polecenia wydawała im przez służbę. Dziewczętom nie wolno było  oddalać się z domu, poza furtkę ogrodzenia i przebywać w salonie w czasie wizyty gości. Za karę pracowały w kuchni, pomagając kucharce przy robieniu wędlin i sporządzaniu marynat. Razem z wynajętymi szwaczkami szyły i znaczyły monogramami wyprawną bieliznę Bini, albo układały w skrzyniach porcelanę i drobniejsze przedmioty, jakie przyszła pani Świerczyńska zamierzała zabrać do nowego domu. Harowały jak wyrobnice porządkując strych. Wynosiły stamtąd odwieczne gazety i stare graty. Strych wysprzątany i wyszorowany do białości, miał się stać w czasie wesela sypialnią dla męskiej młodzieży. 
            Zbliżający się czas rozstania pogodził matkę z córką, lecz bynajmniej nie złagodził wrogiego stosunku ciotki do siostrzenicy. Dokuczała jej z tym większą zawziętością zapowiadając, że od ślubu Bini nie ma dla niej miejsca w Sarnikach. Sytuacja Niny stawała się po prostu dramatyczna. Na pomoc Jasia liczyć nie mogła, bo ranny, nie podniósł się jeszcze z łóżka. Dopiero Binia  zwróciła się narzeczonego, a ten polecił ją swojej krewnej. Powrót do Prus przejmował Ninę trwogą. Powracały obrazy śmierci matki i nędzy,  jaką przeżywały w Gnieźnie. U ciotki Borutyńskiej doznała wiele niezawinionych krzywd, ale tutaj się wychowała i całym sercem pokochała krainę Gór Świętokrzyskich. Kochała ogromne puszcze, dwory, pałace arystokracji, pełne prastarych zabytków kościoły i klasztory, pradawne zamki rycerskie świadczące o wspaniałej historii narodu.
            Nie wyobrażała sobie życia z dala od tej cudownej, pełnej legend ziemi. Zatroskana Jaga z bólem patrzyła na jej bladą, spłakaną buzię i czerwone od wylanych łez oczy. Jednakże, będąc sama na łaskawym chlebie, niewiele mogła pomóc swej pupilce. Pełniąc przez lata obowiązki klucznicy, potrafiła stać się potrzebną. Pani Borutyńska zaproponowała jej nawet dożywotni pobyt w Sarnikach wspomniawszy, że Jaga była zaufaną garderobianą na dworze matki, lecz ona zdecydowanie i stanowczo odmówiła oświadczając, że pójdzie za Niną, choćby na sam koniec świata.
            Dopiero rozmowa z wujem Aleksem tchnęła w Ninę odrobinę nadziei. Nie wiedziała gdzie znajdzie ten drugi dom i niepokoiła się przyszłością, kryjącą same niewiadome. Obawiała się również, aby wuj Aleks uniesiony ojcowska troską, nie umieścił jej na jakiejś klasztornej pensji. Miała powyżej uszu ciągłych rygorów i zakazów. Marzyła, by posmakować swobody, pocieszając się, że na razie nie ma powodu do rozpaczy. Najważniejsze, że nie pojedzie do Berlina! Chciałaby zamieszkać gdzieś w pobliżu Makowa, ale rozumiała, że są to marzenia ściętej głowy. Wkrótce ślub Bini i wtedy rozstrzygną się również i jej losy. Przyszło jej na myśl, że na weselu spotka się zapewne z hrabiną Paulą. Nienawidziła jej! Paula obraziła ją  śmiertelnie, a co więcej, była żoną mężczyzny, którego Nina uwielbiała. Z palącym uczuciem zawiści, porównywała własne ubogie sukienczyny, z paryskimi kreacjami pani Klonowieckiej. Z obsesyjną wręcz zazdrością, rozmyślała o beztroskim, próżniaczym trybie życia tej niegodziwej kobiety, porównując je ze swoją ponurą, nędzną egzystencją. Jej zdaniem, Paula nie zasługiwała na takie jedwabne życie. Była podła i źle wychowana, a jednak mąż kochał ją i obsypywał kosztownościami. Ech,  nie ma sprawiedliwości na tym świecie!
            Uświadomiwszy to sobie raz jeszcze, z wściekłością szarpnęła cuglami, aż przerażona klacz zarżała i stanęła dęba, o mało nie zrzucając jej z siodła. Hałas zaniepokoił jadącą przodem Binię. Powstrzymała          Paminę i obejrzała się za siebie.                                                                                                 -  Co się dzieje?            
            - Nic takiego, tylko ta bestyjka postanowiła połamać mi kości. – skłamała Nina, czerwieniąc się ze wstydu. Wyrzucała sobie, że sprawiła zwierzęciu ból. Nigdy nie uderzyła żadnego konia, darząc miłością nawet najstarsze szkapy.              
            - Odpoczniemy tu chwilę. – oznajmiła Binia i nie czekając na zgodę, zeskoczyła z klaczy, klepiąc ją po szyi.
            -  A proboszcz? – zdziwiła się Nina.
            -  Zdążymy. – Binia przywiązała cugle do krzaka, usiadła na mchu i wsparła się plecami o pień wysmukłej sosny.
            Nina przysiadła obok niej i nagle zapanowało niezręczne milczenie. Konie chodziły w pobliżu, skubiąc soczystą trawę i opędzając się ogonami od much. W gęstwinie liści świergotały ptaki, a łagodny wiatr chłodził spocone twarze dziewcząt.
            - Właściwie, to ja się wcale do księdza proboszcza nie wybierałam. – odezwała się Binia i znowu zamilkła, niespokojnie zerknąwszy na kuzynkę.
            - Naprawdę? – Nina ułożyła się wygodnie na miękkiej murawie i podłożyła ramiona pod głowę. Nie wiedziała do czego Binia zmierza i wolała nie zabierać głosu, czekając co powie.
            Binia ponownie spojrzała na nią i rumieniąc się, w zakłopotaniu przygryzła dolną wargę.
            - Ninko. – przemówiła, zebrawszy się w końcu na odwagę. – Za kilka tygodni już mnie w Sarnikach nie będzie i jeden Bóg wie, kiedy się znowu zobaczymy. Taka okazja porozmawiania w cztery oczy, może się nam drugi raz nie trafić. Przecież wiesz, jak mamcia uwielbia podsłuchiwać i cały czas ma nas na oku. Czy wolno mi zadać ci bardzo osobiste pytanie?
            - Aha! – Nina miała nieprzenikniony wyraz twarzy i patrzyła w niebo, śledząc wzrokiem przepływające puszyste obłoczki.
            - Nie gniewaj się na mnie. Ale odniosłam wrażenie, że wuj Aleks nie jest ci obojętny. Rozumiesz, co mam na myśli? Czy ty go kochasz?
            Nina tak długo nie odpowiadała, że speszona Binia miała ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu.
            - Najmocniej cię przepraszam, bo widzę, że palnęłam okropną gafę! – jęknęła. – Ale dzisiaj patrzyłaś na niego jakimś szczególnym wzrokiem i cała aż promieniałaś radością. Matka także to spostrzegła i dlatego urządziła tę bezsensowną awanturę. Przepraszam…
            Niespodziewanie Nina poderwała się i usiadła, cała zjeżona, wpijając w nią napastliwe spojrzenie.
            -  Czego ty ode mnie chcesz? –  wybuchła z pasją. – A gdyby nawet tak było, to co? Mam wskoczyć do studni? Czy ja krzywdzę kogoś tą miłością? Czy to grzech pokochać człowieka, który okazał mi tyle serca i zapalił światełko nadziei? – wpatrywała się w osłupiałą Binię płonącym wzrokiem, zaciskając obie dłonie w pięści. Kochała kuzynkę, uważała ją za rodzoną siostrę, ale zirytowana obraźliwymi podejrzeniami, jakimi uraczyła ją ciotka, w porywie gniewu odegrała się na Bogu ducha winnej Bini.
            Na szczęście Binia wcale się nie obraziła, tylko objęła ją za szyję i ucałowała. Nina popatrzyła jej w oczy, a potem przejęta skruchą, upadła na kolana Bini, płacząc i mocząc łzami jej spódnicę.
            - Najmilsza, wybacz, jestem podła! Nie powinnam wrzeszczeć na ciebie. Wcale nie zasługuję na twoją miłość. Nieraz zazdroszczę ci, że jesteś bogata. Widzisz? Już nie będziesz mnie kochać. – zalewała się łzami, całując ją po rękach.
            - Nie bredź, kotku! Na twoim miejscu zachowywałabym się o wiele gorzej. Ja również niekiedy zazdroszczę ci urody. Żadna z nas nie jest aniołem i Bogu dzięki, bo ziemia nie przypomina raju. Czy wuj Aleks wie, że go kochasz?      
            Nina uniosła czerwoną, spłakaną twarz i spojrzała na nią z przerażeniem.
            -  Biniu, nigdy sobie na to nie pozwolę. Och, zapewne pomyślałby, że jestem idiotką. No bo kimże ja jestem? Prostą dziewczyną bez wykształcenia. Zwyczajną gęsią. Chyba coś mi padło na mózg. Ale wiesz, czasami kiedy o nim myślę, wydaje mi się, że jest on drugą połową mojej duszy. Tym, kogo los mi przeznaczył. – uszczęśliwiona, że nareszcie może się komuś zwierzyć, znajdując przy tym całkowite zrozumienie, przysiadła się bliżej i powtórzyła Bini rozmowę z Aleksem.
            - A widzisz, niedowiarku? – zaśmiała się Binia ściskając ją. – Bóg cię wysłuchał. Wuj naprawdę znalazł się bardzo szlachetnie, tylko hrabina nie budzi mojej sympatii. Ona jest jakaś dziwna, prawda?
            - Jest cyniczna i niegodziwa! – i Nina opowiedziała jej o skandalicznej propozycji Pauli w dzień Nowego Roku. 
            - Nie do wiary! – Binia aż poderwała się z oburzenia. – Podejrzewam, że ta kobieta wcale nie jest damą. Nie rozumiem, jak wuj Aleks, mężczyzna tak wyjątkowy, mógł poślubić tak nędzną kreaturę. Wiesz, pani wojewodzina kiedyś przebąkiwała, że ona nawet nie pochodzi ze szlachty. Une rien du tout!
            - Oui! – zgodziła się z nią Nina. – Elle á de chanse cette rien du tout!  Jest piękna, to trzeba przyznać i może dlatego pan Alek tak ją kocha. Zauważyłaś jej stroje, a klejnoty? Zresztą, czy to możliwe, żeby osoba nie pochodząca z wyższych sfer mogła być frejliną na cesarskim dworze?
            - Tego nie wiem. – Binia wyjęła z kieszeni dwa cukierki i poczęstowała Ninę. – Jaka szkoda, że wuj Aleks tak wcześnie się ożenił. Mógł poczekać aż ty dorośniesz. Mamcia zachwyca się hrabiną, pewnie dlatego, żeby zrobić pani wojewodzinie na złość, bo wie, że ona Pauli nie znosi. Często wstyd mi za rodziców, ale nic na to nie mogę poradzić. Mnie także bez pytania wydają za mąż.
            -  Może wujostwo sądzą, że on ci się podoba?
            -  Podoba? – Binia parsknęła drwiącym śmiechem.- O miłości nie może być tu mowy. Przecież „dzieci i ryby głosu nie mają.”  To wyłącznie kontrakt i nic więcej.
            Nina popatrzyła na nią z czułością i głębokim współczuciem. Biedna bogata narzeczona. Zrobiło się jej przykro, że dotąd więcej myślała o sobie i  z przerażeniem zrozumiała, że gdy Binia wyjedzie, już nikt i nigdy jej nie zastąpi, i że będzie szalenie za nią tęsknić.
            -  Pewnie przyjemnie jest pokochać kogoś. – szepnęła zamyślona Binia.
            - Nie wiem, bo mnie wcale nie jest przyjemnie. – odparła Nina z westchnieniem. – Nawet przy spowiedzi nie mówię prawdy, bo może ksiądz proboszcz nie dałby mi rozgrzeszenia. To przecież wielki grzech, kochać się we własnym wuju.
            - Przesadzasz, kotku. Wasze pokrewieństwo nie jest aż takie bliskie. Gdyby wuj był wolny, mogłabyś go poślubić. Babcia Eleonora, secundo voto wyszła za rodzonego brata swej matki i wszyscy chwalili ten związek, bo majątek pozostał w rodzinie.
            - Owszem. – przyznała Nina.- Ale babcia marszałkowa miała majątek, a dziadek Dobraniecki był kawalerem. Ja nie posiadam posagu i nie byłabym odpowiednią partią dla hrabiego.
            - Co ty pleciesz, kochanie. Liczą się koligacje. Jesteś wnuczką marszałka szlachty, prawnuczką senatora, stryjeczny dziadek był biskupem, a po mieczu pochodzisz z jednej z najstarszych familii w Polsce. Nałęcze figurują w kronikach już za pierwszych Piastów. Entre nous soit dit, małżeństwo wuja wydaje się jakieś dziwaczne, nie uważasz? Może i moje będzie podobne?
            Nina wzdrygnęła się, bo naraz ogarnęło ją jakieś złe przeczucie. Zamierzała wytoczyć mocne argumenty przeciw małżeństwu Bini, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
            - Nie można tego ślubu odłożyć? Błagam cię, najdroższa, nie wychodź za pana Świerczyńskiego bez miłości.
            Binia odetchnęła i zsunęła kapelusz na tył głowy.
            -  Mam dalej znosić wścibstwo matki i wrzaski ojca? – w jej oczach pojawił się  twardy wyraz. - Nie! Wprawdzie Edward nie przypomina królewicza z bajki, jest nudny i nijaki, ale posiada duży majątek, wygodny dom i niewielu krewnych. Będę miała własne pieniądze i swobodę. A najważniejsze, że Kujawy to już Wielkie Księstwo Poznańskie, inne państwo i daleko stamtąd do Sarnik. Ale gdziekolwiek będę, zawsze możesz na mnie liczyć. 
            Uniosła ramiona i zaczęła upinać warkocze, które wysunęły się spod kapelusza.
            - Boję się o ciebie. – rzekła Nina. – Z  panem Świerczyńskim różnicie się charakterem i wiekiem.
            - Mama mówiła, że najlepszy mąż to starszy mężczyzna, bo potrafi uszanować żonę. – Binia zarumieniła się i spuściła oczy.
            - Czyżby? To dlaczego ciotka nie poślubiła starego dziada, tylko wyszła za człowieka którego kochała? I co to znaczy, że starszy uszanuje żonę? Młody tego nie potrafi? 
            Binia potrząsnęła głową i złożyła na jej czole czuły pocałunek.
            -  Jedźmy już na tę plebanię, bo matka gotowa sprawdzić czy tam byłyśmy.
             Wstała i otrzepała spódnicę z drobin mchu i sosnowych igieł. Dosiadły koni i ruszyły ku wsi. Las pozostał za nimi, a dookoła rozciągały się faliste pola uprawne, zasiane zielonkawym jeszcze zbożem i równymi rzędami ziemniaków. Pomiędzy gęstymi jak szczotka kłosami, migotały czerwone maki polne, niby płomyki ognia. Przy miedzy błękitniały chabry i plenił się kąkol. Spod kopyt klaczy uciekały w popłochu szare kuropatwy, zające i przepiórki, kryjąc się w wysokiej trawie. Droga, po obu stronach wysadzana włoskimi topolami, wiodła do wsi. Na jej końcu stał kościół. Popędziły konie, bo słońce już zachodziło i z wolna wypełzały cienie wieczoru. Chłopi pracujący jeszcze na dworskich polach, kłaniali się pannom do ziemi. Binia odpowiadała uprzejmym skinieniem głowy i zamieniła kilka słów z karbowym, polecając mu kończyć pracę, bo ludzie są zmęczeni. Gdy ruszyły w dalszą drogę, poprawiła się w siodle i rzekła:
            - Na naszym folwarku w Hożej, pracował kiedyś młody pisarz prowentowy. Raz zasiedziałam się na folwarku, a on odprowadził mnie do domu, bo już zanosiło się na burzę. – Binia skróciła cugle, bo Pamina rzuciła łbem i niespokojnie zadreptała. – Wtedy on mnie pocałował!
            Nina była tak wstrząśnięta tym szczerym wyzwaniem, że wydała okrzyk i o mało nie spadła z konia. Pomimo ubóstwa, zachowała dumę rodową i nie mogła pogodzić się z myślą, że młoda dama pozwoliła prostemu gryzipiórkowi podnieść na siebie oczy. Mało tego, dopuściła go do poufałości! Binię rozśmieszył wyraz zgorszenia malujący się na jej twarzy.
            - Nie powinnaś mieć mi tego za złe. Wyobraź sobie, że hrabia Klonowiecki stracił majątek i został zwykłym zjadaczem chleba. Odwróciłabyś się od niego?
            - Ależ kochanie, to zupełnie coś innego. – oburzyła się Nina. - Kochałabym go nawet wtedy, gdyby siedział pod kościołem.
            Wyobraziwszy sobie hrabiego siedzącego pod kościołem, z ręką wyciągniętą po jałmużnę, Binia aż skręciła się na siodle ze śmiechu. Nina, spojrzała na nią urażona, ale nie utrzymała powagi i także zaczęła się śmiać.
            Pola uprawne skończyły się i wjechały w opłotki wsi. Sarniki były dużą osadą, lecz widząc nędzne, rozpadające się chałupy, Nina pomyślała, że w niedalekiej przyszłości wuj Ksawery może mieć poważne kłopoty ze swoimi poddanymi. Wuj Borutyński był znakomitym gospodarzem, oszczędnym i zaradnym, ale los chłopów wcale go nie obchodził. Był srogim dziedzicem i nigdy nie okazał ludziom ani odrobiny szacunku za ich ciężką pracę. Chłopi drżeli na jego widok, jednocześnie śmiertelnie go nienawidzili i czekali tylko na okazję, żeby się zemścić. Minęło dopiero piętnaście lat od straszliwej rzezi galicyjskiej szlachty, mordowanej przez zbuntowanych chłopów pod przywództwem Jakuba Szeli, i starsi gospodarze we wsi dobrze o tym pamiętali. Władzom carskim wszelkie konflikty klasowe były bardzo na rękę, gdyż skłócały już i tak podzielone społeczeństwo polskie.
            Minąwszy wieś, dziewczęta zatrzymały się przed kościołem. Zbudowany z polnego kamienia na planie krzyża, budynek był bardzo stary. Smukła wieża z dzwonami wznosiła się ponad korony niebotycznych lip. Przy murze cmentarnym sąsiadującym z kościołem, rosły wielkie krzewy jaśminów obsypanych kremowymi kwiatami. Ich upajający zapach unosił się dookoła, zwabiając tysiące pszczół. Obok kościoła był stary piękny cmentarz, na którym grzebano od pokoleń nie tylko chłopów, ale i okoliczną szlachtę, mającą na cmentarzu rodzinne grobowce. Za murem był sad, a dalej stała plebania: biały dworek porośnięty bluszczem.
            Proboszcza nie zastały. Rozłożysta żona organisty, pełniąca obowiązki gospodyni, dygnąwszy uprzejmie powiadomiła panny, że ksiądz dobrodziej siedzi w kościele z nowym wikarym. Przez potężne wrota dębowe nabijane stalowymi ćwiekami, weszły do świątyni. Unosiła się tu charakterystyczna woń, składająca się z resztek zapachu kadzidła, wosku, zbutwiałego drewna, przedziwna i nieokreślona, jak wszystkie rzeczy ogromnie stare. Kamienna posadzka starta   tysiącami 
nóg wielu pokoleń zapadła, tworząc niebezpieczne dołki grożące złamaniem kostki. W bocznych kaplicach panował już mrok, a promienie zachodzącego słońca wpadały tylko do głównej nawy przez wysokie gotyckie okna, rozświetlając zakurzone witraże, drewniane posągi z oblezioną pozłotą i obrazy tak stare, że nie było widać, co przedstawiają. Z czarnego popękanego tła wyłaniały się fragmenty twarzy, rąk, czasem kawałek rozwianej szaty. W ścianach bocznej nawy, znajdowały się grobowce  dawno zmarłych dziedziców Sarnik, fundatorów wielokrotnie palonego kościoła. Wykute w miękkim piaskowcu wizerunki rycerzy wspartych na mieczu oraz niewiast w zasłonach na głowach, klęczących z pobożnie złożonymi dłońmi, z różańcem oplatającym ich palce, czas bezlitośnie przeorał, zacierając rysy twarzy oraz epitafia.
            Pod wyniosłym sklepieniem latały jaskółki, mające gniazda pomiędzy kapitelami kolumn. Ich ostry świergot był jedynym dźwiękiem zakłócającym panującą tu ciszę. Dziewczęta idąc środkiem kościoła pomiędzy ławkami,  odczytywały wprawione w ściany tablice z łacińskimi sentencjami. Ich kroki rozbrzmiewały nienaturalnie głośno, burząc spokój świętego miejsca. Przed wielkim ołtarzem uklękły i odmówiły modlitwę za dusze zmarłych. Gdy podniosły się z kolan, Binia spostrzegła, że spod drzwi prowadzących do zakrystii widać smugę światłą. Delikatnie zapukała, wołając półgłosem:
            -  Proszę księdza proboszcza!
            - A kto tam? – małe, rzeźbione drzwiczki uchyliły się i stanął w nich proboszcz. Niski, okrągły jak piłeczka staruszek, z wianuszkiem siwych włosów dookoła głowy. Obie panny bardzo go kochały i uważały za najlepszego przyjaciela. Pomimo wieku, miał energiczne ruchy, a na twarzy pogodny uśmiech.
            - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – Binia podeszła do niego i pocałowała go w ramię. – Mogę księdzu dobrodziejowi zająć trochę czasu?
            -  Na wieki wieków. Pewnie, moje dziecko. A kto stoi za tobą, bo niedowidzę.
            -  To ja, proszę księdza. – Nina wyszła z cienia, dygnęła i także pocałowała go w ramię.
            - Aha, to ty, Ninko? Czy coś się stało? Może, nie daj Panie Jezu, ktoś zachorował? – zaniepokoił się proboszcz. Pośpiesznie wyszedł z zakrystii, mrużąc krótkowzroczne oczy.
            - Nie w domu wszyscy zdrowi. – uspokoiła go Binia. – Chciałam tylko porozmawiać z księdzem o dekoracji kościoła przed moim ślubem.
            -  Prawda. To już wkrótce, na Piotra i Pawła. Godnych obrałaś sobie patronów, moje dziecko. – proboszcz odwrócił się w stronę zakrystii i powiedział głośno: - Księże Rafale, a niechże ksiądz wyjdzie, bo mamy gości.
            Rozległ się stuk odsuwanego krzesła i po chwili wyszedł stamtąd wysoki, smukły kapłan. Nie odzywając się, z dala ukłonił się pannom.
            - To mój nowy wikary, ksiądz Rafał Żabiec. – przedstawił go proboszcz. – A to córka pana dziedzica i siostrzenica pani dziedziczki. Ksiądz Rafał dopiero od wczoraj w Sarnikach, więc oprowadzam go po naszym gospodarstwie. Ale chodźmy stąd, moje dzieci, bo tu ciemno, a ja, stary, niedowidzę.
            Wyszli z kościoła i wąską ścieżką pomiędzy krzakami malin i agrestu doszli do ganku plebanii. Proboszcz zatrzymał dziewczęta na kolacji, miały więc możność przypatrzyć się nowemu wikaremu. Był bardzo młody i niezwykle piękny. Gęste falujące włosy miały błękitnawy odcień kruczych piór, a duże szare oczy ocieniały długie fryzowane rzęsy. Z delikatnej białej cery i ślicznych rysów podobny był do młodziutkiej dziewczyny. Nawet głos miał  wysoki, a całe jego zachowanie nacechowane było dziewiczą skromnością i wstydliwością.
             Obserwująca go dyskretnie Nina, nie mogła pojąć, co skłoniło tego zachwycającego chłopca do przybrania sutanny i skazania się na wieczną samotność. Zauważywszy jej badawcze spojrzenie, ksiądz Rafał opuścił długie rzęsy i zarumienił się mocno. „Dziwny ksiądz.” – pomyślała Nina i odwróciła głowę, aby go nie peszyć.
            Kolacja przeciągnęła się, bo wiele spraw było jeszcze do omówienia, ale wikary nie siedział do końca, lecz wstał i skłoniwszy się, zamierzał odejść. Binia pożegnała go serdecznym uśmiechem, a Nina przekornie wyciągnęła do niego rączkę. Ksiądz Żabiec uścisnął ją i bez słowa wyszedł. Jego dłoń była zimna, a uścisk słaby i bierny. Kiedy wychodził, jego cień długi i czarny rzucony na ścianę, na mgnienie oka zawisnął nad głową Niny. Nie wiadomo dlaczego, bez żadnej konkretnej przyczyny, ogarnął ją lodowaty strach. Nagle poczuła do wikarego niczym nie uzasadnioną niechęć, graniczącą wprost z nienawiścią. Nie rozumiała dlaczego tak się stało, nie znała źródła i motywu irracjonalnego wstrętu. Była jednak najzupełniej pewna, ze nigdy nie polubi młodego księdza.
            Za to proboszcz odprowadził Żabca ciepłym spojrzeniem.
            - To taka dobra, czysta dusza. – rzekł, zniżając głos do szeptu.- Tylko jeszcze nie obyty w świecie i lęka się kobiet. Jest synem chłopa spod Wąchocka. Ojczysko ręce sobie urobił, żeby synowi dać wykształcenie, a Rafał to ksiądz z powołania. Bogu dziękuję, że dano mi go do pomocy. Starość na karku i sił już mi braknie. – proboszcz zamyślił się i zwróciwszy oczy na Binię, ciągnął uśmiechając się do niej: - Jak ten czas leci. Tak mi  się zdaje, że zaledwie wczoraj przyniesiono mi ciebie do chrztu, a ty już wkrótce staniesz przed ołtarzem, aby ślubować mężowi. W tym kościele twoje prababki wiązały się świętym węzłem małżeńskim od szesnastego stulecia.
            -  A kiedy zbudowano ten kościół? – spytała Nina.
            -  Zapewne na początku tysiąclecia. Dawniej stała tu gontyna pogańska. Wiele razy palili go Tatarzy i Litwini, potem Krzyżacy wzniecali w nim ogień. Burzyli go Szwedzi i Siedmiogrodzianie. Ale pobożni parafianie podnosili go z gruzów i trwał dalej. W jego podziemiach spoczywają niemal wszyscy Borutyńscy, prócz tego rycerza, który poległ w bitwie z kozakami pod Beresteczkiem. Nie mają tu swego grobu twój dziad poległy pod Ostrołęką i stryj zesłany na Ural. Kiedyś, po latach, spoczną tu pewnie twoi rodzice, a może i ty kiedyś wrócisz do rodzinnego gniazda.
            Zamilkł, a dziewczęta  nie przerywały mu zamyślenia.
            Z drewnianego zegara wyskoczyła kukułka i wykukała dziewiątą godzinę. Panny pożegnały się z proboszczem i dosiadłszy koni, wyjechały na polną drogę niedaleko zakola rzeczki. Na niebie już błyszczały pierwsze gwiazdy, ale od południa nadciągały chmury i zanosiło się na deszcz. Rzeczka pluskała, mącąc ciszę wieczorną. Na szczycie wzniesienia rozpostarła się przed nimi ogromna przestrzeń, falująca trawą, przecięta wstęgami strumieni i potoków, pełna niewielkich zagajników i pól, barwnych niby pasiak łowicki, a w oddali, w krystalicznie czystym powietrzu, widoczne były ciemne grzbiety gór porośnięte lasem.
            Z obawą minęły prastare kurhany tatarskie i mogiły Szwedów, żołnierzy króla Karola Gustawa, poległych tu podczas Potopu. Podanie głosiło, że w pobliżu mogił straszy, bowiem leżeli w nich poganie i heretycy pogrzebani bez świętych sakramentów.
            W koronach drzew zaszumiał wiatr i zajęczał w krzewach porastających dawne groby. Nad górami zaczęło się błyskać. Panny podcięły konie i popędziły galopem, nie oglądając się za siebie. Na szczęście ciotka wysłała im naprzeciwko parobka z pochodnią, a ten odprowadził je aż do drzwi dworu.
                                                                                                                                                                                                                                                       
          
            Dzień świętych Piotra i Pawła wstał ciepły i słoneczny, pachnący jaśminem i różami rozkwitającymi w ogrodzie. Przed dwór sarnicki, odświeżony i ozdobiony girlandami z zieleni, od samego rana zajeżdżały powozy, bryczki i jeźdźcy na rasowych wierzchowcach. Na ganku, pod kolumnami oplecionymi bluszczem, gospodarze witali przybywających gości. Sprowadzona z miasta orkiestra stroiła instrumenty. Służący roznosili na tacach buliony, kawę, wino, zakąski, ciasta i lody. Przez zielone trawniki szły dziewczęta w pastelowych krynolinach, z kwiatami we włosach, szepczące sobie do ucha sekrety, chichocząc i zerkając zalotnie na wystrojonych kawalerów.
            W dużym salonie rozsiadły się starsze damy, zajmując kanapy i fotele. Pochylone ku sobie, oddawały się ulubionemu zajęciu, szeptem obmawiając Borutyńskich i młodą parę,  nie pozostawiając na nikim suchej nitki. Po południu zaplanowano uroczysty obiad, a wieczorem miał rozpocząć się bal. W kancelarii wuja był zimny bufet i palarnia. Panowie otaczali stoły zastawione półmiskami z zimnym mięsiwem, pieczonym drobiem i dziczyzną, wędlinami, różnymi rybami, ostrymi zakąskami i misami kawioru. Pękały majonezowe polewy sałat, strzelały korki szampana, a niektórzy panowie mieli już dobrze w czubie. Opowiadano sobie półgłosem pieprzne dowcipy, nagradzane śmiechem i oklaskami. W gronie drużbów w strojach polskich, stał pan młody, wysoki blondyn z przerzedzonymi nad czołem włosami. Miał senne bladoniebieskie oczy i pełne, zmysłowe wargi. Jak na mężczyznę w średnim wieku, usposobienie miał chłodne, zupełnie pozbawione poczucia humoru. Pił dość dużo i był już lekko wstawiony.
            Przyszłego męża Binia znała krótko. W czasie kilkudniowych wizyt w Sarnikach zachowywał się bez zarzutu, zasypując narzeczoną kwiatami, słodyczami i upominkami. Na zaręczyny dostała śliczny pierścień z dużym brylantem. Ładnie deklamował wiersze, dobrze jeździł na koniu, był pełen galanterii i przed młodą narzeczoną roztaczał urokliwy obraz życia we dwoje. Binia nie kochała go, ale lubiła. Był flegmatyczny i oszczędny, jak większość Wielkopolan, ale cechy te były raczej zaletą niż wadą. Posiadał  znaczny, znakomicie zagospodarowany majątek w pobliżu Gniezna i był dość przystojny. Czego więcej mogła oczekiwać?  Z grona młodzieży, Edward natychmiast wyróżnił Jasia i Tadeusza. W czasie długich konnych spacerów, prowadził z nimi poważne rozmowy, tłumacząc im działalność opozycji ziemiańskiej w Wielkim Księstwie Poznańskim. Ze zdumieniem dowiedzieli się, że w Wielkopolsce opozycja jest zupełnie legalna. Nikt tam nie konspiruje, bowiem jak ognia obawiano się niekontrolowanego wybuchu zbrojnego. W zaborze pruskim, Polacy mieli w niemieckim parlamencie swoich przedstawicieli i głośno mówili o tym, co się im nie podoba. Ta ugodowość Wielkopolan budziła w Jasiu i Siekielskim zdumienie, a nawet niechęć, ponieważ obaj byli gorącymi zwolennikami powstania zbrojnego.
            Przed ślubem, Binia uparła się żeby pierwszą druhną była Nina, w parze w hrabią Klonowieckim. Ciotka Maria protestowała, zamierzając dać kuzynowi druhnę z liczącej się familii, pewnie swoją ulubienicę Dorotę Jabłocką. Lecz Binia nie ustąpiła i postawiła na swoim. Świerczyński także był niezadowolony, mając narzeczonej za złe, że zadaje się z ubogą krewną. Nie wtrącał się, żeby nie drażnić Bini, ale zapewnił teściową, iż w przyszłości postara się ograniczyć do minimum stosunki żony z panną Nałęczowską.
            Nina już od świtu była na nogach, doglądając w kuchni poczęstunku dla gości i obiadu na sto osób. Narzuciwszy na siebie obszerny fartuch, w laczkach na gołych nogach i rogatych papilotach na głowie, niestrudzenie krzątała się po kuchni, spiżarni i pokoju kredensowym, dokąd wpadali spoceni służący i porywali przygotowane tace z półmiskami, filiżankami i kieliszkami z winem. W kuchni panował piekielny upał. Dygotały stolnice pod gwałtownymi ruchami wałków, a na olbrzymim piecu gotowały się i dusiły potrawy. Pachniała smażona cebulka, koper i świeże warzywa. Nina, doprawiając majonez maleńkimi korniszonami, układała plan pracy, jaka ją jeszcze tego dnia czekała. Ocierając kroplisty pot z czoła, podrygiwała w takt dolatującej z ogrodu muzyki. Cieszyła się na wieczorny bal w nadziei, że zatańczy z hrabią choć jednego walca. Jej karnecik zapisany był do ostatniej stroniczki, a  młodzi panowie przyjeżdżali  do Sarnik, aby zamówić u niej  tańce na weselnym balu.
            Obok, w pokoju kredensowym, niania rozmawiała z ciocią Salomeą, przybyłą z Jasiem na ślub z Warszawy. Starsza pani nudziła się w salonie i przyszła pomóc Jadze. Obie układały na kryształowych paterach owoce i nakładały do porcelanowych miseczek galaretki owocowe, dekorując je bitą śmietaną i kandyzowanymi winogronami.
            Przed południem do kuchni wpadł zadyszany lokaj, przynosząc pustą tacę i poprosił Ninę do jaśnie panienki. Tradycyjnie panna młoda nie pokazywała się gościom, aż do chwili błogosławieństwa. Chyłkiem, schodami dla służby, Nina pobiegła na piętro. Weszła do sypialni nowożeńców i zatrzymała się na progu. Pokój tonął w kwiatach. W wysokich kryształowych wazonach stały bukiety białych róż, girlandy różane oplatały kolumienki łoża, zasłanego atłasową kapą puszystą od koronek i tiulów, białe atłasowe kokardy przystrajały poduszki na kanapce i fotelikach oraz baldachim łoża.
            Na środku błękitnego dywanu stała Binia, bosa i zdenerwowana, w przepięknej sukni ślubnej. U jej stóp pełzły na kolanach trzy szwaczki, mozolnie fastrygując obręb szerokiej krynoliny. Na widok Niny, panna młoda odepchnęła szwaczki i rzuciła się do niej ze łzami w oczach.
            - Spójrz tylko! – wykrzyknęła z rozpaczą. – Suknia za długa! Widzisz? Przewrócę się na środku kościoła przez tą przeklętą kieckę. Nawet do jutra nie zdołamy jej przyfastrygować.
            Szwaczki w poczuciu winy pospuszczały głowy, nie śmiejąc się odezwać. Suknia rzeczywiście była za długa, a orszak weselny wyruszał do kościoła za trzy godziny. Nina obejrzała śnieżną  toaletę i z namysłem ściągnęła brwi.
            -  A dlaczego panny uparły się skracać suknię dołem? Wydaje mi się, że wystarczyłoby podwinąć ją przy szarfie. Nikt tego nie zauważy, a potem się poprawi.
            Zatroskane twarze szwaczek aż się rozpromieniły, a Binia z głośnym piskiem rzuciła się Ninie na szyję.
            - Och, najmilsza, jakaś ty mądra! Oczywiście, to jedyne wyjście. Za godzinę suknia będzie gotowa.
            Przy pomocy szwaczek zdjęła z siebie suknię i w samych pantalonach obszytych brukselską koronką i w webowym staniczku oraz atłasowym gorsecie, stanęła przed lustrem. Przeginając się i okręcając, przypatrywała się sobie z upodobaniem. Nina przycupnęła na skraju aksamitnego fotelika, ocierając  fartuchem wilgotne czoło. Binia w tafli lustra dostrzegła jej zaczerwienioną od ognia twarz i   przybrudzony fartuch. W jednej chwili spoważniała, a w jej błękitnych oczach zapłonął gniew.
            -  Rodzice to już zupełnie wstydu nie mają! – powiedziała po francusku, nie życząc sobie, aby zrozumiały ją szwaczki. – Właśnie dziś matka kazała ci zająć się kuchnią. Przecież wuj Aleks proponował własnego kuchmistrza. O, mam tego dosyć!
            Zapominając zupełnie o swym oszczędnym stroju, podbiegła do okna i wychylając się do połowy, zawołała ojca. Wuj Ksawery wyszedł na ganek i zdarł do góry głowę.
            -  Papciu, gdzie mama?
            -  Matka bawi w salonie gości, nie przeszkadzaj jej.
            -  Jednak niech papcio poprosi mamcię do mnie.
            Ciotka Maria sapiąc, weszła na piętro i rzuciwszy okiem na córkę, zaraz znalazła powód do surowej uwagi.
            -  Dlaczego stoisz w samych pantalonach? To nieprzyzwoite, włóż peniuar. Czego chcesz ode mnie?
            Binia jakby nie słysząc słów matki, z rozmachem klapnęła na kanapkę i nonszalancko założyła nogę na nogę. Nie chcąc, by obcy ludzie byli świadkami rodzinnej sceny, uprzejmie zwróciła się do szwaczek:
            -  Może panny przejdą do garderoby i tam dokończą skracanie sukni. Służący zaraz przyniesie słodycze i coś do picia. – dopilnowała, żeby szczelnie zamknęły za sobą drzwi. Z westchnieniem wskazała palcem na Ninę.
            - Obawiam się, że mama zamierza skompromitować nas dziś przed gośćmi. Tak wygląda moja pierwsza druhna!
            - Przecież mówiłam ci, żebyś wybrała inną pannę.
            - To jest moja siostra! Nie życzę sobie, żeby w takim dniu wyglądała jak kopciuch.
            Ciotka Maria spojrzała na Ninę z wyraźnym niesmakiem.
            - Pytam, czemu nie jesteś w kuchni? Nikt nie pilnuje kucharki i służby, a  oni kradną.
            - W kuchni? – prychnęła Binia z narastającą pasją. - Właśnie! Tylko patrzeć jak przybędą państwo Klonowieccy i nabiorą o nas pięknego wyobrażenia!  Moja pierwsza druhna umazana sadzami! Wuj pomyśli, że chcemy mu zrobić afront! Wstydzę się za rodziców. Wszyscy wiedzą, że poniewieracie najbliższą krewną. Może rodzicom nie zależy na opinii ludzkiej, ale mnie tak! Proszę, żeby mama uwolniła Ninę od obowiązków. Życzę sobie tego!
            Takim tonem Binia jeszcze się nigdy do matki nie zwracała. Nina przelękła się, że ciotka odegra się na niej. Lecz tym razem pani Borutyńska zachowała kamienny spokój. Chłodno zwróciła się ku siostrzenicy i skinęła głową.
            -  Idź do swego pokoju, przebierz się i zejdź do salonu.
            -  Dziękuję cioci. – szepnęła Nina i odetchnęła.
            -  Nie ma za co. – ciotka Maria skrzywiła się złośliwie. – Jutro opuścisz Sarniki.
            Nina oniemiała i patrzyła na nią z przerażeniem i niewiarą.
            -  Jutro? Dlaczego? A dokąd ja mam iść, ciociu? – pytała, drżąc na całym ciele.
            - O to spytaj pana hrabiego. Teraz on jest twoim opiekunem. – oświadczyła ciotka uszczypliwie i nie obdarzywszy dziewcząt ani jednym więcej spojrzeniem, wyszła z szelestem amarantowej sukni, bardzo zadowolona wywołanym wrażeniem.
            -  O czym mama mówiła? – zdziwiła się Binia. – Gdzie ty masz jechać?
            Nina z rozpaczą chwyciła się za głowę.
            - Nic nie wiem! Nikt mnie o zdanie nie pyta. Wszystko się załatwia poza moimi plecami, jakbym była martwym przedmiotem. Jezu, co teraz ze mną będzie? – wysiąkała nosek w róg fartucha.
            Binia objęła ją i ucałowała w policzek przybrudzony sadzą.
            - Nie widziałaś, że mama była wyraźnie w złym humorze? Coś się jej nie udało. O, jestem pewna, że wuj obmyśli coś dobrego dla ciebie. A gdyby ci było źle, zaraz do mnie napisz. Jak wrócę z podróży poślubnej, zabiorę cię do Świerszczyn.. Idź, przebierz się, złotko, a ja na chwilę się położę. Bogu dzięki, że wkrótce obie opuścimy ten dom. – ziewnęła, przetarła klejące się powieki i wyciągnęła się na kanapce bardzo senna.
            W pokoiku na facjatce, Nina zrzuciła przepocony fartuch i krzątała się w samej płóciennej koszulce uszczęśliwiona, że ciotka nie wpakowała jej lokatorki w czasie wesela. Widocznie uznała, że pokoik nie nadaje się dla gościa. Rozważając słowa ciotki, nalała do miednicy chłodnej wody z dzbanka i umyła się starannie, po balowemu. Woda przyjemnie odświeżyła jej zgrzane ciało. Po kuchennym hałasie rozkoszowała się samotnością i marzyła, żeby nareszcie znaleźć się w takim miejscu, które naprawdę stanie się dla niej domem rodzinnym.
            Stojąc naga, jak śliczny posążek z alabastru, usiłowała obejrzeć się w lusterku, ale w mętnej, wypełzłej tafli niewiele można było zobaczyć. Z gniewem cisnęła stare lustro do szuflady. Ciotka Maria tępiła u niej każdy przejaw próżności ostrzegając, że pewnego dnia zobaczy w lustrze diabła! „Z pewnością wolałabym czasem zobaczyć diabła, niż ciotkę Marię! – myślała. – Ciekawa jestem, co pan Alek postanowił? Pewnie był tu wczoraj i rozmawiał z wujostwem, gdy obie z Binią pojechałyśmy do spowiedzi.” Buntowała się, że musi ulegać woli dorosłych i iść tam, gdzie jej każą. Ale dla Aleksa poszłaby nawet piechotą do piekła. Uklękła przy łóżku i przeżegnawszy się, powiedziała tak głośno, jakby się obawiała, że Pan Bóg jej nie dosłyszy:  „Spraw miłosierny Panie, żebym nie musiała tułać się po świecie i była blisko pana Alka. A za pokutę, możesz policzyć mi sto tysięcy lat czyśćca! Amen!” Uznała, że taka pokuta za możność widywania hrabiego, będzie dla Pana Boga uczciwym interesem.
            Pomodliwszy się, wzięła grzebień i zaczęła rozczesywać długie, gęste włosy. Poprzedniego wieczora, niania zwilżyła je wodą z cukrem, nakręcając na papiloty. Sycząc z bólu, szarpała je z całej siły mamrocząc, że wolałaby wyłysieć, niż tak cierpieć. Rzuciła okiem na zegar i stwierdziła, że na toaletę  pozostało niewiele czasu.  Na łóżku leżała wyprasowana suknia. Ulegając prośbom Bini, ciotka pozwoliła jej wybrać sobie materiał na toaletę weselną. Zaraz wpadł jej w oko kremowy muślin, delikatny i powiewny. Przy pomocy niani i szwaczki uszyła sobie prawdziwie letnią kreację. Suknia miała duży kwadratowy dekolt z koronkową bertą i króciutkie rękawki z kilku falbanek. Spódnica rozkładała się szeroko, mocno marszczona i zakończona trzema falbanami. Bardzo się Ninie podobała, choć ciotka, dla oszczędności, nie sprawiła jej już sukni balowej. Ubierając świeżą bieliznę, zaczęła marzyć o swojej przyszłości.
            Marzenia nic nie kosztowały i były jej główną rozrywką. Będąc jeszcze dzieckiem, modliła się, żeby szybko nie zasnąć i w nocnej ciszy uciekała w krainę fantazji. Przytłoczona tragicznymi wydarzeniami, stworzyła sobie własny świat, będący jej azylem, ucieczką od ponurej rzeczywistości. W Sarnikach i na pensji, leżąc w łóżku, przeżywała wyimaginowane przygody, zawsze kończące się szczęśliwie. Stawała się bohaterką niezwykłych awantur, będących odbiciem przeczytanych ukradkiem książek. W jej magicznym świecie nie istniały śmierć i rozłąka. Czasami nawet w ciągu dnia próbowała się wcielić w wymyśloną postać, grając przed lustrem jakąś scenkę. Kiedy tak stała zagapiona, zwykle jak spod ziemi wyrastała ciotka Maria i przywoływała ją do przytomności za pomocą kilku bolesnych klapsów.
            - Powiedz mi, dlaczego tak się wpatrujesz w to lustro, jak sroka w kość? – pytała zaintrygowana. – Widzisz tam coś ciekawego?
            -  Ja… tylko się tak bawię, ciociu. – zwierzyła się Nina nieostrożnie, i zaraz pożałowała swojej szczerości.
            -  Oszalałaś dziewczyno! – ciotka popatrzyła na nią z politowaniem i wzruszyła ramionami. – Spójrz do lustra. Jesteś ruda, blada, chuda jak szczapa! Przyjemnie ci patrzeć na siebie?
            Dziewczynka spuszczała głowę, zacinając się w milczeniu, albo wybuchała płaczem. Nie próbowała nawet wyjaśnić ciotce, że w lustrze zamiast siebie, widzi promienną piękność. Kiedy poznała wuja Aleksa zaczęła marzyć, żeby choć raz pokazać się na balu w szmaragdowej sukni i kolii ze szmaragdów. Może wtedy pan Alek zwróciłby na nią uwagę i przestał ją traktować jak małe dziecko. „E, nic z tego nie będzie. – stwierdziła z goryczą. – Jestem beznadziejną idiotką!”
            Do drzwi zapukała Zuzka, pokojówka Bini i pomogła jej zasznurować gorset, a nawet uczesać włosy w długie francuskie loki. Narzuciwszy na siebie szlafroczek, Nina udała się do pokoju siostry, żeby asystować przy toalecie panny młodej. Ciotka ze łzami w oczach upinała na głowie córki welon z cieniutkiej jak mgła koronki. Pod wieniec włożyła złotego dukata z Matką Boską oraz szczyptę soli i cukru na szczęście. Nina układając fałdy ślubnej krynoliny, naraz uprzytomniła sobie, że nazajutrz Binia odjeżdża i nigdy już nie wróci do rodzinnego domu, jako beztroska panienka.
            Wyobraziwszy to sobie rozpłakała się na cały głos. Zawtórowały jej trzy szwaczki, pół płacząc, pół śpiewając, jak to czynią prości ludzie na wiejskich weselach. Panna młoda trzymała się dzielnie, lecz widząc dookoła twarze zalane łzami, ukryła głowę w fałdach spódnicy matki i także zaczęła szlochać. Pierwsza opanowała się pani Borutyńska i sięgnąwszy po puderniczkę oraz puszek łabędzi, dyskretnie przypudrowała  policzki Bini ryżowym pudrem.
            - Nie płacz, bo będziesz miała czerwone oczy. – ostrzegła, poprawiając jej na głowie przekrzywiony wieniec z kwiatów pomarańczowych.
            Nina wróciła do siebie, aby dokończyć toaletę. Zuzka pomogła jej narzucić kilka sztywnych halek ozdobionych haftem angielskim i falbanami. Potem ubrała suknię, a pokojówka zapięła jej na plecach obcisły stanik. Na szczęście Nina miała ładny biust i nie musiała używać wkładek, jak chuda Dorota. Zawiązała w talii szarfę z brązowego aksamitu i szybko zmieniła laczki na jedwabne pantofelki pod kolor sukni. Na ręce wciągnęła długie kremowe rękawiczki z koronkowym manszetem, a na przegubie zawiesiła wachlarz z cennej weneckiej koronki i kości słoniowej.
            Pokojówka przypatrywała się jej, zafascynowana całą ceremonią.  
            - Ojej, jak panienka ślicznie wygląda! Może nawet ładniej od panny młodej. – chwaliła, obchodząc Ninę i wygładzając fałdy. – Ale szyja goła.
            Nina przyznała jej rację i sięgnęła do hebanowej szkatułki, gdzie przechowywała swoje pamiątki. Wydobyła z niej safianowe pudełko, w którym leżał duży krzyż ze złota i rubinów. Był to wspaniały klejnot, bardzo kosztowny, roboty amsterdamskich złotników. Ten krzyż i wachlarz z kości słoniowej należał niegdyś do matki Aleksa. Oba te przedmioty Nina otrzymała od niego w prezencie, na swoje szesnaste urodziny, będące zarazem dniem jej imienin. Stara pani wojewodzina ujrzawszy krzyż na jej szyi, załamała ręce.
            - Na litość boską! – wykrzyknęła z przerażeniem. – Kto daje młodziutkiej pannie rubiny? To przecież przepowiednia wielkiej rozpaczy. Ach, ten Oleś! Ja mu zaraz powiem, niech odbierze ten krzyż i ofiaruje ci jakiś inny klejnot.
            Ale Nina nie była przesądna i nie myślała rozstawać się z prezentem od Aleksa. Wpatrując się w lustro, poprawiła wiszący na szyi krzyż i zeszła do salonu. Wynajęci muzycy zagrali poloneza, a w szeroko otwartych drzwiach ukazała się panna młoda, prowadzona przez rodziców. W obłokach śnieżnej koronki, gazy i atłasu, wyglądała prześlicznie, płynąc lekko po posadzce w atłasowych pantofelkach. Wuj Borutyński sprawiał imponujące wrażenie, w czarnym aksamitnym kontuszu, przepasanym bezcennym pasem słuckim. Spod kontusza widoczny  był purpurowy żupan zapinany na brylantowe guziczki. Lewą rękę wspierał na rękojeści szabli usianej drogimi kamieniami. Ciotka Maria aż skrzyła się od rodowych brylantów. Za panną młodą postępował szereg druhen w pastelowych krynolinach z bukietami kwiatów w dłoniach, a przy pannach szli drużbowie, panicze z najlepszych rodzin, również w bogatych kontuszach i przy szabli.
            Błogosławieństwo trwało krótko, bo nadszedł czas wyjazdu do kościoła. Czekano tylko na przyjazd Klonowieckich, którzy jak na złość się spóźniali. Ciotka Maria raz po raz spoglądała na zegar, gdyż pragnęła pochwalić się przed gośćmi swoją arystokratyczną rodziną. Ponadto zależało jej na prezencie ślubnym. Poprzedniego dnia przyjechała Paula, wyjątkowo jako mężatka zaproszona na dziewiczy wieczór, ale siedziała dziwnie osowiała i zabawiwszy niecałą godzinę, wymówiła się migreną i powróciła do Makowa. Wuj Borutyński już chciał posłać konnego do pałacu, lecz w tej chwili zatoczyła się przed ganek wytworna, czarna błyszcząca lakierem kareta, wybita w środku białym atłasem, a za nią elegancki otwarty powóz w którym siedzieli hrabia i hrabina. Karetę pożyczył  wuj Aleks państwu młodym do ślubu. Był to najmodniejszy ekwipaż świeżo zakupiony w  Wiedniu.
            Hrabia wysiadł pierwszy i podał rękę żonie, która jakby z obawą postawiła na stopniu małą stopę. Była blada, lecz wyglądała zachwycająco w atłasowej toalecie paryskiej w kolorze orange, haftowanej srebrem. Na szyi miała diamentowy naszyjnik i diamentowe kolczyki. Uśmiechnęła się, lecz obserwująca ją z niechęcią Nina natychmiast spostrzegła, że oczy Pauli były nienaturalnie rozszerzone i jakby szklane. Pani wojewodzina posłała Pauli ostre spojrzenie i zacisnęła wąskie wargi, podając jej końce palców. Tylko na czole chrzestnego syna złożyła czuły, matczyny pocałunek.    
            - Co z nią?- szepnęła mu do ucha.
            - Już dobrze. – odrzekł półgłosem i wprowadził żonę do salonu.
            Borutyńscy powitali ich owacyjnie. Aleks uznał za stosowne przeprosić za spóźnienie.
            - Prosimy o wybaczenie, lecz rano Paula poczuła się nieco niedysponowana – rzekł i obejrzał się na żonę, roześmianą i otoczoną rojem czarnych fraków. 
            Rozpromieniona ciotka Maria patrzyła na duże pudła wnoszone przez służących. Mieściły się w nich wspaniałe srebra stołowe. Borutyńscy aż zachłystywali się z radości, wylewnie dziękując Pauli, a dopiero potem hrabiemu. Binia najpierw serdecznie ucałowała wuja, a Pauli złożyła jedynie powściągliwy ukłon. Świerczyński nie znał hrabiny, bo powróciła z zagranicy przed samym ślubem. Jej olśniewająca uroda i paryska elegancja zrobiły na nim wielkie wrażenie. Tego dnia Paula była szczególnie piękna, choć twarz miała zmęczoną i bladą. Przy powitaniu podała panu młodemu wypielęgnowaną dłoń, spoglądając na niego z wyraźną kokieterią. Ośmielony, pochylił się do przodu i zuchwale zajrzał jej w oczy. Hrabina opuściła długie rzęsy, a na jej czerwonych, wilgotnych wargach zaigrał tajemniczy uśmieszek. Świerczyńskiemu ciarki przebiegły po krzyżu i postanowił trzymać się od niej z daleka. Tymczasem Aleks wyjął z eleganckiego pudła przepiękny bukiet róż i podszedł do Niny, rozmawiającej z Zosią Syrwin.   
            - Panie są dziś tak czarujące, że udziałem nas, mężczyzn, może być tylko poddanie.- rzekł, wręczając bukiet Ninie. – Lub, co najwyżej, nadzieja na łaskawe wejrzenie. Żałuję Nino, że masz takiego nieciekawego drużbę, jak ja.
            - Pan hrabia nie mówi tego poważnie. – szepnęła Zosia. W błękitnej jedwabnej krynolinie i w perłach na szyi, była po Ninie najpiękniejszą panną i sprawiała wrażenie delikatnego kwiatu. – Nikt tutaj nie może równać się z panem hrabią!
            -  Jestem bardzo zobowiązany za miłe słowa. – złożył jej ukłon.
            - Powiedziałam tylko prawdę. – Zosia zarumieniła się i śpiesznie dodała: - Przepraszam, Binia mnie woła! – dygnęła i lekko pofrunęła przez salon.
            Aleks odprowadził ją wzrokiem.
            - Urocza  panienka. Ale ja nie powiedziałem ci jeszcze Nino, że wyglądasz przepięknie.
            - Dziękuję, panie Alku. O, jaki śliczny bukiet! – przycisnęła kwiaty do piersi. Były to długie, wpół rozkwitłe kremowe pąki róż, przewiązane wstążką tej samej barwy, co jej suknia. – A ja już obawiałam się, że przydarzyła się państwu jakaś zła przygoda.
            - Paula źle się poczuła. Ja mam żelazne zdrowie i nigdy nie choruję. Obiecałaś mi walca, czy tak?
            -  O, dla pana zarezerwowałam kilka tańców.
            -  Żałuję, promyczku, ale na balu nie będę. Musimy wcześniej wrócić do domu.
            - Koniecznie? – Nina posmutniała i podniosła na niego oczy przeźroczyste jak kryształ. – Dziś ślub Bini. Będzie jej przykro… i mnie także – odważyła się szepnąć.
            - Uwierz mi, że tak będzie lepiej. Ale zdążymy porozmawiać, bo mam ci wiele do powiedzenia.
            - Ciotka wspominała, że wczoraj rozmawialiście państwo o mojej przyszłości. – Nina pobladła i spojrzała na niego z obawą. – Tak się czegoś boję!
            - Pragnę, żebyś była szczęśliwa, uwierz mi – złożył na jej rączce lekki pocałunek.
            Ich rozmowa zwróciła uwagę siedzących na kanapie dam. Paula uniosła czarne brwi i patrząc na męża, odezwała się półgłosem:
            -  Doprawdy, wzruszające. Widać, że ta panienka bardzo ceni sobie związki rodzinne.
            - Rzeczywiście. To sympatyczna cecha charakteru Niny. – zgodziła się ciotka, wiele znaczącym tonem
            - Dosyć! – ucięła surowo wojewodzina. – Zostawcie to dziecko w spokoju. Maryniu, przypominam ci, że to twoja siostrzenica!
            Pani Borutyńska poczerwieniała i obrażona wstała z kanapy. Tłumacząc się obowiązkami gospodyni, pośpiesznie wyszła z salonu. Rozległ się marsz weselny, a karetę państwa młodych otoczyła banderia drużbów z obnażonymi szablami, siedzących na rasowych koniach i tworzących eskortę honorową.
            Nina podziękowała Bogu, że Paula wymówiła się zmęczeniem i pozostała we dworze. Dzięki temu, to ona siedziała teraz w powozie przy boku wuja, mając naprzeciwko Zosię i Jasia. Czuła się taka szczęśliwa, że obdarzyła uśmiechem starego stangreta sztywno siedzącego na koźle, młodego lokaja z zadartym nosem i wspaniałe cztery araby ciągnące powóz. Otworzywszy parasolkę, patrzyła z zachwytem na Aleksa. Zdjął z głowy jedwabny cylinder i nadstawił twarz ku słońcu. Miał na sobie wytworny popielaty frak i białą atłasową kamizelkę. Pasemko jego złotych włosów powiewało na wietrze. Nina westchnęła i spochmurniała przypomniawszy sobie, z jaką fałszywą miną Paula mierzyła ją wzrokiem. Niestety, z taką boginią nie mogła mierzyć się urodą, myślała z goryczą. Podskoczyła, wyrwana z zamyślenia, kiedy Jaś dotknął jej policzka.
            -  Śpisz, kotku, jak zając, z otwartymi oczami?
            -  Nie. Po prostu podziwiam piękne widoki. Chyba nie ma piękniejszej ziemi, niż nasze Góry Świętokrzyskie.
            -  Naprawdę ? – zaśmiał się Jaś. – Szkoda, bo chciałem ci zaproponować podróż do Włoch.
            -  Widzę, że po chorobie wrócił pan do zdrowia, bo i humor  panu dopisuje. – zauważył Aleks.
            -  Owszem. Goło, ale wesoło, jak powiadają studenci. Ja jestem twardy facet. Nawet kozunie nie potrafili mnie uśmiercić. Przeszkodziła im w tym zbożnym dziele, ta oto ruda pannica! – wskazał palcem na Ninę.      
            -  Jeszcze jeden taki miły komplemencik, to cię uśmiercę! – zagroziła.
            - Tylko żartowałem. –  Jaś z łobuzerską miną zsunął biały cylinder na tył głowy. – Naprawdę jesteś zuchem. Pamiętasz,  jak kiedyś udało się nam podrzucić ciotce Maryni dwie żaby do łóżka? Wuj wszczął śledztwo, ale winnych nie znalazł. W końcu doszedł do wniosku, że żaby wlazły przez okno. Tymczasem Nina podając ciotce zioła, ukryła w kieszeni dwie dorodne ropuchy.
            Panna Syrwin i Aleks zgodnie wybuchnęli  śmiechem.
            - Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ciotka tak szybko wyskoczyła z łóżka i tak głośno krzyczała. – zauważyła Nina niewinnie.
            Zosia wstrząsnęła się z obrzydzeniem.
            -  A fe, ja bym nigdy żaby do ręki nie wzięła.
            Jaś z chytrą miną mrugnął okiem.
            - Właśnie na to liczyliśmy!. Nina jest jedyną znaną mi panną, która  nie boi się ani żaby i myszy, ani nawet nietoperza!
            - Ani kozaków. – dorzucił Aleks posyłając jej uśmiech. – To już koniec studiów, panie Janku?
            - Już bliżej jak dalej. Potem czeka mnie tylko doktorat. Cieszę się, bo od pana doktora Chałubińskiego otrzymałem propozycję asystentury. Będę miał dużą praktykę w szpitalach.
            - W takim razie pozostaje tylko rozejrzeć się za jakąś posażną panną. – hrabia spojrzał na niego, lekko unosząc brwi.
            -  Oj, chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie puszczają. – odparł Jaś z żałosną miną. – Chyba już zostanę starym kawalerem.
            - Phi! – prychnęła Zosia. – Też masz dylemat? Z pewnością w Warszawie bałamucisz co ładniejsze mieszczki.
            - Nie zgadłaś. – jasna twarz Jasia nagle posmutniała. – Mam tylko jedną panią i gdy ona zażąda, trzeba jej wszystko dać.
            - Brawo! – wykrzyknęła Zosia z tryumfem. - Słyszeliście państwo? Przyznał się! Mów zaraz, co to za tajemnicza dama?
            - Polska! – szepnął.
            - Och, nie rób z siebie Brutusa. Tadeusz jest także dobrym Polakiem, a jednak się żeni. Jedno drugiemu nie przeszkadza.
            - Nawet bardzo pomaga, – stwierdził z powagą Aleks. – bo mnoży patriotów. Ale  pan Jaś widocznie pragnie służyć tylko jednej pani.
            Student z powagą skinął głową i zapadło milczenie.
            Pod kołami powozu zgrzytał piasek i słychać było parskanie koni. Jadących urzekło piękno krajobrazu roztopionego w blasku czerwcowego słońca. Dzień był upalny, lecz krystalicznie czyste powietrze i idący od gór i puszczy rzeźwy powiew wiatru sprawiał, iż nie było duszno. Po niebie wolno płynęły białe, puszyste obłoki, przybierając coraz to inne kształty. Wysoko, pod kopułą błękitnego nieba dzwoniły skowronki. Ziemia aż po skraj horyzontu, była łagodnie pofalowana, jakby wzburzone jezioro zastygło nagle w bezruchu. W oddali, za pstrą szachownicą pól, podniosły się pasma gór porosłe odwieczną puszczą. Piaszczysta droga wiła się kapryśnie pośród złocących się łanów zbóż, lnu i rzepaku. Na rozstajach stały przydrożne kapliczki, ustrojone w wieńce z polnych kwiatów. Na poboczu drogi rosły rosochate wierzby, grusze polne, derenie i jałowce. Kwitły storczyki i polne róże, a powoje pięły się na przydrożne murki, będące pozostałością po dawnych umocnieniach obronnych. Ścieżkami wśród pól, szły gromady chłopstwa w świątecznych ubraniach. Kobiety w barwnych strojach, wyglądały jak czerwone maki pośród zboża. Na widok nadjeżdżającego powozu, chłopi zdejmowali słomiane kapelusze i kłaniali się aż do ziemi. Kobiety wstydliwie przykucały, kryjąc za  plecami niesione w rękach buty, które wdziewały dopiero przed kościołem.
            - I pomyśleć, – odezwał się naraz Jaś – że w Stanach Zjednoczonych Ameryki, od kwietnia toczy się wojna o prawa dla Murzynów. A ja się pytam, kto weźmie w obronę polskiego chłopa, tak okrutnie krzywdzonego i wyzyskiwanego?
            - Prawo dla Murzynów to jedynie amerykański slogan propagandowy. W rzeczywistości chodzi  wyłącznie o władzę nad całością państwa. Północ nie życzy sobie, aby stany Południowe miały własny rząd. Pan Lincoln nie ma zamiaru dopuścić do stworzenia nowego państwa, zwalczając wybrany w wolnych wyborach rząd Południa. Nie wiem, jak to się ma do głoszonych przez niego haseł o demokracji.
            - Ale Murzyni staną się wolni. - westchnął Jaś. – A nasi chłopi?
             Aleks spojrzał na niego z uwagą.
            - Wolni tylko na papierze. Jak to? Przecież jeszcze w lutym Zjazd Towarzystwa Rolniczego miał oczynszować chłopów. – w jego głosie zabrzmiała ironia.
            Jaś jakby czytał w jego myślach.
            -  Pan doskonale wie, panie hrabio, że chodzi mi o równouprawnienie ludu i rozdział ziemi dla najuboższych. Chłopów nie stać na kupno gruntu od dziedzica, zaś rząd nie posiada na ten cel  pieniędzy. Obaj wiemy, że słuszne skargi rolników  uśmierza wojsko carskie wzywane przez dziedziców. W Zabłudowie stu chłopów otrzymało po kilkadziesiąt rózeg, ku wiecznej hańbie szlachty!
            - A mnie mamusia mówiła, - nieśmiało wtrąciła się Nina – że w czasie powstania w Wielkopolsce, pod Miłosławiem walczyło mnóstwo chłopów. Tam już dawno zniesiono pańszczyznę, a chłopi czują się Polakami.
            - A wiesz, kto zniósł w Wielkopolsce pańszczyznę? – zawołał gniewnie Jaś – Król pruski! Zaborca. Tylko patrzeć, jak u nas car zyska dozgonną wdzięczność chłopstwa i nareszcie wyzwoli ich od roboty na pańskim! Mam serdeczną prośbę do pana hrabiego.
            - Chętnie ją spełnię.
            - Tu, w Sanikach, mieszka stary chłop, żołnierz napoleoński. Razem z ojcem wuja Ksawerego i jego bratem brał udział w powstaniu 1831 roku. Kula zmiażdżyła mu kolano w bitwie pod Ostrołęką i jest kaleką. Nazywa się Gulak. To człowiek naprawdę godny. Ale wuj Ksawery odebrał  darowaną mu dawno temu ziemię i każe mu przychodzić na odrobek pańszczyzny. Czy może się pan za nim wstawić?
            - Obiecuję, że zajmę się tym zaraz po weselu.
            - Dziękuję. Wuj wielce pana hrabiego poważa. I jeszcze coś. Gulak ma wnuka wyjątkowo zdolnego. Dzieciak się marnuje, bo dziadka nie stać na szkołę. Dałem chłopcu książki, ale to wszystko, co mogę dla niego zrobić, bo u nas w domu się nie przelewa. Gdyby ktoś zechciał pomóc temu chłopskiemu dziecku…
            - Niech mały przyjdzie do Makowa i zgłosi się do nauczyciela w naszej szkole. Jeżeli okaże się naprawdę zdolny, to wyślę go do Kielc, gdzie już kilku chłopców uczy się w gimnazjum.
            Jaś rozpogodził się i mocno uścisnął mu rękę. 
            Powiał silniejszy wiatr i zmierzwił staranną fryzurę Aleksa. Podniósł prawą rękę, przygładzając potargane włosy. Na jego serdecznym palcu błysnęła gruba, złota obrączka ślubna. Za tym błyskiem pomknęła myśl Niny. Ta obrączka symbolizuje jego nierozerwalny związek z Paulą. Ta obrączka to przynależność hrabiny do zamkniętego kręgu arystokracji, bogactwo, pałace i mężczyzna, którego Nina bardzo kocha.  Aleks bawił się pierścieniem. Może zauważył jej spojrzenie? W jasnym świetle słońca czyste złoto blednie. Blednie również twarz Niny, a jej oczy wpatrują się nieruchomym, uporczywym wzrokiem w jego dłoń, i w tym momencie ślub siostry i bal przestają mieć dla niej   jakiekolwiek znaczenie.
            Stangret i lokaj tak pilnie przysłuchiwali się rozmowie  państwa, że nie poganiane konie szły coraz wolniej. Gdy zajechali przed kościół, w drzwiach zakrystii stanęła sama panna młoda, podtrzymując rękami krynolinę.
            -  Czekamy! – krzyknęła. – Koło wam spadło, czy śnieg drogę zawiał?
            Jaś objął ją i cmoknął w koniec noska.
            -  Nie złość się, złotko, jeszcze zdążysz zostać mężatką.
            Zagrały organy i ceremonia ślubna się rozpoczęła. Nina nie mogła powstrzymać łez patrząc, jak Binia spokojnie i pogodnie odpowiada na pytania księdza, a potem ufnym gestem podaje mężowi rękę, żeby mógł jej włożyć na palec obrączkę ślubną. Z chóru rozległ się śliczny śpiew Jadwigi Wąsockiej, przy akompaniamencie organów i skrzypiec, na których grał Lasewicz.
            Gdy państwo młodzi wyszli z kościoła, na wieży rozległ się głos dzwonu, odzywającego się tradycyjnie przy weselach, chrzcinach i pogrzebach dziedziców Sarnik. Druhny rwały kwiaty z bukietów i rzucały je pod stopy młodej pary. Stangreci strzelali z batów, a wiejskie dzieciaki darły się jak opętane. Rodzice i obaj księża wyprzedzili państwa młodych, aby jak każe tradycja, powitać ich chlebem i solą na progu rodzinnego domu.
            Zaraz po przyjeździe z kościoła Nina pobiegła do kuchni, niespokojna o obiad. Ale Jaga dyrygująca kucharką i służącymi, posłała jej pogodny uśmiech.
            - Wszystko będzie na czas. – sapnęła. – Idź stąd, koteczku, bo powalasz suknię. Zajdź do kredensu, pani Salomea chciała z tobą pomówić.
            Ciocia Salusia pociągnęła Ninę do ustronnego kąta.
            -  Marylka wspominała, ze masz jechać do Berlina. – rzekła, patrząc na nią z niepokojem. – Nie rób tego, dziecko! Lepiej jedź z nami do Warszawy. U starej ciotki nie będzie ci źle, a i dla Jagi znajdzie się wygodny pokoik.
            Przejęta głęboką wdzięcznością, Nina ucałowała obie jej ręce.
            - Nigdy nie zapomnę, że ciocia ofiarowała mi swój dom. Może w przyszłości potrafię się zrewanżować. Ale do Berlina nie pojadę, bo wuj Aleks sobie tego nie życzy.
            - Bardzo się cieszę. Pamiętaj, że w Warszawie nasz dom jest zawsze dla ciebie otwarty. – pani Salomea pogładziła ją po policzku. – Idź dziecinko do salonu i baw się dobrze. Młodemu zawsze przyjemniej z młodzieżą.
            W salonie kończono tańczyć mazura. Tadeusz, jak zwykle, był  niezastąpiony w roli wodzireja   a prowadząca taniec Binia, miała zarumienione policzki i błyszczące oczy. Wydawała się Ninie szczęśliwa. Tadeusz zaraz poprosił ją do walca, i w zaufaniu wyraził opinię, że  Świerczyński nie zrobił na nim dobrego wrażenia.
            - Ta wielkopolska pyra za bardzo zadziera nosa. – zawyrokował. – Szkoda, że Binia nie poślubiła jakiegoś chłopca z sąsiedztwa.
            Nina miała podobne zdanie, jednak przez solidarność z rodziną wolała nie zabierać na ten temat głosu. W przerwie pomiędzy tańcami, poproszono młodą mężatkę, aby coś zaśpiewała. Binia miała ładny głos i nie dała się długo prosić. Nina zasiadła do fortepianu i zaczęła przeglądać nuty, zastanawiając się nad wyborem pieśni.
            - Słonko, może zaśpiewasz „Rosła kalina z liściem szerokim”, piosenkę napisaną przez pana hrabiego Komorowskiego? – zaproponowała.
            Zgrała przygrywkę, a Binia wziąwszy głęboki oddech, zaczęła śpiewać czystym, dźwięcznym sopranem. Śpiewała w sposób zdolny poruszyć znudzonych gości. Nina akompaniowała jej dyskretnie, obserwując jednocześnie z narastającym oburzeniem Paulę. Ignorując występ Bini, hrabina rozmawiała nawet nie ściszając głosu, z jakimś młodym mężczyzną. Nie tylko nie słuchała śpiewu, ale w samym środku pieśni, dał się słyszeć jej śmiech, zbyt głośny, żeby mógł zostać nie zauważony. Z twarzy Niny odpłynęła cała krew. Ogarnięta nagłą furią, przestała grać i wstała od instrumentu. Binia również zamilkła speszona. Nie namyślając się, Nina pochwyciła ją za rękę i w pełnej konsternacji ciszy, obie opuściły pokój. Dopiero na schodach dogonił je zdyszany Jaś .Zastąpiwszy im drogę, zatrzymał zdenerwowane dziewczęta.
            - Na litość boską! – krzyknął gwałtownie łapiąc oddech. – Nie róbcie skandalu w obecności tylu gości. Sprawicie przykrość panu hrabiemu!
            Binia z wahaniem spojrzała na Ninę. Ale ona nie zamierzała ustępować.
            - Pani hrabina Klonowiecka zachowała się w sposób karygodny! – oświadczyła obrażona. – Zrobiła przykrość Bini i to w dniu jej ślubu! Jest źle wychowana !
            Prychnęła wściekle i tupnęła nogą. Jaś popatrzył na nią z czułością, bo nie potrafił gniewać się tę śliczną furię. W sukurs pośpieszył mu  Aleks, usiłując nieco zbagatelizować naganne zachowanie żony.
            - Biniu, serdecznie przepraszam. – powiedział, całując  obie ręce młodej pani. – Nino, proszę, uspokój się. Mojej żonie jest ogromnie przykro. Zaręczam, że Paula osobiście obie panie przeprosi. Wracajmy do salonu.
            Rzeczywiście, Paula miała tak skruszoną minę, że Binia udała, iż uważa  incydent za niebyły. Ale Nina zapisała sobie w pamięci to wydarzenie. Orkiestra zagrała melodyjnego walca i Świerczyński poprosił żonę do tańca. Przed Niną skłonił się sam hrabia. Popłynęli w prędkich obrotach dookoła salonu, a  kiedy walc się skończył, razem wyszli na ganek, a stamtąd do ogrodu. Nina zmęczona tańcem, szybkimi ruchami wachlarza chłodziła rozpaloną twarz. Była zdumiona, że z ust ciotki Marii nie usłyszała ani jednego słowa nagany i domyśliła się, że ciotka  była zadowolona z jej stanowczej reakcji.
            Poprzez gęste liście drzew, popołudniowe słońce rzucało długie złote strzały na zielone trawniki. Po ścieżkach spacerowały dziewczęta, sprawiając wrażenie kolorowych motyli. Przez szeroko otwarte okna i drzwi salonu, dobiegały łagodne dźwięki muzyki, głosy i śmiechy gości. Mijając zakochane pary, doszli do końca ogrodu i usiedli na ławce nad strumykiem. Naraz Ninę opanował taki niepokój i strach, że miała ochotę uciec do swojego pokoju, wskoczyć do łóżka i nakryć się kołdrą wraz z głową. Doskonale zdawała sobie sprawę, że w tym momencie decydują się jej losy. Okropnie bała się tego, co za chwilę może usłyszeć z ust wuja Aleksa. Ale przez wrodzoną dumę, wstydziła się okazać strach . Przybierając pozornie obojętny wyraz twarzy, nerwowo kręciła guziczek przy rękawiczce, jakby chciała go urwać. Oczekiwała z drżeniem jego decyzji, jak skazaniec czeka na wyrok. Jego bursztynowe oczy patrzyły na nią przenikliwie. Czując na sobie ten wzrok, rumieniła się i bladła. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje w jej duszy, bo ujął jej rękę i mocno  uścisnął
            -Rozmawiałem o tobie z Borutyńskimi. – odezwał się pierwszy. – Razem doszliśmy do wniosku, że ja mam więcej możliwości, aby zająć się twoją przyszłością. Do czasu twojej pełnoletniości, będę twym opiekunem. Promyczku, zaufaj mi. Bardzo zależy mi na tym, żebyś była szczęśliwa.
            Jego ciepły uśmiech dodał jej otuchy i nieco uspokoił.
            - Dziękuję. – szepnęła.
            - Posłuchaj,  mam dla ciebie trzy propozycje i pozostawiam ci wolny wybór. Możesz   jechać do Warszawy. Tam mieszka moja ciotka, pani hrabina Tekla Klonowiecka. Jest wdową, osobą zupełnie samotną i godną najwyższego szacunku. Mówiłem jej o tobie. Ciocia najchętniej zastąpi ci matkę i otoczy troskliwą opieką. Będziesz się tam kształcić u najlepszych profesorów, a dla dokończenia edukacji wyjedziesz z ciocią w roczną podróż za granicę. Co ty na  to?      
            Słuchała go bardzo uważnie, a gdy skończył mówić, na jej buzi ukazał się wyraz rozczarowania. Warszawa? Tak daleko od Makowa? Kto wie, co to za dama ta hrabina? Może ma charakterek ciotki Borutyńskiej, a wtedy trafi z deszczu pod rynnę! Nie należy spieszyć się z decyzją. Postanowiła spokojnie wysłuchać, co wuj Aleks ma jej jeszcze do zaoferowania i dopiero potem zastanowić się nad wyborem.
            -  Aha. To bardzo interesujące. – bąknęła. – A ta druga propozycja?
            -  W pobliżu Lwowa jest klasztor z pensją dla dziewcząt z najlepszych rodzin. Przełożoną tego klasztoru jest moja krewna. Mogłabyś tam ukończyć naukę, wychodząc stamtąd jako wszechstronnie wykształcona młoda dama.
            Ta propozycja zupełnie nie przypadła jej do gustu. Nie była pobożna i nie zamierzała spędzać następnych kilku lat w regule klasztornej, nawet za cenę wyższego wykształcenia, o czym dotąd mogła tylko marzyć. To co usłyszała, napełniło jej serce goryczą. Nigdy nie znajdzie się blisko swego obiektu uwielbienia. Widocznie on także sobie tego nie życzy i dlatego chce umieścić ją daleko, u obcych, obojętnych ludzi. Ogarnęła ją bezbrzeżna rozpacz, a na jej długich rzęsach ukazały się dwie duże łzy. „Czym zawiniłam, mój Boże, że nikt mnie nie chce? – zadała sobie pytanie.- Czy już do końca życia tułać się będę po cudzych kątach, zawsze niepewna przyszłości? Dla wszystkich jestem tylko niechcianym ciężarem.”
            - Odniosłem wrażenie, że jak dotąd moje propozycje nie wzbudziły twego entuzjazmu. – zauważył Aleks wzdychając. Pochylił się ku niej i spostrzegł, łzy w jej oczach.. – Nino, kochanie, dlaczego płaczesz?  Chcę tylko twego dobra. A może masz własne plany, mów śmiało!
            - Nie. Nie mam. – wykrztusiła i smętnie pociągnęła noskiem. „Mam. Och mam! – myślała w tej samej chwili. – Pragnę być przy tobie do końca życia, ale nie mogę ci o tym powiedzieć!”.
            - Coś mi się zdaje, że ja nie umiem rozmawiać z młodymi panienkami. – zauważył z rezygnacją. – Promyczku, nie rób takiej rozpaczliwej minki, bo już i tak bardzo nisko oceniam swoje zdolności opiekuna. Żałujesz Sarniki? Nie można iść przez życie oglądając się ciągle wstecz. Do ciebie należy przyszłość. No, nie wiem jak będzie przyjęta moja trzecia propozycja. A może chciałabyś zamieszkać w Makowie? Pamiętam, że ci się tam podobało.
            Nina skamieniała, nie wierząc własnym uszom i siedziała bez ruchu z rozchylonymi ustami, wprost porażona nieoczekiwanym szczęściem. Czy to możliwe? Zamieszka razem z nim w pałacu!… Pan Bóg jednak raczył wysłuchać jej próśb, mimo iż  zwątpiła w Jego miłosierdzie. Jednym skokiem z najgłębszej rozpaczy, przeszła do oszalałej radości. Miała ochotę rzucić się mu na szyję, całować jego ręce i krzyczeć na cały głos: „Jadę do Makowa!" Ale dobrze wychowanej pannie nie wolno było uzewnętrzniać uczuć i choć wszystko w niej kipiało i pragnęła zatańczyć na środku trawnika, siedziała grzecznie, z opuszczoną głową i rączkami złożonymi na kolanach. 
            Aleks zamartwił się jej pozorną obojętnością, bo nie miał pojęcia, co może jej jeszcze zaproponować.
            - To do Makowa też nie chcesz przyjechać? No to już nie wiem, co mam robić. – powiedział bezradnie.
            Szał radości, jaki ją ogarnął sprawił, że zapomniała o konwenansach. Jak zwykle w momentach uniesienia, machnęła ręką na wymogi savoir vivre, zdecydowanie je odrzucając i lekceważąc.
            -  Czy wolno mi  wybierać? – upewniła się na wszelki wypadek.
            -  Oczywiście.
            - Naprawdę?- przycisnęła obie dłonie do mocno bijącego serca. – Panie Alku, ja chcę do Makowa! Tylko tam, nigdzie indziej! – szczęście odmalowało się na jej twarzy, pokrywając policzki mocnym rumieńcem.
            - Cieszę się, że jednak nasze poglądy są zbieżne. – odetchnął. – Tak będzie chyba najlepiej, ale nie chciałem ci niczego sugerować.
            - Mój Boże, jestem taka szczęśliwa, panie Alku. I bezgranicznie wdzięczna za pana dobroć. Nawet do głowy mi nie przyszło, że mogę zamieszkać w Makowie! – szepnęła z akcentem żarliwego dziękczynienia. – Nie potrafię wyrazić, co czuję, ale dla pana mogłabym spędzić noc na cmentarzu w same Zaduszki!
            Roześmiał się serdecznie.
            -  Aż takiej ofiary nigdy od ciebie nie zażądam, ale miło mi, że jesteś zadowolona.
            - Wniebowzięta, panie Alku!- wykrzyknęła spontanicznie.
            Rozważała w myślach każde słowo wypowiedziane chwilę wcześniej przez hrabiego i nagle do jej serca wkradł się cień. Uświadomiła sobie, że  zamieszka pod jednym dachem z Paulą, której nie darzyła sympatią. Ale pocieszyła się zaraz, że fakt ten nie ma znaczenia, wobec szansy spędzenia życia w pobliżu swego ideału. „Nareszcie wyrwę się spod kurateli wujostwa, opuszczę Sarniki i zamieszkam w pałacu! Czy to przypadkiem nie sen? ” Mocno uszczypnęła się w rękę. Zabolało, więc nabrała pewności, że jest to cudowna rzeczywistość.
            - A czy pani hrabina również wyraziła zgodę, żebym zamieszkała w Makowie? – spytała nie patrząc na niego.. – Nie jestem pewna, czy nie obraziła się dziś na mnie.
            -  Nie sądzę, choć twoje sortie było dosyć demonstracyjne. Maków należy do mnie i to ja zapraszam cię do mojego domu ze szczerego serca. Paula jest znudzona wsią i cieszy się, że zyska w tobie młode i miłe towarzystwo. Mam nadzieję, że pałac stanie się dla ciebie prawdziwym domem rodzinnym.
            - Dziękuję. A ciotka Maria nie była temu przeciwna? Dała się przekonać?
            Nie odpowiedział, a na jego ustach pojawił się zagadkowy uśmiech. Nina przez długi czas nie była świadoma, że o jej losie przesądził przepiękny naszyjnik z rubinów, ofiarowany ciotce przez ciotecznego brata.
            -  Powinniśmy już wracać do gości. – rzekł, wstając z ławki i podając jej rękę. – Odprowadzę cię, a jutro przyjadę po ciebie i zabiorę do Makowa.
            Nie wypuszczając jego dłoni, Nina podniosła ją do ust i ucałowała.
            - Do końca życia będę panu wdzięczna. – powiedziała, patrząc na niego z uwielbieniem. – Ale czy mogłabym wyjechać stąd pojutrze? Chciałabym zostać tu do chwili wyjazdu Bini. Potem zaraz się spakuję.
            -  Nie widzę przeszkód. Pod warunkiem, że już nie będziesz się zamartwiać gderaniem ciotki.
            -  O, teraz już na pewno nie!
            Pierwszą osobą na którą się natknęli wracając przez ogród, była Paula. Siedząc pod rozłożystym jaworem, rozmawiała z kilkoma panami zaraz. Zauważywszy męża, powstała z ławki i podążyła ku niemu.
            - Sasza, szukał ciebie pan Świerczyński. – powiedziała posyłając Ninie miły uśmiech.- Ślicznie wyglądasz, gołąbko. Siedzieliście państwo nad rzeczką? Urocze miejsce, takie zaciszne i chłodne w tym upale.
            - Siedzieliśmy!- ostro uciął Aleks. – Panna Nina zgodziła się zamieszkać w Makowie. Może zechcesz  jutro zająć się przygotowaniem dla niej apartamentu.
            - Naprawdę zamieszkasz u nas? - w czarnych oczach hrabiny zabłysła nie udawana  radość. -To znakomicie! Nareszcie w tym wielkim, ponurym domu zamieszka ktoś młody i wesoły. Sasza, mówiłam, że pan Świerczyński …
            - Słyszałem!- przerwał jej prawie niegrzecznie. – Idę się pożegnać. – posłał żonie znaczące spojrzenie. – Pamiętaj, że jesteś niezdrowa i powinnaś odpocząć.- rzekł z naciskiem. - Za pół godziny wyjeżdżamy. Nino, do   zobaczenia jutro. Baw się dobrze. – skłonił się, uścisnął jej rękę i odszedł.
            - Zaraz przyjdę. – wymamrotała Paula uległym tonem, ale oczy jej wyrażały bunt i gniew.
            - Nie żal pani balu? – zapytała Nina, kiedy zaczęły spacerować po ogrodzie. Pomyślała, że hrabina wcale nie wygląda na osobę potrzebującą wypoczynku.
            - Naturalnie, że żal, ale już pogodziłam się z faktem, że mam męża dziwaka. Nie uwierzysz, jaki on potrafi być apodyktyczny i uparty! Po prostu nieznośny! Nie lubi się bawić, woli siedzieć w bibliotece i wdychać kurze ze starych szpargałów. A ja umieram z nudów! Nie wiem po co przyjechaliśmy na tę obskurną wiochę. A  w Paryżu i Petersburgu było mi tak dobrze.
            Podążając wolnym krokiem w stronę stawu rybnego, skarżyła się na osamotnienie, wspominając z  tęsknotą rozkoszną egzystencję w wielkich miastach. Z zapałem opisywała wspaniałe uroczystości dworskie, wielkie bale, maskarady i defilady wojskowe. Zachwycała się beztroskim życiem paryżan i elegancją francuskiego dworu. Z drwiną wyśmiewała tutejszych prowincjonalnych Casanovów, ośmielających się zalecać do niej, ale  już w następnej chwili ubolewała, że sąsiedzi od niej stronią. Obiecywała sobie, że po osiedleniu się Niny w pałacu, zaczną nareszcie prowadzić dom otwarty i przyjmować gości.
            Nina odniosła niemiłe wrażenie, że Paula jest jakaś dziwna. Humor miała tak zmienny, że bez widocznej przyczyny traciła wesołość i popadała w przygnębienie,  aby za moment, również bez  powodu, odzyskać dobry humor. „Nie rozumiem. – myślała. – Sprawiłam jej zawód, odmawiając schadzki z Woroncewem. Dziś obraziłam ją, wychodząc z Binią z salonu. A mimo to, wydaje mi się, że jest szczerze zadowolona z mego przyjazdu do Makowa. Dałabym wiele, żeby dowiedzieć się dlaczego?”.
            Nad stawem rybnym stała altanka porośnięta chmielem. Siedział w niej wuj Borutyński w towarzystwie obu księży, popijając domowe wino chłodzone w stawie. Mijając altankę, Paula od niechcenia zajrzała do środka i raptownie przystanęła, zapominając o niedawnych skargach.
            -  Kto to jest? – zagadnęła poruszona. – Ten młody mężczyzna siedzący obok proboszcza? 
            -  Nasz nowy wikary. Nazywa się Rafał Żabiec i przybył do Sarnik w czasie, gdy pani była jeszcze za granicą.
            -  Doprawdy, prześliczny chłopiec. – oświadczyła Paula z ożywieniem.
            -  Przecież to ksiądz. – Nina wzruszyła ramionami. Dla niej duchowni nie mieli płci.
            Lecz hrabina już jej nie słuchała, tylko figlarnie zapukała palcem w drewnianą kratę, zaglądając do altany.
            - Prosimy, prosimy! – wuj Ksawery zerwał się z ławki i kłaniając się, wprowadził ją do środka. – Niechże droga hrabina raczy spocząć. O tu, koło mnie! – zakrzątnął się robiąc jej miejsce. Nareszcie napatrzymy się do woli tych śliczności. A może kieliszeczek wina? Zaręczam, jest doskonałe.
            - Owszem, poproszę. – zgodziła się Paula, siadając naprzeciw obu księży.
            Nina umieściła się przy proboszczu, bardzo niezadowolona z pomysłu hrabiny. Nie lubiła przebywać w towarzystwie wuja i chciała raz jeszcze zobaczyć Aleksa. Tymczasem Paula rozłożyła na ławce atłasowa spódnicę i wygładziwszy ją, zwróciła się do proboszcza:
            - Zamierzam wybrać się do księdza dobrodzieja z wizytą. To nie uchodzi, żeby parafianka nie złożyła ofiary na nasz kościół.
            - Będzie mi miło. – proboszcz uprzejmie skinął głową. – Ofiara także jest bardzo wskazana. Przeklęta ta mamona, diabelski wynalazek, ale bez niej ani rusz! Dach w kościele przecieka, jakiś niecnota wybił szybę za ołtarzem i w czasie mszy taki przeciąg, że tylko łaska boska utrzymuje mnie jeszcze przy zdrowiu. Cała nadzieja w hojnych parafianach.
            - O, jestem pewna, że nikt nie pożałuje grosza na taki zbożny cel. Prawda, kuzynku? – Paula posłała Borutyńskiemu zalotne spojrzenie udając, iż nie dostrzega jego zmieszania. – Jak to dobrze, że ksiądz proboszcz ma już pomocnika.
            Staruszek zawstydził się swojego roztargnienia.
            - Mea culpa! – uderzył się w piersi. – Przepraszam, nie przedstawiłem państwa. To mój nowy wikary Rafał Żabiec, a to pani hrabina Klonowiecka z Makowa.
            Paula utkwiła w młodym księdzu błyszczące, czarne oczy z dziwnym wyrazem i wyciągnęła do niego dłoń w jedwabnej rękawiczce. Na jej palcach błysnęły brylanty pierścieni. Nina uznała to za dowód złego smaku. Żadna z prawdziwie wytwornych dam, nie nosiła pierścionków na rękawiczce.
            -  Mon Dieu, ksiądz taki młody i już wikary? – zdziwiła się Paula. – Winszuję.
            Żabiec zaledwie ośmielił się dotknąć jej palców, rumieniąc się przy tym po uszy.
            - Doprawdy, zazdroszczę księżom tej sielankowej ciszy. – westchnęła hrabina z rozmarzeniem.  – Uwielbiam spokój i niegdyś sama zastanawiałam się, czy nie wstąpić do monas…klasztoru. – ciągnęła podniosłym tonem, ku konsternacji Niny pamiętającej, iż przed chwilą dama skarżyła się do niej na potworne nudy w tej polskiej wsi zabitej deskami, z dala od wielkiego świata. W rozmowie z Borutyńskim i proboszczem, posługiwała się językiem francuskim, lecz do Żabca zwracała się po polsku, okropnie kalecząc każde słowo.
            Wikary nie odpowiedział, ale siedząc z nieszczęśliwą miną, posyłał proboszczowi rozpaczliwe spojrzenia i rozglądał się, jakby zamierzał dać drapaka. Proboszcz rozbawiony tym niemym błaganiem o pomoc, nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
            - Pani hrabina raczy wybaczyć, ale ksiądz Rafał nie jest przyzwyczajony do towarzystwa osób z wielkiego świata i krępuje się dam. – wyjaśnił.
            Paula zrobiła tak niewinną minę, że nawet zając poczułby się przy niej lwem.
            - Ależ ja jestem bardzo księdzu życzliwa. Wszyscy tu jesteśmy księdzu przyjaźni. – zapewniała.
            Żabiec uspokojony jej zachowaniem, przezwyciężył wrodzoną nieśmiałość i obdarzył ją spłoszonym spojrzeniem.
            - Bóg zapłać wielmożnej pani za dobre słowo.- szepnął. – W seminarium nie uczą światowych manier. Brak mi ogłady, jestem tylko biednym księdzem, synem prostego chłopa.
            - Piękna pokora. – pochwaliła. – Ale duszpasterzowi wypada mieć nieco więcej stanowczości i pewności siebie. Powiadają, że każdy żołnierz nosi w plecaku marszałkowską buławę. Zapewne i księża widzą w perspektywie infułę i pastorał biskupi. Czy dobrodzieje grają w szachy?
            - Ja gram! – oznajmił proboszcz.
            - W takim razie zapraszam obu dobrodziejów do mego Makowa! Urządzimy sobie partyjkę wista lub preferansa, lub zgramy w brydża. Znajdzie się gdzieś może jakaś butelka maślacza, zapraszam.
             „Maków nie jest twój, tylko pana Alka!” – pomyślała ze złością Nina.
            - Chętnie przyjadę któregoś popołudnia. – proboszcz przyjął zaproszenie z wdzięcznością. – Umówimy się na przyszły tydzień.
            - Proszę bardzo. Ksiądz wikary także koniecznie musi przyjechać, bo powinien  oswoić się z towarzystwem.
            -  Ale ja nie umiem grać. – rzekł Żabiec pokornie.
            -  To naprawdę nic trudnego. Nauczymy księdza. – nalegała Paula. – Prawda,  Nino?
            -  Tak, naturalnie. – znudzona Nina podniosła się z ławki. – Przepraszam, muszę już wrócić do salonu. -  powiedziała dygając.
            - Więc idź, moja śliczna i powiedz Saszy, żeby mi przysłał konie przed północą, bo zdecydowałam się dłużej pozostać w Sarnikach. Kuzynku, – zwróciła się do Borutyńskiego – poproszę o drugi kieliszek wina. Jest znakomite.
            Biegnąc w podskokach do dworu, Nina natknęła się przed domem na Jasia i Tadeusza. Palili papierosy i rozmawiali ze sobą półgłosem. Na ich widok wydała z siebie dziki pisk i rzuciła się na szyję Jasiowi, a potem cmoknęła Tadeusza.
            - Misiuniu, Tadziu! – krzyknęła rozpromieniona. – Wuj Aleks zabiera mnie do Makowa! Będę mieszkała w pałacu! Hurra! – podskoczyła i popędziła do domu, by podzielić się tą wspaniałą nowiną z Binią i Zosią.
            - Ot, koza! – mruknął Siekielski, patrząc za nią z uśmiechem.
            Wraz z zapadnięciem nocy, w ogrodzie zapalono lampiony, a panie zmieniły w pokojach suknie popołudniowe na toalety balowe. W salonie rozpoczęły się tańce. O północy odprowadzono młodą parę do małżeńskiej sypialni. Tam państwo młodzi, polskim obyczajem, poczęstowali najszanowniejszych gości wieczerzą cukrową, składającą się z marcepanów wina i owoców. Po poczęstunku pozostawiono młodą parę samą.
            O pierwszej, Nina udała się na spoczynek. Była taka zmęczona i senna, że ledwie trzymała się na nogach. Od tygodnia spała tylko po kilka godzin, ale na balu bawiła się wspaniale. Była bez wątpienia najpiękniejszą panną i zasłużenie święciła tryumfy. Nie mogła  odżałować, że wuj Aleks tak wcześniej odjechał, choć Paula zdecydowała się pozostać dłużej. Wróciła do Makowa dopiero po północy, przedtem odwożąc powozem obu księży na plebanię. Położywszy się do łóżka, Nina natychmiast zasnęła, nie bacząc na dolatujące z salonu rozmowy i dźwięki orkiestry. Lecz sen nie przyniósł jej ukojenia. Dręczyły ją koszmary. W pewnej chwili usiadła na łóżku cała drżąca, bo wydawało się jej, że słyszy przeraźliwy krzyk. Jakiś czas bacznie nasłuchiwała, czekając aż głos się powtórzy. Lecz w salonie grała muzyka, a pod oknami spacerowali goście, śmiejąc się i rozmawiając głośno. Uznała, że musiało się jej coś przyśnić i zasłoniwszy głowę kołdrą mocno zasnęła.
            Przebudziło ją lekkie pukanie. Otworzyła oczy i rozejrzała się nieprzytomnie. Był wczesny świt, a spoza przymkniętej okiennicy padał na podłogę pierwszy, nieśmiały promień słońca. Bal się zakończył, bo w domu panowała cisza. Wszyscy goście widocznie już spali. Nina obudzona o świcie, zawsze bywała w bardzo złym humorze, widząc cały świat w czarnych barwach. Usiadła na posłaniu ze zmarszczonymi brwiami, wysyłając intruza w myślach do wszystkich diabłów. Zastanawiała się ponuro, kto dobija się do drzwi o tak barbarzyńskiej porze? Przyszło jej na myśl, że to ciotka wymyśliła dla niej nowe zajęcie. O, nic z tego! Jutro wyjeżdża do Makowa i więcej nie zamierza wysługiwać się Borutyńskim. Lecz po namyśle doszła do wniosku, że to nie może być ciotka. Z pewnością balowała do rana i niedawno poszła spać. Wobec tego Nina postanowiła udawać, że śpi i wcale się nie odzywać. Ułożyła się wygodnie, owinęła kołdrą i próbowała ponownie zapaść w sen. Jednak ktoś stojący za drzwiami, uparcie poruszał klamką. Usiadła, cała zjeżona ze złości.
            -  Kto tam? – odezwała się zachrypniętym ze snu głosem.
            -  Otwórz, to ja! – pisnął w odpowiedzi cienki głosik.
            -  Co za „ja”?
             -  To ja, Binia!
            Nina jednym skokiem znalazła się przy drzwiach i przekręciła klucz w zamku. Na progu stała Binia, w samej koszulce nocnej, przystępując z nóżki  na nóżkę, bo podłoga była zimna, a ona bosa. Nina aż otwarła usta ze zdumienia, na widok pani młodej stojącej w drzwiach i przypatrywała jej się z niedowierzaniem.
            -To ty, kochanie? Dlaczego nie śpisz? – spytała, odzyskawszy zdolność mowy. Ale Binia odsunęła ją bez słowa i weszła do środka, starannie zamykając za sobą drzwi na klucz.
            - Najmilsza, co się stało? Gdzie twój mąż? Och, nie stój boso, bo się przeziębisz. Weź moje pantofle, albo lepiej chodź do łóżka.
            Binia jak somnambuliczka zrobiła kilka kroków i runęła twarzą na łóżko, wybuchając strasznym płaczem. Zatykając sobie usta poduszką, zanosiła się krzykiem i łkaniem. Nina stała nad nią blada, z zaciśniętymi pięściami i nie widziała, co ma robić. Oprzytomniawszy, zaczęła uspakajać szlochającą Binię, gładząc ją po głowie i całując po rękach. Ale ona nie mogła się uspokoić i tak szlochała, jakby duszę chciała wypłakać. Nina zastanawiała się gorączkowo, czemu zawdzięcza wizytę młodej mężatki o świcie, i w stanie krańcowej rozpaczy. Próbowała przemyć jej twarz chłodną wodą, lecz ona ciągle odwracała od niej głowę, wciskając twarz w poduszkę. Poprzestała więc tylko na otarciu jej szyi i ramion wilgotnym ręcznikiem, a potem przytuliła ją mocno do siebie, szepcząc do ucha słowa otuchy i podsuwając sole trzeźwiące. Z wolna łkania cichły i Binia jeszcze tylko wzdychała spazmatycznie, pociągając czerwonym z płaczu noskiem.
            - Najdroższa, powiedz mi wreszcie, co się stało. -  dopytywała się Nina, wstrząśnięta jej rozpaczą. – Umieram z niepokoju. Dlaczego płaczesz? Gdzie twój mąż?
            Binia wolno uniosła głowę, otarła mokre policzki i odgarnąwszy z czoła potargane włosy, odezwała się chrapliwym, zupełnie obcym głosem:
            - Nie dotykaj mnie! Przy tobie czuję się nieczysta… cuchnąca, brudna jak świnia!
            - Jezus Maria! – jęknęła Nina. – Co ty mówisz? Dlaczego nie mam cię dotykać? Boże, czy ja w końcu dowiem się od ciebie, co ci się przydarzyło? Ktoś cię skrzywdził? Musisz mi zaraz wszystko powiedzieć!
            - Chcesz wiedzieć? – Binia gwałtownie zerwała się z posłania i chwyciwszy obiema rękami koszulę, potrząsnęła nią, patrząc na siostrę szeroko rozwartymi oczami. - Popatrz! Widzisz? Nino, nie wychodź za mąż!
            Z ust Niny wydarł się okrzyk grozy, na widok krwawych plam rozlanych na śnieżnym batyście. Koszula nocna była poszarpana, bogate koronki podarte. Rozerwany dekolt ukazywał na szyi i piersiach Bini sine wybroczyny i otarcia skóry.
            - Rany boskie! Kto cię tak poranił? Dlaczego twój mąż cię nie bronił? Och, zaraz wezwę pomoc, obudzę ludzi! - skierowała się do drzwi, lecz Binia mocno chwyciła ją za rękę i zatrzymała.
            - Nie! – krzyknęła histerycznie. – Nie wolno ci wołać nikogo! I nie wspominaj mi o mężu. Nie chcę o nim myśleć, bo oszaleję. – upadła przy łóżku na kolana, wstrząsana nowym atakiem płaczu.
            Nina przeżyła istną torturę, czekając aż  Binia się uspokoi.
            - Siostro, nie wyobrażasz nawet sobie, przez jakie piekło dziś przeszłam. – Binia uniosła głowę i popatrzyła jej w oczy. – Matka nie powiedziała mi, co  czeka kobietę w noc poślubną. Dopiero on… po fakcie! Oświadczył mi cynicznie, że każda mężatka  przechodzi przez to po ślubie. Kłamał! Nie uwierzyłam, bo gdyby tak było, żadna z nas nie wyszłaby za mąż. O, jakie to straszne, jakie obrzydliwe i poniżające. Nie!..-. rzuciła się na łóżko, bijąc pięściami w poduszki i tarzając się po posłaniu w ataku histerii. Nina obawiając się, że Binia może zrobić sobie coś złego, pochwyciła ją w ramiona.
            - Jedyna, uspokój się, błagam. Rozumiem, że on zrobił ci krzywdę, ale dlaczego mi nie powiesz, co między wami zaszło? Oświadczył ci, że każdy mąż bije żonę w noc poślubną? Przecież to absurd. Rozgniewał się na ciebie?
            Nieszczęsna pani młoda z jękiem potrząsnęła głową.
            - Nino, ty nic nie rozumiesz. On mnie nie bił. Tak się tego wstydzę, ale przysięgam, że ja nie jestem niczemu winna. Nie chciałam tego!
            - To ja już jestem zupełnie głupia! – Nina bezradnie rozłożyła ręce. – Czego nie chciałaś? Dalej nie wiem o co chodzi. Usiądź i postaraj się opowiedzieć mi dokładnie, co się wydarzyło. Przecież mnie możesz zaufać. Nigdy nikomu nie powtórzę, co usłyszałam od ciebie.
            - Tak. Tylko tobie. – Binia usiadła w ulubionej pozie, podwijając pod siebie nogi. Napiła się wody podanej przez Ninę i raz po raz wzdychając zaczęła mówić łamiącym się, płaczliwym głosem:
            - On przez cały dzień był dla mnie bardzo miły. Powiedział, że mnie kocha i całował po rękach. Byłam tym nawet przyjemnie zaskoczona. Cieszyłam się, że będzie nam z sobą dobrze. Zauważyłam jednak, że pił za dużo wódki i wina. – Binia przerwała i zaczęła ciężko oddychać. – Kiedy zostaliśmy sami, zaczął się zachowywać wprost nieprzyzwoicie. Całował mnie aż do bólu, chwytał za piersi i... –  urwała i zaczerwieniła się, - Zlękłam się, że mnie udusi. Prosiłam, żeby poszedł do siebie, ale on się roześmiał i oznajmił, że odtąd będziemy sypiali razem. Oszalał! Chciałam uciec, ale mnie złapał i zaciągnął do łóżka. Krzyczałam, biłam go, kopałam i wzywałam pomocy. Ale orkiestra głośno grała i nikt mnie nie usłyszał. Boże! – krzyknęła, szarpiąc włosy i wijąc się w męce. – Przysięgam, ja tego nie chciałam, ale on  mnie zmusił! O, jak ja go nienawidzę! Nie pojadę z nim nigdzie, wolę zamieszkać w klasztorze do końca życia. Nie wyobrażasz sobie, jak ja się nim brzydzę! Sobą także. Jestem brudna, ohydna, odrażająca!...
            Wzdrygając się, płakała głośno obejmując kurczowo szyję Niny. „Matko Święta, co to za noc poślubna. – myślała z przerażeniem Nina.- Biedna Binia, a z tego Świerczyńskiego prawdziwy potwór, chociaż wyglądał całkiem przyzwoicie”. Czule pogładziła zmierzwione włosy siostry. Zauważywszy, że Binia powoli się uspokaja, a płacz cichnie, postanowiła mimo wszystko dowiedzieć się prawdy.
            -  Kochanie. – szepnęła. – Ja nadal nic nie rozumiem. Jeżeli on ciebie nie bił, to dlaczego jesteś pokrwawiona? Pani wojewodzina wspominała, że jakiś pan bił żonę zaraz po ślubie i Kościół rozwiązał to małżeństwo. Może i w tym przypadku tak się stanie? Dlaczego nie chcesz powiedzieć o tym matce?
             Binia oblała się szkarłatnym rumieńcem i spuściła głowę.
            -  Nikomu nie mogę o tym powiedzieć. To obrzydliwe!
            - Ale mnie nie musisz się wstydzić. Nigdy nie miałyśmy przed sobą sekretów, pamiętasz? Komu się pożalisz? Może razem wymyślimy coś mądrego.
            - Będziesz się mną brzydziła. Nie zechcesz mnie więcej pocałować, ani nawet dotknąć. – wyszeptała biedna młoda pani i zaczęła się trząść, jak w febrze.
            - Siostrzyczko, przysięgam na zbawienie duszy, że nigdy nie odsunę się od ciebie, cokolwiek mi powiesz.
            Binia namyślała się jakiś czas, lecz kiedy Nina ją objęła i ucałowała, przytuliła się do niej ufnie i zbliżywszy usta do jej ucha, zaczęła się zwierzać, przerywając co chwilę i zanosząc się łkaniem. Słuchającej z najwyższą uwagą Ninie, oczy zaokrągliły się z wrażenia. Rozchyliła usta, pobladła, a potem gwałtownie poczerwieniała, wciągając głęboko powietrze. Zrobiło jej się gorąco i jakoś dziwnie słabo, jakby miała zemdleć. Krew uderzyła jej do głowy, więc żeby ochłonąć, szybko wystawiła nogi spod kołdry.
            - Och! – wysapała, bardzo przejęta i rozgorączkowana. – Biniu, a jeżeli on mówił prawdę i pożycie małżeńskie na tym polega?
            - Nie! To niemożliwe! – zawołała Binia, wstrząsając się z odrazą. – Przecież to straszny grzech! Kościół nie tolerowałby czegoś takiego. On mnie z pewnością okłamał. Jest nienormalny. Czy możesz sobie wyobrazić, żeby twoi rodzice robili coś takiego? Och, taka jestem zbolała, miałam krwotok i cała pościel pochlapana jest krwią. – jęknęła, masując sobie brzuch.
            - Moje biedactwo najsłodsze!- Nina ucałowała ją, wstała z łóżka i nalała z dzbanka do miednicy chłodnej wody. Postawiła miednicę przy łóżku. – Umyj się, złotko, zaraz lepiej się poczujesz. Ale jeżeli to nie tak, w takim razie skąd się biorą dzieci? – zastanawiała się głośno.
            Binia weszła do miednicy i starannie obmyła całe ciało.
            -  On mi powiedział, że z tego, ale to przecież niemożliwe. Żaden ksiądz nie pobłogosławiłby takiego małżeństwa, prawda?
            Nina przypomniała sobie, co pewnego razu zaobserwowała na dziedzińcu czworaków, idąc do obory. Wtedy po raz pierwszy, niania urządziła ciotce Marii prawdziwą awanturę i odtąd nigdy więcej ciotka nie posyłała jej do stajen czy obór. Gdy parobcy przyprowadzali wiejskie krowy do dworskiego byka, lub klacz do ogiera, niania pilnowała obu dziewcząt, nie spuszczając z nich oka. Nie wolno im było chodzić koło czworaków, żeby się czymś nie zgorszyć. Na polecenie ciotki, nawet psy i suki z dworskiej sfory trzymane były osobno. Więc może jednak to właśnie tak?
            Nina pośpiesznie się przeżegnała, przejęta głębią własnego zepsucia. Nie, przecież to szaleństwo. Nie wolno ludzi porównywać do zwierząt, kobieta nie jest krową, którą doprowadza się do byka. Małżeństwo z pewnością  jest bardziej romantyczne i pozbawione cech wulgarnych. Dzieci daje Pan Bóg. Tak mówił proboszcz na kazaniu, a on przecież wie najlepiej. Chciała wyrzucić z myśli te nieprzyzwoite obrazy, lecz one uparcie wracały.
            - Biniu, - odezwała się niepewnie. – Czy ciotka przed ślubem nic ci nie mówiła o obowiązkach żony?
            - Nie! – szepnęła żałośnie Binia. – Powiedziała tylko, że z woli Bożej, kobieta powinna ulegać chuciom męża. Nie wiesz przypadkiem, co znaczy ta chuć?
            - Pewnie, że nie wiem. – westchnęła Nina z rezygnacją. – Może to jakaś choroba, na którą cierpią mężczyźni? Pamiętasz, jak pan Jabłocki miał kłopoty z pęcherzem, to ciotka powiedziała, że o takich sprawach panny nie tylko mówić, ale nawet myśleć nie powinny, bo to ciężki grzech!
            Binia znowu wpadła w rozpacz i zaczęła płakać.
            - Wyszłam za mąż głupia jak but! – zawodziła. – Co ja mam robić? Jaka szkoda, że Stasia Wąsocka pojechała do domu. Może ona coś wie?
            - Akurat! – mruknęła Nina. – Wie tyle samo co my.
            Wróciła do łóżka i zamyśliła się głęboko. Miała dużo zdrowego rozsądku i jakoś trudno było jej uwierzyć, że pan Edward okazał się szaleńcem. Był pijany, to prawda, ale zaraz wariat? O nocy poślubnej nigdy nie mówiło się głośno, a wychodzące za mąż dziewczęta, z reguły nic na ten temat nie wiedziały i dowiadywały się prawdy dopiero po ślubie. Jeżeli Świerczyński był przyzwoitym człowiekiem, powinien poczuwać się do obowiązku i przygotować młodą żonę do współżycia małżeńskiego, jeśli nie uczyniła tego matka. Tymczasem pan młody okazał się brutalem i po pijanemu strasznie skrzywdził Binię, zrażając ją do siebie. Przeżyty w tę noc szok, z pewnością nie ułatwi im porozumienia. Co za głupiec! Zgrzytnęła zębami, mając ochotę chwycić pogrzebacz, pójść do sypialni i zdzielić go nim w głowę!
            -  Czy to długo trwało? – spytała, oblewając się rumieńcem ze wstydu.
            -  Dość długo. On to zrobił aż dwa razy!- jęknęła biedna Binia.
            -  Sadysta! Biniu, posłuchaj – odezwała się Nina zdecydowanym tonem. – Musisz  koniecznie porozmawiać z matką. To absolutnie niezbędne.
            -  Nigdy! – zawołała Binia z przerażeniem. – Ona mi tego nie wybaczy.
            -  Nie ma nic do wybaczenia. To ona wydała cię za tego nędznika i jest odpowiedzialna za to, co się stało.
            Na samą myśl, że ciotka może krzyczeć na Binię, poczuła mrowienie w plecach. W obronie siostry, gotowa była skoczyć ciotce do oczu z pazurami
            - Zaręczam, że matka nie powie ci złego słowa. Jeżeli okaże się, że twój mąż jest nienormalny, Kościół udzieli wam rozwodu, lub zezwoli na separację. A gdyby tak  miało być… - Nina urwała, a potem dodała pośpiesznie: - Matka powie ci, co masz robić. Nie możesz cierpieć bez końca.
            - Ale ja nie chcę do niego wracać! – Binia skurczyła się na łóżku, obejmując kolana ramionami. – Nienawidzę go! Jest wstrętny, nieprzyzwoity i odrażający. Obnażył się przede mną!
            Nina pokiwała głową, patrząc z bólem na jej ciało ze śladami ugryzień i podkrążone oczy. Wstała, podała jej czystą koszulę, uczesała i na palcach pobiegła do kuchni. Wróciła, niosąc filiżankę ciepłego mleka.
            -  Wypij to, kochanie. A on nie widział, jak wychodziłaś z pokoju?
            Błękitne oczy Bini aż pociemniały z gniewu. Zacisnęła drobne dłonie, a na jej bladej, znękanej twarzy odmalował się wyraz głębokiej nienawiści.
            -  On? – syknęła z pogardą. – Pijany zasnął i chrapie jak zarzynany baran!
            „O Matko Boska. – rozmyślała Nina. – Żeby tak można było zwrócić się do kogoś mądrego po radę, ale do kogo? Nawet niania nie wie nic o tych sprawach, bo nie była mężatką”. Wyjrzała przez okno, uchylając drewnianą okiennicę. Słońce już wstawało, lecz drzewa w sadzie tonęły jeszcze w porannym cieniu.
            - Jest bardzo wcześnie. – zauważyła, kładąc się do łóżka. – Biniu, przytul się do mnie i spróbuj zasnąć. Potrzebujesz wypoczynku.
            Binia przyznała jej rację i wyciągnęła się wygodnie, wspierając głowę na ramieniu Niny. Nieprzespana noc, okropny wstrząs, ból i płacz, zupełnie wytrąciły ją z równowagi. Zamknęła oczy i zapadła w nerwowy, płytki sen, jęcząc i popłakując, jak niewinnie skrzywdzone dziecko, jakim zresztą jeszcze była. Wstrząśnięta dramatem siostry, Nina nie mogła zasnąć. Mając mocniejsze nerwy i gorętszy temperament, nie była aż tak przejęta odkryciem tajemnicy współżycia fizycznego, jakby się tego można było spodziewać po dziewczynie w jej wieku. Leżąc przy boku śpiącej Bini, próbowała przypomnieć sobie, co kiedykolwiek słyszała o nocy poślubnej. Niestety, całą wiedzę na ten temat mogła zamknąć w słowach: „Żyli długo i mieli dużo dzieci!”. Mężatki pilnie strzegły sekretów małżeńskiej sypialni. Żadna panna przy zdrowych zmysłach, nie ośmieliłaby się pytać o tak wstydliwe sprawy. W przeciwnym razie zasłużyłaby na surową karę.
            „A może małżeństwo właśnie na tym polega i stad się biorą dzieci?”. – zadała sobie pytanie i poczuła, że krew uderza jej do głowy. Jeżeli to prawda, to właśnie w ten sposób wuj Aleks spędza noce z żoną! Poczuła w sercu głuchy ból. Była zakochana, a wtedy snuje się marzenia jedne piękniejsze od drugich, słodkie i romantyczne. Pod wpływem zwierzeń Bini, przestała wierzyć w bociany i niemowlęta znalezione w kapuście. Tej nocy rozdarła się przed jej oczami zasłona skrywająca tajemnice życia. Miłość jej, dotąd naiwna i dziecinna, stała się świadoma. Z dziecinnego podlotka, przeistoczyła się w młodą kobietę. Nie wierzyła jednak, że Aleks mógłby się okazać tak okrutny jak Świerczyński. „Nie. – dumała, wtulona w poduszkę. – On nie jest taki. Zresztą wydaje mi się, że kiedy się kogoś bardzo kocha, to noc poślubna musi być inna, o wiele bardziej romantyczna. A o bólu szybko się zapomina w ramionach ukochanego”. Leżała rozmarzona, wpatrując się w okno, za którym rozlegały się głosy ptaków witających dzień.
            Ciotka nie była wcale zdziwiona widokiem spłakanej i zdesperowanej córki, pukającej rano do drzwi jej sypialni. Kazała Bini usiąść i wyprosiła z pokoju Ninę, uparcie trzymającą się boku siostry. Rozmowa matki z córką trwała długo. Spoza zamkniętych drzwi, do uszu Niny dobiegały płacz i krzyki Bini. Nerwowo krążyła koło sypialni, ogryzając paznokcie, gotowa skoczyć siostrze na pomoc. Młoda pani Świerczyńska wyszła stamtąd dopiero po godzinie, czerwona, spłakana, ze spuszczoną głową, ale jakby nieco spokojniejsza.
            Z kolei ciotka Maria udała się do męża na naradę, zaś wuj Ksawery zaprosił zięcia na mocno zakrapiane śniadanie. Rozmawiali w cztery oczy, a po posiłku obaj panowie ucałowali się z dubeltówki i wyszli do gości, bardzo z siebie zadowoleni. Przez resztę dnia, pan Edward okazywał żonie najwyższy szacunek i czułość. Te dowody małżeńskiej miłości, Binia przyjmowała zimno, z wyraźnym przymusem. Na pytające spojrzenie Niny, odpowiedziała nieznacznym skinieniem głowy i bolesnym grymasem ust. Nie mogły nawet swobodnie porozmawiać, bo dom pełen był gości. Dopiero po południu, gdy Świerczyński zajęty był przygotowaniami do podróży, Binia skinęła siostrę i obie pobiegły na piętro. Zamknąwszy drzwi na klucz, Binia rzuciła się w ramiona Niny.
            - Miałaś rację! – zapłakała. – Edward nie jest szalony, tylko wczoraj był pijany i zachował się „niedelikatnie”! Tak powiedziała mi matka. Boże, jak ja to przetrzymam? Mam cierpieć całe życie? Nino, ja się zabiję! – z jękiem upadła na ślubne łoże, drąc koronkowe wstawki na kołdrze. – Nigdy nie daruję matce, że nie pouczyła mnie, co czeka kobietę po ślubie. Gdybym wiedziała, nie wyszłabym za mąż.
            Nina usiadła przy niej, łagodnie gładząc jej włosy.
            - A ja ciebie ostrzegałam. Nie kochasz męża i dlatego nie chcesz go zaakceptować. Gdybyś była w nim zakochana, wszystko co zrobił, wydałoby ci się podniecające.
            -  Nino, to wcale nie jest podniecające, lecz piekielnie bolesne i poniżające. Gdybym go nawet kochała, za to zrobił ze mną w noc poślubną, znienawidziłabym go do końca życia. Na pociechę, matka powiedziała mi, że tylko pierwszy raz jest dla kobiety taki przykry, a potem to nawet bywa przyjemnie! O, nie sądzę, żeby ojciec w noc poślubną wypłatał matce takiego psikusa, bo inaczej zareagowałaby na moje skargi. Najgorsze jest to, że gdy odepchnę Edwarda, nasze małżeństwo pozostanie bezdzietne, a ja tak bardzo chcę mieć dzieci. Podobno mąż przyrzekł ojcu, że przez kilka dni nie zbliży się do mnie. To bardzo szlachetne z jego strony, nie uważasz?
            Binia prychnęła z wściekłością, wstała z łóżka i z zaciętą miną przejrzała się w lustrze toaletki. Umyła twarz  i lekko przypudrowała zaczerwieniony nosek. Zgarnęła bujne, jasne włosy i upięła je na karku w węzeł.
            -  Nie mam złudzeń co do mojej przyszłości. – odezwała się opanowanym głosem, nacierając skronie wodą kolońską. – Mniejsza o mnie. Martwię się o ciebie. Powtórz mi, Nino o czym rozmawiałaś z wujem Aleksem?
            Wysłuchawszy jej, ponuro potrząsnęła głową.
            - Matka nas obie urządziła. – stwierdziła z goryczą. – Najchętniej widziałabym cię w Świerszczynach, ale teraz nie wiem, jak ułożą się stosunki pomiędzy mną, a mężem. Wuj Aleks jest dżentelmenem, ale Paula nie budzi mojego zaufania. To dziwna kobieta i wcale nie nadaje się na opiekunkę panny z dobrego domu. Mam nadzieję, ze wuj zdaje sobie z tego sprawę. Na szczęście pani wojewodzina  nie znosi hrabiny i będzie miała na nią oko. Poproszę ją o to. Nino, mam tu dwieście rubli. Dostałam je od ojca „na szpilki”. Proszę, weź te pieniądze.
            - Nie. Nigdy nie zdołam spłacić długu. – stanowczo sprzeciwiła się Nina, odsuwając jej wyciągniętą rękę.
            - Błagam cię,  weź! – nalegała Binia. – Koniecznie musisz mieć przy sobie pieniądze. Mnie one  nie  są potrzebne. Mam męża, który musi zaspokajać moje potrzeby i kaprysy. Wziął za mnie duży posag! – wcisnęła w dłoń Niny woreczek z pieniędzmi i ucałowała ją. – Jesteś jedyną istotą na świecie, której miłości jestem absolutnie pewna. Obie mamy pecha, siostro. Ja nienawidzę swego męża, a ty zakochałaś się w  mężczyźnie, którego nie możesz poślubić i również nie będziesz szczęśliwa. Och, kochanie! – wybuchnęła nagle z nową rozpaczą. – Czuję się taka zbrukana jak suka, której każdy pies może użyć!
            - Jezu Chryste, Biniu! – Nina zbladła i nie mogła wprost uwierzyć, że te okropne słowa przeszły przez usta  delikatnej i subtelnej kobiety. – Nie wolno ci tak o sobie mówić.
            - Wczoraj zostałam  użyta jak suka! Przepraszam, wybacz mi! – Binia zarzuciła ramiona na szyję Niny. –  Wyrażam się okropnie wulgarnie. Jak tylko wrócę z podróży poślubnej, zabiorę cię do Świerszczyn..
            -  Nie, Biniu. Bez względu na to, co mi ta miłość przyniesie, pragnę być blisko pana Alka.
            - Rozumiem ciebie. W takim razie żegnaj, moja najmilsza. Niech ciebie Bóg strzeże i błogosławi. A nie zapomnij o mnie. Będziemy często do siebie pisać.
            Przytuliły się do siebie płacząc. W tym momencie Nina kochała Binię tak gorąco, jak niegdyś ojca. Ociągając się, wyszła z sypialni cicho zamykając za sobą drzwi.
            Pod wieczór zajechała przed dwór kareta, a służba zaczęła układać na dachu pojazdu i z tyłu, istną górę pakunków. Wielkie kufry z wyprawą młodej pani, jechały na trzech osobnych wozach. Na koźle karety siedziała Zuzka, pokojowa Bini i zawodziła jak na pogrzebie.  Na ganku ukazali się państwo młodzi, żegnani przez gości i orkiestrę. Binia ubrana w wytworny kostium podróżny z popielatego kaszmiru poważnie, bez uśmiechu, żegnała się z rodziną. Ciotka Maria zalana  łzami, całowała odjeżdżającą córkę. Binia miała oczy suche i zimną, kamienną twarz. Mogło się wydawać, że wyjazd z rodzinnego domu jest jej całkiem obojętny.
            - Niechże mama nie płacze. Przecież rodzice życzyli sobie tego małżeństwa, prawda? Adieu, maman!  
            Równie chłodno pożegnała ojca, tylko hrabiego potraktowała o wiele serdeczniej, całując go i szepcząc mu coś do ucha. Przed samym odjazdem wręczyła Ninie małą paczkę, przewiązaną wstążką.
            -  Na pamiątkę ode mnie. – szepnęła, obejmując ją po raz ostatni. 
            Wsparta na ramieniu męża, wolno zeszła po schodach i wsiadła do karety. Świerczyński wychylił się z okna powiewając kapeluszem, ale ona już się nie pokazała. Nina pobiegła za odjeżdżającym powozem i przez zasłonę z łez patrzyła, jak niknie w głębi topolowej alei. Niespodziewanie doznała dziwnego i bolesnego przeczucia, że Binia już nigdy nie zobaczy rodzinnego domu. Weszła na facjatkę i rozwinęła paczkę. Znalazła w niej zwoje delikatnej koronki – ślubny welon panny młodej.
            Po wystawnej kolacji  przy muzyce, goście zaczęli rozjeżdżać się do domów. Przewidywano wprawdzie dwa dni zabawy, lecz większość gości była przeciwna hucznym balom w okresie żałoby narodowej. Nina pomagała pakować się pani Salomei, która także nazajutrz wracała z Jasiem do Warszawy. Starsza dama była uszczęśliwiona dowiedziawszy się, że Nina zamieszka w Makowie. Jaś wybrał się na wieś, pogadać z chłopami w karczmie i zanieść staremu Gulakowi, dobrą nowinę o wnuku. Ostatni wyjechał z Sarnik hrabia, przypominając Ninie żeby przygotowała się do podróży.
            Dwór jeszcze tak niedawno rozbrzmiewający muzyką, śmiechem i gwarem rozmów, opustoszał. Służba porządkowała pokoje, zakrywając meble pokrowcami i woskując zadeptane posadzki. Nina przypomniała sobie, że powinna się pakować i poszła po Jagę. Znalazła ją w jadalni. Pochylona nad stołem, układała porcelanowe serwisy w kredensach.
            - Sosjerka, kompotierka… - mruczała pod nosem. – a cukiernica gdzie? Pewnie stłuczona! Nie, Bogu dzięki jest! – podniosła głowę i posłała Ninie uśmiech. – Co chcesz, kotuniu? Mam pyszny chłodniczek, zjesz?
            - Nie, dziękuję. – Nina podeszła do stołu, wyjęła z rąk Jagi półmisek i z rozmachem postawiła go na stole.
            -  Uważaj, dziecko! – zawołała Jaga ze strachem. – Jeszcze coś stłuczesz!
            -  Mam wielką ochotę wszystko potłuc w tym domu. – warknęła Nina. – Zostaw  tę robotę. Jutro wyjeżdżamy do Makowa. Nie musisz już więcej wysługiwać się ciotce. Chodź, pomożesz mi się spakować.
            -  To już jutro? – Jaga rozejrzała się z nieukrywanym żalem.
            -  Nie chcesz wyjeżdżać z Sarnik?
            -  Cóż, człowiek przywiązuje się do starych kątów. Długo tu mieszkałyśmy.
            -  Za długo! Nianiu, jak możesz żałować domu, skąd nas tak nielitościwie wyrzucono?
            Przez chwilę w milczeniu patrzyły sobie w oczy. Jaga złagodniała i pogładziła wychowankę po policzku.
            -  Już dobrze. Idź na górkę, zaraz do ciebie przyjdę.
            Przechodząc koło pokoju Bini, Nina zajrzała tam mimo woli. Meble zakryto już pokrowcami, a łoże przysłonięto firankami. Wszystko razem sprawiało wrażenie, jakby niedawno wyniesiono stąd nieboszczyka. Na podłodze leżała biała róża, rozdeptana czyjąś ciężką stopą. Nina podniosła ją i uciekła stamtąd, kryjąc twarz w dłoniach. W swoim pokoju otworzyła szafę i zaczęła wyjmować z niej rzeczy. Kiedy przyszła Jaga, obie zabrały się do pracy, pakując suknie i bieliznę. Nie dużo tego było, cały dobytek Niny zmieścił się w dwóch niewielkich kuferkach. Jaga nie odzywała się i widać było, że jest niezadowolona z wyjazdu do Makowa.
            - Chcesz tutaj zostać? – Nina uniosła głowę znad otwartego kuferka. – Przecież nigdy nie byłaś w Makowie i nie wyobrażasz nawet sobie, jak tam jest pięknie. Niewiele takich rezydencji mamy w kraju.
            - Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. – burknęła niania, starannie układając w dużym pudle suknie balowe Niny. – Mnie nikt nie pyta, co ja chcę! Wyjmij z komody wachlarze, rękawiczki i parasolki, to spakuję je razem.
            Nina posłusznie sięgnęła do komody, posławszy jej przedtem spojrzenie pełne wyrzutu.
            - Jesteś niesprawiedliwa, nianiu. Mnie także nikt nie pytał o zdanie. Zadecydowano o moim losie, jakbym była sprzętem, nie człowiekiem. Och, nianiu, przecież tu nikt mnie nie chce. Wujostwo z radością się mnie pozbywają. Idziemy, gdzie może nam będzie odrobinę lepiej.
            Jaga ciężko westchnęła.
            - Przecież ja to rozumiem, moje dziecko. Serce mnie boli jak widzę, że ludzie pomiatają moją kruszynką. Ale powiedz mi, co my będziemy robić w tym Makowie. W takim pałacu, to człowiek nie wie, jak się obrócić i do kogo zagadać. Nie lepiej byłoby jechać do Warszawy z panią Salomeą? To święta kobieta, a panicz Jaś dla ciebie jak rodzony brat. Nie będzie nam tam źle.
            Nina z pasją cisnęła trzymaną w ręce parasolkę do kuferka i spojrzała na Jagę ze złością.
            - A nie wiesz czasami, z czego będziemy tam żyły? – krzyknęła napastliwym tonem. – Bo przecież cioci, ani Janka nie stać na utrzymanie ubogich krewnych. Zapomniałaś już, jak biedowałyśmy w Gnieźnie po śmierci mamusi? Ja więcej głodować nie myślę! Wytłumacz mi, proszę, dlaczego nie chcesz jechać do Makowa?
            Jaga podniosła się, zmarszczyła brwi i z groźną miną wzięła się pod boki, patrząc na nią z góry.
            - Wyobraź sobie, moja panno, że ja ślepa nie jestem! – wybuchnęła z gniewem. – Masz mnie za głupią? Zdaje ci się, że  nie widzę, jak przewracasz oczami do pana hrabiego? Aha, właśnie, znam cię od pieluch i dobrze wiem, co ci chodzi po głowie. Nina, nie odwracaj się do mnie plecami, tylko patrz mi w oczy! Myślisz, że nie słyszałam, jak rozmawiałyście z Binią o babce marszałkowej? Owszem, ona wyszła za rodzonego wuja, ale on na kolanach błagał o jej rękę i był kawalerem! Nie łudź się, że dla ciebie pan hrabia poprosi żonę o rozwód. Takiego skandalu jeszcze w rodzinie nie było i póki ja żyję, nie będzie!
            - Ależ nianiu, ja przecież… - zaczerwieniona i zmieszana Nina, próbowała wtrącić słówko na swoją obronę, lecz Jaga nie dopuściła jej do głosu.
            - Milcz, teraz ja mówię! – rozkazała surowo. – Chyba ciebie diabeł opętał, że jesteś ślepa i głucha na wszystko, co cię otacza. Ty paskudnico, chcesz mi wstyd przynieść na stare lata? Twoi rodzice w grobie się przewracają. Widziałaś, jakie hrabina ma stroje, jakie klejnoty? W posagu ich nie wniosła, bo nic nie miała, więc skąd je wzięła? Bo to mąż wydaje na nią tysiące rubli i jest w niej zakochany, ty głupia oślico! A ona nosi się jak udzielna księżna. O, ja dobrze się jej przypatrzyłam, jak tu przyjechała. Chytra liszka, nie puści z pazurów bogatego męża, bo nie posiada żadnego majątku.
            - Nianiu, przestań. Nie rozumiesz… - zaczęła Nina, lecz poirytowana Jaga ponownie jej przerwała.
            -  Ja wszystko rozumiem, ty smarkulo! – ucięła. – Nawet to, że mogłabyś się zakochać w panu Klonowieckim pod warunkiem, że byłby wolny i prosił o twoją rękę. Pan hrabia także postępuje, jakby był obrany z rozumu! Nie mógł ci opłacić jakiejś pensji, żebyś tam doszła do pełnoletniości i nabrała ogłady? Po co taką naiwną gęś jak ty, ciągnąć do pałacu? Tu miałaś swój kąt, a pani dziedziczka zła, bo zła, ale zawsze rodzona siostra twojej matki. Co zamierzasz robić w takim wielkim domu? Kto wie, może znowu ulokują ciebie na jakimś strychu, jako pannę respektową? Albo staniesz  się garderobianą jaśnie pani hrabiny, czy jej pokojówką i co rano będziesz wynosiła jej nocne naczynie. Koniecznie uparłaś się zostać popychadłem jaśnie państwa? Zgodzisz się, żeby ta nędzna wywłoka z tytułem hrabiny, zabawiała się tobą, jak z pinczerkiem?
            Nina posiniała z tłumionej wściekłości, wysłuchując z zaciętymi ustami  bezlitosnych uwag niani. O, Jaga przejrzała ją na wylot! Najwidoczniej nie potrafi wcale  dobrze się maskować, bo i Binia poznała jej sekret, a ciotka Maria także prawdopodobnie domyśliła się wszystkiego. Gorzkie, urągliwe słowa Jagi, ugodziły ją prosto w serce i głęboko upokorzyły jej dumę. Nawet przed sobą nie chciała przyznać się do obaw, jakie niosły ze sobą nagłe zmiany w jej życiu. Dopiero okrutne uwagi niani, uświadomiły jej, jak skromne i podrzędne miejsce może zająć w pałacu. Wolała nie przyznawać się Jadze, że wuj Aleks pozostawił jej wolny wybór. O, gdyby wspomniała o tym, niania natychmiast uparłaby się, żeby jechać do Warszawy, lub do Galicji, byle jak najdalej od Makowa.
            Obrażona i do żywego dotknięta, podniosła się, obrzucając Jagę zimnym, wyniosłym spojrzeniem.
            - Jak śmiesz tak do mnie mówić? – krzyknęła. – Czy nie za wiele sobie pozwalasz?
            Jaga pokiwała tylko głową.
            - Prawda w oczy kole! Widzę, że już mnie nie potrzebujesz. Nie słuchasz moich rad, może się mnie wstydzisz? Powiedz tylko, a pójdę sobie. Znajdą się dobrzy ludzie, którzy mnie przygarną. Nigdy w życiu nie siedziałam bezczynnie i potrafię zapracować na chleb. A zresztą, mój Boże, komu jest potrzebne moje życie. – westchnęła ze smutkiem i rezygnacją.
            Nina momentalnie ochłonęła z gniewu i opamiętała się. Ogarnięta skruchą  i wyrzutami sumienia, upadła przed nią na kolana, pokrywając pocałunkami i łzami ręce, twarz, a nawet suknię Jagi.
            - Nianiu, moja najdroższa, wybacz mi. Nie jestem warta twojej miłości. Zachowałam się wstrętnie, bardzo tego żałuję i przepraszam. Wolę żebyś sprawiła mi lanie trzepaczką, niż patrzyła takim smutnym wzrokiem. Jakże możesz myśleć, że wstydzę się ciebie?  Przecież ja ciebie kocham . Nie mogłabym się bez ciebie obejść. Jezu, nie przeżyłabym bez ciebie ani jednego dnia. Jesteś dla mnie wszystkim, ojcem, matką, całą moją rodziną.  Najlepszą opiekunką daną mi przez Boga. Musisz jednak przyznać, że gdyby nie interwencja wuja Aleksa, to Borutyńscy zmusiliby mnie do wyjazdu za granicę i rozdzielili z tobą. Za to należy się panu hrabiemu nasza wdzięczność, prawda? Przysięgam ci, że nie zrobię nic takiego, czego mogłabym się wstydzić. Zobaczymy, jak będzie nam źle w Makowie, to pojedziemy do Warszawy. Tylko już nie gniewaj się na mnie, moja najmilsza. Błagam!
            Jaga miała mocny zamiar dać jej solidną burę, lecz gdy usta Niny przybrały żałosny kształt podkówki, a długie rzęsy jęły ociekać łzami, cała surowość niani rozpłynęła się w macierzyńskiej czułości.
            - No już dobrze. Pojedziemy do tego Makowa. – powiedziała, łagodnie uwalniając się z ramion Niny. – Ale ja, moje drogie dziecko, boję się czegoś. Jesteś jeszcze taka  młodziutka, ufna, nie znasz życia. Lękam się dla ciebie tego wielkiego świata, bezdusznego i pełnego fałszu. Nie chcę, żebyś przez  tą nierozsądną miłość zmarnowała sobie życie.
            Jej przestrogi wydały się Ninie złą wróżbą.
            Mimo woli przeszył ją dreszcz na myśl o tym, co czeka ją w nieznanym domu, pomiędzy obcymi, obojętnymi ludźmi. Kiedy udała się na spoczynek w ostatnią noc pod sarnickim dachem, źle spała i dręczyły ją koszmary. Wydawało się jej, że słyszy jakieś głosy, a do  łóżka zbliżały się złowrogie cienie. Nad ranem przyśniły się jej cudowne, pachnące czerwone róże, ale kiedy zaczęła je zrywać, spostrzegła z przerażeniem, że kwiaty pozostawiły na jej dłoniach szkarłatne ślady krwi.

 R o z d z i a ł   III       

            Przez szeroko otwarte drzwi z salonu do ogrodu, płynął odurzający zapach kwitnących bzów. W blasku majowego słońca, lśniły wypolerowane meble i wyfroterowana podłoga przykryta wzorzystym dywanem. Siedzące dokoła okrągłego stołu dziewczęta, w ciężkich, czarnych sukniach, sprawiały smutne wrażenie. Ich włosy splecione w warkocze, wsunięte były w jedwabną siatkę, na węzłach ozdobioną gagatami. Szyjąc białe atłasowe kokardy, rozmawiały z sobą półgłosem. W sarnickim dworze, przygotowywano się do uroczystości weselnych. Żałoba narodowa nie zezwalała na huczne zabawy, zgodzono się więc, że wesele będzie skromne, jedynie na sto osób. W drodze wyjątku, wieczorem miał się odbyć bal.
            Od dnia tragicznych wydarzeń warszawskich, upłynęło już półtora miesiąca, lecz na prowincji temat ten był ciągle aktualny. Do Sarnik przyjeżdżali znajomi, niekiedy z odległych miejscowości, aby od naocznych świadków dowiedzieć się o szczegółach masakry. Jednakże pani Borutyńska obawiając się donosu, zabraniała dziewczętom rozmawiać z obcymi na ten temat. Sama także nabrała wody w usta, zbywając ciekawskich ogólnikami.
            Ale Nina często wracała pamięcią do przeżytych wówczas momentów grozy. Na szczęście Jaś przeżył i uniknął aresztowania. Zawdzięczał to zimnej krwi i odwadze Rózi. Kiedy strzały umilkły na Placu Zamkowym, policja i żandarmeria szalały, rewidując każdy dom, w poszukiwaniu rannych i zwłok pomordowanych. W środku nocy rozległo się walenie do bramy kamieniczki. Stróż pouczony co ma robić, celowo guzdrał się, zwlekając z otwarciem bramy, aby ukrywającym się ludziom dać czas do ucieczki. Jaś uciekać nie mógł i pani Salomea wpadła w rozpacz. Jedna Rózia nie straciła animuszu. Zakręciła się po pokoju i zdarła z głowy ciotce Marii koronkowy czepek nocny, wciskając go na jasne włosy rannego. Czepek dokładnie zakrył bandaże, a gładka, młodzieńcza twarz Jasia, do złudzenia przypominała młodą dziewczynę. Rózia, przyjrzawszy się z zadowoleniem swojemu dziełu, kazała mu ubrać nocną koszulę matki i podciągnęła wysoko kołdrę, przezornie kładąc pod nią spory jasiek. Świece przyciemniono abażurkami, a gdy rozwścieczeni policjanci wpadli do przedpokoju, odważna dziewczyna urządziła im głośną awanturę.
            -  No i czego tak walicie? – wrzasnęła, wygrażając im pięścią. – Co to ja głucha jestem? Pani rodzi, a te puste łby drzwi rozwalają! Nie straszcie kobiety, bo jeszcze jaką pokrakę urodzi. Co, nie wierzycie? To popatrz jeden z drugim jak pani cierpi i wynoście się. Skaranie boskie z tą hołotą! Cicho, nie tupać!
            Pyskując,  otworzyła na oścież drzwi do pokoju. Policjanci speszeni widokiem leżącej na łóżku młodej kobiety stękającej z bólu, zajrzeli tylko i zmieszani cofnęli się do przedpokoju. Rózia wzięła się pod boki, mierząc ich groźnym wzrokiem.
            - Co się tak gapisz, jak cielę na malowane wrota? – huknęła na ogłupiałego policjanta, który zapuszczał jeszcze żurawia do sypialni. – Rodzącej baby nie widziałeś? Ciebie to pewnie osioł w galopie zgubił, co? A idi k'czortu! – piekliła się, kiedy policjanci pośpiesznie zbiegali po schodach. Zwycięsko uśmiechnięta zatrzasnęła drzwi.
            W samą porę, bo właśnie zemdlona ciotka Maria spadła z krzesła. Pani Salomea całowała dziewczynę po rękach, dziękując jej za ocalenie syna. Binia i Nina, obie w nocnych koszulach, chwyciły się w objęcia i odtańczyły na środku pokoju dziką sarabandę, śmiejąc się i płacząc na przemian. Jaś leżał cicho i dopiero ochłonąwszy z wrażenia, kazał sobie podać lustro. Obejrzał się w nim i uświadomiwszy sobie, iż policjanci wzięli go za rodzącą, dostał takiego ataku śmiechu, że  trzeba mu było zaaplikować brom.
            Wspominając dramatyczne i komiczne momenty, Nina uśmiechnęła się i usiadła prosto, masując ścierpnięte ramiona. Ona jedna nie szyła kokard, lecz haftowała barwne polne kwiaty na szerokiej jedwabnej szarfie. Jej hafty były wyjątkowo piękne i oryginalne. Sama wymyślała wzory, tworząc igłą prawdziwe małe dzieła sztuki. Jednakże z całego serca nie cierpiała robót ręcznych, którymi zawsze była obarczana. Dorota Jabłocka wpięła w gotową kokardę złotą szpilkę i wrzuciła ją do pudła stojącego na podłodze.
            -  Mam nadzieję, – odezwała się półgłosem – że na weselu nie będzie się wspominać o tych potwornych scenach z Warszawy. Tyle się ostatnio o tym nasłuchałam, że teraz co noc śni mi się jakiś nieboszczyk.
            Stasia Wąsocka zamieniła z siostrą bliźniaczką znaczące spojrzenia.
            -  No, no, co ty powiesz! – mruknęła. –  Pewnie Kazia Bieckiego znowu gdzieś wyniosło. Hm, z braku żywego adoratora mógłby być i nieboszczyk, pod warunkiem, że byłby odpowiednio przystojny i gorący. W piekle bywa ciepło.
            Panny zachichotały, a Dorota poczerwieniała z oburzenia.
            - Radzę ci, ty mądralo, lepiej pilnuj Władka Lasewicza, bo drugi taki głupi już ci się nie trafi. – syknęła z gniewem.
            - Tere fere! – tłuściutka panna Wąsocka pokazała jej koniuszek języka. – Przecież ja ci dobrze radzę. Ale na wszelki wypadek zmów wieczorem paciorek, jak nas mamy uczyły: „O Boże,  daj męża, niech miłość zwycięża. Niech będzie kulawy, ślepawy, niechby pił i mnie bił, żeby tylko był!”.
            Na tą bezczelną uwagę, Dorota wciągnęła nosem powietrze, jak szarżujący byk. Lecz nie zdążyła się odciąć, bo do salonu weszła ciotka Borutyńska  wracająca z ogrodu. Niosła płaski kosz pełen gałązek bzów i kolorowych tulipanów.
            -  Biniu, o której zapowiedział się hrabia? – spytała.
            - W południe. Zaraz powinien tu być.
            - Idę zanieść kwiaty do sypialni. Daj mi znać, jak tylko przyjedzie. – wychodząc, ciotka przezornie pozostawiła uchylone drzwi.                      
            Wiadomość o przyjeździe Klonowieckiego zelektryzowała dziewczęta.
            - To pan hrabia powrócił już z zagranicy? – podniecona Dorota porwała się z krzesła i strzepnęła suknię. – Jaki to piękny mężczyzna, wytworny i dystyngowany. Prawdziwy arystokrata w każdym calu. – mówiąc to, podeszła do lustra i od niechcenia poprawiła włosy, odruchowo oblizując wargi i składając je jak do pocałunku.
            Nina spojrzała na nią złym okiem. Przyszło jej na myśl, że Dorota przypomina w tej chwili kotkę, marzącą o smakowitej, tłustej myszy! „Wielki Boże, wuj Aleks musiałby cierpieć na kurzą ślepotę, gustując w tej wymokłej wydrze. Włosy rzadkie, ani biustu, ani pupy, a pretensje, jak u księżniczki. Z rozkoszą kopnęłabym ją w tę baniastą krynolinę!” – rozmyślała, posyłając pannie Jabłockiej złowrogie spojrzenie.
            - W jakim celu pan hrabia przyjeżdża do Sarnik? – dopytywała się Dorota, jednocześnie mizdrząc się do lustra.
            -  Cóż to ciebie obchodzi? – Nina miała ochotę dać jej w ucho.
            Dorota zwróciła na nią małe, złośliwe oczka, z wyrazem lodowatej wyniosłości. Za każdym razem dawała Ninie niedwuznacznie do zrozumienia, że jest ona tylko nędznym popychadłem w domu Borutyńskich, zaledwie  tolerowanym w towarzystwie.
            - Ciebie nie pytałam, więc bądź tak dobra i nie wtrącaj się do rozmowy. – wycedziła z miażdżącą pogardą. – Przecież do ciebie nie przyjeżdża.
            - Tym bardziej do ciebie!  – odpaliła Nina czując, że panna Jabłocka szuka z nią zaczepki. – Niepotrzebnie wdzięczysz się do lustra. Najlepiej każę je zabielić wapnem, żebyś się nie przestraszyła jak nagle w nie spojrzysz. – umilkła, zauważywszy, że Binia daje jej ostrzegawcze znaki.
            - Po tym, co się wydarzyło w Warszawie, nie zdążyłyśmy tam kupić biżuterii. – Binia taktownie próbowała zażegnać wiszącą w powietrzu awanturę. – Papcio zadepeszował do Lwowa, prosząc wuja Aleksa, żeby zakupił dla mnie klejnoty. O, już widać karetę na drodze!
            - Czy pani hrabina również przyjeżdża? – Dorota ze złośliwym uśmiechem zerknęła na pochyloną nad haftem Ninę.
            - Hrabina przebywa w Petersburgu i wróci dopiero na mój ślub. Bardzo jestem ciekawa, co wuj Aleks mi kupił. – Binia uniosła wysoko spódnicę pobiegła powiadomić matkę.
            Serce Niny mocniej zabiło. Nareszcie znowu go zobaczy. Była blada, miała zimne dłonie i z emocji mocno przygryzła dolną wargę. W zamyśleniu nie spostrzegła, że w drzwiach stoi Binia i przypatruje się jej badawczo. Panny w popłochu porządkowały stół, poprawiały fryzury i wygładzały pomięte suknie. W sieni rozległ się dźwięczny męski głos. Klonowiecki mówił coś do swojego lokaja. Wszedł do pokoju i przywitał się z dziewczętami. Nina nie podnosząc spuszczonych powiek, odgadła kiedy zbliżył się do niej. Dygnęła nisko i podała mu rękę. Zaraz potem do salonu wpadła ciotka Maria, witając kuzyna z przesadną serdecznością. Za hrabią, lokaj wniósł elegancko zapakowane pudła. Wszystkie panie, z wyjątkiem Niny, ciekawe pochyliły się nad stołem. Binia z wypiekami na policzkach  wydała okrzyk radości, otwierając etui z biżuterią. Uszczęśliwiona, rzuciła się wujowi na szyję i mocno go ucałowała.
            -  Bibianno! – upomniała ją matka. – Wybacz jej, Olesiu, to jeszcze takie dziecko…
            -  Było mi bardzo przyjemnie, że za drobną przysługę zostałem tak hojnie wynagrodzony. Czy mój wybór odpowiada przyszłej pannie młodej?
            Binia pisnęła z radości i podskoczyła, odkrywając coraz to piękniejsze klejnoty.
            - Oh, c’est trés beau! – przyłożyła do sukni delikatny naszyjnik ze spineli, bladoróżowej barwy. – Nino, spójrz tylko!
            - Rzeczywiście, prześliczny. – Nina na moment podniosła oczy i zaraz je spuściła, wstydząc się wzroku Aleksa, który na nią patrzył.
            - Boże, jakie to cudo! – Jadwiga Wąsocka, obejrzawszy dużą broszę z brylantów ułożonych na kształt róży, podała ją siostrze. Stachna odwróciła się do Niny.
            -  Rzuć do licha tę dłubaninę i chodź obejrzeć te śliczności. Czemu nic nie mówisz?
            Wszystkie oczy skierowały się na Ninę, a ona po raz drugi spłonęła ognistym rumieńcem.
            -  Przecież widzisz, Stasiu, że mam pilną robotę. Biżuterię obejrzę później.
            - Pulpeciku, jesteś nietaktowna. – wtrąciła się Dorota niewinnym tonem. – Może Nina o kimś marzy, a ty przerywasz jej słodką zadumę.
            Ninie zimny dreszcz przebiegł po plecach. Dorota miała bystre oko, a język ostry jak brzytwa. Jeżeli, nie daj Boże, coś przewąchała, to tego odkrycia z pewnością nie zachowa dla siebie, tylko wszystkim rozpowie. Na samą myśl o takiej ewentualności, Ninę rozbolała głowa. Nienawidziła panny Jabłockiej i marzyła, by wyrwać Dorocie kilka garści włosów oraz podrapać ją do krwi. Wstrętna ropucha! Z krwiożerczych myśli obudził ją głos Bini.
            -  Doro, zostaw Ninkę w spokoju. Biedaczkę od samego rana głowa boli.
            Panna Jabłocka z niedowierzaniem uniosła brwi.
            -  Doprawdy? Nic nam nie mówiła.
            - A czy ty opowiadasz nam, ile razy całujesz się w kącie z Kaziem? – palnęła bez namysłu Stachna.
            Dziewczęta pospuszczały głowy, uśmiechając się pod nosem. Nawet hrabia nie zdołał utrzymać powagi. Dorota oniemiała i zaczęła się krztusić, nie mogąc wydobyć głosu.
            - Nie chciałbym się dostać na języczek panny Stasi. – Aleks spojrzał z uśmiechem na rezolutną pannę.
            - Cóż znowu?  Pan hrabia jest zawsze comme il faut. Ale naszej Dorci należy czasami przytrzeć rogów, bo zanadto bodzie.
            -  Stasiu! – jęknęła Jadwiga, zrozpaczona zuchwałością siostry.
            -  Oh, soyez tranquille! – zasyczała Dorota, na przemian blada i czerwona.
            Ciotka Borutyńska postanowiła przywołać dziewczęta do porządku.
            - Stasiu. – rzekła surowo. – Swoje domysły pozostaw dla siebie. Nino, jeżeli czujesz się cierpiąca, to idź do swojego pokoju. Jaga przyniesie ci obiad.
            Nina z nieszczęśliwą miną podniosła się z krzesła. Naturalnie, dziś kiedy nareszcie wrócił hrabia, ciotka każe jej iść do siebie. A wszystkiemu winna jest ta żmija Dorota i jej idiotyczne docinki.
            - Och, och! – nie wytrzymała Stasia. – Nasza luba Dorotka uraczyła nas francuszczyzną od strony Bodzentyna! Dooobrze, już milczę!
            Nina bez słowa zebrała przybory do haftu i skierowała się do drzwi.
            - Nie odchodź, Nino! – zawołał za nią Aleks. – Najlepszym lekarstwem na migrenę jest spacer. Maryniu, czy wolno mi zabrać Ninę na przechadzkę?
            Ciotka uniosła głowę znad rozłożonych na stole pudełek i spojrzała na niego z roztargnieniem.
            -  Słucham? Aha, dobrze. Idźcie sobie, bo my  musimy wszystko dokładnie obejrzeć.
            Na nieładnej twarzy Doroty odmalowała się zawiść. Zazdrościła Bini małżeństwa z bogatym kujawskim ziemianinem. Na domiar złego, pan hrabia wybrał się z Niną na spacer! Miała wielką ochotę, aby im towarzyszyć, ale nie usłyszawszy zaproszenia, zajęła się oglądaniem perłowej kolii.
            Hrabia podał ramię Ninie i sprowadził ją po schodkach do ogrodu. W milczeniu szli ścieżką w stronę bystrej górskiej rzeczki. Dzień był śliczny, prawdziwie majowy. Od rabatów z rosnącymi na nich kwiatami, odrywały się barwne motyle szybując w błękit nieba. Wzdłuż ścieżki rosły krzewy białego i liliowego bzu, a jego zapach był ciężki i upajający. Duży dwór wyglądał bardzo malowniczo w zieleni starych jesionów, dębów i włoskich topoli. Lekki powiew wiatru poruszał liśćmi, przynosząc z pobliskiego warzywniaka fragmenty rozmów kobiet okopujących grządki. Serce Niny przepełniała radość, że są nareszcie sami i przez krótki czas będzie miała Aleksa tylko dla siebie. Szła przy jego boku tak lekkim krokiem, iż zdawała się płynąć. Trzymała się niezwykle prosto, poruszając się z gracją i wyglądała uroczo w szerokiej czarnej krynolinie, podkreślającej śnieżną białość skóry. Patrzyła na promienie słońca przeświecające  poprzez gęstwinę zieleni, zachwycając się kolorami tęczy w kroplach rosy na pączkach polnych róż.
            Naraz przyszło jej na myśl, że tylko miesiąc dzieli ją od ślubu Bini. Zaraz potem będzie musiała opuścić ten dom, do którego bardzo się przywiązała, niezależnie od przykrości, jakie ją spotykały pod tym dachem. Spuściła oczy i patrzyła w ziemię pod stopami, starając się przybrać beztroską minę i odruchowo bawiąc się zerwanym kwiatkiem.
            - Zaproponowałem spacer, ponieważ musimy poważnie porozmawiać. – odezwał się Aleks, przerywając nieco przydługie milczenie. – Ale najpierw powiedz mi, czego Borutyńscy życzyliby sobie na prezent ślubny dla Bini?
            -  Sreber stołowych. – odparła bez namysłu. – Ciotka marzy o nich.
            - Doskonale, tak właśnie przypuszczałem. – Aleks z zadowoleniem skinął głową. – No, to jedną sprawę załatwiliśmy. Nino, słyszałem, że po ślubie Bini wybierasz się za granicę. Z kim jedziesz i po co?
            Nina westchnęła ciężko i spojrzała na niego z wahaniem.
            -  Nie wiem, czy powinnam o tym mówić.
            -  Dlaczego?
            -  Ciotka zabroniła mi rozmów na ten temat. Pojadę do Berlina.
            Aleks przystanął raptownie i spojrzał na nią zdumiony.
            -  Zamierzasz towarzyszyć młodej parze w podróży poślubnej?
            -  Nie. – zacinając się i jąkając nerwowo, Nina zaczęła zwierzać się ze swoich kłopotów. – W Sarnikach nie mogę siedzieć w nieskończoność, bo wujostwu nie jestem potrzebna. Byłam w trudnym położeniu, ale na szczęście Binia napisała do pana Świerczyńskiego, a ten polecił mnie swojej krewnej mieszkającej w Berlinie. Ta dama poszukiwała lektorki i zarazem dame de compagnie, która zajęłaby się również jej dziećmi. Obiecała godziwą zapłatę. Wuj Ksawery już stara się dla mnie o paszport i pewnie w lipcu wyjadę. – bohatersko przełknęła łzy i umilkła.
            Wysłuchał jej, rysując laską na piasku jakieś wzory.
            -  Borutyńscy zgadzają się na twój wyjazd? – popatrzył na nią uważnie.
            - Tak. – wyszeptała. Oczy jej zaszkliły się i zwilgotniały. Wstydziła się, nie chciała przy nim płakać, lecz cała nagromadzona w niej rozpacz, spłynęła nagle potokiem łez. – Ja boję się tam jechać! – łkała, wycierając dłonią mokre policzki. – Nie znam tych ludzi, ale nie mam się gdzie podziać, a wujostwo już mnie nie chcą.
            Nawet nie spytał, dlaczego Borutyńscy pragną się jej pozbyć. Z zachowania wuja Ksawerego i plotek sąsiadów, wiedział dostatecznie dużo o kłopotach Niny w tym domu. Poczuł narastającą wściekłość, a oczy pociemniały mu z oburzenia.
            -  Nie płacz, promyczku. Łzami niczego nie zmienisz. – powiedział z wymuszonym spokojem. – Nie pojedziesz do Berlina, bo ja się na to nie zgadzam! Czy ci Borutyńscy rozum stracili? Lektorka, niańka do dzieci? Przecież ty sama jesteś jeszcze dzieckiem. Wnuczka marszałka, senatorów, krewna biskupów, jakąś dame de compagnie, niesłychane! – prychnął pogardliwie. – A mówiłem ci, żebyś z każdym kłopotem zwracała się do mnie. Dlaczego nie napisałaś? Mój administrator pan Bochniak, natychmiast dałby ci adres i przekazał list  mnie. Wróciłbym wcześniej, a ty nie musiałabyś wylewać łez i prosić obcą osobę o pomoc. Pan Świerczyński niepotrzebnie się fatygował, bo do Prus nie pojedziesz. Pytam, dlaczego mnie nie zawiadomiłaś?
            -  Wstydziłam się. – pociągnęła żałośnie nosem.
            -  A teraz się nie wstydzisz?
            -  Bardzo się wstydzę, ale nie chcę jechać do Berlina i nie wiem, co mam zrobić. – szlochała.
            -  Należało mi zaufać! – rzekł surowo, patrząc na nią przenikliwie. – A widzisz, masz nauczkę! Należy zawsze słuchać starszych, to znaczy mnie! No, proszę, otrzyj oczka. Obiecuję, że wszystko dobrze się zakończy. – lekko pogłaskał ją po wilgotnym od łez policzku.
            - Proszę mnie nie pocieszać. – wybełkotała, pociągając nosem. – Ja wiem, że nie można mi pomóc.
            - Nie pleć głupstw, promyczku. Powiedziałem, że będzie dobrze, a ja nie rzucam słów na wiatr.
            Nina powoli się uspokajała, a w jej sercu obudziła się nowa nadzieja. Już nie była sama. Znalazł się ktoś, komu mogła powierzyć swój los. Nie wiedziała, jak może okazać mu swoją wdzięczność, więc tylko patrzyła na niego z uwielbieniem. Światło dnia jeszcze podkreślało jego urodę. Zapewne dużo przebywał na świeżym powietrzu, bo cerę miał nieco opaloną. Kiedy się uśmiechał ukazując wspaniałe zęby, każda kobieta patrząc na niego, czuła przyśpieszone bicie serca. Był bardzo wysoki, Nina sięgała mu zaledwie do ramienia. W wieku trzydziestu pięciu lat, wyglądał zdumiewająco młodo. Pomimo chłodnego, powściągliwego zachowania, miał mnóstwo cichych wielbicielek, o czym doskonale wiedział. Nina ogromnie tęskniła za nim, a gdy nareszcie powrócił, była wprost nieprzytomna z radości. Wpatrując się w jego bursztynowe oczy, utwierdzała się coraz bardziej w przekonaniu, że poza nim już nikogo w jej życiu nie będzie. Na brzegu rzeczki stała stara drewniana ławka. Usiedli, a Aleks wyciągnął z kieszeni batystową chusteczkę i starannie wytarł jej oczy i mokre policzki.
            - Wysiąkaj nosek! – polecił ojcowskim tonem. – Prowadząc poważne rozmowy, powinnaś zawsze mieć pod ręką chusteczkę. W twoim wieku, dziewczęta zajęte są nauką, strojami i zabawą, a nie walką o przetrwanie. Wkrótce opuścisz Sarniki, ale do Prus nie pojedziesz.
            - A gdzie ja się podzieję? - zagadnęła żałośnie, posłusznie siąkając nos i starając się opanować nową chęć do płaczu.
            - Jeszcze się nad tym zastanowię. – rzekł wymijająco. – Przede wszystkim, muszę porozmawiać z Borutyńskimi. Przyjmując ciebie pod swój dach, zobowiązali się tym samym do opieki nad tobą. Ale zaręczam ci, że już niedługo będziesz miała piękny, szczęśliwy dom.
            Westchnęła z ulgą. Gdyby śmiała, upadłaby mu do nóg, ale onieśmielała ją owa wielkoświatowa aura emanująca z jego sposobu bycia i bogactwo, jakie go otaczało.
            - Pamiętaj, promyczku, że nie jesteś sama na świecie. – powiedział z naciskiem. – A teraz może mi wyjaśnisz, dlaczego z takim uporem nazywasz mnie panem? Przecież jestem twoim wujem.
            Nina przelękła się, by nie odgadł uczuć, jakie nią kierowały i nie domyślił się jej serdecznej tajemnicy.
            - Przepraszam, ale ten stopień pokrewieństwa niemile mi się kojarzy. Był pan świadkiem awantury, jaką urządził mi w zimie wuj Ksawery. Poza tym, wujowie bywają przeważnie starzy, otyli i wąsaci, a pan jest przecież młody. – wykręciła się dyplomatycznie.
            Zaśmiał się, ujął jej rączkę i złożył na niej lekki pocałunek.
            - Jestem ci bardzo zobowiązany za komplement, ale niestety mam już swoje lata. Byłem na ślubie twoich rodziców.
            - A jakie to ma znaczenie? – wzruszyła ramionami. – Pan, panie Alku, zawsze będzie młody.
            - Panie Alku? Wprawdzie nikt mnie tak dotąd  nie nazywał, ale mnie się to podoba. – skinął głową. – No, jeszcze trochę cierpliwości, promyczku, a znajdziesz się tam, gdzie już nikt nie będzie na ciebie gderał.
            - Aha, oprócz mojej niani! – mruknęła nadąsana. – Niania zawsze mnie poucza. Od rana do wieczora ciągle od niej słyszę: „Dama powinna zachowywać się nienagannie i nigdy nie uzewnętrzniać swoich uczuć. Damy nie płaczą przy ludziach, nie krzyczą i nie tupią nogami. Są zawsze uprzejme i wyrażają się elegancko.” – Nina z prawdziwym talentem naśladowała głos i mimikę Jagi. – A ja , panie Alku, jestem beksą i często się złoszczę. A kiedy jestem zła, to wrzeszczę i tupię nogami. Czasami robi mi się niedobrze na samą myśl, że muszę być damą! – zakończyła wyznanie, boleśnie wzdychając.
            -  Niestety, od tego się  się nie wykręcisz. – stwierdził rozbawiony. – Ale to wcale nie znaczy, że masz być nienaturalna i sztuczna. Opowiedz mi coś o sobie.     
            -  Kiedy boję się, że pana to nie zainteresuje.
            Zaprotestował, a wtedy Nina rewanżując się za jego dobroć, wstała z ławki i przykucnąwszy na brzegu rzeczki, uzbierała cały bukiecik błękitnych niezapominajek i wręczyła mu kwiaty. Podziękował jej uśmiechem. Usiadła i opowiedziała mu o pierwszych, cudownych latach na warszawskiej pensji  panny  Emilii Gousselin, ukochanej Goslinki ubóstwianej przez pensjonarki. Panna Emilia posiadała tak wielki urok  osobisty, że potrafiła przekonać ciotkę Marię o konieczności kształcenia Niny, obdarzonej wielkim talentem muzycznym. Lecz po pewnym czasie, ciotka zauważywszy, że pani przełożona, gorąca patriotka, wpaja swoje przekonania wychowankom, odebrała dziewczęta z jej pensji i oddała je do klasztoru Panien Sakramentek. Tam  także nie było źle, zakonnice nawet obiecały zorganizować jej koncert na zakończenie ostatniego roku na pensji. Ale pech chciał, że o Binię oświadczył się pan Świerczyński, a ciotka dla oszczędności, natychmiast odebrała dziewczęta w połowie roku szkolnego. Nina nie mogła odżałować, że przerwała naukę, bo miała nadzieję, że usłyszy ją jakiś muzyk i ułatwi jej karierę pianistyczną. Umilkła zadyszana i zerknęła na hrabiego w obawie, że go nudzi.
            - Przepraszam. Może ja za dużo gadam? Wuj Ksawery uważa, że od mojego gęgania głowa mu puchnie!
            - Promyczku, ja nie jestem wujem Ksawerym. Mam nadzieję, że kontynuujesz ćwiczenia muzyczne?
            Potrząsnęła głową i poskarżyła się, że nie ma gdzie grać, gdyż w domu instrument jest stary, a poza tym,  nie wolno jej nikomu przeszkadzać muzyką. Ciotka Maria twierdzi, że pannie bez posagu talent niepotrzebny. Powinna umieć upiec chleb, tuczyć drób i zarządzać służbą. Tymczasem ona kocha muzykę i z całej duszy pragnie pięknie grać na fortepianie.
            -  Ach, Boże! – szepnęła, spuszczając głowę. – W Sarnikach wszystko jest zabronione. Książki ciotka zamyka w kancelarii wuja, a tam już nie możemy z Binią się dostać, bo w oknach są kraty. Nie pożyczamy książek, bo ciotka ma okropny zwyczaj wycinania stron, które wydają się jej nieodpowiednie. Niedawno przyłapała nas na czytaniu książki i musiałyśmy z Binią klęczeć przez godzinę na grochu.
            -  Cóż to za metody wychowawcze! – Aleks gniewnie zmarszczył brwi.
            -  A jakie bolesne! Ciotka pilnowała, żeby Jaga nie podłożyła nam poduszek pod kolana.
            -  To okrutna tortura! – stwierdził, nie kryjąc oburzenia. – A co takiego czytałyście?
            -  „Balladynę” pana Słowackiego.
            Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
            -  I za to klęczałyście na grochu?
            - Tak, bo ciotka uznała, że Balladyna źle się prowadziła, a sam pan Słowacki był bezbożnikiem i masonem. Za to Pan Bóg pokarał go suchotami!
            Aleks potrząsnął głową.
            -  Zdumiewające! – mruknął. – Jakże się ta Marynia zmieniła.
            -  Aha! Panie Alku, co to znaczy mason?
            Z  uwagą wysłuchała wyjaśnienia, jednocześnie żałując, że jej sukienka jest przerabiana i ma wyraźną cerą po rozdarciu. Pantofelki także były podniszczone, więc prędko schowała stopy pod ławkę. Nie zdawała sobie sprawy, że emanuje czarem  młodziutkiej kobiecości. Ośmielona, sama zaczęła zadawać mu pytania, interesując się jego pobytem w Paryżu i młodymi latami, które spędził w Korpusie Paziów w Petersburgu. Opowiedział jej wiele zabawnych zdarzeń z tego okresu, a ona reagowała wybuchem serdecznego śmiechu, zupełnie zapomniawszy o zmartwieniach. Była uważną słuchaczką, stawiając pytania inteligentnie i dociekliwie, a jej komentarze były wesołe i dowodziły spostrzegawczości. Patrzyła na niego zauroczona jego odmiennością, jaką  różnił się od znajomych chłopców. Zastanawiała się także, dlaczego jego oczy tak często wyrażają smutek. Pomyślała, że pewnie jest za głupia  i za mało wykształcona, aby go zrozumieć.
            -  Właściwie powinnaś mieć jeszcze guwernantkę. – powiedział zamyślony.
            -  Nie, po co? – zdziwiła się. – Przecież jestem dorosła.
            Roześmiał się i poklepał ją po ramieniu.    
            - Owszem, piętnaście lat to sędziwy wiek. Ale nawet taka staruszka powinna się jeszcze dokształcać. Postaram się, żebyś mogła grać na dobrym instrumencie, czytała mądre książki i dowiedziała się o wielu ciekawych rzeczach.
            - Naprawdę, panie Alku? – Nina aż wstrzymała oddech z wrażenia. – Bardzo chcę się uczyć bo wiem, że nie grzeszę mądrością. Nie potrafię jeść ostryg ani homarów i nie znam mnóstwa czynności potrzebnych w naszej sferze. Ale obiecuję panu solennie, że wszystkiego się nauczę.
            Koło ich ławki przeszedł ogrodniczek. Nina momentalnie zamilkła, zbladła, a cała radość i ożywienie uleciały z niej, jak powietrze z przekłutego balonika. Podniosła się z ponurą miną przeczuwając, że to ciotka posłała tego chłopaka na przeszpiegi.
            - Musimy wracać, bo ciotka Maria będzie gniewać się na mnie – odezwała się z nieukrywanym żalem.
            W salonie pani Borutyńska posłała im przeciągłe, badawcze spojrzenie. Rumieńce na policzkach Niny i jej świetliste oczy, pozwalały się wiele domyślać.
            - Daruj, Olesiu. – odezwała się z fałszywą słodyczą. – Zajęłyśmy się klejnotami i nawet nie zdążyłam spytać cię o Paulinkę. Co to za prześliczna kobieta! Wprost napatrzeć się nie można.
            -  Dziękuję, Paula czuje się znakomicie. – odpowiedział chłodno.
            - O, masz, mój drogi, najpiękniejszą kobietę za żonę w całej guberni, a może nawet w Królestwie. 
            Aleks nie wyglądał na zachwyconego jej pochwałami.
            -  Przesadzasz, Maryniu. Znalazłbym równie piękne panie, nie wychodząc z tego pokoju.
            Dziewczęta uszczęśliwione jego galanterią dygnęły, rumieniąc się z radości. Ale Nina natychmiast domyśliła się prawdziwych intencji ciotki. „Wstrętna, złośliwa czarownica! – pomyślała z gniewem. – Wcale bym się nie zdziwiła widząc, jak wylatuje przez komin na miotle na Łysą Górę!”
            Hrabia zaczął się żegnać, dziękując za zaproszenie na obiad i tłumacząc odmowę, pilnymi sprawami majątkowymi. Wbrew tradycji, nakazującej pani domu żegnać gości na progu salonu, ciotka odprowadziła kuzyna aż na ganek. Panny pobiegły za nimi i mogły przez chwilę podziwiać prześliczną wiedeńską karetę zaprzężoną w czwórkę arabów. Takiego zaprzęgu nie miał nikt w całej guberni. Na wysokim koźle siedział starszy stangret w bogatej liberii i młody lokaj. Obaj mieli dumne miny charakteryzujące służbę z wielkopańskich domów. Nina zwróciła uwagę na wymalowaną na drzwiczkach ekwipażu tarczę herbową, z dziewięciopałkową hrabiowską koroną. Kiedy konie ruszyły, długo nie odrywała oczu od oddalającej się karety.
            Zaraz po obiedzie dziewczęta rozjechały się do domów. W pokoju kredensowym  Jaga starannie myła srebra stołowe użyte w czasie posiłku. Nina liczyła je, wycierała miękką ściereczką i układała w dużym safianowym pudle. Ciotka Maria otworzyła rzeźbioną szafę kredensową i wyjęła z niej półmisek z przygotowaną dla męża przekąską. Nałożyła jeszcze na talerz porcję zimnego rostbefu, dekorując mięso drobniutkimi korniszonami i marynowanymi rydzami. Wuj Ksawery lubił dobrze zjeść, a na obiad była pieczeń z zająca w sosie winno-śmietanowym, kasza i zasmażane buraczki. Ciotka nakazała kucharce trzymać ogień pod piecem kuchennym, aby potrawy były gorące i odłożyła dużą porcję budyniu dla męża. Znudzona Binia kręciła się po kredensie, gryząc sucharki i co chwilę wpadając komuś pod rękę. Skończywszy przygotowywać zakąski, ciotka raczyła spojrzeć na Ninę.
            - Zauważyłam, że wyraźnie narzucałaś się panu hrabiemu. Pamiętaj, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Cóż takiemu wielkiemu panu, do takiej smarkuli? O czym tak długo rozmawialiście?
            -  Pan hrabia pytał mnie, czego wujostwo życzą sobie na prezent ślubny dla Bini.
            -  O! – pani Borutyńska zamarła z wrażenia. – Ciebie pytał? Co powiedziałaś?
            - Mnie pytał, bo to ma być niespodzianka. Wspomniałam, że odpowiednie byłyby srebra stołowe.
            -  Doskonale! – ucieszyła się ciotka. – No, przecież raz ruszyłaś dowcipem, jak zdechłe ciele ogonem. A co na to pan hrabia?
            Binia stanęła jak wryta oszołomiona przyszłym prezentem. Jaga zastygła ze ścierką, którą ostrożnie myła srebra i obie, razem z ciotką ,czekały w napięciu na odpowiedź Niny.
            -  Pan hrabia powiedział, że dobrze.
            Pani Borutyńska odetchnęła i rozpromieniła się z radości.
            -  Słyszałaś, Biniu? Dostaniesz od wuja srebra. A ile grosza się zaoszczędzi! No, Olesia stać na takie kosztowne prezenty. A już się martwiłam, że czeka nas nowy wydatek. Szkoda, że nie pomówił ze mną. Zawsze dziwak. Ale przez tyle czasu nie rozmawialiście o srebrach. Gdzie byliście?
            - Siedzieliśmy nad rzeczką. Wuj opowiadał takie ciekawe rzeczy o Paryżu i swoich podróżach.
             Pani Borutyńska uniosła z ironią brwi.
            -  Rzeczywiście? Siedzieliście nad rzeczką i gadaliście o Paryżu?
            -  A co innego mieliśmy robić? – naiwnie spytała Nina, szeroko otwierając oczy.
            Nie wiadomo dlaczego, jej pytanie rozwścieczyło ciotkę.
            - Jesteś bezczelna! – wrzasnęła z pasją. – Ja ci mówię, że ty się jeszcze doigrasz! Wstrętne dziewczynisko! Ledwie z pieluch wyrosłaś, a już wdzięczyłaś się do chłopców. Skokietowałaś      Orlewicza, ale sakramentu się bałaś. A może masz na oku lepszą partię? O, ja dobrze wiem, co ci chodzi po tej głupiej głowie. Ale nic z tego! Nie dopuszczę, żeby pod moim dachem taka smarkula gziła się po krzakach z żonatym mężczyzną. Spójrz tylko w lustro. Gdzie tobie do jego żony!
            Nina stała z rozchylonymi ustami, drżąca, przerażona nagłym atakiem.
            - Mamo, przecież Ninka nie zrobiła nic złego. – Binia zgorszona zachowaniem matki, solidarnie ujęła się za siostrą.
            -  Milcz! – tupnęła nogą matka. – Nie wtrącaj się, kiedy ja mówię. Ona daje ci zły przykład.
            Trupio blada Nina, uchwyciła się stołu żeby utrzymać równowagę, bo nogi ugięły się pod nią.
             - Dlaczego ciocia na mnie krzyczy? – odezwała się nieswoim głosem. – Przecież ciocia sama pozwoliła mi pójść z panem hrabią na spacer. Ja nie kokietowałam pana Orlewicza, nie chciałam żeby mi się oświadczył. I nie siedzieliśmy z panem hrabią w krzakach, tylko na ławce w ogrodzie.
            Głęboko zraniona, próbowała się usprawiedliwić, chociaż wiedziała, że to i tak nic nie pomoże. Oczy jej napełniły się łzami, a drobne usta trzęsły się, powstrzymując szloch. Absolutnie nie rozumiała oskarżeń ciotki i wzdrygnęła się, czując nadciągającą burzę. Ale Jaga doskonale pojęła aluzję i aż zatrzęsła się z oburzenia. Przerwała zmywanie sreber i stanęła przed rozwścieczoną damą, instynktownie zasłaniając sobą Ninę. Pani Borutyńska często wyżywała się na siostrzenicy, nie szczędząc jej klapsów, a nawet policzków.    
            - Proszę pani dziedziczki… - odezwała się, cichym, łamiącym się ze wzburzenia głosem. – Pani nie powinna odzywać się w ten sposób do dziecka, przez pamięć o jej matce. Ninka jest niewinna i nic złego się nie dzieje. Nic, czego mogłaby się wstydzić.
            - A Jaga tu czego? – krzyknęła ciotka dysząc z gniewu. – Może się Jadze tu nie podoba, to wolna droga. Fora ze dwora! A ty, moja panno, - podeszła do Niny i pogroziła jej palcem. – nie rób minki skrzywdzonej niewinności. Na szczęście wkrótce wyjedziesz do Berlina, a pani Darecka ma ciężką rękę dla służby i prędko wybije ci z głowy fanaberie. Jak napracujesz się w dzień i kilka razy wstaniesz w nocy do dzieci, to odechce ci się amorów. Aż do ślubu Bini, zabraniam ci pokazywać się w salonie, kiedy przyjadą goście. Masz siedzieć u siebie, albo w kredensie. To najodpowiedniejsze miejsce dla ciebie.
            Nina patrzyła przez chwilę na ciotkę gryząc wargę, a potem pochwyciła szeroką spódnicę i z głośnym płaczem uciekła na facjatkę, zatrzaskując za sobą drzwi. Jaga z ponurą miną, cała roztrzęsiona, powróciła do przerwanego zajęcia. Nie mogła się uspokoić i przeboleć obelg rzucanych na jej ukochaną dziewczynkę. Pracowała z kamienną twarzą, przeklinając w duchu panią Borutyńską. Nie mogła jej wybaczyć,  że tak okrutnie, zupełnie bez powodu sponiewierała Ninę.
            Binia spod oka przypatrywała się matce, czekając aż przejdzie jej złość. Nie rozumiała, dlaczego tak uparcie matka zatruwała życie córce jedynej zmarłej siostry, którą niegdyś bardzo kochała. Usiadła na brzegu stołu i wpatrując się w okno, kołysała w powietrzu nóżkami.
            -  Najwyższy czas, żeby pomówić z księdzem proboszczem o dekoracji kościoła. – odezwała się nagle.
            Matka zbyła jej słowa wzruszeniem ramion, zajęta układaniem na półmiskach plastrów różowej szynki, zimnej pieczeni cielęcej i pasztetu z dziczyzny. Rzuciwszy okiem na zegar pomyślała, że mąż już powinien wrócić z Suchedniowa. Zawsze niepokoiła się, kiedy długo nie było go w domu.
            - Przede wszystkim zajmij się swoją wyprawą. – odburknęła ostro. – Na koszulach i halkach brakuje monogramów. Pomyśl także o przygotowaniu pokoju dla Edwarda. Przyjeżdża w przyszłym tygodniu. Moim zdaniem, najlepszy będzie ten zielony salonik, obok kancelarii ojca. Należy tylko zmienić kotary przy oknach i wyprać firanki. To jest praca dla ciebie.
            - Wydaje mi się, że odpowiedniejszy byłby dla niego ten pokój z tapetą w liście bluszczu, w południowym skrzydle. Ma wyjście na ganek. – odważyła się zaoponować Binia.
            -  Nie. Rób co każę.
            - Dobrze. – Binia miała wielką chęć zwiać z domu, zanim gniew matki zwróci się przeciwko niej. - W takim razie pojedziemy z Ninką konno na plebanię i na miejscu obejrzymy, co jest do zrobienia.
            - Nic pilnego. Sama pomówię z proboszczem, w niedzielę po mszy. – pani Borutyńska schowała pudło ze srebrami do masywnej szafki i starannie zamknęła ją na klucz. – Trzeba zapędzić dziewczyny z czeladnej do plecenia wieńców.
            Binia poczerwieniała i ściągnęła brwi.
            - Mama wybaczy! – powiedziała opryskliwie. – Ale ostatecznie to mój ślub i ja się tym zajmę!
             Zbuntowana, ze wzrastającym zdenerwowaniem, coraz szybciej machała nóżkami, kołysząc się w przód i w tył.
            - Przestań kołysać diabła! – krzyknęła matka. Była rozdrażniona i zmęczona, zamierzała się położyć i zdrzemnąć do czasu przybycia męża. Tymczasem córka zatrzymywała ją w kredensie. – No dobrze. – skapitulowała. – Jedź sobie, ale tylko ze stajennym. Nina nie jest dla ciebie odpowiednim towarzystwem.
            - A stajenny jest? Zdumiewające. – Binia nie zamierzała ustępować -. Pojadę z Niną. Nie zamierzam w czasie jazdy prowadzić konwersacji z parobkiem.
            Zbliżał się czas rozstania z rodzicami i rychły wyjazd z rodzinnego domu dodawał jej odwagi. Matka już nie miała nad nią takiej władzy jak poprzednio. Była dorosła i wychodziła za mąż! Postanowiła nie ustępować. Pani Borutyńska obserwująca córkę ukradkiem, stwierdziła zaskoczona, że cicha i uległa Binia jednak odziedziczyła po niej mocny charakter  i silną wolę.
            - No więc jedźcie, tylko na miłość boską, przestań zawracać mi głowę! – machnąwszy ręką, poszła się położyć, mamrocząc coś do siebie pod nosem.
            Rozczochrany stajenny przyprowadził przed ganek dwie klacze. Spłakana Nina niechętnie przyjęła zaproszenie Bini na przejażdżkę. Miała ochotę pozostać w swoim pokoju i wypłakać się w samotności. Obawiała się jednak, że ciotka przypomni sobie o niej i obarczy nową robotą. Przebrała się w amazonkę, a raczej w płócienną bluzkę i spódnicę, noszącą tak szumną nazwę, wyszła z domu i wsparła stopę na ręce parobka. Zręcznie dźwignęła się na siodło, cmoknęła na konia i ruszyła w ślad za jadącą stępa Binią. Zamiast skręcić w topolową aleję wiodącą do wsi, Binia skierowała Paminę w stronę lasu. Po chwili otoczył je bór, mocno podszyty karłowatą drzewiną, krzakami i ogromnymi paprociami. Smukłe, wyniosłe pnie jodeł, wznosiły ku błękitnemu niebu strzępiaste korony. Słońce schodziło już ku zachodowi, złocąc czuby drzew. Powietrze wonne było od zapachu kwiatów, leśnych ziół, żywicy i rozgrzanej ziemi. Z głębi lasu dochodziły głosy ptaków, śpiew drozda, jednostajne stukanie dzięcioła i skrzeczenie sójek. Sroki wydawały donośne okrzyki, przelatując falistym lotem z miejsca na miejsce, zaintrygowane widokiem jeźdźców. Konie szły prawie bezszelestnie po miękkiej trawie, tonąc po piersi w szmaragdowych paprociach.
            Oczarowana urokiem lasu, Nina przestała żałować, że dała się namówić na spacer i ściągnęła cugle, jadąc noga za nogą, żeby dłużej rozkoszować się swobodą i pięknem natury. Kochała las, drzewa, kwiaty i zwierzęta. Cisza i spokój zasypiającej wolno przyrody, kojąco oddziaływała na jej skołatane nerwy. Wybrały się na konny spacer po raz pierwszy, od dnia powrotu z Warszawy. Ciotka Maria nie darowała im nieposłuszeństwa i ukarała dziewczęta bardzo surowo. Szczególnie dokuczała Ninie podejrzewając, iż to ona była inicjatorką wyprawy po rannego Jasia. Swoje niezadowolenie ciotka okazywała jednoznacznie, nie odzywając się do nich przez tydzień ani słowem. Polecenia wydawała im przez służbę. Dziewczętom nie wolno było  oddalać się z domu, poza furtkę ogrodzenia i przebywać w salonie w czasie wizyty gości. Za karę pracowały w kuchni, pomagając kucharce przy robieniu wędlin i sporządzaniu marynat. Razem z wynajętymi szwaczkami szyły i znaczyły monogramami wyprawną bieliznę Bini, albo układały w skrzyniach porcelanę i drobniejsze przedmioty, jakie przyszła pani Świerczyńska zamierzała zabrać do nowego domu. Harowały jak wyrobnice porządkując strych. Wynosiły stamtąd odwieczne gazety i stare graty. Strych wysprzątany i wyszorowany do białości, miał się stać w czasie wesela sypialnią dla męskiej młodzieży. 
            Zbliżający się czas rozstania pogodził matkę z córką, lecz bynajmniej nie złagodził wrogiego stosunku ciotki do siostrzenicy. Dokuczała jej z tym większą zawziętością zapowiadając, że od ślubu Bini nie ma dla niej miejsca w Sarnikach. Sytuacja Niny stawała się po prostu dramatyczna. Na pomoc Jasia liczyć nie mogła, bo ranny, nie podniósł się jeszcze z łóżka. Dopiero Binia  zwróciła się narzeczonego, a ten polecił ją swojej krewnej. Powrót do Prus przejmował Ninę trwogą. Powracały obrazy śmierci matki i nędzy,  jaką przeżywały w Gnieźnie. U ciotki Borutyńskiej doznała wiele niezawinionych krzywd, ale tutaj się wychowała i całym sercem pokochała krainę Gór Świętokrzyskich. Kochała ogromne puszcze, dwory, pałace arystokracji, pełne prastarych zabytków kościoły i klasztory, pradawne zamki rycerskie świadczące o wspaniałej historii narodu.
            Nie wyobrażała sobie życia z dala od tej cudownej, pełnej legend ziemi. Zatroskana Jaga z bólem patrzyła na jej bladą, spłakaną buzię i czerwone od wylanych łez oczy. Jednakże, będąc sama na łaskawym chlebie, niewiele mogła pomóc swej pupilce. Pełniąc przez lata obowiązki klucznicy, potrafiła stać się potrzebną. Pani Borutyńska zaproponowała jej nawet dożywotni pobyt w Sarnikach wspomniawszy, że Jaga była zaufaną garderobianą na dworze matki, lecz ona zdecydowanie i stanowczo odmówiła oświadczając, że pójdzie za Niną, choćby na sam koniec świata.
            Dopiero rozmowa z wujem Aleksem tchnęła w Ninę odrobinę nadziei. Nie wiedziała gdzie znajdzie ten drugi dom i niepokoiła się przyszłością, kryjącą same niewiadome. Obawiała się również, aby wuj Aleks uniesiony ojcowska troską, nie umieścił jej na jakiejś klasztornej pensji. Miała powyżej uszu ciągłych rygorów i zakazów. Marzyła, by posmakować swobody, pocieszając się, że na razie nie ma powodu do rozpaczy. Najważniejsze, że nie pojedzie do Berlina! Chciałaby zamieszkać gdzieś w pobliżu Makowa, ale rozumiała, że są to marzenia ściętej głowy. Wkrótce ślub Bini i wtedy rozstrzygną się również i jej losy. Przyszło jej na myśl, że na weselu spotka się zapewne z hrabiną Paulą. Nienawidziła jej! Paula obraziła ją  śmiertelnie, a co więcej, była żoną mężczyzny, którego Nina uwielbiała. Z palącym uczuciem zawiści, porównywała własne ubogie sukienczyny, z paryskimi kreacjami pani Klonowieckiej. Z obsesyjną wręcz zazdrością, rozmyślała o beztroskim, próżniaczym trybie życia tej niegodziwej kobiety, porównując je ze swoją ponurą, nędzną egzystencją. Jej zdaniem, Paula nie zasługiwała na takie jedwabne życie. Była podła i źle wychowana, a jednak mąż kochał ją i obsypywał kosztownościami. Ech,  nie ma sprawiedliwości na tym świecie!
            Uświadomiwszy to sobie raz jeszcze, z wściekłością szarpnęła cuglami, aż przerażona klacz zarżała i stanęła dęba, o mało nie zrzucając jej z siodła. Hałas zaniepokoił jadącą przodem Binię. Powstrzymała          Paminę i obejrzała się za siebie.                                                                                                 -  Co się dzieje?            
            - Nic takiego, tylko ta bestyjka postanowiła połamać mi kości. – skłamała Nina, czerwieniąc się ze wstydu. Wyrzucała sobie, że sprawiła zwierzęciu ból. Nigdy nie uderzyła żadnego konia, darząc miłością nawet najstarsze szkapy.              
            - Odpoczniemy tu chwilę. – oznajmiła Binia i nie czekając na zgodę, zeskoczyła z klaczy, klepiąc ją po szyi.
            -  A proboszcz? – zdziwiła się Nina.
            -  Zdążymy. – Binia przywiązała cugle do krzaka, usiadła na mchu i wsparła się plecami o pień wysmukłej sosny.
            Nina przysiadła obok niej i nagle zapanowało niezręczne milczenie. Konie chodziły w pobliżu, skubiąc soczystą trawę i opędzając się ogonami od much. W gęstwinie liści świergotały ptaki, a łagodny wiatr chłodził spocone twarze dziewcząt.
            - Właściwie, to ja się wcale do księdza proboszcza nie wybierałam. – odezwała się Binia i znowu zamilkła, niespokojnie zerknąwszy na kuzynkę.
            - Naprawdę? – Nina ułożyła się wygodnie na miękkiej murawie i podłożyła ramiona pod głowę. Nie wiedziała do czego Binia zmierza i wolała nie zabierać głosu, czekając co powie.
            Binia ponownie spojrzała na nią i rumieniąc się, w zakłopotaniu przygryzła dolną wargę.
            - Ninko. – przemówiła, zebrawszy się w końcu na odwagę. – Za kilka tygodni już mnie w Sarnikach nie będzie i jeden Bóg wie, kiedy się znowu zobaczymy. Taka okazja porozmawiania w cztery oczy, może się nam drugi raz nie trafić. Przecież wiesz, jak mamcia uwielbia podsłuchiwać i cały czas ma nas na oku. Czy wolno mi zadać ci bardzo osobiste pytanie?
            - Aha! – Nina miała nieprzenikniony wyraz twarzy i patrzyła w niebo, śledząc wzrokiem przepływające puszyste obłoczki.
            - Nie gniewaj się na mnie. Ale odniosłam wrażenie, że wuj Aleks nie jest ci obojętny. Rozumiesz, co mam na myśli? Czy ty go kochasz?
            Nina tak długo nie odpowiadała, że speszona Binia miała ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu.
            - Najmocniej cię przepraszam, bo widzę, że palnęłam okropną gafę! – jęknęła. – Ale dzisiaj patrzyłaś na niego jakimś szczególnym wzrokiem i cała aż promieniałaś radością. Matka także to spostrzegła i dlatego urządziła tę bezsensowną awanturę. Przepraszam…
            Niespodziewanie Nina poderwała się i usiadła, cała zjeżona, wpijając w nią napastliwe spojrzenie.
            -  Czego ty ode mnie chcesz? –  wybuchła z pasją. – A gdyby nawet tak było, to co? Mam wskoczyć do studni? Czy ja krzywdzę kogoś tą miłością? Czy to grzech pokochać człowieka, który okazał mi tyle serca i zapalił światełko nadziei? – wpatrywała się w osłupiałą Binię płonącym wzrokiem, zaciskając obie dłonie w pięści. Kochała kuzynkę, uważała ją za rodzoną siostrę, ale zirytowana obraźliwymi podejrzeniami, jakimi uraczyła ją ciotka, w porywie gniewu odegrała się na Bogu ducha winnej Bini.
            Na szczęście Binia wcale się nie obraziła, tylko objęła ją za szyję i ucałowała. Nina popatrzyła jej w oczy, a potem przejęta skruchą, upadła na kolana Bini, płacząc i mocząc łzami jej spódnicę.
            - Najmilsza, wybacz, jestem podła! Nie powinnam wrzeszczeć na ciebie. Wcale nie zasługuję na twoją miłość. Nieraz zazdroszczę ci, że jesteś bogata. Widzisz? Już nie będziesz mnie kochać. – zalewała się łzami, całując ją po rękach.
            - Nie bredź, kotku! Na twoim miejscu zachowywałabym się o wiele gorzej. Ja również niekiedy zazdroszczę ci urody. Żadna z nas nie jest aniołem i Bogu dzięki, bo ziemia nie przypomina raju. Czy wuj Aleks wie, że go kochasz?      
            Nina uniosła czerwoną, spłakaną twarz i spojrzała na nią z przerażeniem.
            -  Biniu, nigdy sobie na to nie pozwolę. Och, zapewne pomyślałby, że jestem idiotką. No bo kimże ja jestem? Prostą dziewczyną bez wykształcenia. Zwyczajną gęsią. Chyba coś mi padło na mózg. Ale wiesz, czasami kiedy o nim myślę, wydaje mi się, że jest on drugą połową mojej duszy. Tym, kogo los mi przeznaczył. – uszczęśliwiona, że nareszcie może się komuś zwierzyć, znajdując przy tym całkowite zrozumienie, przysiadła się bliżej i powtórzyła Bini rozmowę z Aleksem.
            - A widzisz, niedowiarku? – zaśmiała się Binia ściskając ją. – Bóg cię wysłuchał. Wuj naprawdę znalazł się bardzo szlachetnie, tylko hrabina nie budzi mojej sympatii. Ona jest jakaś dziwna, prawda?
            - Jest cyniczna i niegodziwa! – i Nina opowiedziała jej o skandalicznej propozycji Pauli w dzień Nowego Roku. 
            - Nie do wiary! – Binia aż poderwała się z oburzenia. – Podejrzewam, że ta kobieta wcale nie jest damą. Nie rozumiem, jak wuj Aleks, mężczyzna tak wyjątkowy, mógł poślubić tak nędzną kreaturę. Wiesz, pani wojewodzina kiedyś przebąkiwała, że ona nawet nie pochodzi ze szlachty. Une rien du tout!
            - Oui! – zgodziła się z nią Nina. – Elle á de chanse cette rien du tout!  Jest piękna, to trzeba przyznać i może dlatego pan Alek tak ją kocha. Zauważyłaś jej stroje, a klejnoty? Zresztą, czy to możliwe, żeby osoba nie pochodząca z wyższych sfer mogła być frejliną na cesarskim dworze?
            - Tego nie wiem. – Binia wyjęła z kieszeni dwa cukierki i poczęstowała Ninę. – Jaka szkoda, że wuj Aleks tak wcześnie się ożenił. Mógł poczekać aż ty dorośniesz. Mamcia zachwyca się hrabiną, pewnie dlatego, żeby zrobić pani wojewodzinie na złość, bo wie, że ona Pauli nie znosi. Często wstyd mi za rodziców, ale nic na to nie mogę poradzić. Mnie także bez pytania wydają za mąż.
            -  Może wujostwo sądzą, że on ci się podoba?
            -  Podoba? – Binia parsknęła drwiącym śmiechem.- O miłości nie może być tu mowy. Przecież „dzieci i ryby głosu nie mają.”  To wyłącznie kontrakt i nic więcej.
            Nina popatrzyła na nią z czułością i głębokim współczuciem. Biedna bogata narzeczona. Zrobiło się jej przykro, że dotąd więcej myślała o sobie i  z przerażeniem zrozumiała, że gdy Binia wyjedzie, już nikt i nigdy jej nie zastąpi, i że będzie szalenie za nią tęsknić.
            -  Pewnie przyjemnie jest pokochać kogoś. – szepnęła zamyślona Binia.
            - Nie wiem, bo mnie wcale nie jest przyjemnie. – odparła Nina z westchnieniem. – Nawet przy spowiedzi nie mówię prawdy, bo może ksiądz proboszcz nie dałby mi rozgrzeszenia. To przecież wielki grzech, kochać się we własnym wuju.
            - Przesadzasz, kotku. Wasze pokrewieństwo nie jest aż takie bliskie. Gdyby wuj był wolny, mogłabyś go poślubić. Babcia Eleonora, secundo voto wyszła za rodzonego brata swej matki i wszyscy chwalili ten związek, bo majątek pozostał w rodzinie.
            - Owszem. – przyznała Nina.- Ale babcia marszałkowa miała majątek, a dziadek Dobraniecki był kawalerem. Ja nie posiadam posagu i nie byłabym odpowiednią partią dla hrabiego.
            - Co ty pleciesz, kochanie. Liczą się koligacje. Jesteś wnuczką marszałka szlachty, prawnuczką senatora, stryjeczny dziadek był biskupem, a po mieczu pochodzisz z jednej z najstarszych familii w Polsce. Nałęcze figurują w kronikach już za pierwszych Piastów. Entre nous soit dit, małżeństwo wuja wydaje się jakieś dziwaczne, nie uważasz? Może i moje będzie podobne?
            Nina wzdrygnęła się, bo naraz ogarnęło ją jakieś złe przeczucie. Zamierzała wytoczyć mocne argumenty przeciw małżeństwu Bini, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
            - Nie można tego ślubu odłożyć? Błagam cię, najdroższa, nie wychodź za pana Świerczyńskiego bez miłości.
            Binia odetchnęła i zsunęła kapelusz na tył głowy.
            -  Mam dalej znosić wścibstwo matki i wrzaski ojca? – w jej oczach pojawił się  twardy wyraz. - Nie! Wprawdzie Edward nie przypomina królewicza z bajki, jest nudny i nijaki, ale posiada duży majątek, wygodny dom i niewielu krewnych. Będę miała własne pieniądze i swobodę. A najważniejsze, że Kujawy to już Wielkie Księstwo Poznańskie, inne państwo i daleko stamtąd do Sarnik. Ale gdziekolwiek będę, zawsze możesz na mnie liczyć. 
            Uniosła ramiona i zaczęła upinać warkocze, które wysunęły się spod kapelusza.
            - Boję się o ciebie. – rzekła Nina. – Z  panem Świerczyńskim różnicie się charakterem i wiekiem.
            - Mama mówiła, że najlepszy mąż to starszy mężczyzna, bo potrafi uszanować żonę. – Binia zarumieniła się i spuściła oczy.
            - Czyżby? To dlaczego ciotka nie poślubiła starego dziada, tylko wyszła za człowieka którego kochała? I co to znaczy, że starszy uszanuje żonę? Młody tego nie potrafi? 
            Binia potrząsnęła głową i złożyła na jej czole czuły pocałunek.
            -  Jedźmy już na tę plebanię, bo matka gotowa sprawdzić czy tam byłyśmy.
             Wstała i otrzepała spódnicę z drobin mchu i sosnowych igieł. Dosiadły koni i ruszyły ku wsi. Las pozostał za nimi, a dookoła rozciągały się faliste pola uprawne, zasiane zielonkawym jeszcze zbożem i równymi rzędami ziemniaków. Pomiędzy gęstymi jak szczotka kłosami, migotały czerwone maki polne, niby płomyki ognia. Przy miedzy błękitniały chabry i plenił się kąkol. Spod kopyt klaczy uciekały w popłochu szare kuropatwy, zające i przepiórki, kryjąc się w wysokiej trawie. Droga, po obu stronach wysadzana włoskimi topolami, wiodła do wsi. Na jej końcu stał kościół. Popędziły konie, bo słońce już zachodziło i z wolna wypełzały cienie wieczoru. Chłopi pracujący jeszcze na dworskich polach, kłaniali się pannom do ziemi. Binia odpowiadała uprzejmym skinieniem głowy i zamieniła kilka słów z karbowym, polecając mu kończyć pracę, bo ludzie są zmęczeni. Gdy ruszyły w dalszą drogę, poprawiła się w siodle i rzekła:
            - Na naszym folwarku w Hożej, pracował kiedyś młody pisarz prowentowy. Raz zasiedziałam się na folwarku, a on odprowadził mnie do domu, bo już zanosiło się na burzę. – Binia skróciła cugle, bo Pamina rzuciła łbem i niespokojnie zadreptała. – Wtedy on mnie pocałował!
            Nina była tak wstrząśnięta tym szczerym wyzwaniem, że wydała okrzyk i o mało nie spadła z konia. Pomimo ubóstwa, zachowała dumę rodową i nie mogła pogodzić się z myślą, że młoda dama pozwoliła prostemu gryzipiórkowi podnieść na siebie oczy. Mało tego, dopuściła go do poufałości! Binię rozśmieszył wyraz zgorszenia malujący się na jej twarzy.
            - Nie powinnaś mieć mi tego za złe. Wyobraź sobie, że hrabia Klonowiecki stracił majątek i został zwykłym zjadaczem chleba. Odwróciłabyś się od niego?
            - Ależ kochanie, to zupełnie coś innego. – oburzyła się Nina. - Kochałabym go nawet wtedy, gdyby siedział pod kościołem.
            Wyobraziwszy sobie hrabiego siedzącego pod kościołem, z ręką wyciągniętą po jałmużnę, Binia aż skręciła się na siodle ze śmiechu. Nina, spojrzała na nią urażona, ale nie utrzymała powagi i także zaczęła się śmiać.
            Pola uprawne skończyły się i wjechały w opłotki wsi. Sarniki były dużą osadą, lecz widząc nędzne, rozpadające się chałupy, Nina pomyślała, że w niedalekiej przyszłości wuj Ksawery może mieć poważne kłopoty ze swoimi poddanymi. Wuj Borutyński był znakomitym gospodarzem, oszczędnym i zaradnym, ale los chłopów wcale go nie obchodził. Był srogim dziedzicem i nigdy nie okazał ludziom ani odrobiny szacunku za ich ciężką pracę. Chłopi drżeli na jego widok, jednocześnie śmiertelnie go nienawidzili i czekali tylko na okazję, żeby się zemścić. Minęło dopiero piętnaście lat od straszliwej rzezi galicyjskiej szlachty, mordowanej przez zbuntowanych chłopów pod przywództwem Jakuba Szeli, i starsi gospodarze we wsi dobrze o tym pamiętali. Władzom carskim wszelkie konflikty klasowe były bardzo na rękę, gdyż skłócały już i tak podzielone społeczeństwo polskie.
            Minąwszy wieś, dziewczęta zatrzymały się przed kościołem. Zbudowany z polnego kamienia na planie krzyża, budynek był bardzo stary. Smukła wieża z dzwonami wznosiła się ponad korony niebotycznych lip. Przy murze cmentarnym sąsiadującym z kościołem, rosły wielkie krzewy jaśminów obsypanych kremowymi kwiatami. Ich upajający zapach unosił się dookoła, zwabiając tysiące pszczół. Obok kościoła był stary piękny cmentarz, na którym grzebano od pokoleń nie tylko chłopów, ale i okoliczną szlachtę, mającą na cmentarzu rodzinne grobowce. Za murem był sad, a dalej stała plebania: biały dworek porośnięty bluszczem.
            Proboszcza nie zastały. Rozłożysta żona organisty, pełniąca obowiązki gospodyni, dygnąwszy uprzejmie powiadomiła panny, że ksiądz dobrodziej siedzi w kościele z nowym wikarym. Przez potężne wrota dębowe nabijane stalowymi ćwiekami, weszły do świątyni. Unosiła się tu charakterystyczna woń, składająca się z resztek zapachu kadzidła, wosku, zbutwiałego drewna, przedziwna i nieokreślona, jak wszystkie rzeczy ogromnie stare. Kamienna posadzka starta   tysiącami 
nóg wielu pokoleń zapadła, tworząc niebezpieczne dołki grożące złamaniem kostki. W bocznych kaplicach panował już mrok, a promienie zachodzącego słońca wpadały tylko do głównej nawy przez wysokie gotyckie okna, rozświetlając zakurzone witraże, drewniane posągi z oblezioną pozłotą i obrazy tak stare, że nie było widać, co przedstawiają. Z czarnego popękanego tła wyłaniały się fragmenty twarzy, rąk, czasem kawałek rozwianej szaty. W ścianach bocznej nawy, znajdowały się grobowce  dawno zmarłych dziedziców Sarnik, fundatorów wielokrotnie palonego kościoła. Wykute w miękkim piaskowcu wizerunki rycerzy wspartych na mieczu oraz niewiast w zasłonach na głowach, klęczących z pobożnie złożonymi dłońmi, z różańcem oplatającym ich palce, czas bezlitośnie przeorał, zacierając rysy twarzy oraz epitafia.
            Pod wyniosłym sklepieniem latały jaskółki, mające gniazda pomiędzy kapitelami kolumn. Ich ostry świergot był jedynym dźwiękiem zakłócającym panującą tu ciszę. Dziewczęta idąc środkiem kościoła pomiędzy ławkami,  odczytywały wprawione w ściany tablice z łacińskimi sentencjami. Ich kroki rozbrzmiewały nienaturalnie głośno, burząc spokój świętego miejsca. Przed wielkim ołtarzem uklękły i odmówiły modlitwę za dusze zmarłych. Gdy podniosły się z kolan, Binia spostrzegła, że spod drzwi prowadzących do zakrystii widać smugę światłą. Delikatnie zapukała, wołając półgłosem:
            -  Proszę księdza proboszcza!
            - A kto tam? – małe, rzeźbione drzwiczki uchyliły się i stanął w nich proboszcz. Niski, okrągły jak piłeczka staruszek, z wianuszkiem siwych włosów dookoła głowy. Obie panny bardzo go kochały i uważały za najlepszego przyjaciela. Pomimo wieku, miał energiczne ruchy, a na twarzy pogodny uśmiech.
            - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – Binia podeszła do niego i pocałowała go w ramię. – Mogę księdzu dobrodziejowi zająć trochę czasu?
            -  Na wieki wieków. Pewnie, moje dziecko. A kto stoi za tobą, bo niedowidzę.
            -  To ja, proszę księdza. – Nina wyszła z cienia, dygnęła i także pocałowała go w ramię.
            - Aha, to ty, Ninko? Czy coś się stało? Może, nie daj Panie Jezu, ktoś zachorował? – zaniepokoił się proboszcz. Pośpiesznie wyszedł z zakrystii, mrużąc krótkowzroczne oczy.
            - Nie w domu wszyscy zdrowi. – uspokoiła go Binia. – Chciałam tylko porozmawiać z księdzem o dekoracji kościoła przed moim ślubem.
            -  Prawda. To już wkrótce, na Piotra i Pawła. Godnych obrałaś sobie patronów, moje dziecko. – proboszcz odwrócił się w stronę zakrystii i powiedział głośno: - Księże Rafale, a niechże ksiądz wyjdzie, bo mamy gości.
            Rozległ się stuk odsuwanego krzesła i po chwili wyszedł stamtąd wysoki, smukły kapłan. Nie odzywając się, z dala ukłonił się pannom.
            - To mój nowy wikary, ksiądz Rafał Żabiec. – przedstawił go proboszcz. – A to córka pana dziedzica i siostrzenica pani dziedziczki. Ksiądz Rafał dopiero od wczoraj w Sarnikach, więc oprowadzam go po naszym gospodarstwie. Ale chodźmy stąd, moje dzieci, bo tu ciemno, a ja, stary, niedowidzę.
            Wyszli z kościoła i wąską ścieżką pomiędzy krzakami malin i agrestu doszli do ganku plebanii. Proboszcz zatrzymał dziewczęta na kolacji, miały więc możność przypatrzyć się nowemu wikaremu. Był bardzo młody i niezwykle piękny. Gęste falujące włosy miały błękitnawy odcień kruczych piór, a duże szare oczy ocieniały długie fryzowane rzęsy. Z delikatnej białej cery i ślicznych rysów podobny był do młodziutkiej dziewczyny. Nawet głos miał  wysoki, a całe jego zachowanie nacechowane było dziewiczą skromnością i wstydliwością.
             Obserwująca go dyskretnie Nina, nie mogła pojąć, co skłoniło tego zachwycającego chłopca do przybrania sutanny i skazania się na wieczną samotność. Zauważywszy jej badawcze spojrzenie, ksiądz Rafał opuścił długie rzęsy i zarumienił się mocno. „Dziwny ksiądz.” – pomyślała Nina i odwróciła głowę, aby go nie peszyć.
            Kolacja przeciągnęła się, bo wiele spraw było jeszcze do omówienia, ale wikary nie siedział do końca, lecz wstał i skłoniwszy się, zamierzał odejść. Binia pożegnała go serdecznym uśmiechem, a Nina przekornie wyciągnęła do niego rączkę. Ksiądz Żabiec uścisnął ją i bez słowa wyszedł. Jego dłoń była zimna, a uścisk słaby i bierny. Kiedy wychodził, jego cień długi i czarny rzucony na ścianę, na mgnienie oka zawisnął nad głową Niny. Nie wiadomo dlaczego, bez żadnej konkretnej przyczyny, ogarnął ją lodowaty strach. Nagle poczuła do wikarego niczym nie uzasadnioną niechęć, graniczącą wprost z nienawiścią. Nie rozumiała dlaczego tak się stało, nie znała źródła i motywu irracjonalnego wstrętu. Była jednak najzupełniej pewna, ze nigdy nie polubi młodego księdza.
            Za to proboszcz odprowadził Żabca ciepłym spojrzeniem.
            - To taka dobra, czysta dusza. – rzekł, zniżając głos do szeptu.- Tylko jeszcze nie obyty w świecie i lęka się kobiet. Jest synem chłopa spod Wąchocka. Ojczysko ręce sobie urobił, żeby synowi dać wykształcenie, a Rafał to ksiądz z powołania. Bogu dziękuję, że dano mi go do pomocy. Starość na karku i sił już mi braknie. – proboszcz zamyślił się i zwróciwszy oczy na Binię, ciągnął uśmiechając się do niej: - Jak ten czas leci. Tak mi  się zdaje, że zaledwie wczoraj przyniesiono mi ciebie do chrztu, a ty już wkrótce staniesz przed ołtarzem, aby ślubować mężowi. W tym kościele twoje prababki wiązały się świętym węzłem małżeńskim od szesnastego stulecia.
            -  A kiedy zbudowano ten kościół? – spytała Nina.
            -  Zapewne na początku tysiąclecia. Dawniej stała tu gontyna pogańska. Wiele razy palili go Tatarzy i Litwini, potem Krzyżacy wzniecali w nim ogień. Burzyli go Szwedzi i Siedmiogrodzianie. Ale pobożni parafianie podnosili go z gruzów i trwał dalej. W jego podziemiach spoczywają niemal wszyscy Borutyńscy, prócz tego rycerza, który poległ w bitwie z kozakami pod Beresteczkiem. Nie mają tu swego grobu twój dziad poległy pod Ostrołęką i stryj zesłany na Ural. Kiedyś, po latach, spoczną tu pewnie twoi rodzice, a może i ty kiedyś wrócisz do rodzinnego gniazda.
            Zamilkł, a dziewczęta  nie przerywały mu zamyślenia.
            Z drewnianego zegara wyskoczyła kukułka i wykukała dziewiątą godzinę. Panny pożegnały się z proboszczem i dosiadłszy koni, wyjechały na polną drogę niedaleko zakola rzeczki. Na niebie już błyszczały pierwsze gwiazdy, ale od południa nadciągały chmury i zanosiło się na deszcz. Rzeczka pluskała, mącąc ciszę wieczorną. Na szczycie wzniesienia rozpostarła się przed nimi ogromna przestrzeń, falująca trawą, przecięta wstęgami strumieni i potoków, pełna niewielkich zagajników i pól, barwnych niby pasiak łowicki, a w oddali, w krystalicznie czystym powietrzu, widoczne były ciemne grzbiety gór porośnięte lasem.
            Z obawą minęły prastare kurhany tatarskie i mogiły Szwedów, żołnierzy króla Karola Gustawa, poległych tu podczas Potopu. Podanie głosiło, że w pobliżu mogił straszy, bowiem leżeli w nich poganie i heretycy pogrzebani bez świętych sakramentów.
            W koronach drzew zaszumiał wiatr i zajęczał w krzewach porastających dawne groby. Nad górami zaczęło się błyskać. Panny podcięły konie i popędziły galopem, nie oglądając się za siebie. Na szczęście ciotka wysłała im naprzeciwko parobka z pochodnią, a ten odprowadził je aż do drzwi dworu.
                                                                                                                                                                                                                                                       
          
            Dzień świętych Piotra i Pawła wstał ciepły i słoneczny, pachnący jaśminem i różami rozkwitającymi w ogrodzie. Przed dwór sarnicki, odświeżony i ozdobiony girlandami z zieleni, od samego rana zajeżdżały powozy, bryczki i jeźdźcy na rasowych wierzchowcach. Na ganku, pod kolumnami oplecionymi bluszczem, gospodarze witali przybywających gości. Sprowadzona z miasta orkiestra stroiła instrumenty. Służący roznosili na tacach buliony, kawę, wino, zakąski, ciasta i lody. Przez zielone trawniki szły dziewczęta w pastelowych krynolinach, z kwiatami we włosach, szepczące sobie do ucha sekrety, chichocząc i zerkając zalotnie na wystrojonych kawalerów.
            W dużym salonie rozsiadły się starsze damy, zajmując kanapy i fotele. Pochylone ku sobie, oddawały się ulubionemu zajęciu, szeptem obmawiając Borutyńskich i młodą parę,  nie pozostawiając na nikim suchej nitki. Po południu zaplanowano uroczysty obiad, a wieczorem miał rozpocząć się bal. W kancelarii wuja był zimny bufet i palarnia. Panowie otaczali stoły zastawione półmiskami z zimnym mięsiwem, pieczonym drobiem i dziczyzną, wędlinami, różnymi rybami, ostrymi zakąskami i misami kawioru. Pękały majonezowe polewy sałat, strzelały korki szampana, a niektórzy panowie mieli już dobrze w czubie. Opowiadano sobie półgłosem pieprzne dowcipy, nagradzane śmiechem i oklaskami. W gronie drużbów w strojach polskich, stał pan młody, wysoki blondyn z przerzedzonymi nad czołem włosami. Miał senne bladoniebieskie oczy i pełne, zmysłowe wargi. Jak na mężczyznę w średnim wieku, usposobienie miał chłodne, zupełnie pozbawione poczucia humoru. Pił dość dużo i był już lekko wstawiony.
            Przyszłego męża Binia znała krótko. W czasie kilkudniowych wizyt w Sarnikach zachowywał się bez zarzutu, zasypując narzeczoną kwiatami, słodyczami i upominkami. Na zaręczyny dostała śliczny pierścień z dużym brylantem. Ładnie deklamował wiersze, dobrze jeździł na koniu, był pełen galanterii i przed młodą narzeczoną roztaczał urokliwy obraz życia we dwoje. Binia nie kochała go, ale lubiła. Był flegmatyczny i oszczędny, jak większość Wielkopolan, ale cechy te były raczej zaletą niż wadą. Posiadał  znaczny, znakomicie zagospodarowany majątek w pobliżu Gniezna i był dość przystojny. Czego więcej mogła oczekiwać?  Z grona młodzieży, Edward natychmiast wyróżnił Jasia i Tadeusza. W czasie długich konnych spacerów, prowadził z nimi poważne rozmowy, tłumacząc im działalność opozycji ziemiańskiej w Wielkim Księstwie Poznańskim. Ze zdumieniem dowiedzieli się, że w Wielkopolsce opozycja jest zupełnie legalna. Nikt tam nie konspiruje, bowiem jak ognia obawiano się niekontrolowanego wybuchu zbrojnego. W zaborze pruskim, Polacy mieli w niemieckim parlamencie swoich przedstawicieli i głośno mówili o tym, co się im nie podoba. Ta ugodowość Wielkopolan budziła w Jasiu i Siekielskim zdumienie, a nawet niechęć, ponieważ obaj byli gorącymi zwolennikami powstania zbrojnego.
            Przed ślubem, Binia uparła się żeby pierwszą druhną była Nina, w parze w hrabią Klonowieckim. Ciotka Maria protestowała, zamierzając dać kuzynowi druhnę z liczącej się familii, pewnie swoją ulubienicę Dorotę Jabłocką. Lecz Binia nie ustąpiła i postawiła na swoim. Świerczyński także był niezadowolony, mając narzeczonej za złe, że zadaje się z ubogą krewną. Nie wtrącał się, żeby nie drażnić Bini, ale zapewnił teściową, iż w przyszłości postara się ograniczyć do minimum stosunki żony z panną Nałęczowską.
            Nina już od świtu była na nogach, doglądając w kuchni poczęstunku dla gości i obiadu na sto osób. Narzuciwszy na siebie obszerny fartuch, w laczkach na gołych nogach i rogatych papilotach na głowie, niestrudzenie krzątała się po kuchni, spiżarni i pokoju kredensowym, dokąd wpadali spoceni służący i porywali przygotowane tace z półmiskami, filiżankami i kieliszkami z winem. W kuchni panował piekielny upał. Dygotały stolnice pod gwałtownymi ruchami wałków, a na olbrzymim piecu gotowały się i dusiły potrawy. Pachniała smażona cebulka, koper i świeże warzywa. Nina, doprawiając majonez maleńkimi korniszonami, układała plan pracy, jaka ją jeszcze tego dnia czekała. Ocierając kroplisty pot z czoła, podrygiwała w takt dolatującej z ogrodu muzyki. Cieszyła się na wieczorny bal w nadziei, że zatańczy z hrabią choć jednego walca. Jej karnecik zapisany był do ostatniej stroniczki, a  młodzi panowie przyjeżdżali  do Sarnik, aby zamówić u niej  tańce na weselnym balu.
            Obok, w pokoju kredensowym, niania rozmawiała z ciocią Salomeą, przybyłą z Jasiem na ślub z Warszawy. Starsza pani nudziła się w salonie i przyszła pomóc Jadze. Obie układały na kryształowych paterach owoce i nakładały do porcelanowych miseczek galaretki owocowe, dekorując je bitą śmietaną i kandyzowanymi winogronami.
            Przed południem do kuchni wpadł zadyszany lokaj, przynosząc pustą tacę i poprosił Ninę do jaśnie panienki. Tradycyjnie panna młoda nie pokazywała się gościom, aż do chwili błogosławieństwa. Chyłkiem, schodami dla służby, Nina pobiegła na piętro. Weszła do sypialni nowożeńców i zatrzymała się na progu. Pokój tonął w kwiatach. W wysokich kryształowych wazonach stały bukiety białych róż, girlandy różane oplatały kolumienki łoża, zasłanego atłasową kapą puszystą od koronek i tiulów, białe atłasowe kokardy przystrajały poduszki na kanapce i fotelikach oraz baldachim łoża.
            Na środku błękitnego dywanu stała Binia, bosa i zdenerwowana, w przepięknej sukni ślubnej. U jej stóp pełzły na kolanach trzy szwaczki, mozolnie fastrygując obręb szerokiej krynoliny. Na widok Niny, panna młoda odepchnęła szwaczki i rzuciła się do niej ze łzami w oczach.
            - Spójrz tylko! – wykrzyknęła z rozpaczą. – Suknia za długa! Widzisz? Przewrócę się na środku kościoła przez tą przeklętą kieckę. Nawet do jutra nie zdołamy jej przyfastrygować.
            Szwaczki w poczuciu winy pospuszczały głowy, nie śmiejąc się odezwać. Suknia rzeczywiście była za długa, a orszak weselny wyruszał do kościoła za trzy godziny. Nina obejrzała śnieżną  toaletę i z namysłem ściągnęła brwi.
            -  A dlaczego panny uparły się skracać suknię dołem? Wydaje mi się, że wystarczyłoby podwinąć ją przy szarfie. Nikt tego nie zauważy, a potem się poprawi.
            Zatroskane twarze szwaczek aż się rozpromieniły, a Binia z głośnym piskiem rzuciła się Ninie na szyję.
            - Och, najmilsza, jakaś ty mądra! Oczywiście, to jedyne wyjście. Za godzinę suknia będzie gotowa.
            Przy pomocy szwaczek zdjęła z siebie suknię i w samych pantalonach obszytych brukselską koronką i w webowym staniczku oraz atłasowym gorsecie, stanęła przed lustrem. Przeginając się i okręcając, przypatrywała się sobie z upodobaniem. Nina przycupnęła na skraju aksamitnego fotelika, ocierając  fartuchem wilgotne czoło. Binia w tafli lustra dostrzegła jej zaczerwienioną od ognia twarz i   przybrudzony fartuch. W jednej chwili spoważniała, a w jej błękitnych oczach zapłonął gniew.
            -  Rodzice to już zupełnie wstydu nie mają! – powiedziała po francusku, nie życząc sobie, aby zrozumiały ją szwaczki. – Właśnie dziś matka kazała ci zająć się kuchnią. Przecież wuj Aleks proponował własnego kuchmistrza. O, mam tego dosyć!
            Zapominając zupełnie o swym oszczędnym stroju, podbiegła do okna i wychylając się do połowy, zawołała ojca. Wuj Ksawery wyszedł na ganek i zdarł do góry głowę.
            -  Papciu, gdzie mama?
            -  Matka bawi w salonie gości, nie przeszkadzaj jej.
            -  Jednak niech papcio poprosi mamcię do mnie.
            Ciotka Maria sapiąc, weszła na piętro i rzuciwszy okiem na córkę, zaraz znalazła powód do surowej uwagi.
            -  Dlaczego stoisz w samych pantalonach? To nieprzyzwoite, włóż peniuar. Czego chcesz ode mnie?
            Binia jakby nie słysząc słów matki, z rozmachem klapnęła na kanapkę i nonszalancko założyła nogę na nogę. Nie chcąc, by obcy ludzie byli świadkami rodzinnej sceny, uprzejmie zwróciła się do szwaczek:
            -  Może panny przejdą do garderoby i tam dokończą skracanie sukni. Służący zaraz przyniesie słodycze i coś do picia. – dopilnowała, żeby szczelnie zamknęły za sobą drzwi. Z westchnieniem wskazała palcem na Ninę.
            - Obawiam się, że mama zamierza skompromitować nas dziś przed gośćmi. Tak wygląda moja pierwsza druhna!
            - Przecież mówiłam ci, żebyś wybrała inną pannę.
            - To jest moja siostra! Nie życzę sobie, żeby w takim dniu wyglądała jak kopciuch.
            Ciotka Maria spojrzała na Ninę z wyraźnym niesmakiem.
            - Pytam, czemu nie jesteś w kuchni? Nikt nie pilnuje kucharki i służby, a  oni kradną.
            - W kuchni? – prychnęła Binia z narastającą pasją. - Właśnie! Tylko patrzeć jak przybędą państwo Klonowieccy i nabiorą o nas pięknego wyobrażenia!  Moja pierwsza druhna umazana sadzami! Wuj pomyśli, że chcemy mu zrobić afront! Wstydzę się za rodziców. Wszyscy wiedzą, że poniewieracie najbliższą krewną. Może rodzicom nie zależy na opinii ludzkiej, ale mnie tak! Proszę, żeby mama uwolniła Ninę od obowiązków. Życzę sobie tego!
            Takim tonem Binia jeszcze się nigdy do matki nie zwracała. Nina przelękła się, że ciotka odegra się na niej. Lecz tym razem pani Borutyńska zachowała kamienny spokój. Chłodno zwróciła się ku siostrzenicy i skinęła głową.
            -  Idź do swego pokoju, przebierz się i zejdź do salonu.
            -  Dziękuję cioci. – szepnęła Nina i odetchnęła.
            -  Nie ma za co. – ciotka Maria skrzywiła się złośliwie. – Jutro opuścisz Sarniki.
            Nina oniemiała i patrzyła na nią z przerażeniem i niewiarą.
            -  Jutro? Dlaczego? A dokąd ja mam iść, ciociu? – pytała, drżąc na całym ciele.
            - O to spytaj pana hrabiego. Teraz on jest twoim opiekunem. – oświadczyła ciotka uszczypliwie i nie obdarzywszy dziewcząt ani jednym więcej spojrzeniem, wyszła z szelestem amarantowej sukni, bardzo zadowolona wywołanym wrażeniem.
            -  O czym mama mówiła? – zdziwiła się Binia. – Gdzie ty masz jechać?
            Nina z rozpaczą chwyciła się za głowę.
            - Nic nie wiem! Nikt mnie o zdanie nie pyta. Wszystko się załatwia poza moimi plecami, jakbym była martwym przedmiotem. Jezu, co teraz ze mną będzie? – wysiąkała nosek w róg fartucha.
            Binia objęła ją i ucałowała w policzek przybrudzony sadzą.
            - Nie widziałaś, że mama była wyraźnie w złym humorze? Coś się jej nie udało. O, jestem pewna, że wuj obmyśli coś dobrego dla ciebie. A gdyby ci było źle, zaraz do mnie napisz. Jak wrócę z podróży poślubnej, zabiorę cię do Świerszczyn.. Idź, przebierz się, złotko, a ja na chwilę się położę. Bogu dzięki, że wkrótce obie opuścimy ten dom. – ziewnęła, przetarła klejące się powieki i wyciągnęła się na kanapce bardzo senna.
            W pokoiku na facjatce, Nina zrzuciła przepocony fartuch i krzątała się w samej płóciennej koszulce uszczęśliwiona, że ciotka nie wpakowała jej lokatorki w czasie wesela. Widocznie uznała, że pokoik nie nadaje się dla gościa. Rozważając słowa ciotki, nalała do miednicy chłodnej wody z dzbanka i umyła się starannie, po balowemu. Woda przyjemnie odświeżyła jej zgrzane ciało. Po kuchennym hałasie rozkoszowała się samotnością i marzyła, żeby nareszcie znaleźć się w takim miejscu, które naprawdę stanie się dla niej domem rodzinnym.
            Stojąc naga, jak śliczny posążek z alabastru, usiłowała obejrzeć się w lusterku, ale w mętnej, wypełzłej tafli niewiele można było zobaczyć. Z gniewem cisnęła stare lustro do szuflady. Ciotka Maria tępiła u niej każdy przejaw próżności ostrzegając, że pewnego dnia zobaczy w lustrze diabła! „Z pewnością wolałabym czasem zobaczyć diabła, niż ciotkę Marię! – myślała. – Ciekawa jestem, co pan Alek postanowił? Pewnie był tu wczoraj i rozmawiał z wujostwem, gdy obie z Binią pojechałyśmy do spowiedzi.” Buntowała się, że musi ulegać woli dorosłych i iść tam, gdzie jej każą. Ale dla Aleksa poszłaby nawet piechotą do piekła. Uklękła przy łóżku i przeżegnawszy się, powiedziała tak głośno, jakby się obawiała, że Pan Bóg jej nie dosłyszy:  „Spraw miłosierny Panie, żebym nie musiała tułać się po świecie i była blisko pana Alka. A za pokutę, możesz policzyć mi sto tysięcy lat czyśćca! Amen!” Uznała, że taka pokuta za możność widywania hrabiego, będzie dla Pana Boga uczciwym interesem.
            Pomodliwszy się, wzięła grzebień i zaczęła rozczesywać długie, gęste włosy. Poprzedniego wieczora, niania zwilżyła je wodą z cukrem, nakręcając na papiloty. Sycząc z bólu, szarpała je z całej siły mamrocząc, że wolałaby wyłysieć, niż tak cierpieć. Rzuciła okiem na zegar i stwierdziła, że na toaletę  pozostało niewiele czasu.  Na łóżku leżała wyprasowana suknia. Ulegając prośbom Bini, ciotka pozwoliła jej wybrać sobie materiał na toaletę weselną. Zaraz wpadł jej w oko kremowy muślin, delikatny i powiewny. Przy pomocy niani i szwaczki uszyła sobie prawdziwie letnią kreację. Suknia miała duży kwadratowy dekolt z koronkową bertą i króciutkie rękawki z kilku falbanek. Spódnica rozkładała się szeroko, mocno marszczona i zakończona trzema falbanami. Bardzo się Ninie podobała, choć ciotka, dla oszczędności, nie sprawiła jej już sukni balowej. Ubierając świeżą bieliznę, zaczęła marzyć o swojej przyszłości.
            Marzenia nic nie kosztowały i były jej główną rozrywką. Będąc jeszcze dzieckiem, modliła się, żeby szybko nie zasnąć i w nocnej ciszy uciekała w krainę fantazji. Przytłoczona tragicznymi wydarzeniami, stworzyła sobie własny świat, będący jej azylem, ucieczką od ponurej rzeczywistości. W Sarnikach i na pensji, leżąc w łóżku, przeżywała wyimaginowane przygody, zawsze kończące się szczęśliwie. Stawała się bohaterką niezwykłych awantur, będących odbiciem przeczytanych ukradkiem książek. W jej magicznym świecie nie istniały śmierć i rozłąka. Czasami nawet w ciągu dnia próbowała się wcielić w wymyśloną postać, grając przed lustrem jakąś scenkę. Kiedy tak stała zagapiona, zwykle jak spod ziemi wyrastała ciotka Maria i przywoływała ją do przytomności za pomocą kilku bolesnych klapsów.
            - Powiedz mi, dlaczego tak się wpatrujesz w to lustro, jak sroka w kość? – pytała zaintrygowana. – Widzisz tam coś ciekawego?
            -  Ja… tylko się tak bawię, ciociu. – zwierzyła się Nina nieostrożnie, i zaraz pożałowała swojej szczerości.
            -  Oszalałaś dziewczyno! – ciotka popatrzyła na nią z politowaniem i wzruszyła ramionami. – Spójrz do lustra. Jesteś ruda, blada, chuda jak szczapa! Przyjemnie ci patrzeć na siebie?
            Dziewczynka spuszczała głowę, zacinając się w milczeniu, albo wybuchała płaczem. Nie próbowała nawet wyjaśnić ciotce, że w lustrze zamiast siebie, widzi promienną piękność. Kiedy poznała wuja Aleksa zaczęła marzyć, żeby choć raz pokazać się na balu w szmaragdowej sukni i kolii ze szmaragdów. Może wtedy pan Alek zwróciłby na nią uwagę i przestał ją traktować jak małe dziecko. „E, nic z tego nie będzie. – stwierdziła z goryczą. – Jestem beznadziejną idiotką!”
            Do drzwi zapukała Zuzka, pokojówka Bini i pomogła jej zasznurować gorset, a nawet uczesać włosy w długie francuskie loki. Narzuciwszy na siebie szlafroczek, Nina udała się do pokoju siostry, żeby asystować przy toalecie panny młodej. Ciotka ze łzami w oczach upinała na głowie córki welon z cieniutkiej jak mgła koronki. Pod wieniec włożyła złotego dukata z Matką Boską oraz szczyptę soli i cukru na szczęście. Nina układając fałdy ślubnej krynoliny, naraz uprzytomniła sobie, że nazajutrz Binia odjeżdża i nigdy już nie wróci do rodzinnego domu, jako beztroska panienka.
            Wyobraziwszy to sobie rozpłakała się na cały głos. Zawtórowały jej trzy szwaczki, pół płacząc, pół śpiewając, jak to czynią prości ludzie na wiejskich weselach. Panna młoda trzymała się dzielnie, lecz widząc dookoła twarze zalane łzami, ukryła głowę w fałdach spódnicy matki i także zaczęła szlochać. Pierwsza opanowała się pani Borutyńska i sięgnąwszy po puderniczkę oraz puszek łabędzi, dyskretnie przypudrowała  policzki Bini ryżowym pudrem.
            - Nie płacz, bo będziesz miała czerwone oczy. – ostrzegła, poprawiając jej na głowie przekrzywiony wieniec z kwiatów pomarańczowych.
            Nina wróciła do siebie, aby dokończyć toaletę. Zuzka pomogła jej narzucić kilka sztywnych halek ozdobionych haftem angielskim i falbanami. Potem ubrała suknię, a pokojówka zapięła jej na plecach obcisły stanik. Na szczęście Nina miała ładny biust i nie musiała używać wkładek, jak chuda Dorota. Zawiązała w talii szarfę z brązowego aksamitu i szybko zmieniła laczki na jedwabne pantofelki pod kolor sukni. Na ręce wciągnęła długie kremowe rękawiczki z koronkowym manszetem, a na przegubie zawiesiła wachlarz z cennej weneckiej koronki i kości słoniowej.
            Pokojówka przypatrywała się jej, zafascynowana całą ceremonią.  
            - Ojej, jak panienka ślicznie wygląda! Może nawet ładniej od panny młodej. – chwaliła, obchodząc Ninę i wygładzając fałdy. – Ale szyja goła.
            Nina przyznała jej rację i sięgnęła do hebanowej szkatułki, gdzie przechowywała swoje pamiątki. Wydobyła z niej safianowe pudełko, w którym leżał duży krzyż ze złota i rubinów. Był to wspaniały klejnot, bardzo kosztowny, roboty amsterdamskich złotników. Ten krzyż i wachlarz z kości słoniowej należał niegdyś do matki Aleksa. Oba te przedmioty Nina otrzymała od niego w prezencie, na swoje szesnaste urodziny, będące zarazem dniem jej imienin. Stara pani wojewodzina ujrzawszy krzyż na jej szyi, załamała ręce.
            - Na litość boską! – wykrzyknęła z przerażeniem. – Kto daje młodziutkiej pannie rubiny? To przecież przepowiednia wielkiej rozpaczy. Ach, ten Oleś! Ja mu zaraz powiem, niech odbierze ten krzyż i ofiaruje ci jakiś inny klejnot.
            Ale Nina nie była przesądna i nie myślała rozstawać się z prezentem od Aleksa. Wpatrując się w lustro, poprawiła wiszący na szyi krzyż i zeszła do salonu. Wynajęci muzycy zagrali poloneza, a w szeroko otwartych drzwiach ukazała się panna młoda, prowadzona przez rodziców. W obłokach śnieżnej koronki, gazy i atłasu, wyglądała prześlicznie, płynąc lekko po posadzce w atłasowych pantofelkach. Wuj Borutyński sprawiał imponujące wrażenie, w czarnym aksamitnym kontuszu, przepasanym bezcennym pasem słuckim. Spod kontusza widoczny  był purpurowy żupan zapinany na brylantowe guziczki. Lewą rękę wspierał na rękojeści szabli usianej drogimi kamieniami. Ciotka Maria aż skrzyła się od rodowych brylantów. Za panną młodą postępował szereg druhen w pastelowych krynolinach z bukietami kwiatów w dłoniach, a przy pannach szli drużbowie, panicze z najlepszych rodzin, również w bogatych kontuszach i przy szabli.
            Błogosławieństwo trwało krótko, bo nadszedł czas wyjazdu do kościoła. Czekano tylko na przyjazd Klonowieckich, którzy jak na złość się spóźniali. Ciotka Maria raz po raz spoglądała na zegar, gdyż pragnęła pochwalić się przed gośćmi swoją arystokratyczną rodziną. Ponadto zależało jej na prezencie ślubnym. Poprzedniego dnia przyjechała Paula, wyjątkowo jako mężatka zaproszona na dziewiczy wieczór, ale siedziała dziwnie osowiała i zabawiwszy niecałą godzinę, wymówiła się migreną i powróciła do Makowa. Wuj Borutyński już chciał posłać konnego do pałacu, lecz w tej chwili zatoczyła się przed ganek wytworna, czarna błyszcząca lakierem kareta, wybita w środku białym atłasem, a za nią elegancki otwarty powóz w którym siedzieli hrabia i hrabina. Karetę pożyczył  wuj Aleks państwu młodym do ślubu. Był to najmodniejszy ekwipaż świeżo zakupiony w  Wiedniu.
            Hrabia wysiadł pierwszy i podał rękę żonie, która jakby z obawą postawiła na stopniu małą stopę. Była blada, lecz wyglądała zachwycająco w atłasowej toalecie paryskiej w kolorze orange, haftowanej srebrem. Na szyi miała diamentowy naszyjnik i diamentowe kolczyki. Uśmiechnęła się, lecz obserwująca ją z niechęcią Nina natychmiast spostrzegła, że oczy Pauli były nienaturalnie rozszerzone i jakby szklane. Pani wojewodzina posłała Pauli ostre spojrzenie i zacisnęła wąskie wargi, podając jej końce palców. Tylko na czole chrzestnego syna złożyła czuły, matczyny pocałunek.    
            - Co z nią?- szepnęła mu do ucha.
            - Już dobrze. – odrzekł półgłosem i wprowadził żonę do salonu.
            Borutyńscy powitali ich owacyjnie. Aleks uznał za stosowne przeprosić za spóźnienie.
            - Prosimy o wybaczenie, lecz rano Paula poczuła się nieco niedysponowana – rzekł i obejrzał się na żonę, roześmianą i otoczoną rojem czarnych fraków. 
            Rozpromieniona ciotka Maria patrzyła na duże pudła wnoszone przez służących. Mieściły się w nich wspaniałe srebra stołowe. Borutyńscy aż zachłystywali się z radości, wylewnie dziękując Pauli, a dopiero potem hrabiemu. Binia najpierw serdecznie ucałowała wuja, a Pauli złożyła jedynie powściągliwy ukłon. Świerczyński nie znał hrabiny, bo powróciła z zagranicy przed samym ślubem. Jej olśniewająca uroda i paryska elegancja zrobiły na nim wielkie wrażenie. Tego dnia Paula była szczególnie piękna, choć twarz miała zmęczoną i bladą. Przy powitaniu podała panu młodemu wypielęgnowaną dłoń, spoglądając na niego z wyraźną kokieterią. Ośmielony, pochylił się do przodu i zuchwale zajrzał jej w oczy. Hrabina opuściła długie rzęsy, a na jej czerwonych, wilgotnych wargach zaigrał tajemniczy uśmieszek. Świerczyńskiemu ciarki przebiegły po krzyżu i postanowił trzymać się od niej z daleka. Tymczasem Aleks wyjął z eleganckiego pudła przepiękny bukiet róż i podszedł do Niny, rozmawiającej z Zosią Syrwin.   
            - Panie są dziś tak czarujące, że udziałem nas, mężczyzn, może być tylko poddanie.- rzekł, wręczając bukiet Ninie. – Lub, co najwyżej, nadzieja na łaskawe wejrzenie. Żałuję Nino, że masz takiego nieciekawego drużbę, jak ja.
            - Pan hrabia nie mówi tego poważnie. – szepnęła Zosia. W błękitnej jedwabnej krynolinie i w perłach na szyi, była po Ninie najpiękniejszą panną i sprawiała wrażenie delikatnego kwiatu. – Nikt tutaj nie może równać się z panem hrabią!
            -  Jestem bardzo zobowiązany za miłe słowa. – złożył jej ukłon.
            - Powiedziałam tylko prawdę. – Zosia zarumieniła się i śpiesznie dodała: - Przepraszam, Binia mnie woła! – dygnęła i lekko pofrunęła przez salon.
            Aleks odprowadził ją wzrokiem.
            - Urocza  panienka. Ale ja nie powiedziałem ci jeszcze Nino, że wyglądasz przepięknie.
            - Dziękuję, panie Alku. O, jaki śliczny bukiet! – przycisnęła kwiaty do piersi. Były to długie, wpół rozkwitłe kremowe pąki róż, przewiązane wstążką tej samej barwy, co jej suknia. – A ja już obawiałam się, że przydarzyła się państwu jakaś zła przygoda.
            - Paula źle się poczuła. Ja mam żelazne zdrowie i nigdy nie choruję. Obiecałaś mi walca, czy tak?
            -  O, dla pana zarezerwowałam kilka tańców.
            -  Żałuję, promyczku, ale na balu nie będę. Musimy wcześniej wrócić do domu.
            - Koniecznie? – Nina posmutniała i podniosła na niego oczy przeźroczyste jak kryształ. – Dziś ślub Bini. Będzie jej przykro… i mnie także – odważyła się szepnąć.
            - Uwierz mi, że tak będzie lepiej. Ale zdążymy porozmawiać, bo mam ci wiele do powiedzenia.
            - Ciotka wspominała, że wczoraj rozmawialiście państwo o mojej przyszłości. – Nina pobladła i spojrzała na niego z obawą. – Tak się czegoś boję!
            - Pragnę, żebyś była szczęśliwa, uwierz mi – złożył na jej rączce lekki pocałunek.
            Ich rozmowa zwróciła uwagę siedzących na kanapie dam. Paula uniosła czarne brwi i patrząc na męża, odezwała się półgłosem:
            -  Doprawdy, wzruszające. Widać, że ta panienka bardzo ceni sobie związki rodzinne.
            - Rzeczywiście. To sympatyczna cecha charakteru Niny. – zgodziła się ciotka, wiele znaczącym tonem
            - Dosyć! – ucięła surowo wojewodzina. – Zostawcie to dziecko w spokoju. Maryniu, przypominam ci, że to twoja siostrzenica!
            Pani Borutyńska poczerwieniała i obrażona wstała z kanapy. Tłumacząc się obowiązkami gospodyni, pośpiesznie wyszła z salonu. Rozległ się marsz weselny, a karetę państwa młodych otoczyła banderia drużbów z obnażonymi szablami, siedzących na rasowych koniach i tworzących eskortę honorową.
            Nina podziękowała Bogu, że Paula wymówiła się zmęczeniem i pozostała we dworze. Dzięki temu, to ona siedziała teraz w powozie przy boku wuja, mając naprzeciwko Zosię i Jasia. Czuła się taka szczęśliwa, że obdarzyła uśmiechem starego stangreta sztywno siedzącego na koźle, młodego lokaja z zadartym nosem i wspaniałe cztery araby ciągnące powóz. Otworzywszy parasolkę, patrzyła z zachwytem na Aleksa. Zdjął z głowy jedwabny cylinder i nadstawił twarz ku słońcu. Miał na sobie wytworny popielaty frak i białą atłasową kamizelkę. Pasemko jego złotych włosów powiewało na wietrze. Nina westchnęła i spochmurniała przypomniawszy sobie, z jaką fałszywą miną Paula mierzyła ją wzrokiem. Niestety, z taką boginią nie mogła mierzyć się urodą, myślała z goryczą. Podskoczyła, wyrwana z zamyślenia, kiedy Jaś dotknął jej policzka.
            -  Śpisz, kotku, jak zając, z otwartymi oczami?
            -  Nie. Po prostu podziwiam piękne widoki. Chyba nie ma piękniejszej ziemi, niż nasze Góry Świętokrzyskie.
            -  Naprawdę ? – zaśmiał się Jaś. – Szkoda, bo chciałem ci zaproponować podróż do Włoch.
            -  Widzę, że po chorobie wrócił pan do zdrowia, bo i humor  panu dopisuje. – zauważył Aleks.
            -  Owszem. Goło, ale wesoło, jak powiadają studenci. Ja jestem twardy facet. Nawet kozunie nie potrafili mnie uśmiercić. Przeszkodziła im w tym zbożnym dziele, ta oto ruda pannica! – wskazał palcem na Ninę.      
            -  Jeszcze jeden taki miły komplemencik, to cię uśmiercę! – zagroziła.
            - Tylko żartowałem. –  Jaś z łobuzerską miną zsunął biały cylinder na tył głowy. – Naprawdę jesteś zuchem. Pamiętasz,  jak kiedyś udało się nam podrzucić ciotce Maryni dwie żaby do łóżka? Wuj wszczął śledztwo, ale winnych nie znalazł. W końcu doszedł do wniosku, że żaby wlazły przez okno. Tymczasem Nina podając ciotce zioła, ukryła w kieszeni dwie dorodne ropuchy.
            Panna Syrwin i Aleks zgodnie wybuchnęli  śmiechem.
            - Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ciotka tak szybko wyskoczyła z łóżka i tak głośno krzyczała. – zauważyła Nina niewinnie.
            Zosia wstrząsnęła się z obrzydzeniem.
            -  A fe, ja bym nigdy żaby do ręki nie wzięła.
            Jaś z chytrą miną mrugnął okiem.
            - Właśnie na to liczyliśmy!. Nina jest jedyną znaną mi panną, która  nie boi się ani żaby i myszy, ani nawet nietoperza!
            - Ani kozaków. – dorzucił Aleks posyłając jej uśmiech. – To już koniec studiów, panie Janku?
            - Już bliżej jak dalej. Potem czeka mnie tylko doktorat. Cieszę się, bo od pana doktora Chałubińskiego otrzymałem propozycję asystentury. Będę miał dużą praktykę w szpitalach.
            - W takim razie pozostaje tylko rozejrzeć się za jakąś posażną panną. – hrabia spojrzał na niego, lekko unosząc brwi.
            -  Oj, chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie puszczają. – odparł Jaś z żałosną miną. – Chyba już zostanę starym kawalerem.
            - Phi! – prychnęła Zosia. – Też masz dylemat? Z pewnością w Warszawie bałamucisz co ładniejsze mieszczki.
            - Nie zgadłaś. – jasna twarz Jasia nagle posmutniała. – Mam tylko jedną panią i gdy ona zażąda, trzeba jej wszystko dać.
            - Brawo! – wykrzyknęła Zosia z tryumfem. - Słyszeliście państwo? Przyznał się! Mów zaraz, co to za tajemnicza dama?
            - Polska! – szepnął.
            - Och, nie rób z siebie Brutusa. Tadeusz jest także dobrym Polakiem, a jednak się żeni. Jedno drugiemu nie przeszkadza.
            - Nawet bardzo pomaga, – stwierdził z powagą Aleks. – bo mnoży patriotów. Ale  pan Jaś widocznie pragnie służyć tylko jednej pani.
            Student z powagą skinął głową i zapadło milczenie.
            Pod kołami powozu zgrzytał piasek i słychać było parskanie koni. Jadących urzekło piękno krajobrazu roztopionego w blasku czerwcowego słońca. Dzień był upalny, lecz krystalicznie czyste powietrze i idący od gór i puszczy rzeźwy powiew wiatru sprawiał, iż nie było duszno. Po niebie wolno płynęły białe, puszyste obłoki, przybierając coraz to inne kształty. Wysoko, pod kopułą błękitnego nieba dzwoniły skowronki. Ziemia aż po skraj horyzontu, była łagodnie pofalowana, jakby wzburzone jezioro zastygło nagle w bezruchu. W oddali, za pstrą szachownicą pól, podniosły się pasma gór porosłe odwieczną puszczą. Piaszczysta droga wiła się kapryśnie pośród złocących się łanów zbóż, lnu i rzepaku. Na rozstajach stały przydrożne kapliczki, ustrojone w wieńce z polnych kwiatów. Na poboczu drogi rosły rosochate wierzby, grusze polne, derenie i jałowce. Kwitły storczyki i polne róże, a powoje pięły się na przydrożne murki, będące pozostałością po dawnych umocnieniach obronnych. Ścieżkami wśród pól, szły gromady chłopstwa w świątecznych ubraniach. Kobiety w barwnych strojach, wyglądały jak czerwone maki pośród zboża. Na widok nadjeżdżającego powozu, chłopi zdejmowali słomiane kapelusze i kłaniali się aż do ziemi. Kobiety wstydliwie przykucały, kryjąc za  plecami niesione w rękach buty, które wdziewały dopiero przed kościołem.
            - I pomyśleć, – odezwał się naraz Jaś – że w Stanach Zjednoczonych Ameryki, od kwietnia toczy się wojna o prawa dla Murzynów. A ja się pytam, kto weźmie w obronę polskiego chłopa, tak okrutnie krzywdzonego i wyzyskiwanego?
            - Prawo dla Murzynów to jedynie amerykański slogan propagandowy. W rzeczywistości chodzi  wyłącznie o władzę nad całością państwa. Północ nie życzy sobie, aby stany Południowe miały własny rząd. Pan Lincoln nie ma zamiaru dopuścić do stworzenia nowego państwa, zwalczając wybrany w wolnych wyborach rząd Południa. Nie wiem, jak to się ma do głoszonych przez niego haseł o demokracji.
            - Ale Murzyni staną się wolni. - westchnął Jaś. – A nasi chłopi?
             Aleks spojrzał na niego z uwagą.
            - Wolni tylko na papierze. Jak to? Przecież jeszcze w lutym Zjazd Towarzystwa Rolniczego miał oczynszować chłopów. – w jego głosie zabrzmiała ironia.
            Jaś jakby czytał w jego myślach.
            -  Pan doskonale wie, panie hrabio, że chodzi mi o równouprawnienie ludu i rozdział ziemi dla najuboższych. Chłopów nie stać na kupno gruntu od dziedzica, zaś rząd nie posiada na ten cel  pieniędzy. Obaj wiemy, że słuszne skargi rolników  uśmierza wojsko carskie wzywane przez dziedziców. W Zabłudowie stu chłopów otrzymało po kilkadziesiąt rózeg, ku wiecznej hańbie szlachty!
            - A mnie mamusia mówiła, - nieśmiało wtrąciła się Nina – że w czasie powstania w Wielkopolsce, pod Miłosławiem walczyło mnóstwo chłopów. Tam już dawno zniesiono pańszczyznę, a chłopi czują się Polakami.
            - A wiesz, kto zniósł w Wielkopolsce pańszczyznę? – zawołał gniewnie Jaś – Król pruski! Zaborca. Tylko patrzeć, jak u nas car zyska dozgonną wdzięczność chłopstwa i nareszcie wyzwoli ich od roboty na pańskim! Mam serdeczną prośbę do pana hrabiego.
            - Chętnie ją spełnię.
            - Tu, w Sanikach, mieszka stary chłop, żołnierz napoleoński. Razem z ojcem wuja Ksawerego i jego bratem brał udział w powstaniu 1831 roku. Kula zmiażdżyła mu kolano w bitwie pod Ostrołęką i jest kaleką. Nazywa się Gulak. To człowiek naprawdę godny. Ale wuj Ksawery odebrał  darowaną mu dawno temu ziemię i każe mu przychodzić na odrobek pańszczyzny. Czy może się pan za nim wstawić?
            - Obiecuję, że zajmę się tym zaraz po weselu.
            - Dziękuję. Wuj wielce pana hrabiego poważa. I jeszcze coś. Gulak ma wnuka wyjątkowo zdolnego. Dzieciak się marnuje, bo dziadka nie stać na szkołę. Dałem chłopcu książki, ale to wszystko, co mogę dla niego zrobić, bo u nas w domu się nie przelewa. Gdyby ktoś zechciał pomóc temu chłopskiemu dziecku…
            - Niech mały przyjdzie do Makowa i zgłosi się do nauczyciela w naszej szkole. Jeżeli okaże się naprawdę zdolny, to wyślę go do Kielc, gdzie już kilku chłopców uczy się w gimnazjum.
            Jaś rozpogodził się i mocno uścisnął mu rękę. 
            Powiał silniejszy wiatr i zmierzwił staranną fryzurę Aleksa. Podniósł prawą rękę, przygładzając potargane włosy. Na jego serdecznym palcu błysnęła gruba, złota obrączka ślubna. Za tym błyskiem pomknęła myśl Niny. Ta obrączka symbolizuje jego nierozerwalny związek z Paulą. Ta obrączka to przynależność hrabiny do zamkniętego kręgu arystokracji, bogactwo, pałace i mężczyzna, którego Nina bardzo kocha.  Aleks bawił się pierścieniem. Może zauważył jej spojrzenie? W jasnym świetle słońca czyste złoto blednie. Blednie również twarz Niny, a jej oczy wpatrują się nieruchomym, uporczywym wzrokiem w jego dłoń, i w tym momencie ślub siostry i bal przestają mieć dla niej   jakiekolwiek znaczenie.
            Stangret i lokaj tak pilnie przysłuchiwali się rozmowie  państwa, że nie poganiane konie szły coraz wolniej. Gdy zajechali przed kościół, w drzwiach zakrystii stanęła sama panna młoda, podtrzymując rękami krynolinę.
            -  Czekamy! – krzyknęła. – Koło wam spadło, czy śnieg drogę zawiał?
            Jaś objął ją i cmoknął w koniec noska.
            -  Nie złość się, złotko, jeszcze zdążysz zostać mężatką.
            Zagrały organy i ceremonia ślubna się rozpoczęła. Nina nie mogła powstrzymać łez patrząc, jak Binia spokojnie i pogodnie odpowiada na pytania księdza, a potem ufnym gestem podaje mężowi rękę, żeby mógł jej włożyć na palec obrączkę ślubną. Z chóru rozległ się śliczny śpiew Jadwigi Wąsockiej, przy akompaniamencie organów i skrzypiec, na których grał Lasewicz.
            Gdy państwo młodzi wyszli z kościoła, na wieży rozległ się głos dzwonu, odzywającego się tradycyjnie przy weselach, chrzcinach i pogrzebach dziedziców Sarnik. Druhny rwały kwiaty z bukietów i rzucały je pod stopy młodej pary. Stangreci strzelali z batów, a wiejskie dzieciaki darły się jak opętane. Rodzice i obaj księża wyprzedzili państwa młodych, aby jak każe tradycja, powitać ich chlebem i solą na progu rodzinnego domu.
            Zaraz po przyjeździe z kościoła Nina pobiegła do kuchni, niespokojna o obiad. Ale Jaga dyrygująca kucharką i służącymi, posłała jej pogodny uśmiech.
            - Wszystko będzie na czas. – sapnęła. – Idź stąd, koteczku, bo powalasz suknię. Zajdź do kredensu, pani Salomea chciała z tobą pomówić.
            Ciocia Salusia pociągnęła Ninę do ustronnego kąta.
            -  Marylka wspominała, ze masz jechać do Berlina. – rzekła, patrząc na nią z niepokojem. – Nie rób tego, dziecko! Lepiej jedź z nami do Warszawy. U starej ciotki nie będzie ci źle, a i dla Jagi znajdzie się wygodny pokoik.
            Przejęta głęboką wdzięcznością, Nina ucałowała obie jej ręce.
            - Nigdy nie zapomnę, że ciocia ofiarowała mi swój dom. Może w przyszłości potrafię się zrewanżować. Ale do Berlina nie pojadę, bo wuj Aleks sobie tego nie życzy.
            - Bardzo się cieszę. Pamiętaj, że w Warszawie nasz dom jest zawsze dla ciebie otwarty. – pani Salomea pogładziła ją po policzku. – Idź dziecinko do salonu i baw się dobrze. Młodemu zawsze przyjemniej z młodzieżą.
            W salonie kończono tańczyć mazura. Tadeusz, jak zwykle, był  niezastąpiony w roli wodzireja   a prowadząca taniec Binia, miała zarumienione policzki i błyszczące oczy. Wydawała się Ninie szczęśliwa. Tadeusz zaraz poprosił ją do walca, i w zaufaniu wyraził opinię, że  Świerczyński nie zrobił na nim dobrego wrażenia.
            - Ta wielkopolska pyra za bardzo zadziera nosa. – zawyrokował. – Szkoda, że Binia nie poślubiła jakiegoś chłopca z sąsiedztwa.
            Nina miała podobne zdanie, jednak przez solidarność z rodziną wolała nie zabierać na ten temat głosu. W przerwie pomiędzy tańcami, poproszono młodą mężatkę, aby coś zaśpiewała. Binia miała ładny głos i nie dała się długo prosić. Nina zasiadła do fortepianu i zaczęła przeglądać nuty, zastanawiając się nad wyborem pieśni.
            - Słonko, może zaśpiewasz „Rosła kalina z liściem szerokim”, piosenkę napisaną przez pana hrabiego Komorowskiego? – zaproponowała.
            Zgrała przygrywkę, a Binia wziąwszy głęboki oddech, zaczęła śpiewać czystym, dźwięcznym sopranem. Śpiewała w sposób zdolny poruszyć znudzonych gości. Nina akompaniowała jej dyskretnie, obserwując jednocześnie z narastającym oburzeniem Paulę. Ignorując występ Bini, hrabina rozmawiała nawet nie ściszając głosu, z jakimś młodym mężczyzną. Nie tylko nie słuchała śpiewu, ale w samym środku pieśni, dał się słyszeć jej śmiech, zbyt głośny, żeby mógł zostać nie zauważony. Z twarzy Niny odpłynęła cała krew. Ogarnięta nagłą furią, przestała grać i wstała od instrumentu. Binia również zamilkła speszona. Nie namyślając się, Nina pochwyciła ją za rękę i w pełnej konsternacji ciszy, obie opuściły pokój. Dopiero na schodach dogonił je zdyszany Jaś .Zastąpiwszy im drogę, zatrzymał zdenerwowane dziewczęta.
            - Na litość boską! – krzyknął gwałtownie łapiąc oddech. – Nie róbcie skandalu w obecności tylu gości. Sprawicie przykrość panu hrabiemu!
            Binia z wahaniem spojrzała na Ninę. Ale ona nie zamierzała ustępować.
            - Pani hrabina Klonowiecka zachowała się w sposób karygodny! – oświadczyła obrażona. – Zrobiła przykrość Bini i to w dniu jej ślubu! Jest źle wychowana !
            Prychnęła wściekle i tupnęła nogą. Jaś popatrzył na nią z czułością, bo nie potrafił gniewać się tę śliczną furię. W sukurs pośpieszył mu  Aleks, usiłując nieco zbagatelizować naganne zachowanie żony.
            - Biniu, serdecznie przepraszam. – powiedział, całując  obie ręce młodej pani. – Nino, proszę, uspokój się. Mojej żonie jest ogromnie przykro. Zaręczam, że Paula osobiście obie panie przeprosi. Wracajmy do salonu.
            Rzeczywiście, Paula miała tak skruszoną minę, że Binia udała, iż uważa  incydent za niebyły. Ale Nina zapisała sobie w pamięci to wydarzenie. Orkiestra zagrała melodyjnego walca i Świerczyński poprosił żonę do tańca. Przed Niną skłonił się sam hrabia. Popłynęli w prędkich obrotach dookoła salonu, a  kiedy walc się skończył, razem wyszli na ganek, a stamtąd do ogrodu. Nina zmęczona tańcem, szybkimi ruchami wachlarza chłodziła rozpaloną twarz. Była zdumiona, że z ust ciotki Marii nie usłyszała ani jednego słowa nagany i domyśliła się, że ciotka  była zadowolona z jej stanowczej reakcji.
            Poprzez gęste liście drzew, popołudniowe słońce rzucało długie złote strzały na zielone trawniki. Po ścieżkach spacerowały dziewczęta, sprawiając wrażenie kolorowych motyli. Przez szeroko otwarte okna i drzwi salonu, dobiegały łagodne dźwięki muzyki, głosy i śmiechy gości. Mijając zakochane pary, doszli do końca ogrodu i usiedli na ławce nad strumykiem. Naraz Ninę opanował taki niepokój i strach, że miała ochotę uciec do swojego pokoju, wskoczyć do łóżka i nakryć się kołdrą wraz z głową. Doskonale zdawała sobie sprawę, że w tym momencie decydują się jej losy. Okropnie bała się tego, co za chwilę może usłyszeć z ust wuja Aleksa. Ale przez wrodzoną dumę, wstydziła się okazać strach . Przybierając pozornie obojętny wyraz twarzy, nerwowo kręciła guziczek przy rękawiczce, jakby chciała go urwać. Oczekiwała z drżeniem jego decyzji, jak skazaniec czeka na wyrok. Jego bursztynowe oczy patrzyły na nią przenikliwie. Czując na sobie ten wzrok, rumieniła się i bladła. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje w jej duszy, bo ujął jej rękę i mocno  uścisnął
            -Rozmawiałem o tobie z Borutyńskimi. – odezwał się pierwszy. – Razem doszliśmy do wniosku, że ja mam więcej możliwości, aby zająć się twoją przyszłością. Do czasu twojej pełnoletniości, będę twym opiekunem. Promyczku, zaufaj mi. Bardzo zależy mi na tym, żebyś była szczęśliwa.
            Jego ciepły uśmiech dodał jej otuchy i nieco uspokoił.
            - Dziękuję. – szepnęła.
            - Posłuchaj,  mam dla ciebie trzy propozycje i pozostawiam ci wolny wybór. Możesz   jechać do Warszawy. Tam mieszka moja ciotka, pani hrabina Tekla Klonowiecka. Jest wdową, osobą zupełnie samotną i godną najwyższego szacunku. Mówiłem jej o tobie. Ciocia najchętniej zastąpi ci matkę i otoczy troskliwą opieką. Będziesz się tam kształcić u najlepszych profesorów, a dla dokończenia edukacji wyjedziesz z ciocią w roczną podróż za granicę. Co ty na  to?      
            Słuchała go bardzo uważnie, a gdy skończył mówić, na jej buzi ukazał się wyraz rozczarowania. Warszawa? Tak daleko od Makowa? Kto wie, co to za dama ta hrabina? Może ma charakterek ciotki Borutyńskiej, a wtedy trafi z deszczu pod rynnę! Nie należy spieszyć się z decyzją. Postanowiła spokojnie wysłuchać, co wuj Aleks ma jej jeszcze do zaoferowania i dopiero potem zastanowić się nad wyborem.
            -  Aha. To bardzo interesujące. – bąknęła. – A ta druga propozycja?
            -  W pobliżu Lwowa jest klasztor z pensją dla dziewcząt z najlepszych rodzin. Przełożoną tego klasztoru jest moja krewna. Mogłabyś tam ukończyć naukę, wychodząc stamtąd jako wszechstronnie wykształcona młoda dama.
            Ta propozycja zupełnie nie przypadła jej do gustu. Nie była pobożna i nie zamierzała spędzać następnych kilku lat w regule klasztornej, nawet za cenę wyższego wykształcenia, o czym dotąd mogła tylko marzyć. To co usłyszała, napełniło jej serce goryczą. Nigdy nie znajdzie się blisko swego obiektu uwielbienia. Widocznie on także sobie tego nie życzy i dlatego chce umieścić ją daleko, u obcych, obojętnych ludzi. Ogarnęła ją bezbrzeżna rozpacz, a na jej długich rzęsach ukazały się dwie duże łzy. „Czym zawiniłam, mój Boże, że nikt mnie nie chce? – zadała sobie pytanie.- Czy już do końca życia tułać się będę po cudzych kątach, zawsze niepewna przyszłości? Dla wszystkich jestem tylko niechcianym ciężarem.”
            - Odniosłem wrażenie, że jak dotąd moje propozycje nie wzbudziły twego entuzjazmu. – zauważył Aleks wzdychając. Pochylił się ku niej i spostrzegł, łzy w jej oczach.. – Nino, kochanie, dlaczego płaczesz?  Chcę tylko twego dobra. A może masz własne plany, mów śmiało!
            - Nie. Nie mam. – wykrztusiła i smętnie pociągnęła noskiem. „Mam. Och mam! – myślała w tej samej chwili. – Pragnę być przy tobie do końca życia, ale nie mogę ci o tym powiedzieć!”.
            - Coś mi się zdaje, że ja nie umiem rozmawiać z młodymi panienkami. – zauważył z rezygnacją. – Promyczku, nie rób takiej rozpaczliwej minki, bo już i tak bardzo nisko oceniam swoje zdolności opiekuna. Żałujesz Sarniki? Nie można iść przez życie oglądając się ciągle wstecz. Do ciebie należy przyszłość. No, nie wiem jak będzie przyjęta moja trzecia propozycja. A może chciałabyś zamieszkać w Makowie? Pamiętam, że ci się tam podobało.
            Nina skamieniała, nie wierząc własnym uszom i siedziała bez ruchu z rozchylonymi ustami, wprost porażona nieoczekiwanym szczęściem. Czy to możliwe? Zamieszka razem z nim w pałacu!… Pan Bóg jednak raczył wysłuchać jej próśb, mimo iż  zwątpiła w Jego miłosierdzie. Jednym skokiem z najgłębszej rozpaczy, przeszła do oszalałej radości. Miała ochotę rzucić się mu na szyję, całować jego ręce i krzyczeć na cały głos: „Jadę do Makowa!" Ale dobrze wychowanej pannie nie wolno było uzewnętrzniać uczuć i choć wszystko w niej kipiało i pragnęła zatańczyć na środku trawnika, siedziała grzecznie, z opuszczoną głową i rączkami złożonymi na kolanach. 
            Aleks zamartwił się jej pozorną obojętnością, bo nie miał pojęcia, co może jej jeszcze zaproponować.
            - To do Makowa też nie chcesz przyjechać? No to już nie wiem, co mam robić. – powiedział bezradnie.
            Szał radości, jaki ją ogarnął sprawił, że zapomniała o konwenansach. Jak zwykle w momentach uniesienia, machnęła ręką na wymogi savoir vivre, zdecydowanie je odrzucając i lekceważąc.
            -  Czy wolno mi  wybierać? – upewniła się na wszelki wypadek.
            -  Oczywiście.
            - Naprawdę?- przycisnęła obie dłonie do mocno bijącego serca. – Panie Alku, ja chcę do Makowa! Tylko tam, nigdzie indziej! – szczęście odmalowało się na jej twarzy, pokrywając policzki mocnym rumieńcem.
            - Cieszę się, że jednak nasze poglądy są zbieżne. – odetchnął. – Tak będzie chyba najlepiej, ale nie chciałem ci niczego sugerować.
            - Mój Boże, jestem taka szczęśliwa, panie Alku. I bezgranicznie wdzięczna za pana dobroć. Nawet do głowy mi nie przyszło, że mogę zamieszkać w Makowie! – szepnęła z akcentem żarliwego dziękczynienia. – Nie potrafię wyrazić, co czuję, ale dla pana mogłabym spędzić noc na cmentarzu w same Zaduszki!
            Roześmiał się serdecznie.
            -  Aż takiej ofiary nigdy od ciebie nie zażądam, ale miło mi, że jesteś zadowolona.
            - Wniebowzięta, panie Alku!- wykrzyknęła spontanicznie.
            Rozważała w myślach każde słowo wypowiedziane chwilę wcześniej przez hrabiego i nagle do jej serca wkradł się cień. Uświadomiła sobie, że  zamieszka pod jednym dachem z Paulą, której nie darzyła sympatią. Ale pocieszyła się zaraz, że fakt ten nie ma znaczenia, wobec szansy spędzenia życia w pobliżu swego ideału. „Nareszcie wyrwę się spod kurateli wujostwa, opuszczę Sarniki i zamieszkam w pałacu! Czy to przypadkiem nie sen? ” Mocno uszczypnęła się w rękę. Zabolało, więc nabrała pewności, że jest to cudowna rzeczywistość.
            - A czy pani hrabina również wyraziła zgodę, żebym zamieszkała w Makowie? – spytała nie patrząc na niego.. – Nie jestem pewna, czy nie obraziła się dziś na mnie.
            -  Nie sądzę, choć twoje sortie było dosyć demonstracyjne. Maków należy do mnie i to ja zapraszam cię do mojego domu ze szczerego serca. Paula jest znudzona wsią i cieszy się, że zyska w tobie młode i miłe towarzystwo. Mam nadzieję, że pałac stanie się dla ciebie prawdziwym domem rodzinnym.
            - Dziękuję. A ciotka Maria nie była temu przeciwna? Dała się przekonać?
            Nie odpowiedział, a na jego ustach pojawił się zagadkowy uśmiech. Nina przez długi czas nie była świadoma, że o jej losie przesądził przepiękny naszyjnik z rubinów, ofiarowany ciotce przez ciotecznego brata.
            -  Powinniśmy już wracać do gości. – rzekł, wstając z ławki i podając jej rękę. – Odprowadzę cię, a jutro przyjadę po ciebie i zabiorę do Makowa.
            Nie wypuszczając jego dłoni, Nina podniosła ją do ust i ucałowała.
            - Do końca życia będę panu wdzięczna. – powiedziała, patrząc na niego z uwielbieniem. – Ale czy mogłabym wyjechać stąd pojutrze? Chciałabym zostać tu do chwili wyjazdu Bini. Potem zaraz się spakuję.
            -  Nie widzę przeszkód. Pod warunkiem, że już nie będziesz się zamartwiać gderaniem ciotki.
            -  O, teraz już na pewno nie!
            Pierwszą osobą na którą się natknęli wracając przez ogród, była Paula. Siedząc pod rozłożystym jaworem, rozmawiała z kilkoma panami zaraz. Zauważywszy męża, powstała z ławki i podążyła ku niemu.
            - Sasza, szukał ciebie pan Świerczyński. – powiedziała posyłając Ninie miły uśmiech.- Ślicznie wyglądasz, gołąbko. Siedzieliście państwo nad rzeczką? Urocze miejsce, takie zaciszne i chłodne w tym upale.
            - Siedzieliśmy!- ostro uciął Aleks. – Panna Nina zgodziła się zamieszkać w Makowie. Może zechcesz  jutro zająć się przygotowaniem dla niej apartamentu.
            - Naprawdę zamieszkasz u nas? - w czarnych oczach hrabiny zabłysła nie udawana  radość. -To znakomicie! Nareszcie w tym wielkim, ponurym domu zamieszka ktoś młody i wesoły. Sasza, mówiłam, że pan Świerczyński …
            - Słyszałem!- przerwał jej prawie niegrzecznie. – Idę się pożegnać. – posłał żonie znaczące spojrzenie. – Pamiętaj, że jesteś niezdrowa i powinnaś odpocząć.- rzekł z naciskiem. - Za pół godziny wyjeżdżamy. Nino, do   zobaczenia jutro. Baw się dobrze. – skłonił się, uścisnął jej rękę i odszedł.
            - Zaraz przyjdę. – wymamrotała Paula uległym tonem, ale oczy jej wyrażały bunt i gniew.
            - Nie żal pani balu? – zapytała Nina, kiedy zaczęły spacerować po ogrodzie. Pomyślała, że hrabina wcale nie wygląda na osobę potrzebującą wypoczynku.
            - Naturalnie, że żal, ale już pogodziłam się z faktem, że mam męża dziwaka. Nie uwierzysz, jaki on potrafi być apodyktyczny i uparty! Po prostu nieznośny! Nie lubi się bawić, woli siedzieć w bibliotece i wdychać kurze ze starych szpargałów. A ja umieram z nudów! Nie wiem po co przyjechaliśmy na tę obskurną wiochę. A  w Paryżu i Petersburgu było mi tak dobrze.
            Podążając wolnym krokiem w stronę stawu rybnego, skarżyła się na osamotnienie, wspominając z  tęsknotą rozkoszną egzystencję w wielkich miastach. Z zapałem opisywała wspaniałe uroczystości dworskie, wielkie bale, maskarady i defilady wojskowe. Zachwycała się beztroskim życiem paryżan i elegancją francuskiego dworu. Z drwiną wyśmiewała tutejszych prowincjonalnych Casanovów, ośmielających się zalecać do niej, ale  już w następnej chwili ubolewała, że sąsiedzi od niej stronią. Obiecywała sobie, że po osiedleniu się Niny w pałacu, zaczną nareszcie prowadzić dom otwarty i przyjmować gości.
            Nina odniosła niemiłe wrażenie, że Paula jest jakaś dziwna. Humor miała tak zmienny, że bez widocznej przyczyny traciła wesołość i popadała w przygnębienie,  aby za moment, również bez  powodu, odzyskać dobry humor. „Nie rozumiem. – myślała. – Sprawiłam jej zawód, odmawiając schadzki z Woroncewem. Dziś obraziłam ją, wychodząc z Binią z salonu. A mimo to, wydaje mi się, że jest szczerze zadowolona z mego przyjazdu do Makowa. Dałabym wiele, żeby dowiedzieć się dlaczego?”.
            Nad stawem rybnym stała altanka porośnięta chmielem. Siedział w niej wuj Borutyński w towarzystwie obu księży, popijając domowe wino chłodzone w stawie. Mijając altankę, Paula od niechcenia zajrzała do środka i raptownie przystanęła, zapominając o niedawnych skargach.
            -  Kto to jest? – zagadnęła poruszona. – Ten młody mężczyzna siedzący obok proboszcza? 
            -  Nasz nowy wikary. Nazywa się Rafał Żabiec i przybył do Sarnik w czasie, gdy pani była jeszcze za granicą.
            -  Doprawdy, prześliczny chłopiec. – oświadczyła Paula z ożywieniem.
            -  Przecież to ksiądz. – Nina wzruszyła ramionami. Dla niej duchowni nie mieli płci.
            Lecz hrabina już jej nie słuchała, tylko figlarnie zapukała palcem w drewnianą kratę, zaglądając do altany.
            - Prosimy, prosimy! – wuj Ksawery zerwał się z ławki i kłaniając się, wprowadził ją do środka. – Niechże droga hrabina raczy spocząć. O tu, koło mnie! – zakrzątnął się robiąc jej miejsce. Nareszcie napatrzymy się do woli tych śliczności. A może kieliszeczek wina? Zaręczam, jest doskonałe.
            - Owszem, poproszę. – zgodziła się Paula, siadając naprzeciw obu księży.
            Nina umieściła się przy proboszczu, bardzo niezadowolona z pomysłu hrabiny. Nie lubiła przebywać w towarzystwie wuja i chciała raz jeszcze zobaczyć Aleksa. Tymczasem Paula rozłożyła na ławce atłasowa spódnicę i wygładziwszy ją, zwróciła się do proboszcza:
            - Zamierzam wybrać się do księdza dobrodzieja z wizytą. To nie uchodzi, żeby parafianka nie złożyła ofiary na nasz kościół.
            - Będzie mi miło. – proboszcz uprzejmie skinął głową. – Ofiara także jest bardzo wskazana. Przeklęta ta mamona, diabelski wynalazek, ale bez niej ani rusz! Dach w kościele przecieka, jakiś niecnota wybił szybę za ołtarzem i w czasie mszy taki przeciąg, że tylko łaska boska utrzymuje mnie jeszcze przy zdrowiu. Cała nadzieja w hojnych parafianach.
            - O, jestem pewna, że nikt nie pożałuje grosza na taki zbożny cel. Prawda, kuzynku? – Paula posłała Borutyńskiemu zalotne spojrzenie udając, iż nie dostrzega jego zmieszania. – Jak to dobrze, że ksiądz proboszcz ma już pomocnika.
            Staruszek zawstydził się swojego roztargnienia.
            - Mea culpa! – uderzył się w piersi. – Przepraszam, nie przedstawiłem państwa. To mój nowy wikary Rafał Żabiec, a to pani hrabina Klonowiecka z Makowa.
            Paula utkwiła w młodym księdzu błyszczące, czarne oczy z dziwnym wyrazem i wyciągnęła do niego dłoń w jedwabnej rękawiczce. Na jej palcach błysnęły brylanty pierścieni. Nina uznała to za dowód złego smaku. Żadna z prawdziwie wytwornych dam, nie nosiła pierścionków na rękawiczce.
            -  Mon Dieu, ksiądz taki młody i już wikary? – zdziwiła się Paula. – Winszuję.
            Żabiec zaledwie ośmielił się dotknąć jej palców, rumieniąc się przy tym po uszy.
            - Doprawdy, zazdroszczę księżom tej sielankowej ciszy. – westchnęła hrabina z rozmarzeniem.  – Uwielbiam spokój i niegdyś sama zastanawiałam się, czy nie wstąpić do monas…klasztoru. – ciągnęła podniosłym tonem, ku konsternacji Niny pamiętającej, iż przed chwilą dama skarżyła się do niej na potworne nudy w tej polskiej wsi zabitej deskami, z dala od wielkiego świata. W rozmowie z Borutyńskim i proboszczem, posługiwała się językiem francuskim, lecz do Żabca zwracała się po polsku, okropnie kalecząc każde słowo.
            Wikary nie odpowiedział, ale siedząc z nieszczęśliwą miną, posyłał proboszczowi rozpaczliwe spojrzenia i rozglądał się, jakby zamierzał dać drapaka. Proboszcz rozbawiony tym niemym błaganiem o pomoc, nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
            - Pani hrabina raczy wybaczyć, ale ksiądz Rafał nie jest przyzwyczajony do towarzystwa osób z wielkiego świata i krępuje się dam. – wyjaśnił.
            Paula zrobiła tak niewinną minę, że nawet zając poczułby się przy niej lwem.
            - Ależ ja jestem bardzo księdzu życzliwa. Wszyscy tu jesteśmy księdzu przyjaźni. – zapewniała.
            Żabiec uspokojony jej zachowaniem, przezwyciężył wrodzoną nieśmiałość i obdarzył ją spłoszonym spojrzeniem.
            - Bóg zapłać wielmożnej pani za dobre słowo.- szepnął. – W seminarium nie uczą światowych manier. Brak mi ogłady, jestem tylko biednym księdzem, synem prostego chłopa.
            - Piękna pokora. – pochwaliła. – Ale duszpasterzowi wypada mieć nieco więcej stanowczości i pewności siebie. Powiadają, że każdy żołnierz nosi w plecaku marszałkowską buławę. Zapewne i księża widzą w perspektywie infułę i pastorał biskupi. Czy dobrodzieje grają w szachy?
            - Ja gram! – oznajmił proboszcz.
            - W takim razie zapraszam obu dobrodziejów do mego Makowa! Urządzimy sobie partyjkę wista lub preferansa, lub zgramy w brydża. Znajdzie się gdzieś może jakaś butelka maślacza, zapraszam.
             „Maków nie jest twój, tylko pana Alka!” – pomyślała ze złością Nina.
            - Chętnie przyjadę któregoś popołudnia. – proboszcz przyjął zaproszenie z wdzięcznością. – Umówimy się na przyszły tydzień.
            - Proszę bardzo. Ksiądz wikary także koniecznie musi przyjechać, bo powinien  oswoić się z towarzystwem.
            -  Ale ja nie umiem grać. – rzekł Żabiec pokornie.
            -  To naprawdę nic trudnego. Nauczymy księdza. – nalegała Paula. – Prawda,  Nino?
            -  Tak, naturalnie. – znudzona Nina podniosła się z ławki. – Przepraszam, muszę już wrócić do salonu. -  powiedziała dygając.
            - Więc idź, moja śliczna i powiedz Saszy, żeby mi przysłał konie przed północą, bo zdecydowałam się dłużej pozostać w Sarnikach. Kuzynku, – zwróciła się do Borutyńskiego – poproszę o drugi kieliszek wina. Jest znakomite.
            Biegnąc w podskokach do dworu, Nina natknęła się przed domem na Jasia i Tadeusza. Palili papierosy i rozmawiali ze sobą półgłosem. Na ich widok wydała z siebie dziki pisk i rzuciła się na szyję Jasiowi, a potem cmoknęła Tadeusza.
            - Misiuniu, Tadziu! – krzyknęła rozpromieniona. – Wuj Aleks zabiera mnie do Makowa! Będę mieszkała w pałacu! Hurra! – podskoczyła i popędziła do domu, by podzielić się tą wspaniałą nowiną z Binią i Zosią.
            - Ot, koza! – mruknął Siekielski, patrząc za nią z uśmiechem.
            Wraz z zapadnięciem nocy, w ogrodzie zapalono lampiony, a panie zmieniły w pokojach suknie popołudniowe na toalety balowe. W salonie rozpoczęły się tańce. O północy odprowadzono młodą parę do małżeńskiej sypialni. Tam państwo młodzi, polskim obyczajem, poczęstowali najszanowniejszych gości wieczerzą cukrową, składającą się z marcepanów wina i owoców. Po poczęstunku pozostawiono młodą parę samą.
            O pierwszej, Nina udała się na spoczynek. Była taka zmęczona i senna, że ledwie trzymała się na nogach. Od tygodnia spała tylko po kilka godzin, ale na balu bawiła się wspaniale. Była bez wątpienia najpiękniejszą panną i zasłużenie święciła tryumfy. Nie mogła  odżałować, że wuj Aleks tak wcześniej odjechał, choć Paula zdecydowała się pozostać dłużej. Wróciła do Makowa dopiero po północy, przedtem odwożąc powozem obu księży na plebanię. Położywszy się do łóżka, Nina natychmiast zasnęła, nie bacząc na dolatujące z salonu rozmowy i dźwięki orkiestry. Lecz sen nie przyniósł jej ukojenia. Dręczyły ją koszmary. W pewnej chwili usiadła na łóżku cała drżąca, bo wydawało się jej, że słyszy przeraźliwy krzyk. Jakiś czas bacznie nasłuchiwała, czekając aż głos się powtórzy. Lecz w salonie grała muzyka, a pod oknami spacerowali goście, śmiejąc się i rozmawiając głośno. Uznała, że musiało się jej coś przyśnić i zasłoniwszy głowę kołdrą mocno zasnęła.
            Przebudziło ją lekkie pukanie. Otworzyła oczy i rozejrzała się nieprzytomnie. Był wczesny świt, a spoza przymkniętej okiennicy padał na podłogę pierwszy, nieśmiały promień słońca. Bal się zakończył, bo w domu panowała cisza. Wszyscy goście widocznie już spali. Nina obudzona o świcie, zawsze bywała w bardzo złym humorze, widząc cały świat w czarnych barwach. Usiadła na posłaniu ze zmarszczonymi brwiami, wysyłając intruza w myślach do wszystkich diabłów. Zastanawiała się ponuro, kto dobija się do drzwi o tak barbarzyńskiej porze? Przyszło jej na myśl, że to ciotka wymyśliła dla niej nowe zajęcie. O, nic z tego! Jutro wyjeżdża do Makowa i więcej nie zamierza wysługiwać się Borutyńskim. Lecz po namyśle doszła do wniosku, że to nie może być ciotka. Z pewnością balowała do rana i niedawno poszła spać. Wobec tego Nina postanowiła udawać, że śpi i wcale się nie odzywać. Ułożyła się wygodnie, owinęła kołdrą i próbowała ponownie zapaść w sen. Jednak ktoś stojący za drzwiami, uparcie poruszał klamką. Usiadła, cała zjeżona ze złości.
            -  Kto tam? – odezwała się zachrypniętym ze snu głosem.
            -  Otwórz, to ja! – pisnął w odpowiedzi cienki głosik.
            -  Co za „ja”?
             -  To ja, Binia!
            Nina jednym skokiem znalazła się przy drzwiach i przekręciła klucz w zamku. Na progu stała Binia, w samej koszulce nocnej, przystępując z nóżki  na nóżkę, bo podłoga była zimna, a ona bosa. Nina aż otwarła usta ze zdumienia, na widok pani młodej stojącej w drzwiach i przypatrywała jej się z niedowierzaniem.
            -To ty, kochanie? Dlaczego nie śpisz? – spytała, odzyskawszy zdolność mowy. Ale Binia odsunęła ją bez słowa i weszła do środka, starannie zamykając za sobą drzwi na klucz.
            - Najmilsza, co się stało? Gdzie twój mąż? Och, nie stój boso, bo się przeziębisz. Weź moje pantofle, albo lepiej chodź do łóżka.
            Binia jak somnambuliczka zrobiła kilka kroków i runęła twarzą na łóżko, wybuchając strasznym płaczem. Zatykając sobie usta poduszką, zanosiła się krzykiem i łkaniem. Nina stała nad nią blada, z zaciśniętymi pięściami i nie widziała, co ma robić. Oprzytomniawszy, zaczęła uspakajać szlochającą Binię, gładząc ją po głowie i całując po rękach. Ale ona nie mogła się uspokoić i tak szlochała, jakby duszę chciała wypłakać. Nina zastanawiała się gorączkowo, czemu zawdzięcza wizytę młodej mężatki o świcie, i w stanie krańcowej rozpaczy. Próbowała przemyć jej twarz chłodną wodą, lecz ona ciągle odwracała od niej głowę, wciskając twarz w poduszkę. Poprzestała więc tylko na otarciu jej szyi i ramion wilgotnym ręcznikiem, a potem przytuliła ją mocno do siebie, szepcząc do ucha słowa otuchy i podsuwając sole trzeźwiące. Z wolna łkania cichły i Binia jeszcze tylko wzdychała spazmatycznie, pociągając czerwonym z płaczu noskiem.
            - Najdroższa, powiedz mi wreszcie, co się stało. -  dopytywała się Nina, wstrząśnięta jej rozpaczą. – Umieram z niepokoju. Dlaczego płaczesz? Gdzie twój mąż?
            Binia wolno uniosła głowę, otarła mokre policzki i odgarnąwszy z czoła potargane włosy, odezwała się chrapliwym, zupełnie obcym głosem:
            - Nie dotykaj mnie! Przy tobie czuję się nieczysta… cuchnąca, brudna jak świnia!
            - Jezus Maria! – jęknęła Nina. – Co ty mówisz? Dlaczego nie mam cię dotykać? Boże, czy ja w końcu dowiem się od ciebie, co ci się przydarzyło? Ktoś cię skrzywdził? Musisz mi zaraz wszystko powiedzieć!
            - Chcesz wiedzieć? – Binia gwałtownie zerwała się z posłania i chwyciwszy obiema rękami koszulę, potrząsnęła nią, patrząc na siostrę szeroko rozwartymi oczami. - Popatrz! Widzisz? Nino, nie wychodź za mąż!
            Z ust Niny wydarł się okrzyk grozy, na widok krwawych plam rozlanych na śnieżnym batyście. Koszula nocna była poszarpana, bogate koronki podarte. Rozerwany dekolt ukazywał na szyi i piersiach Bini sine wybroczyny i otarcia skóry.
            - Rany boskie! Kto cię tak poranił? Dlaczego twój mąż cię nie bronił? Och, zaraz wezwę pomoc, obudzę ludzi! - skierowała się do drzwi, lecz Binia mocno chwyciła ją za rękę i zatrzymała.
            - Nie! – krzyknęła histerycznie. – Nie wolno ci wołać nikogo! I nie wspominaj mi o mężu. Nie chcę o nim myśleć, bo oszaleję. – upadła przy łóżku na kolana, wstrząsana nowym atakiem płaczu.
            Nina przeżyła istną torturę, czekając aż  Binia się uspokoi.
            - Siostro, nie wyobrażasz nawet sobie, przez jakie piekło dziś przeszłam. – Binia uniosła głowę i popatrzyła jej w oczy. – Matka nie powiedziała mi, co  czeka kobietę w noc poślubną. Dopiero on… po fakcie! Oświadczył mi cynicznie, że każda mężatka  przechodzi przez to po ślubie. Kłamał! Nie uwierzyłam, bo gdyby tak było, żadna z nas nie wyszłaby za mąż. O, jakie to straszne, jakie obrzydliwe i poniżające. Nie!..-. rzuciła się na łóżko, bijąc pięściami w poduszki i tarzając się po posłaniu w ataku histerii. Nina obawiając się, że Binia może zrobić sobie coś złego, pochwyciła ją w ramiona.
            - Jedyna, uspokój się, błagam. Rozumiem, że on zrobił ci krzywdę, ale dlaczego mi nie powiesz, co między wami zaszło? Oświadczył ci, że każdy mąż bije żonę w noc poślubną? Przecież to absurd. Rozgniewał się na ciebie?
            Nieszczęsna pani młoda z jękiem potrząsnęła głową.
            - Nino, ty nic nie rozumiesz. On mnie nie bił. Tak się tego wstydzę, ale przysięgam, że ja nie jestem niczemu winna. Nie chciałam tego!
            - To ja już jestem zupełnie głupia! – Nina bezradnie rozłożyła ręce. – Czego nie chciałaś? Dalej nie wiem o co chodzi. Usiądź i postaraj się opowiedzieć mi dokładnie, co się wydarzyło. Przecież mnie możesz zaufać. Nigdy nikomu nie powtórzę, co usłyszałam od ciebie.
            - Tak. Tylko tobie. – Binia usiadła w ulubionej pozie, podwijając pod siebie nogi. Napiła się wody podanej przez Ninę i raz po raz wzdychając zaczęła mówić łamiącym się, płaczliwym głosem:
            - On przez cały dzień był dla mnie bardzo miły. Powiedział, że mnie kocha i całował po rękach. Byłam tym nawet przyjemnie zaskoczona. Cieszyłam się, że będzie nam z sobą dobrze. Zauważyłam jednak, że pił za dużo wódki i wina. – Binia przerwała i zaczęła ciężko oddychać. – Kiedy zostaliśmy sami, zaczął się zachowywać wprost nieprzyzwoicie. Całował mnie aż do bólu, chwytał za piersi i... –  urwała i zaczerwieniła się, - Zlękłam się, że mnie udusi. Prosiłam, żeby poszedł do siebie, ale on się roześmiał i oznajmił, że odtąd będziemy sypiali razem. Oszalał! Chciałam uciec, ale mnie złapał i zaciągnął do łóżka. Krzyczałam, biłam go, kopałam i wzywałam pomocy. Ale orkiestra głośno grała i nikt mnie nie usłyszał. Boże! – krzyknęła, szarpiąc włosy i wijąc się w męce. – Przysięgam, ja tego nie chciałam, ale on  mnie zmusił! O, jak ja go nienawidzę! Nie pojadę z nim nigdzie, wolę zamieszkać w klasztorze do końca życia. Nie wyobrażasz sobie, jak ja się nim brzydzę! Sobą także. Jestem brudna, ohydna, odrażająca!...
            Wzdrygając się, płakała głośno obejmując kurczowo szyję Niny. „Matko Święta, co to za noc poślubna. – myślała z przerażeniem Nina.- Biedna Binia, a z tego Świerczyńskiego prawdziwy potwór, chociaż wyglądał całkiem przyzwoicie”. Czule pogładziła zmierzwione włosy siostry. Zauważywszy, że Binia powoli się uspokaja, a płacz cichnie, postanowiła mimo wszystko dowiedzieć się prawdy.
            -  Kochanie. – szepnęła. – Ja nadal nic nie rozumiem. Jeżeli on ciebie nie bił, to dlaczego jesteś pokrwawiona? Pani wojewodzina wspominała, że jakiś pan bił żonę zaraz po ślubie i Kościół rozwiązał to małżeństwo. Może i w tym przypadku tak się stanie? Dlaczego nie chcesz powiedzieć o tym matce?
             Binia oblała się szkarłatnym rumieńcem i spuściła głowę.
            -  Nikomu nie mogę o tym powiedzieć. To obrzydliwe!
            - Ale mnie nie musisz się wstydzić. Nigdy nie miałyśmy przed sobą sekretów, pamiętasz? Komu się pożalisz? Może razem wymyślimy coś mądrego.
            - Będziesz się mną brzydziła. Nie zechcesz mnie więcej pocałować, ani nawet dotknąć. – wyszeptała biedna młoda pani i zaczęła się trząść, jak w febrze.
            - Siostrzyczko, przysięgam na zbawienie duszy, że nigdy nie odsunę się od ciebie, cokolwiek mi powiesz.
            Binia namyślała się jakiś czas, lecz kiedy Nina ją objęła i ucałowała, przytuliła się do niej ufnie i zbliżywszy usta do jej ucha, zaczęła się zwierzać, przerywając co chwilę i zanosząc się łkaniem. Słuchającej z najwyższą uwagą Ninie, oczy zaokrągliły się z wrażenia. Rozchyliła usta, pobladła, a potem gwałtownie poczerwieniała, wciągając głęboko powietrze. Zrobiło jej się gorąco i jakoś dziwnie słabo, jakby miała zemdleć. Krew uderzyła jej do głowy, więc żeby ochłonąć, szybko wystawiła nogi spod kołdry.
            - Och! – wysapała, bardzo przejęta i rozgorączkowana. – Biniu, a jeżeli on mówił prawdę i pożycie małżeńskie na tym polega?
            - Nie! To niemożliwe! – zawołała Binia, wstrząsając się z odrazą. – Przecież to straszny grzech! Kościół nie tolerowałby czegoś takiego. On mnie z pewnością okłamał. Jest nienormalny. Czy możesz sobie wyobrazić, żeby twoi rodzice robili coś takiego? Och, taka jestem zbolała, miałam krwotok i cała pościel pochlapana jest krwią. – jęknęła, masując sobie brzuch.
            - Moje biedactwo najsłodsze!- Nina ucałowała ją, wstała z łóżka i nalała z dzbanka do miednicy chłodnej wody. Postawiła miednicę przy łóżku. – Umyj się, złotko, zaraz lepiej się poczujesz. Ale jeżeli to nie tak, w takim razie skąd się biorą dzieci? – zastanawiała się głośno.
            Binia weszła do miednicy i starannie obmyła całe ciało.
            -  On mi powiedział, że z tego, ale to przecież niemożliwe. Żaden ksiądz nie pobłogosławiłby takiego małżeństwa, prawda?
            Nina przypomniała sobie, co pewnego razu zaobserwowała na dziedzińcu czworaków, idąc do obory. Wtedy po raz pierwszy, niania urządziła ciotce Marii prawdziwą awanturę i odtąd nigdy więcej ciotka nie posyłała jej do stajen czy obór. Gdy parobcy przyprowadzali wiejskie krowy do dworskiego byka, lub klacz do ogiera, niania pilnowała obu dziewcząt, nie spuszczając z nich oka. Nie wolno im było chodzić koło czworaków, żeby się czymś nie zgorszyć. Na polecenie ciotki, nawet psy i suki z dworskiej sfory trzymane były osobno. Więc może jednak to właśnie tak?
            Nina pośpiesznie się przeżegnała, przejęta głębią własnego zepsucia. Nie, przecież to szaleństwo. Nie wolno ludzi porównywać do zwierząt, kobieta nie jest krową, którą doprowadza się do byka. Małżeństwo z pewnością  jest bardziej romantyczne i pozbawione cech wulgarnych. Dzieci daje Pan Bóg. Tak mówił proboszcz na kazaniu, a on przecież wie najlepiej. Chciała wyrzucić z myśli te nieprzyzwoite obrazy, lecz one uparcie wracały.
            - Biniu, - odezwała się niepewnie. – Czy ciotka przed ślubem nic ci nie mówiła o obowiązkach żony?
            - Nie! – szepnęła żałośnie Binia. – Powiedziała tylko, że z woli Bożej, kobieta powinna ulegać chuciom męża. Nie wiesz przypadkiem, co znaczy ta chuć?
            - Pewnie, że nie wiem. – westchnęła Nina z rezygnacją. – Może to jakaś choroba, na którą cierpią mężczyźni? Pamiętasz, jak pan Jabłocki miał kłopoty z pęcherzem, to ciotka powiedziała, że o takich sprawach panny nie tylko mówić, ale nawet myśleć nie powinny, bo to ciężki grzech!
            Binia znowu wpadła w rozpacz i zaczęła płakać.
            - Wyszłam za mąż głupia jak but! – zawodziła. – Co ja mam robić? Jaka szkoda, że Stasia Wąsocka pojechała do domu. Może ona coś wie?
            - Akurat! – mruknęła Nina. – Wie tyle samo co my.
            Wróciła do łóżka i zamyśliła się głęboko. Miała dużo zdrowego rozsądku i jakoś trudno było jej uwierzyć, że pan Edward okazał się szaleńcem. Był pijany, to prawda, ale zaraz wariat? O nocy poślubnej nigdy nie mówiło się głośno, a wychodzące za mąż dziewczęta, z reguły nic na ten temat nie wiedziały i dowiadywały się prawdy dopiero po ślubie. Jeżeli Świerczyński był przyzwoitym człowiekiem, powinien poczuwać się do obowiązku i przygotować młodą żonę do współżycia małżeńskiego, jeśli nie uczyniła tego matka. Tymczasem pan młody okazał się brutalem i po pijanemu strasznie skrzywdził Binię, zrażając ją do siebie. Przeżyty w tę noc szok, z pewnością nie ułatwi im porozumienia. Co za głupiec! Zgrzytnęła zębami, mając ochotę chwycić pogrzebacz, pójść do sypialni i zdzielić go nim w głowę!
            -  Czy to długo trwało? – spytała, oblewając się rumieńcem ze wstydu.
            -  Dość długo. On to zrobił aż dwa razy!- jęknęła biedna Binia.
            -  Sadysta! Biniu, posłuchaj – odezwała się Nina zdecydowanym tonem. – Musisz  koniecznie porozmawiać z matką. To absolutnie niezbędne.
            -  Nigdy! – zawołała Binia z przerażeniem. – Ona mi tego nie wybaczy.
            -  Nie ma nic do wybaczenia. To ona wydała cię za tego nędznika i jest odpowiedzialna za to, co się stało.
            Na samą myśl, że ciotka może krzyczeć na Binię, poczuła mrowienie w plecach. W obronie siostry, gotowa była skoczyć ciotce do oczu z pazurami
            - Zaręczam, że matka nie powie ci złego słowa. Jeżeli okaże się, że twój mąż jest nienormalny, Kościół udzieli wam rozwodu, lub zezwoli na separację. A gdyby tak  miało być… - Nina urwała, a potem dodała pośpiesznie: - Matka powie ci, co masz robić. Nie możesz cierpieć bez końca.
            - Ale ja nie chcę do niego wracać! – Binia skurczyła się na łóżku, obejmując kolana ramionami. – Nienawidzę go! Jest wstrętny, nieprzyzwoity i odrażający. Obnażył się przede mną!
            Nina pokiwała głową, patrząc z bólem na jej ciało ze śladami ugryzień i podkrążone oczy. Wstała, podała jej czystą koszulę, uczesała i na palcach pobiegła do kuchni. Wróciła, niosąc filiżankę ciepłego mleka.
            -  Wypij to, kochanie. A on nie widział, jak wychodziłaś z pokoju?
            Błękitne oczy Bini aż pociemniały z gniewu. Zacisnęła drobne dłonie, a na jej bladej, znękanej twarzy odmalował się wyraz głębokiej nienawiści.
            -  On? – syknęła z pogardą. – Pijany zasnął i chrapie jak zarzynany baran!
            „O Matko Boska. – rozmyślała Nina. – Żeby tak można było zwrócić się do kogoś mądrego po radę, ale do kogo? Nawet niania nie wie nic o tych sprawach, bo nie była mężatką”. Wyjrzała przez okno, uchylając drewnianą okiennicę. Słońce już wstawało, lecz drzewa w sadzie tonęły jeszcze w porannym cieniu.
            - Jest bardzo wcześnie. – zauważyła, kładąc się do łóżka. – Biniu, przytul się do mnie i spróbuj zasnąć. Potrzebujesz wypoczynku.
            Binia przyznała jej rację i wyciągnęła się wygodnie, wspierając głowę na ramieniu Niny. Nieprzespana noc, okropny wstrząs, ból i płacz, zupełnie wytrąciły ją z równowagi. Zamknęła oczy i zapadła w nerwowy, płytki sen, jęcząc i popłakując, jak niewinnie skrzywdzone dziecko, jakim zresztą jeszcze była. Wstrząśnięta dramatem siostry, Nina nie mogła zasnąć. Mając mocniejsze nerwy i gorętszy temperament, nie była aż tak przejęta odkryciem tajemnicy współżycia fizycznego, jakby się tego można było spodziewać po dziewczynie w jej wieku. Leżąc przy boku śpiącej Bini, próbowała przypomnieć sobie, co kiedykolwiek słyszała o nocy poślubnej. Niestety, całą wiedzę na ten temat mogła zamknąć w słowach: „Żyli długo i mieli dużo dzieci!”. Mężatki pilnie strzegły sekretów małżeńskiej sypialni. Żadna panna przy zdrowych zmysłach, nie ośmieliłaby się pytać o tak wstydliwe sprawy. W przeciwnym razie zasłużyłaby na surową karę.
            „A może małżeństwo właśnie na tym polega i stad się biorą dzieci?”. – zadała sobie pytanie i poczuła, że krew uderza jej do głowy. Jeżeli to prawda, to właśnie w ten sposób wuj Aleks spędza noce z żoną! Poczuła w sercu głuchy ból. Była zakochana, a wtedy snuje się marzenia jedne piękniejsze od drugich, słodkie i romantyczne. Pod wpływem zwierzeń Bini, przestała wierzyć w bociany i niemowlęta znalezione w kapuście. Tej nocy rozdarła się przed jej oczami zasłona skrywająca tajemnice życia. Miłość jej, dotąd naiwna i dziecinna, stała się świadoma. Z dziecinnego podlotka, przeistoczyła się w młodą kobietę. Nie wierzyła jednak, że Aleks mógłby się okazać tak okrutny jak Świerczyński. „Nie. – dumała, wtulona w poduszkę. – On nie jest taki. Zresztą wydaje mi się, że kiedy się kogoś bardzo kocha, to noc poślubna musi być inna, o wiele bardziej romantyczna. A o bólu szybko się zapomina w ramionach ukochanego”. Leżała rozmarzona, wpatrując się w okno, za którym rozlegały się głosy ptaków witających dzień.
            Ciotka nie była wcale zdziwiona widokiem spłakanej i zdesperowanej córki, pukającej rano do drzwi jej sypialni. Kazała Bini usiąść i wyprosiła z pokoju Ninę, uparcie trzymającą się boku siostry. Rozmowa matki z córką trwała długo. Spoza zamkniętych drzwi, do uszu Niny dobiegały płacz i krzyki Bini. Nerwowo krążyła koło sypialni, ogryzając paznokcie, gotowa skoczyć siostrze na pomoc. Młoda pani Świerczyńska wyszła stamtąd dopiero po godzinie, czerwona, spłakana, ze spuszczoną głową, ale jakby nieco spokojniejsza.
            Z kolei ciotka Maria udała się do męża na naradę, zaś wuj Ksawery zaprosił zięcia na mocno zakrapiane śniadanie. Rozmawiali w cztery oczy, a po posiłku obaj panowie ucałowali się z dubeltówki i wyszli do gości, bardzo z siebie zadowoleni. Przez resztę dnia, pan Edward okazywał żonie najwyższy szacunek i czułość. Te dowody małżeńskiej miłości, Binia przyjmowała zimno, z wyraźnym przymusem. Na pytające spojrzenie Niny, odpowiedziała nieznacznym skinieniem głowy i bolesnym grymasem ust. Nie mogły nawet swobodnie porozmawiać, bo dom pełen był gości. Dopiero po południu, gdy Świerczyński zajęty był przygotowaniami do podróży, Binia skinęła siostrę i obie pobiegły na piętro. Zamknąwszy drzwi na klucz, Binia rzuciła się w ramiona Niny.
            - Miałaś rację! – zapłakała. – Edward nie jest szalony, tylko wczoraj był pijany i zachował się „niedelikatnie”! Tak powiedziała mi matka. Boże, jak ja to przetrzymam? Mam cierpieć całe życie? Nino, ja się zabiję! – z jękiem upadła na ślubne łoże, drąc koronkowe wstawki na kołdrze. – Nigdy nie daruję matce, że nie pouczyła mnie, co czeka kobietę po ślubie. Gdybym wiedziała, nie wyszłabym za mąż.
            Nina usiadła przy niej, łagodnie gładząc jej włosy.
            - A ja ciebie ostrzegałam. Nie kochasz męża i dlatego nie chcesz go zaakceptować. Gdybyś była w nim zakochana, wszystko co zrobił, wydałoby ci się podniecające.
            -  Nino, to wcale nie jest podniecające, lecz piekielnie bolesne i poniżające. Gdybym go nawet kochała, za to zrobił ze mną w noc poślubną, znienawidziłabym go do końca życia. Na pociechę, matka powiedziała mi, że tylko pierwszy raz jest dla kobiety taki przykry, a potem to nawet bywa przyjemnie! O, nie sądzę, żeby ojciec w noc poślubną wypłatał matce takiego psikusa, bo inaczej zareagowałaby na moje skargi. Najgorsze jest to, że gdy odepchnę Edwarda, nasze małżeństwo pozostanie bezdzietne, a ja tak bardzo chcę mieć dzieci. Podobno mąż przyrzekł ojcu, że przez kilka dni nie zbliży się do mnie. To bardzo szlachetne z jego strony, nie uważasz?
            Binia prychnęła z wściekłością, wstała z łóżka i z zaciętą miną przejrzała się w lustrze toaletki. Umyła twarz  i lekko przypudrowała zaczerwieniony nosek. Zgarnęła bujne, jasne włosy i upięła je na karku w węzeł.
            -  Nie mam złudzeń co do mojej przyszłości. – odezwała się opanowanym głosem, nacierając skronie wodą kolońską. – Mniejsza o mnie. Martwię się o ciebie. Powtórz mi, Nino o czym rozmawiałaś z wujem Aleksem?
            Wysłuchawszy jej, ponuro potrząsnęła głową.
            - Matka nas obie urządziła. – stwierdziła z goryczą. – Najchętniej widziałabym cię w Świerszczynach, ale teraz nie wiem, jak ułożą się stosunki pomiędzy mną, a mężem. Wuj Aleks jest dżentelmenem, ale Paula nie budzi mojego zaufania. To dziwna kobieta i wcale nie nadaje się na opiekunkę panny z dobrego domu. Mam nadzieję, ze wuj zdaje sobie z tego sprawę. Na szczęście pani wojewodzina  nie znosi hrabiny i będzie miała na nią oko. Poproszę ją o to. Nino, mam tu dwieście rubli. Dostałam je od ojca „na szpilki”. Proszę, weź te pieniądze.
            - Nie. Nigdy nie zdołam spłacić długu. – stanowczo sprzeciwiła się Nina, odsuwając jej wyciągniętą rękę.
            - Błagam cię,  weź! – nalegała Binia. – Koniecznie musisz mieć przy sobie pieniądze. Mnie one  nie  są potrzebne. Mam męża, który musi zaspokajać moje potrzeby i kaprysy. Wziął za mnie duży posag! – wcisnęła w dłoń Niny woreczek z pieniędzmi i ucałowała ją. – Jesteś jedyną istotą na świecie, której miłości jestem absolutnie pewna. Obie mamy pecha, siostro. Ja nienawidzę swego męża, a ty zakochałaś się w  mężczyźnie, którego nie możesz poślubić i również nie będziesz szczęśliwa. Och, kochanie! – wybuchnęła nagle z nową rozpaczą. – Czuję się taka zbrukana jak suka, której każdy pies może użyć!
            - Jezu Chryste, Biniu! – Nina zbladła i nie mogła wprost uwierzyć, że te okropne słowa przeszły przez usta  delikatnej i subtelnej kobiety. – Nie wolno ci tak o sobie mówić.
            - Wczoraj zostałam  użyta jak suka! Przepraszam, wybacz mi! – Binia zarzuciła ramiona na szyję Niny. –  Wyrażam się okropnie wulgarnie. Jak tylko wrócę z podróży poślubnej, zabiorę cię do Świerszczyn..
            -  Nie, Biniu. Bez względu na to, co mi ta miłość przyniesie, pragnę być blisko pana Alka.
            - Rozumiem ciebie. W takim razie żegnaj, moja najmilsza. Niech ciebie Bóg strzeże i błogosławi. A nie zapomnij o mnie. Będziemy często do siebie pisać.
            Przytuliły się do siebie płacząc. W tym momencie Nina kochała Binię tak gorąco, jak niegdyś ojca. Ociągając się, wyszła z sypialni cicho zamykając za sobą drzwi.
            Pod wieczór zajechała przed dwór kareta, a służba zaczęła układać na dachu pojazdu i z tyłu, istną górę pakunków. Wielkie kufry z wyprawą młodej pani, jechały na trzech osobnych wozach. Na koźle karety siedziała Zuzka, pokojowa Bini i zawodziła jak na pogrzebie.  Na ganku ukazali się państwo młodzi, żegnani przez gości i orkiestrę. Binia ubrana w wytworny kostium podróżny z popielatego kaszmiru poważnie, bez uśmiechu, żegnała się z rodziną. Ciotka Maria zalana  łzami, całowała odjeżdżającą córkę. Binia miała oczy suche i zimną, kamienną twarz. Mogło się wydawać, że wyjazd z rodzinnego domu jest jej całkiem obojętny.
            - Niechże mama nie płacze. Przecież rodzice życzyli sobie tego małżeństwa, prawda? Adieu, maman!  
            Równie chłodno pożegnała ojca, tylko hrabiego potraktowała o wiele serdeczniej, całując go i szepcząc mu coś do ucha. Przed samym odjazdem wręczyła Ninie małą paczkę, przewiązaną wstążką.
            -  Na pamiątkę ode mnie. – szepnęła, obejmując ją po raz ostatni. 
            Wsparta na ramieniu męża, wolno zeszła po schodach i wsiadła do karety. Świerczyński wychylił się z okna powiewając kapeluszem, ale ona już się nie pokazała. Nina pobiegła za odjeżdżającym powozem i przez zasłonę z łez patrzyła, jak niknie w głębi topolowej alei. Niespodziewanie doznała dziwnego i bolesnego przeczucia, że Binia już nigdy nie zobaczy rodzinnego domu. Weszła na facjatkę i rozwinęła paczkę. Znalazła w niej zwoje delikatnej koronki – ślubny welon panny młodej.
            Po wystawnej kolacji  przy muzyce, goście zaczęli rozjeżdżać się do domów. Przewidywano wprawdzie dwa dni zabawy, lecz większość gości była przeciwna hucznym balom w okresie żałoby narodowej. Nina pomagała pakować się pani Salomei, która także nazajutrz wracała z Jasiem do Warszawy. Starsza dama była uszczęśliwiona dowiedziawszy się, że Nina zamieszka w Makowie. Jaś wybrał się na wieś, pogadać z chłopami w karczmie i zanieść staremu Gulakowi, dobrą nowinę o wnuku. Ostatni wyjechał z Sarnik hrabia, przypominając Ninie żeby przygotowała się do podróży.
            Dwór jeszcze tak niedawno rozbrzmiewający muzyką, śmiechem i gwarem rozmów, opustoszał. Służba porządkowała pokoje, zakrywając meble pokrowcami i woskując zadeptane posadzki. Nina przypomniała sobie, że powinna się pakować i poszła po Jagę. Znalazła ją w jadalni. Pochylona nad stołem, układała porcelanowe serwisy w kredensach.
            - Sosjerka, kompotierka… - mruczała pod nosem. – a cukiernica gdzie? Pewnie stłuczona! Nie, Bogu dzięki jest! – podniosła głowę i posłała Ninie uśmiech. – Co chcesz, kotuniu? Mam pyszny chłodniczek, zjesz?
            - Nie, dziękuję. – Nina podeszła do stołu, wyjęła z rąk Jagi półmisek i z rozmachem postawiła go na stole.
            -  Uważaj, dziecko! – zawołała Jaga ze strachem. – Jeszcze coś stłuczesz!
            -  Mam wielką ochotę wszystko potłuc w tym domu. – warknęła Nina. – Zostaw  tę robotę. Jutro wyjeżdżamy do Makowa. Nie musisz już więcej wysługiwać się ciotce. Chodź, pomożesz mi się spakować.
            -  To już jutro? – Jaga rozejrzała się z nieukrywanym żalem.
            -  Nie chcesz wyjeżdżać z Sarnik?
            -  Cóż, człowiek przywiązuje się do starych kątów. Długo tu mieszkałyśmy.
            -  Za długo! Nianiu, jak możesz żałować domu, skąd nas tak nielitościwie wyrzucono?
            Przez chwilę w milczeniu patrzyły sobie w oczy. Jaga złagodniała i pogładziła wychowankę po policzku.
            -  Już dobrze. Idź na górkę, zaraz do ciebie przyjdę.
            Przechodząc koło pokoju Bini, Nina zajrzała tam mimo woli. Meble zakryto już pokrowcami, a łoże przysłonięto firankami. Wszystko razem sprawiało wrażenie, jakby niedawno wyniesiono stąd nieboszczyka. Na podłodze leżała biała róża, rozdeptana czyjąś ciężką stopą. Nina podniosła ją i uciekła stamtąd, kryjąc twarz w dłoniach. W swoim pokoju otworzyła szafę i zaczęła wyjmować z niej rzeczy. Kiedy przyszła Jaga, obie zabrały się do pracy, pakując suknie i bieliznę. Nie dużo tego było, cały dobytek Niny zmieścił się w dwóch niewielkich kuferkach. Jaga nie odzywała się i widać było, że jest niezadowolona z wyjazdu do Makowa.
            - Chcesz tutaj zostać? – Nina uniosła głowę znad otwartego kuferka. – Przecież nigdy nie byłaś w Makowie i nie wyobrażasz nawet sobie, jak tam jest pięknie. Niewiele takich rezydencji mamy w kraju.
            - Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. – burknęła niania, starannie układając w dużym pudle suknie balowe Niny. – Mnie nikt nie pyta, co ja chcę! Wyjmij z komody wachlarze, rękawiczki i parasolki, to spakuję je razem.
            Nina posłusznie sięgnęła do komody, posławszy jej przedtem spojrzenie pełne wyrzutu.
            - Jesteś niesprawiedliwa, nianiu. Mnie także nikt nie pytał o zdanie. Zadecydowano o moim losie, jakbym była sprzętem, nie człowiekiem. Och, nianiu, przecież tu nikt mnie nie chce. Wujostwo z radością się mnie pozbywają. Idziemy, gdzie może nam będzie odrobinę lepiej.
            Jaga ciężko westchnęła.
            - Przecież ja to rozumiem, moje dziecko. Serce mnie boli jak widzę, że ludzie pomiatają moją kruszynką. Ale powiedz mi, co my będziemy robić w tym Makowie. W takim pałacu, to człowiek nie wie, jak się obrócić i do kogo zagadać. Nie lepiej byłoby jechać do Warszawy z panią Salomeą? To święta kobieta, a panicz Jaś dla ciebie jak rodzony brat. Nie będzie nam tam źle.
            Nina z pasją cisnęła trzymaną w ręce parasolkę do kuferka i spojrzała na Jagę ze złością.
            - A nie wiesz czasami, z czego będziemy tam żyły? – krzyknęła napastliwym tonem. – Bo przecież cioci, ani Janka nie stać na utrzymanie ubogich krewnych. Zapomniałaś już, jak biedowałyśmy w Gnieźnie po śmierci mamusi? Ja więcej głodować nie myślę! Wytłumacz mi, proszę, dlaczego nie chcesz jechać do Makowa?
            Jaga podniosła się, zmarszczyła brwi i z groźną miną wzięła się pod boki, patrząc na nią z góry.
            - Wyobraź sobie, moja panno, że ja ślepa nie jestem! – wybuchnęła z gniewem. – Masz mnie za głupią? Zdaje ci się, że  nie widzę, jak przewracasz oczami do pana hrabiego? Aha, właśnie, znam cię od pieluch i dobrze wiem, co ci chodzi po głowie. Nina, nie odwracaj się do mnie plecami, tylko patrz mi w oczy! Myślisz, że nie słyszałam, jak rozmawiałyście z Binią o babce marszałkowej? Owszem, ona wyszła za rodzonego wuja, ale on na kolanach błagał o jej rękę i był kawalerem! Nie łudź się, że dla ciebie pan hrabia poprosi żonę o rozwód. Takiego skandalu jeszcze w rodzinie nie było i póki ja żyję, nie będzie!
            - Ależ nianiu, ja przecież… - zaczerwieniona i zmieszana Nina, próbowała wtrącić słówko na swoją obronę, lecz Jaga nie dopuściła jej do głosu.
            - Milcz, teraz ja mówię! – rozkazała surowo. – Chyba ciebie diabeł opętał, że jesteś ślepa i głucha na wszystko, co cię otacza. Ty paskudnico, chcesz mi wstyd przynieść na stare lata? Twoi rodzice w grobie się przewracają. Widziałaś, jakie hrabina ma stroje, jakie klejnoty? W posagu ich nie wniosła, bo nic nie miała, więc skąd je wzięła? Bo to mąż wydaje na nią tysiące rubli i jest w niej zakochany, ty głupia oślico! A ona nosi się jak udzielna księżna. O, ja dobrze się jej przypatrzyłam, jak tu przyjechała. Chytra liszka, nie puści z pazurów bogatego męża, bo nie posiada żadnego majątku.
            - Nianiu, przestań. Nie rozumiesz… - zaczęła Nina, lecz poirytowana Jaga ponownie jej przerwała.
            -  Ja wszystko rozumiem, ty smarkulo! – ucięła. – Nawet to, że mogłabyś się zakochać w panu Klonowieckim pod warunkiem, że byłby wolny i prosił o twoją rękę. Pan hrabia także postępuje, jakby był obrany z rozumu! Nie mógł ci opłacić jakiejś pensji, żebyś tam doszła do pełnoletniości i nabrała ogłady? Po co taką naiwną gęś jak ty, ciągnąć do pałacu? Tu miałaś swój kąt, a pani dziedziczka zła, bo zła, ale zawsze rodzona siostra twojej matki. Co zamierzasz robić w takim wielkim domu? Kto wie, może znowu ulokują ciebie na jakimś strychu, jako pannę respektową? Albo staniesz  się garderobianą jaśnie pani hrabiny, czy jej pokojówką i co rano będziesz wynosiła jej nocne naczynie. Koniecznie uparłaś się zostać popychadłem jaśnie państwa? Zgodzisz się, żeby ta nędzna wywłoka z tytułem hrabiny, zabawiała się tobą, jak z pinczerkiem?
            Nina posiniała z tłumionej wściekłości, wysłuchując z zaciętymi ustami  bezlitosnych uwag niani. O, Jaga przejrzała ją na wylot! Najwidoczniej nie potrafi wcale  dobrze się maskować, bo i Binia poznała jej sekret, a ciotka Maria także prawdopodobnie domyśliła się wszystkiego. Gorzkie, urągliwe słowa Jagi, ugodziły ją prosto w serce i głęboko upokorzyły jej dumę. Nawet przed sobą nie chciała przyznać się do obaw, jakie niosły ze sobą nagłe zmiany w jej życiu. Dopiero okrutne uwagi niani, uświadomiły jej, jak skromne i podrzędne miejsce może zająć w pałacu. Wolała nie przyznawać się Jadze, że wuj Aleks pozostawił jej wolny wybór. O, gdyby wspomniała o tym, niania natychmiast uparłaby się, żeby jechać do Warszawy, lub do Galicji, byle jak najdalej od Makowa.
            Obrażona i do żywego dotknięta, podniosła się, obrzucając Jagę zimnym, wyniosłym spojrzeniem.
            - Jak śmiesz tak do mnie mówić? – krzyknęła. – Czy nie za wiele sobie pozwalasz?
            Jaga pokiwała tylko głową.
            - Prawda w oczy kole! Widzę, że już mnie nie potrzebujesz. Nie słuchasz moich rad, może się mnie wstydzisz? Powiedz tylko, a pójdę sobie. Znajdą się dobrzy ludzie, którzy mnie przygarną. Nigdy w życiu nie siedziałam bezczynnie i potrafię zapracować na chleb. A zresztą, mój Boże, komu jest potrzebne moje życie. – westchnęła ze smutkiem i rezygnacją.
            Nina momentalnie ochłonęła z gniewu i opamiętała się. Ogarnięta skruchą  i wyrzutami sumienia, upadła przed nią na kolana, pokrywając pocałunkami i łzami ręce, twarz, a nawet suknię Jagi.
            - Nianiu, moja najdroższa, wybacz mi. Nie jestem warta twojej miłości. Zachowałam się wstrętnie, bardzo tego żałuję i przepraszam. Wolę żebyś sprawiła mi lanie trzepaczką, niż patrzyła takim smutnym wzrokiem. Jakże możesz myśleć, że wstydzę się ciebie?  Przecież ja ciebie kocham . Nie mogłabym się bez ciebie obejść. Jezu, nie przeżyłabym bez ciebie ani jednego dnia. Jesteś dla mnie wszystkim, ojcem, matką, całą moją rodziną.  Najlepszą opiekunką daną mi przez Boga. Musisz jednak przyznać, że gdyby nie interwencja wuja Aleksa, to Borutyńscy zmusiliby mnie do wyjazdu za granicę i rozdzielili z tobą. Za to należy się panu hrabiemu nasza wdzięczność, prawda? Przysięgam ci, że nie zrobię nic takiego, czego mogłabym się wstydzić. Zobaczymy, jak będzie nam źle w Makowie, to pojedziemy do Warszawy. Tylko już nie gniewaj się na mnie, moja najmilsza. Błagam!
            Jaga miała mocny zamiar dać jej solidną burę, lecz gdy usta Niny przybrały żałosny kształt podkówki, a długie rzęsy jęły ociekać łzami, cała surowość niani rozpłynęła się w macierzyńskiej czułości.
            - No już dobrze. Pojedziemy do tego Makowa. – powiedziała, łagodnie uwalniając się z ramion Niny. – Ale ja, moje drogie dziecko, boję się czegoś. Jesteś jeszcze taka  młodziutka, ufna, nie znasz życia. Lękam się dla ciebie tego wielkiego świata, bezdusznego i pełnego fałszu. Nie chcę, żebyś przez  tą nierozsądną miłość zmarnowała sobie życie.
            Jej przestrogi wydały się Ninie złą wróżbą.
            Mimo woli przeszył ją dreszcz na myśl o tym, co czeka ją w nieznanym domu, pomiędzy obcymi, obojętnymi ludźmi. Kiedy udała się na spoczynek w ostatnią noc pod sarnickim dachem, źle spała i dręczyły ją koszmary. Wydawało się jej, że słyszy jakieś głosy, a do  łóżka zbliżały się złowrogie cienie. Nad ranem przyśniły się jej cudowne, pachnące czerwone róże, ale kiedy zaczęła je zrywać, spostrzegła z przerażeniem, że kwiaty pozostawiły na jej dłoniach szkarłatne ślady krwi.