Portret damy z różami.








                     P O R T R E T    D A M Y    Z     R Ó Ż A M I

                                       Opowieść niesamowita.

                                              Rozdział I.


W latach międzywojennych, moją najmilszą rozrywką było podróżowanie po kraju, w poszukiwaniu cennych zabytków, zagrzebanych gdzieś na zapadłej prowincji, w prastarych kościółkach, rozpadających się dworkach i mieszczańskich kamieniczkach. Nie do wiary, co ludzie potrafią przechowywać na strychach lub w piwnicach, nie zdając sobie zupełnie sprawy z wartości przedmiotu poniewierającego się pośród rupieci. Kiedy nadchodziło lato, pakowałam trochę niezbędnych rzeczy do dychawicznego Forda, kupionego za grosze na pchlim targu, zamykałam swoje mieszkanie pełne książek, notatek i kurzu na cztery spusty i ruszałam w drogę, bez planu i wytyczonej trasy – ot, gdzie mnie oczy poniosą.
Tego lata jednak szczęście mi nie dopisywało. Żaden godny uwagi zabytek nie wpadł mi w oko, a piękna dotąd pogoda nagle się popsuła. Rozpadały się ulewne deszcze, drogi rozmiękły, a mój Ford, co kilka kilometrów zatrzymywał się, doprowadzając mnie do rozpaczy. Dopiero w Kołomyi mechanik podreperował samochód, zaręczając z zapałem, że kilkadziesiąt kilometrów „musowo” przejedzie! Jego zaręczenia tchnęły we mnie odrobinę optymizmu. Zamiast pozostawić grata w garażu i skorzystać ze starego autobusu, lub wybrać pieszą wędrówkę, wsiadłam do wozu i ruszyłam na spotkanie najdziwniejszej w życiu przygody.
Nadchodziła noc, a na wschodniej stronie nieba gromadziły się ciemne chmury i leciały ku mnie, pędzone coraz to bardziej porywistym wiatrem, zasłaniając obszary czystego nieba. Mrok ogarnął ziemię, a w oddali rozległ się stłumiony, jakby z podziemi, pomruk gromu i przetaczał się po wzgórzach, powtarzany echami. Powietrze uczyniło się nieznośnie duszne i parne, jak w pralni, przesycone wilgocią. Na moją dłoń spadła pierwsza ciepła i ciężka kropla deszczu. W tej samej chwili motor kaszlnął ostrzegawczo, zakrztusił się, strzelił dwa razy i samochód stanął pośrodku polnej drogi. Nie pomogło kręcenie korbą, przeglądanie silnika i kopanie w karoserię. Metalowe bydlę uparło się, że nie ruszy z miejsca i już!
Nie miałam na co czekać, bo nawałnica zbliżała się z przerażającą szybkością, a przy takiej pogodzie nikt mnie tutaj nie znajdzie. Splunęłam z wściekłością i zabrawszy kilka toaletowych drobiazgów, ruszyłam przed siebie poszukać jakiegoś suchego kąta. Pomimo prześladującego mnie pecha, miałam jednak odrobinę szczęścia w nieszczęściu, bo zaraz za górką ujrzałam światła wsi, ciągnącej się po obu stronach drogi, a nieco dalej wyniosłą wieżę kościelną i cebulaste kopułki cerkiewki. W tym momencie nastąpiło istne oberwanie chmury. Teraz już nie pojedyncze krople, lecz całe wiadra wody lunęły z nieba.
 Zrobiło się zupełnie ciemno, a ja w jednej chwili byłam mokrusieńka. Ruszyłam naprzód i po kilku niepewnych krokach, pośliznęłam się i runęłam jak długa w błotnistą kałużę. O, tym razem miałam serdecznie dosyć samochodów i przygód. Zatęskniłam za moim warszawskim przytulnym mieszkankiem na Starym Mieście i za ciepłym piecem.
Pociągając rzewnie nosem poczłapałam przed siebie, ociekając błotem, brudna jak nieboskie stworzenie. Brnęłam w ciemnościach, zdecydowana zapukać do pierwszych drzwi i poprosić o pomoc. Ale groźne warczenie i histeryczny wrzask wiejskich kundli, odpędzał mnie od kolejnej furtki w płocie. Wędrowałam więc dalej, zziębnięta i nieszczęśliwa, nie tracąc jednak nadziei na znalezienie gdzieś suchego kąta i kubka gorącego mleka. Naraz wyrósł przede mną wysoki mur, o który się uderzyłam. Macając rękami jak ślepiec, doszłam do drewnianej werandy. Weszłam po kilku skrzypiących schodkach i stanęłam pod drzwiami z niewielką szybką, spoza której sączyło się światło. Nieśmiało zapukałam, lecz nikt nie otworzył. Musiałam pukać jeszcze kilka razy coraz mocniej, zanim drzwi się otworzyły i stanęła w nich stara, gruba kobieta, mierząc mnie podejrzliwym spojrzeniem. - A kto się tak dobija? Czego? - burknęła wcale nieuprzejmie, tarasując mi drogę do domu. Chrząknęłam z zakłopotaniem i otrząsając się nieznacznie z błota, wyszukanie miłym tonem opowiedziałam jej o mojej przygodzie. - Czy mogę wejść, ogrzać się i wysuszyć? - spytałam pokornie. Odpowiedź kobiety zagłuszył huk gromu tak potężny, że obie przysiadłyśmy ze strachu. Trzęsłam się z zimna, a moje zęby z powodzeniem mogły naśladować kastaniety. Energiczny ruch ręki grubej kobiety dał mi do zrozumienia, że muszę szukać sobie innego schronienia. Właśnie drzwi zatrzasnęły mi się przed nosem, gdy z wnętrza domu odezwał się flegmatyczny męski głos: - A kto pukał, Walusiowa? - Ta czy ja wim? Jakaś taka... - mruknęła stara megiera z mocnym lwowskim akcentem. - Nie wpuściłam, bo to człowik nie wi, kogo do domu wpuszcza i tyli! Rozległ się łoskot gwałtownie odsuwanego krzesła i męski głos zawołał z oburzeniem: - Niech no Walusiowa natychmiast zawoła podróżną! Walusiowa jest chrześcijanką? Walusiowa co drugi dzień chodzi do spowiedzi, i naprzykrza się Panu Bogu, a człowieka spod drzwi odpędza! Nie dam rozgrzeszenia i basta! Drzwi otwarły się ponownie i na progu stanął stary człowiek w podniszczonej sutannie. - Niech pani nie stoi na deszczu. Proszę wejść, bo choroba gotowa. Okazało się, że przeszłam przez całą wieś i trafiłam na plebanię. Po chwili umyta i wysuszona siedziałam przy stole, z wilczym apetytem zajadając jajecznicę na skwarkach i popijając ją gorącym mlekiem. Walusiowa ujrzawszy mnie wymytą i usłyszawszy, że jestem historykiem z Warszawy, nagle stała się bardzo miła, głośno ubolewając nad moją przygodą. Nawet nie wiem kiedy znalazłam się w gościnnym pokoju, w łóżku z siennikiem szeleszczącym świeżą słomą i pod kraciastą pierzyną. Prawie natychmiast zasnęłam kamiennym snem. Otworzywszy oczy, ujrzałam jasne promienie słońca, wpadające przez serduszko, wycięte w drewnianej okiennicy. W ich blasku, stojące na parapecie okna czerwone pelargonie, miały kolor czystej purpury. Mój nie nakręcony zegarek stanął na trzeciej godzinie w nocy, lecz sądząc po długości promieni słonecznych, było już chyba południe. Zerwałam się mocno zawstydzona długim leniuchowaniem i otworzyłam okiennice, rozkoszując się świeżym i czystym powietrzem. Pokój gościnny był niewielki, stał w nim okrągły stolik, dwa krzesła z siedzeniami obitymi wytartą skórą, komoda na której stała porcelanowa miednica i nad nią niemal ślepe lustro. Meble były stare i zniszczone, lecz bardzo czyste, podobnie jak i drewniana podłoga, zakryta huculskim dywanikiem. Umyłam się, pośpiesznie ubrałam i weszłam do jadalni, z bielonymi ścianami i niskim belkowanym sufitem. Przy stole krzątała się Walusiowa i powitała mnie z wylewną serdecznością: - A choróbsko jakie nie chyciło pani prefesur z tej wilgoci? - spytała, podsuwając mi krzesło i nalewając z dzbanka otulonego watowaną kołderką, cudownie pachnącą kawę. - Na szczęście nic mi nie jest. A gdzie to ksiądz proboszcz? - spytałam, smarując kromkę czarnego wiejskiego chleba, świeżym masłem. Walusiowa poszła do kuchni i wróciła po chwili, niosąc patelnię z jajecznicą, tym razem na kiełbasie, oraz podsmażoną kaszankę z cebulką. - Siedzi w kościele. Dobrodziej prosił, żeby pani prefesur po śniadaniu przyszła do niego. Kiedy wyszłam na drewnianą werandę obrośniętą winem, pierwszą rzeczą jaką zobaczyły moje oczy, był samochód stojący przed plebanią. Widocznie ksiądz proboszcz rano kazał go przyholować. Kościółek był ogromnie stary i zapadły w ziemię, a do jego wnętrza wchodziło się w dół, po trzech wytartych kamiennych schodach. W kościele było prawie ciemno, bo dokoła rosły ogromne lipy, zasłaniając małe głęboko osadzone okienka. Wydeptana tysiącami nóg wielu pokoleń kamienna posadzka i poczerniałe ze starości ściany, świadczyły wymownie, że parafia była uboga. Księdza przy ołtarzu nie dostrzegłam, więc zaczęłam spacerować z kąta w kąt, przypatrując się z odrazą gipsowym aniołkom z twarzami obłażącymi z farby i pozłoty. Wyglądały jak kolonia trędowatych. Czasem moją uwagę zwróciła drewniana figurka jakiegoś świętego, naiwna i prymitywnie piękna, wyrzeźbiona przez wioskowego artystę. - Laudetur. Jak się pani spało? - usłyszałam za plecami głoś księdza. - Znakomicie! Bardzo przepraszam, bo zaspałam, ale byłam ogromnie zmęczona. - odwróciwszy się, spojrzałam na uśmiechniętą twarz księdza, okrągłą jak księżyc w pełni i bardzo poczciwą. - To chyba wiekowy kościół, prawda? - zauważyłam, rozglądając się po ciemnawym wnętrzu, pełnym zapachu stęchlizny i wosku. Mury świątyni były grube, z ciosanych głazów, a okna małe i bardzo głęboko osadzone. Kościół sprawiał wrażenie czegoś niezmiernie sędziwego i niestety, zani
- O tak, ma z pięćset lat, a jakie dzieje! Bywali tu Tatarzy, Kozacy, Turcy, Siedmiogrodzianie, Szwedzi i zbuntowani chłopi. Za pierwszej Rzeczypospolitej odbywały się tutaj sejmiki szlacheckie przed każdą elekcją. Samą wieś wielokrotnie palono, ale kościół jakimś cudem się zachował. Pani jest historykiem i szuka zabytkowych przedmiotów? Opowiedziałam księdzu czego szukam do Muzeum Narodowego, i co mnie szczególnie interesuje. - Zdaje mi się jednak – westchnęłam z rezygnacją – że tutaj nic ciekawego dla siebie nie znajdę, a szkoda. - Ejże! - staruszek przekrzywił głowę na ramię, filuternie spoglądając na mnie jednym okiem. - A zwiedziła już pani cały kościół? - Prawie. Nie byłam tylko w tej bocznej kaplicy. - To wejdźmy tam. - rzekł ksiądz, wyjmując z kieszeni duży, ozdobny żelazny klucz. Kaplica była niewielka i od głównej nawy oddzielało ją wysokie, ręcznie kute żelazne ogrodzenie, zakończone piękną bramą zwieńczoną herbem. Przez kraty dostrzegłam wielki obraz wiszący na frontowej ścianie. Ksiądz otworzył kluczem bramę i weszliśmy do środka. Ze zdumieniem spostrzegłam, że widoczny zza kraty obraz nie przedstawia żadnego świętego. Stałam przed portretem młodej, prześlicznej damy w empirowej1 sukni z czarnego aksamitu, przepasanej pod biustem złocistą szarfą. Jasne puszyste włosy, upięte w gęste loki, ozdobione były kilkoma kremowymi różami. Bukiet z tych samych róż, dama trzymała w drobnych, delikatnych dłoniach. Nie mogłam wprost oderwać wzroku od jej twarzy, o klasycznym owalu i wykwintnych rysach. Wielkie błękitne oczy patrzyły na mnie z melancholijną słodyczą, a różowe usta uśmiechały się smętnie. Spod skraju szaty widoczny był czubek złotego pantofelka. Cała postać pięknej pani została przedstawiona w naturalnej wielkości i tchnęła nieopisanym wdziękiem.

Wstrzymując z emocji oddech, przypadłam do obrazu. Mój szósty zmysł rasowego historyka podpowiedział mi, że być może trafiłam na zdumiewające odkrycie. Coś ogromnie znajomego było w całej fakturze portretu i technice nakładania farb. Ale jeszcze nie wierzyłam własnym oczom. Wydobyłam z kieszeni lupę, z którą się nie rozstawałam i cal po calu obejrzałam obraz, delektując się mistrzowskim kolorytem i fotograficzną dokładnością oddania szczegółów stroju i kwiatów. Z osłupieniem przeczytałam półgłosem widniejący na portrecie podpis: - François Gèrard.2 Paris 1807. Nie, to niemożliwe! - wrzasnęłam wniebogłosy, porażona wielkim odkryciem. - Gèrard tutaj, w tej zapadłej wiosce? Ja chyba śnię! - A widzisz, moje dziecko? Mówiłem ci, że i tu można coś ciekawego znaleźć. - pokiwał głową proboszcz, patrząc na mnie z tryumfem. - Piękny obraz, prawda? - Och, mało piękny, cudowny! - Tylko czy to prawdziwy Gèrard? A może to jakiś genialny falsyfikat? Koniecznie trzeba to zbadać! Ten obraz musi być jak najszybciej przewieziony do Warszawy i oddany do konserwacji! - entuzjazmowałam się niespodziewanym znaleziskiem, nie zwróciwszy uwagi na nagłą zmianę zachowania księdza. Staruszek spoważniał i wyraźnie ochłódł. - Zaręczam, że to oryginalny obraz Gèrarda malowany w Paryżu. - oznajmił z rezerwą. - Chciałabym księdzu wierzyć, bo sama to stwierdzam. Ale Gèrard był malarzem dworskim. Zna ksiądz zapewne portret cesarzowej Marii Ludwiki, niewiernej żony Napoleona I, z królem Rzymu? Gèrard portretował samego cesarza, jego rodzinę, marszałków, no i panią Walewską! Skąd w takim ubogim kościółku na kresach, znalazł się ten portret i kim jest ta dama? Przecież ten obraz nie jest wymieniany w żadnym katalogu muzealnym. Podskakiwałam z podniecenia rozgorączkowana odkryciem. To była sensacja na skalę europejską, a może nawet światową! Ksiądz nie patrząc na mnie, poprawił stojący krzywo na ołtarzu świecznik. - Ta wioska i wiele innych majątków, należało w początkach ubiegłego wieku do Jana Bohuniewskiego, magnata kresowego. Był to pan wielce bogaty, mogący sobie pozwolić na książęcy przepych. Widzi pani przed sobą portret Zofii Bohuniewskiej, malowany w Paryżu w czasie podróży poślubnej. - Więc to jednak oryginał? Boże, czy ksiądz proboszcz zdaje sobie sprawę, że jest w posiadaniu skarbu, jakiego nie ma nawet Muzeum Narodowe? Przecież tutaj to wspaniałe dzieło sztuki może ulec uszkodzeniu, a nawet zostać ukradzione! Tu nie ma warunków do przechowania takiego skarbu. Wilgoć, pleśń!...Obraz potrzebuje odpowiedniej temperatury. Musi być przewieziony do Warszawy! - nalegałam, nie wyobrażając sobie, że mogłabym zlekceważyć tak wspaniałe odkrycie.
Proboszcz zmarszczył brwi i ze stanowczą miną odmownie potrząsnął głową. - Ten portret ofiarowano do kościoła i tu już pozostanie na zawsze. Nikt go nie ukradnie, bo miejscowi go nie dotkną, a przed obcymi obraz sam się obroni. Było już kilku amatorów....Żaden nie wyszedł stąd o własnych siłach! Pod obrazem znajduje się grobowiec Zofii Bohuniewskiej i jej synowej Marty. Proszę sobie przeczytać ten napis na posadzce: „NON OMNIS MORIAR3” To nie jest zwykła formułka nagrobna, lecz ostrzeżenie. Chodźmy stąd, moje dziecko, pozostawmy zmarłych Bogu i ciszy. Wychodząc z kaplicy, obejrzałam się z żalem. Przez zakurzony witraż wpadała nieśmiało smuga kolorowego blasku, obejmując świetlistym kręgiem głowę damy. Przez moment uległam złudzeniu, że oczy Zofii ożyły i popatrzyły na mnie z jakimś dziwnym wyrazem. Jej usta zdawały się coś szeptać, a róże trzymane przy piersi drgnęły, jakby poruszone głębokim westchnieniem. Odniosłam wrażenie, jakby ta śliczna nieznajoma pragnęła mi coś powiedzieć. Pomimo jasnego, słonecznego dnia, zrobiło mi się nieswojo i dreszcz przebiegł mi po plecach. Pośpiesznie wyszłam z kaplicy na powietrze i odetchnęłam pełną piersią.
Po doskonałym obiedzie, za który Walusiowa usłyszała zasłużone pochwały, usiedliśmy w przytulnym saloniku przy kawie i kruchych ciasteczkach. Nie mogłam zapomnieć o dokonanym odkryciu i zagadnęłam księdza proboszcza: - Tam w kościele, mówił ksiądz dobrodziej tak dziwnie, że mnie to zastanowiło. Wydaje mi się, że z tym portretem związana jest jakaś straszna legenda, prawda? Tych złodziei ktoś pobił? Staruszek zamyślił się, opuszczając głowę na piersi. Jego palce stukały nerwowo o krawędź mahoniowego stolika, inkrustowanego miedzią. - To bardzo tajemnicza i tragiczna historia. Proszę usilnie, aby mimo wszystko, zachowała pani wiadomość o odkryciu portretu Gèrarda dla siebie. Wiem, że żądam od historyka sztuki i badacza, rzeczy bardzo trudnej. Ale nie życzę sobie tu najazdu prasy, naukowców, ciekawskich i natrętów. W takim razie musiałbym obraz ukryć, co byłoby niezgodne w wolą ofiarodawców. - Wydaje mi się, że wcześniej czy później obraz zostanie odkryty. - zauważyłam bardzo niezadowolona. - Przecież każdej chwili jakiś znający się na sztuce człowiek może rozpoznać malarza. - Nie. Normalnie obraz przysłaniam kotarą i nie można go zobaczyć, a kaplica jest zamknięta. Tylko dziś, pragnąc zrobić pani przyjemność, odsłoniłem portret. - Dziękuję. Choć nie kryję, że wprost nie mogę znieść myśli, iż takie arcydzieło butwieje w ukryciu, zamiast stanowić ozdobę sali muzealnej. - zauważyłam ogromnie zawiedziona i przygnębiona żądaniem proboszcza. - Taka była wola ofiarodawców i zaręczam pani, że żadne muzeum nie cieszyłoby się długo tym obrazem. Zbyt niebezpieczny byłby to eksponat. Czy przyrzeka mi pani dyskrecję? - Cóż, jeżeli ksiądz życzy sobie tego, nie mam wyboru. Przyrzekam. - odparłam z bólem serca na myśl, że portret nigdy nie zawiśnie w sali muzealnej, wzbudzając zachwyt widzów. - Dziękuję. W teraźniejszych czasach, gdy przedmiotem kultu jest pieniądz, a zjawiska nie dające się naukowo wytłumaczyć, bywają wyśmiewane i negowane, być może nikt nie zechciałby uwierzyć w tę przerażającą opowieść. A jednak wydarzyła się ona naprawdę. Ten podziwiany przez panią portret Gèrarda, zdobił niegdyś ścianę sypialni państwa Bohuniewskich. Kiedy zwiedzi pani okolice naszej wioski, proszę zwrócić uwagę na ruiny budowli stojące na wzgórzu. W ubiegłym wieku stał wspaniały magnacki pałac. Teraz jest tam siedlisko sów, nietoperzy i dzikich kotów. Tutejsi wieśniacy powiadają, że tam straszy. Ale to nieprawda. Umarli śpią spokojnie chyba, że jakiś niegodziwiec przerwie im sen. Tak się też stało z amatorami kradzieży obrazu. Być może ktoś inny im zapłacił, bo nocą weszli do kościoła, wyłamali kratę i wtargnęli do kaplicy. Rano znaleźliśmy obu złodziei. Jeden nie żył, bo zmarł na atak serca, drugi był nieprzytomny. A kiedy go ocuciliśmy okazało się, że jest obłąkany. Już nigdy nie odzyskał zdrowia i umarł w szpitalu dla psychicznie chorych, wieszając się na kracie okiennej. - To okropne! - wzdrygnęłam się, przypomniawszy sobie przykre wrażenie, jakiego doznałam wychodząc z kaplicy. - Więcej śmiałków nie było? - Nie. Po dawnych dziedzicach pozostała tylko straszna legenda.... i ten pamiętnik, spisany przeszło sto lat temu, przez tutejszego księdza, na podstawie przedśmiertnych zeznań pani Marty z Pielickich Bohuniewskiej, synowej Zofii. Sam ksiądz był świadkiem przerażających wydarzeń, i pod przysięgą spisał je w pamiętniku. Proboszcz podał mi pamiętnik, oprawiony w zrudziały już i wytarty pąsowy aksamit. Kartki zapisane drobnym, pięknym pismem, pożółkłe były ze starości. Na moje usilne błagania, proboszcz zgodził się, żebym ten pamiętnik przeczytała. Ta historia wydała mi się tak interesująca, że w sekrecie przepisałam ją do swego notatnika, nadając jej formę literacką.

----------------------------------------

Panna Zofia Karnicka odznaczała się niepospolitą pięknością, jednak poza urodą nie posiadała nic więcej. Ród Karnickich osiadły na Wileńszczyźnie, choć stary i zasłużony, w XVIII wieku bardzo podupadł, naraziwszy się potężnej Familii4. W początkach XIX wieku, pozostał Karnickim rozpadający się dwór i resztka ziemi obrabianej przez kilku pańszczyźnianych chłopów. Mieli dwoje dzieci: starszą córkę Zofię i młodszego o wiele lat syna. Karniccy, choć zadłużeni po uszy, wykształcili córkę, umieszczając ją na klasztornej pensji w Wilnie, gdzie panna nabrała wykwintnych manier, posiadła język francuski, umiejętność gry na fortepianie i prowadzenia salonowej rozmowy, co było nie lada sztuką wymagającą dużej wiedzy i oczytania.
Po powrocie z pensji, panna Zofia nudziła się w domu, czekając na odpowiedniego kandydata na męża, ale nikt taki się nie trafiał. Każdy młody człowiek, jak ognia strzegł się przy pannie deklaracji. Zofia była zbyt biedna, a jej rodzice mieli duże wymagania i jeszcze większe długi, które przyszły zięć będzie musiał spłacać. Na balikach i tańcujących herbatkach panowie nie spuszczali z prześlicznej panny roziskrzonych oczu, żaden jednak nie zamierzał się oświadczyć. Zofia przyjmowała swój los z rezygnacją. Z natury była cicha, potulna, a przy tym bardzo wrażliwa.

Właśnie skończyła siedemnaście lat, co w tym okresie, kiedy dwunastoletnie dziewczątka stawały na ślubnym kobiercu, było dla panny niemal staropanieństwem. Matka wpadła w prawdziwą rozpacz i robiła co tylko mogła, żeby wreszcie córkę wypchnąć za mąż. Zrezygnowano z wielkich wymagań i szukano kogokolwiek, aby tylko zechciał poślubić Zofię. Panna nudząc się w domu, nabrała zwyczaju długich, samotnych wycieczek konnych. Wracała z nich późno, zarumieniona, z błyszczącymi oczami, rozmarzona i uśmiechnięta, z potarganymi przez wiatr włosami i amazonką pokrytą kurzem. Nikt nie wiedział, co w czasie tych spacerów robiła, bo nigdy na ten temat z nikim nie rozmawiała.
Nadszedł rok 1806 i los Zofii nareszcie się rozstrzygnął. Zrozpaczeni rodzice zastawiwszy rodowe srebra, wywieźli córkę na karnawał do Wilna. To poświęcenie nie poszło na marne. Na wielkim balu noworocznym u książąt Sapiehów, Zofią zainteresował się młody magnat kresowy Jan Bohuniewski. Stwierdziwszy, że panna pochodzi z dobrej, acz zubożałej rodziny, zaczął formalnie starać się o jej rękę, zasypując ją kwiatami i kosztownymi prezentami.
Jego zaloty państwo Karniccy przyjmowali entuzjastycznie, zaś sama Zofia z lodowatą obojętnością i zaledwie ukrywaną niechęcią. Młody pan nie przejmował się chłodem panny, tłumacząc go dziewiczym zawstydzeniem i kobiecą przewrotnością. Nie wyobrażał sobie nawet, że mógłby zostać nie przyjęty. Był przecież bardzo bogaty, uchodził za przystojnego mężczyznę, choć jego uroda miała w sobie coś mrocznego. Był niezmiernie dumny ze swego rodu, mającego w żyłach krew tatarską i odznaczającego się nawet pewną gwałtownością charakteru. Ale rodzice panny nie przejmowali się takimi drobiazgami.
Pewnego zimowego ranka, do pokoju Zofii weszła uradowana matka i czule uściskała córkę siedzącą z książką przy oknie.
- Ślicznie wyglądasz, moje dziecko. - zauważyła z uśmiechem. - Mam dla ciebie wspaniałą nowinę. Bóg okazał się dla nas łaskawy i dziś pan Bohuniewski oświadczył się o twoją rękę! Zofia upuściła trzymaną książkę na posadzkę i z przerażenia szeroko otworzyła oczy. Blada i zdenerwowana wysunęła się z ramion matki. - Co maman i papa odpowiedzieli temu panu? - spytała zdławionym głosem.
- Chyba nie masz wątpliwości? Naturalnie zgodziliśmy się z radością! Zosieńko, będziesz panią wielkiego majątku. Ziszczą się nasze najskrytsze marzenia, bo czeka cię wspaniały los. Wyobraź sobie, że pan Jan ofiarował się nawet spłacić nasze długi, a także wykształcić i wypromować w wielkim świecie twego brata, jak tylko dorośnie. O twoim posagu nawet nie wspomniał Pomyśl, jaka delikatność, tylko admirować kochanego Jasia. - prawiła pani Karnicka, ocierając chusteczką wilgotne oczy. Wtedy spotkała zacną damę największa w życiu niespodzianka. Cicha, potulna córka, ustępująca na każdym kroku rodzicom, nagle wyprostowała się energicznie i dumnie podniosła głowę. - Proszę kochaną mamę, żeby podziękowała panu Bohuniewskiemu za zaszczyt. Ale ja za niego nie wyjdę! - oświadczyła krótko i stanowczo. Pani Karnicka zachłysnęła się z wrażenia. - Ty chyba oszalałaś! - krzyknęła, odzyskawszy zdolność artykulacji. - Odmawiasz? Nie chcesz wyjść za mężczyznę, którego zazdroszczą ci wszystkie panny? Mów mi w tej chwili dlaczego? - Nie kocham pana Bohuniewskiego i nie zamierzam go poślubić. Matka klasnęła w dłonie i ciężko usiadła na najbliższym krześle. - Nie kochasz go? A kto każe ci go kochać? Romanse dobre są dla pokojówki, a nie dla panny z dobrego domu. Stateczna miłość małżeńska przychodzi po ślubie, a pociechą kobiety są narodzone dzieci. Więc co za bzdury opowiadasz, ty szalona dziewczyno? Dobrze, że ojciec tego nie słyszy! Pogódź się z losem i dziękuj Bogu za łaskę. Uzgodniliśmy, że ślub odbędzie się przed zakończeniem karnawału. Pan Jan nie chce czekać, aż uzupełnimy twoja wyprawę, lecz modne toalety kupi ci w Paryżu, w czasie podróży poślubnej, słyszysz? Zobaczysz Paryż, Włochy, a ty, głupia, mówisz „nie chcę”? Zofia zmarszczyła brwi i z uporem wysunęła dolną wargę. - Mamo, nie zmuszaj mnie. Ja go nie chcę, wolę iść do klasztoru! - jej oczy miały wyraz takiej rozpaczy, że panią Karnicką to zastanowiło, lecz nie zamierzała ustąpić. - Milcz niewdzięcznico! Pójdziesz za Bohuniewskiego, choćbyśmy cię mieli do ołtarza zawlec za włosy! - zawołała zaczerwieniona z gniewu. - Czy pomyślałaś, co stanie się z nami, jak go odrzucisz? Przecież zastawiliśmy resztę sreber, a gdy zabiorą nam za długi wieś i ziemię, pomrzemy z głodu, bo już nikt nam grosza nie pożyczy. A co się stanie z Franiem, twoim bratem? Do klasztoru cię nie przyjmą, bo tam trzeba dać zakonnicy posag! Ty przeklęta egoistko, nic ciebie nie obchodzi los rodziców i brata? Pokazujesz fanaberie i ośmielasz się sprzeciwiać naszej woli? Ale pomimo tych dąsów, zrobisz co ci każemy i basta! - pani Karnicka porwała się z krzesła i chwyciwszy córkę, potrząsnęła nią z siłą, nie uchodzącą prawdziwej damie. - A żebyś mogła przemyśleć wszystko w spokoju, posiedzisz tu sobie kilka dni o chlebie i wodzie!

Matka wyszła z pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi, zamykając je na klucz. Przed Zapustami, Zofia blada i spłakana, stanęła przed ołtarzem kościoła świętej Anny, ślubując mężowi miłość, wierność i posłuszeństwo aż do grobu. Starsze damy uczestniczące w ceremonii ślubnej, zachwycały się doskonałym wychowaniem panny Karnickiej, płaczącej obficie jak fontanna i omdlewającej ze wzruszenia, jak to wypadało dobrze urodzonej dziewicy. Pannę trzeba było podczas ceremonii ślubnej podtrzymywać żeby nie upadła, a zdumiony kapłan długo oczekiwał na sakramentalne „tak”. Dopiero pan Karnicki mocnym szturchańcem dopomógł córce wykrztusić zgodę. Nazajutrz młoda pani ukazała się gościom ponura jak noc, spuchnięta z płaczu, z rozpaczą tlącą się w oczach. Pan Bohuniewski całował dłonie teściowej, w podzięce za cnotliwie wychowaną córkę. Młoda para wyjechała za granicę i powróciła do kraju dopiero po zakończeniu działań wojennych francusko-austriackich i małżeństwie cesarza Napoleona z arcyksiężniczką austriacką Marią Luizą Habsburg.
Państwo Bohuniewscy nie osiedli na Litwie, będącej w owym czasie już pod zaborem Rosji, lecz w Galicji, w podkarpackiej wiosce, gdzie znajdował się piękny barokowy pałac Jana. Jednak Zofia, choć otoczona przez męża przepychem, bynajmniej nie czuła się szczęśliwa. Nie lubiła wystawnego życia w wielkich miastach, sąsiedzkich plotek i nieciekawych gości męża, z którymi zmuszona była prowadzić nudne, salonowe rozmowy. Wolała samotność, książki, muzykę i długie spacery po wielkim parku pałacowym, ze swoim ulubionym psem, pięknym spanielem. Często modliła się w pobliskim kościółku, którego kolatorem5 był jej mąż. Wychodziła z domu bez względu na pogodę i Jan obawiając się o jej zdrowie, rozkazał w alkowie sypialni urządzić niewielką kapliczkę, gdzie młoda kobieta spędzała długie godziny na modlitwie i rozmyślaniu. Kaplica niegdyś pełniła rolę skarbca, tak doskonale ukrytego w grubych murach pałacu, że na zewnątrz nic nie wskazywało, iż poza sypialnią znajduje się tam jeszcze jedno pomieszczenie. Kapliczka nie posiadała okien, a od sypialni dzieliły ją żelazne drzwi dawnego skarbca. W tym pokoju, wysłanym perskimi dywanami, przed małym ołtarzykiem z marmurowym posągiem Matki Bożej, Zofia klęcząc na hebanowym klęczniku, spędzała wiele czasu w samotności i ciszy.
Z podróży do Paryża, oprócz wspaniałych mebli, luster i sreber, Bohuniewski przywiózł portret żony namalowany przez Gèrarda. Wielki artysta włożył w tę pracę cały olśniewający kunszt oraz natchnienie. Obraz udał się nadzwyczajnie, budząc podziw doskonale uchwyconym podobieństwem. Bohuniewski rozkazał portret zawiesić w sypialni na wprost łoża i wpatrywał się w piękną twarz żony, kiedy ta wyjeżdżała do wód, lub bawiła z wizytą u rodziców na Litwie. Ci jednak prędko córkę osierocili i Zofia została na świecie sama, gdyż młodszy brat w tym czasie wstąpił za granicą do wojska i przebywał we Francji.
Mąż często wyjeżdżał w sprawach majątkowych, wówczas młoda dama spędzała czas w samotności, nie widując prócz służby nikogo. Pewnego dnia, w czasie nieobecności męża, pokojówka przyniosła Zofii list, który nią po prostu wstrząsnął. Zamknięta w swej kaplicy, długo rozpaczliwie płakała, próbując znaleźć pociechę w modlitwie. Jakiś czas potem, powróciła do ulubionych w panieńskich latach, konnych spacerów i powracała z nich do pałacu wieczorami, promienna i rozmarzona. Jednak czyniła to tylko w czasie nieobecności męża. Po jego powrocie wszystko powracało do normy, a Zofia nie oddalała się prawie z domu. Lecz nawet służba zauważyła, że pani stała się wobec męża jeszcze bardziej oziębła, wzmagając tym samym jego namiętność.
Kiedy Bohuniewski przebywał w domu, Zofia siedziała w salonie czytając modne książki francuskie lub godzinami grała biegle na sprowadzonym z Wiednia fortepianie. Odziana w prześliczne lekkie suknie empire, przebiegała smukłymi palcami po klawiszach instrumentu, grając utwory Mozarta, Beethovena, czy kompozytorów baroku i nucąc niekiedy pięknym sopranem paryskie piosenki. Nie wiadomo dlaczego szczególnie upodobała sobie ponurą berżerkę.
Il pleut, il pleut bergére. Presse tes blancs moutons Allons dans ma chaumiére, Bergére, vite allons Tę piosenkę śpiewała najczęściej, ze względu na jej smutną, niepokojącą treść. Mówiła, że lubi burzę, baranki i pasterzy.
Latem 1810 roku, Bohuniewski wyjechał do Wiednia i przebywał tam niemal sześć miesięcy. Powodem tego była fatalnie złamana noga, nie chcąca się prawidłowo zrosnąć. Chory gorączkował i nie wstawał z łoża i dopiero wezwany dworski chirurg, pomógł mu powrócić do zdrowia. Jakież było jego przerażenie, kiedy po powrocie do domu, znalazł żonę niedomagającą i zmienioną nie do poznania. Pomimo sprzeciwu i płaczu Zofii, wezwał ze Lwowa znanego lekarza i z drżeniem oczekiwał na jego diagnozę. Po zbadaniu młodej kobiety, która broniła się przed tym wszelkimi siłami, lekarz wyszedł z sypialni zmieszany i widocznie bardzo zdenerwowany. Nie chciał nic powiedzieć, tylko potrząsał głową i pośpiesznie wybierał się w drogę powrotną.
Bohuniewski nie znoszący oporu i doprowadzony do wściekłości, przywołał służbę i obiecał medykowi, że każe go zatłuc batami, jeżeli nie ujawni, na jaką chorobę cierpi jego żona. Lekarz przerażony widokiem trzech potężnych dworskich kozaków trzymających bicze, w końcu wykrztusił, że młoda dama jest zupełnie zdrowa, a nawet za cztery miesiące obdarzy małżonka potomkiem. Na widok straszliwie zmienionej twarzy Bohuniewskiego, medyk uciekł z pałacu nie upominając się nawet o należne mu honorarium. Bohuniewski wpadł jak burza do sypialni, zamknął drzwi na klucz i tylko dochodzące stamtąd krzyki i jęki Zofii, świadczyły o gwałtownej scenie małżeńskiej. Po godzinie Jan wyszedł z pokoju, a pokojówki długo cuciły zemdloną młodą kobietę. Jeszcze tego samego dnia Bohuniewski przeniósł się do bocznego skrzydła pałacu, oznajmiając domownikom, że stan zdrowia jego żony wymaga ciszy i spokoju. „Od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok”, powiada stare przysłowie. Od wizyty lekarza zachowanie Bohuniewskiego w stosunku do ukochanej żony, zmieniło się diametralnie. Małżonkowie unikali się wzajemnie, zaledwie odzywając się do siebie przy oficjalnych okazjach. Jednocześnie Jan strzegł Zofii, jak oka w głowie, nie pozwalając jej oddalić się ani na krok z pałacu. Pewnej nocy, młoda pani zmyliwszy pilnujące jej służące, wybiegła z pokoju, ale nie uszła daleko. Pogoń prędko ją dogoniła i mąż przywiózł żonę do domu, choć się wyrywała, wzywając pomocy. Bohuniewski był ogromnie zmartwiony jej stanem i zwierzał się sąsiadom, iż obawia się o rozum Zofii, chorej i chyba szalonej. Wszyscy sąsiedzi, wiedząc o jego miłości do żony, bardzo mu współczuli i litowali się nad nieszczęsną kobietą.
 Po czterech miesiącach, Zofia po wielogodzinnych cierpieniach, urodziła zdrowego syna. Bohuniewski wydał z tej okazji uroczysty obiad, zakończony wielkim balem. Jednak Zofia się na nim nie pokazała, bo nie czując się dobrze, pozostała u siebie nie przyjmując nikogo. Damy z sąsiedztwa, mające dorosłe i niezamężne córki, marzyły żeby pani Bohuniewska wkrótce przeniosła się na drugi świat, gdyż wtedy Jan byłby wolny i mógłby po raz drugi stanąć przed ołtarzem. Niemowlę zostało matce odebrane i oddane mamce i piastunce, choć Zofia na kolanach błagała męża, żeby zostawił jej synka. Odmówił, tłumacząc swoją decyzję stanem jej zdrowia. Była chora i w napadzie szału mogła przecież skrzywdzić dziecko. Wobec służby i sąsiadów Bohuniewski okazywał żonie czułość i troskę o jej zdrowie, sprowadzając dla niej leki aż ze Lwowa. Czasami służba słyszała z apartamentów pani krzyki, a potem Zofia kryła wstydliwie przed pokojówkami wielkie sińce na ciele. Jan był tym faktem bardzo przygnębiony i użalał się sąsiadom mówiąc, że żona znowu miała atak nerwowy i miotając się po pokoju, poraniła się o meble.
Dla nikogo nie było już tajemnicą, że pani Bohuniewska jest naprawdę ciężko chora.
Pewnego dnia, Zofia poprosiła męża o księdza, pragnąc się wyspowiadać. Nie wiadomo o czym mówili, lecz po kilku dniach przybyła do pałacu ciotka młodej pani i korzystając z kilkudniowej nieobecności pana domu, zabrała dziecko i wyjechała w nieznanym kierunku, przepadając jak kamień w wodę. Na próżno, po powrocie do domu, nieszczęśliwy ojciec usiłował dowiedzieć się, gdzie porwano jego syna. Opłacał w tym celu policję i zaufanych ludzi, lecz ich starania nie przyniosły żadnego rezultatu. Pewnego razu Bohuniewski wyjechał do odległego Kamieńca Podolskiego i powrócił do domu, przywożąc z sobą człowieka wynajmowanego do tajemnych zleceń. Jeszcze tego samego dnia, urządził dla służby zabawę w karczmie, zwalniając ich wieczorem z obowiązków.
W nocy zerwała się gwałtowna burza. Piorun po piorunie uderzał we wzgórza, a błyskawice rozświetlały mrok przeraźliwym sinym blaskiem. Potem zapadała jeszcze głębsza ciemność. Porywisty wicher szarpał gałęziami stuletnich drzew i łamał je jak zapałki. Antosia, pełniąca przy pani obowiązki garderobianej, już spała, gdy do jej alkowy wszedł pan i cichym głosem rozkazał jej wstać i pójść spać do pokoju w odległym skrzydle pałacu. Dziewczyna przerażona wyrazem jego smagłej twarzy, posłusznie porwała się z posłania. Jednak po wyjściu pana nie odeszła, lecz zakradła się do małej, ciemnej komórki, w której stały kufry podróżne i inne przedmioty. Komórka przylegała drewnianą ścianą do sypialni, a nawet miała szparę umożliwiającą zajrzenie do pokoju. Przyłożywszy oko do szpary, dziewczyna dostrzegła leżącą w łożu swoją panią. W sypialni był mrok, rozjaśniony tylko blaskiem wiecznej lampki na ołtarzyku w kaplicy, bo żelazne drzwi były szeroko otwarte. Migotliwy płomyk oświetlał figurę Matki Boskiej.
Antosia usłyszała cichy płacz Zofii, jej westchnienia i szmer modlitwy. Kiedy błyskawice rozdzierały ciemności, młoda kobieta szeptała, kuląc się ze strachem: - A Słowo stało się Ciałem i mieszkało między nami! Drzwi sypialni uchyliły się bez szmeru i do pokoju wszedł Bohuniewski. Zbliżywszy się do łoża, odsunął brokatową kotarę i pochylił się nad leżącą kobietą. - Śpisz? - zapytał ściszonym tonem. - Nie, boję się. Ta burza taka straszna. - odpowiedziała również szeptem. - A mnie się nie boisz? - zaśmiał się cicho mężczyzna. - Ciebie także się boję. Zawsze się ciebie bałam i nie nigdy wierzyłam w twoją miłość. Miałam przeczucie, że przyniesiesz mi nieszczęście. - Szkoda, że ja nie miałem przeczucia, iż przyniesiesz mi hańbę! Czy dowiem się od ciebie, kim jest ten pan, który przyczynił się do pomnożenia mego rodu i sprawił, że bękart dziś nosi moje nazwisko? Gdzie ukryłaś dziecko? Ono powinno zginąć, a jeszcze żyje! - Przestań mnie dręczyć! - zawołała, podnosząc się na łóżku. - Prawda, zawiniłam wobec ciebie, ale przed ślubem uprzedziłam cię uczciwie, że to rodzice zmuszają mnie do małżeństwa. Nigdy ciebie nie kochałam. Możesz oskarżyć mnie przed sądem o wiarołomstwo i rozwieść się ze mną. Przyznam się do winy. Jesteś moim mężem i wolno ci znęcać się bezkarnie nade mną. Ale choćbyś mnie zabił, nigdy, słyszysz, nigdy nie dowiesz się, kim jest człowiek, którego kocham i gdzie ukryłam dziecko!
. Zofia porwała się z łoża i zaczęła gorączkowo zapalać świeczniki. - Radzę ci, dobrze się zastanów! - ostrzegł ją mąż złowrogim tonem. - Pragnę zmyć hańbę z mego nazwiska krwią człowieka, który uwiódł mi żonę, a mnie okrył hańbą! - Jestem szczęśliwa, że nigdy go nie dosięgniesz! - zawołała Zofia z tryumfalnym uśmiechem. Narzuciła na siebie koronkowy peniuar i odgarnęła z twarzy rozsypane włosy. - To twoje ostatnie słowo? - spytał, rzucając za siebie spojrzenie w stronę drzwi, za którymi ktoś stał. - Zofio, opamiętaj się! - Nic więcej nie powiem. Rób ze mną, co chcesz! - oznajmiła stanowczo.- Daj mi wolność, rozwiedźmy się, Janie. - Bohuniewscy się nie rozwodzą, kochana żono, i nie niańczą bękartów! Chodź! - pochwycił ją za rękę i pociągnął w stronę otwartych drzwi kaplicy. Zofia opierała się z całej siły, krzycząc i wołając pomocy. - Och, możesz sobie wrzeszczeć, ile dusza zapragnie. Nikt cię nie usłyszy, bo cała służba zabawia się w karczmie, a twoja garderobiana jest w drugim skrzydle domu. Młoda kobieta była śmiertelnie przerażona wyrazem twarzy męża. Zdawała sobie sprawę, że nosi się on z jakimś złowrogim zamiarem. - Janie, co ty chcesz ze mną zrobić? - jęczała, broniąc się z rozpaczliwą siłą. - Zamierzasz mnie zabić? - Zabić? Po co? Obiecuję, że włos ci z głowy nie spadnie i nawet palcem cię nie dotknę. Wejdź, proszę, do kaplicy. Przecież tak lubiłaś w niej przebywać, marząc o kochanku i wspominając spędzone z nim rozkoszne chwile. A może zastanawiałaś się, jakby mnie usunąć z tego świata, co? Jestem dobrym mężem i nie bronię ci marzeń w samotności. - brutalnie pochwycił ją za podbródek i zadarł jej głowę do góry. - Wejdź! - Na Boga, Janie, puść mnie. Wyjadę stąd na zawsze i już nikt o mnie nie usłyszy. Błagam, łaski, łaski.... Roześmiał się cicho, a był to śmiech tak straszny, że podsłuchująca Antosia zadrżała, wyobraziwszy sobie jego oczy płonące nienawiścią. - Chcesz mnie tu trzymać o chlebie i wodzie? - rozpaczliwie płakała Zofia. - Okaż mi łaskę, proszę cię. - Nie proś. - rzekł, wydzierając ręce z jej kurczowego uścisku. - Przyrzekam, że wyjdziesz stąd po dwudziestu pięciu latach. Wtedy każę cię po chrześcijańsku pochować! - Nie, nie, ja jestem jeszcze młoda i pragnę żyć! Boję się, ludzie, ratunku! - krzyczała nieszczęśliwa kobieta, rzucając się mężowi do nóg. Odtrącił ją z pogardą. - Powiedz, jak się nazywa twój gach i gdzie jest dziecko. Pozwolę ci odejść. - Nie powiem. - A więc do zobaczenia po dwudziestu pięciu latach! - krzyknął z wściekłością. Dostrzegł twarz żony okropnie zmienioną i usłyszał jej zdyszany, cichy głos: - Zobaczymy się dużo prędzej, Janie.... Przeklinam ciebie! - Mnie? Przeklinaj swego gacha, który tchórzliwie cię opuścił! Podsłuchująca dziewczyna cofnęła się ze strachem i niechcący potrąciła stojący obok kufer, który upadł z hałasem. Nie zdążyła wyjść z pokoju, gdy w otwartych drzwiach komórki dostrzegła cień mężczyzny i poczuła straszliwy ból w tyle głowy. Już nie żyła, kiedy padała na posadzkę. Po burzliwej nocy, miejscowi chłopi znaleźli w lesie zwłoki nieznanego mężczyzny. Był to zapewne jakiś robotnik, może murarz, bo miał ubranie powalane wapnem. Wisiał na drzewie, powiesiwszy się na własnym pasku. Pochowano go bez księdza, na rozstaju dróg, jak zwyczaj każe grzebać samobójców. Ponieważ państwo wyjeżdżali na dłuższy czas za granicę dla poratowania zdrowia jaśnie pani dziedziczki, administrator zwolnił całą służbę pałacową. Dobrze opłaceni, rozeszli się opowiadając, że pani Bohuniewska jest śmiertelnie chora. Trochę byli zdziwieni, że pani nie zabrała z sobą ulubionego psa, który biegał po pałacu węsząc i wyjąc rozpaczliwie. Bohuniewski osądził, że pies może być wściekły i kazał go kozakowi zastrzelić.
Stary odźwierny, otwierając bramę przed wyjeżdżającą karetą, widział ostatni raz swoją panią. Siedziała sztywno, osłonięta grubym welonem i ani razu nie obejrzała się na dom. Pałac opustoszał, odźwierny pilnował żeby nikt nie wszedł za bramę i troskliwie, razem z ogrodnikiem, pielęgnowali ulubione przez młodą panią kremowe róże.
                                       ----------------------------------------


Przez długi czas pałac w Bohuniewicach stał pusty i zaniedbany. Dopiero wiosną 1812 roku, powrócił z zagranicy dziedzic w ciężkiej żałobie. Zofia Bohuniewska zmarła w Neapolu. Oddawszy Bogu ducha w ramionach nieutulonego w żalu męża, spoczęła na tamtejszym cmentarzu.
Sąsiedzi wizytując młodego wdowca, z wielkim współczuciem słuchali jego żałosnej opowieści o ostatnich chwilach życia ukochanej żony. Patrząc na jego wynędzniałą twarz, przypominali sobie, jak bardzo niegdyś kochał zmarłą. Jednakże co zapobiegliwsi, zaczęli zabierać z sobą na wizyty w pałacu swoje córki, mając nadzieje, że pan Jan kiedyś otrząśnie się z rozpaczy i zapragnie ponownie się ożenić, żeby mieć potomka. Urodzony przez Zofię syn, także podobno zmarł za granicą i bogaty dziedzic był bezpotomny. Młody, przystojny i bardzo bogaty, powinien był się ożenić i wprowadzić do pałacu nową żonę. Niejedna panna marzyła, że swoimi wdziękami zwabi go do ołtarza, niekoniecznie nawet dla jego bogactw. Jego niepokojąca, posępna uroda, działała na niektóre kobiety jak magnes. Ale Bohuniewski nie zamierzał się jakoś deklarować i trwał we wdowieństwie. Młode pokojówki opowiadały ze wzruszeniem, że pan w sypialni, naprzeciw swego łoża, kazał znowu powiesić portret zmarłej żony i nieraz wpatruje się w obraz godzinami.
W czerwcu 1812 roku, wybuchła wojna z Rosją i Napoleon wkroczył z Wielką Armią na teren Księstwa Warszawskiego, a następnie na Litwę, przekraczając Niemen. Złożył oświadczenie, że „druga wojna o Polskę została rozpoczęta!” Ludność polską ogarnął szalony entuzjazm. Młodzi i starsi ochotniczo wstępowali do wojska, dowodzonego przez księcia Józefa Poniatowskiego. Jan Bohuniewski także nie wahał się długo, wstąpił do kawalerii i wyruszył na front. Całym wielkim majątkiem zarządzał w imieniu pana, stary zaufany administrator dbając, aby złoto nieustannie wpływało do pańskiej kasy.
Polacy z drżeniem serca śledzili posuwanie się Wielkiej Armii, w głąb ogromnego państwa rosyjskiego. Straszliwa bitwa pod Borodino, kosztowała życie wiele tysięcy Polaków poległych w walce. Wkroczenie Napoleona do Moskwy, powitano na ziemiach polskich z ogromną radością i nadzieją, na odrodzenie się ojczyzny. A potem nadeszła jesień, Moskwa zapłonęła i w czasie tych ogromnych pożarów, rozwiały się marzenia Napoleona o zdobyciu imperium rosyjskiego i zmuszeniu cara do kapitulacji. Rozpoczął się tragiczny odwrót Wielkiej Armii, w najbardziej niesprzyjającej porze roku – zimie. Dziesiątki tysięcy żołnierzy, nie przyzwyczajonych do siarczystych mrozów zamarzało, a ich trupy użyźniały ziemię rosyjską. Klęska i pogrom na moście nad Berezyną, dopełniły nieszczęścia i Wielka Armia przestała istnieć, a sam cesarz Napoleon potajemnie powrócił do Paryża, pozostawiając swych żołnierzy na łasce nieprzyjaciela.
Straszliwa klęska, ucieczka cesarza i wkroczenie wojsk rosyjskich na ziemie polskie, były dla narodu, pewnego zwycięstwa Napoleona i wskrzeszenia niepodległości, takim wstrząsem, że przez długi czas nikt nie interesował się losem Jana Bohuniewskiego. Dopiero latem 1813 roku, przywlókł się do wsi kulawy, zabiedzony żołnierz i wstąpiwszy na plebanię, zawiadomił proboszcza o śmierci dziedzica. Bohuniewski zmarł szczególnie okrutną śmiercią. Pocisk armatni urwał mu lewą nogę aż po kolano. Ranny, porzucony przez ogarniętych paniką kolegów, długo konał leżąc na śniegu i zmarł z ran, zimna i głodu. Żołnierz, którego dziedzic zabrał z sobą ze wsi jako ordynansa, bardzo przejęty, opowiadał proboszczowi, o okropnym wyrazie przerażenia, zastygłym na twarzy zmarłego pana. Szczególnym trafem, grzebiąc pana w śniegu, żołnierz zauważył na szyi Bohuniewskiego pasmo jasnych włosów kobiecych. Były tak mocno zaciśnięte na jego szyi, że przecięły naskórek i prawdopodobnie to one spowodowały zgon. Żołnierz twierdził uparcie, że w tamtych stronach, w promieniu wielu mil, nie było żadnej kobiety. Na dowód, że nie przyszedł upominać się o zapłatę, żołnierz wydobył z kieszeni złoty sygnet herbowy i inne drobiazgi należące do zmarłego.
Poczciwy proboszcz zmartwił się bardzo śmiercią młodego pana. Odprawiwszy żałobne egzekwie za spokój jego duszy, zaczął oglądać się za jakimś krewnym, który mógłby być spadkobiercą Bohuniewskiego i dziedzicem jego majątku. Bohuniewski nie pozostawił żadnego testamentu, ani dokumentu z ostatnią wolą. Stary proboszcz wtajemniczony w sekrety Zofii, już nie żył, a nowy nic nie wiedział o dramatach rodzinnych dziedziców. Na wszelki wypadek ksiądz zamieścił zawiadomienia o śmierci Jana Bohuniewskiego, we wszystkich gazetach na terenie Galicji, Litwy i Księstwa Warszawskiego, zwanego po roku 1815 i Kongresie Wiedeńskim, Królestwem Kongresowym.
Dopiero po długich poszukiwaniach, udało mu się trafić na ślad dalekiej krewnej zmarłej Zofii, wychowującej aż na odległym Śląsku jej jedynego, rzekomo zmarłego syna. Dama z oddaniem wychowywała małego panicza, chociaż od lat nikt już nie płacił na jego utrzymanie. Dowiedziawszy się o śmierci Jana, pani Renata przybyła wraz z wychowankiem do Bohuniewic i osiadła w pałacu. Majątek miał znowu właściciela, a do czasu jego pełnoletności, wszystkim zarządzał administrator i opiekunka chłopca.

                                                         II.
Młody Zygmunt Bohuniewski wyrósł na pięknego mężczyznę, może tylko zbyt ekscentrycznego. Rozpieszczany przez swych opiekunów, był egoistą, próżnym, cynicznym i łatwo unosił się gniewem. Z urodą wdał się w matkę, był jasnym blondynem, o dużych, marzących błękitnych oczach. Sąsiedzi którzy pamiętali jego ojca, Jana Bohuniewskiego twierdzili, iż charakterem młody panicz przypominał właśnie jego. Był zimny i wyniosły.
Lubił wino i kobiety, nie gardził hazardową grą w karty. Skończywszy studia na Uniwersytecie Wiedeńskim, po podróżach zagranicznych powrócił do domu i uczynił pałac ośrodkiem życia towarzyskiego. Bale i zabawy przerwał dopiero wybuch Powstania Listopadowego w Królestwie Polskim i żałoba narodowa. Zygmunt wychowany za granicą, uważał się za kosmopolitę, Polaka jedynie z nazwy, i wszelkie zrywy narodowe potępiał. Lecz musiał stosować się do zwyczajów obowiązujących w kraju, aby uniknąć krytyki i potępienia. Pani Renata zmarła rok później, uprosiwszy wychowanka na łożu śmierci, ażeby nie oddawał się rozpuście, tylko poślubił młodą pannę Martę Pielicką, dziedziczkę sporego majątku.
Ślub na życzenie panny Marty był cichy, a państwo młodzi po krótkiej podróży poślubnej, osiedli na stałe w bohuniewickim pałacu. Bardzo szybko wyszło na jaw, iż małżeństwo było fatalną pomyłką. Zygmunt był mężczyzną lekkomyślnym, prowincjonalnym Don Juanem, pozwalającym się kobietom uwielbiać. Był cynicznym egocentrykiem, dla którego nie istniała żadna świętość. Prócz siebie nie kochał nigdy nikogo.
Młoda pani Marta stanowiła typ przeciętnej kobiety, niezbyt urodziwej i mało wykształconej. Tylko dobroć i łagodność czyniły z niej prawdziwą damę i wzorową żonę, idealną panią domu. Jednakże dla Zygmunta tych zalet było stanowczo za mało; lubił kobiety wyzywające, o dużym temperamencie. Marta do szaleństwa zakochana w mężu, nie dostrzegała jego wad i przez palce patrzyła na jego szaleństwa, przebaczając mu nawet rychłe zdrady małżeńskie. Bardzo miłosierna i dobra, stała się wkrótce błogosławieństwem dla całej okolicy, podporą dla ubogich i cierpiących. Zamiast stroić się w rodowe klejnoty, sprzedawała je po kryjomu, żeby mieć pieniądze na wspomożenie biednych. Zygmunt nie zamierzał tracić złota na potrzeby hołoty i nie zezwalał, żeby żona z jego kasy czerpała fundusze na cele charytatywne.
Sieroctwo męża zawsze Martę rozczulało do łez, bowiem sama również była pół sierotą, wychowaną przez owdowiałą matkę. Ojciec Marty był dziwnym człowiekiem, późno założywszy rodzinę, nie potrafił zapewnić żonie ani dziecku szczęścia. Sam pochodził z ubogiej, choć skoligaconej rodziny i był tylko skromnym urzędnikiem na dworze litewskiego magnata. Bardzo przystojny, ożeniwszy się bogato, nie umiał cieszyć się zamożnością i rodziną. Jakaś tajemna zgryzota podkopywała jego siły i przyśpieszyła zgon. Marta jak przez sen przypominała sobie piękną twarz ojca i jego nieopisanie smutne oczy. Był dla niej dobry, lecz zawsze zamyślony i daleki, zatopiony we własnych myślach. Po jego śmierci, znaleziono przy nim pasmo jasnych włosów kobiecych i małą miniaturę malowaną na kości słoniowej, niemal całkowicie zatartą pocałunkami. Te drobiazgi włożono mu do trumny. W rocznicę jego śmierci, Marta zawsze kazała odprawiać nabożeństwo żałobne i była przekonana, że w życiu jej ojca kryła się jakaś bolesna tajemnica, którą zabrał z sobą do grobu.
Młody Bohuniewski rychło znudził się uwielbieniem żony. Jej pokorna i cicha miłość tylko go drażniła. Nudził się w towarzystwie kobiety, która nie znała kokieterii i nie miała pojęcia o sekretach gry miłosnej. Żył z nią przez krótki czas jak z łaski, upokarzając młodą żonę i odnosząc się do niej lekceważąco. Wiedziała, że zdradzał ją nawet z pokojówkami, nie starając się wcale ukrywać swych przelotnych miłostek. Marta pielęgnując chorych wieśniaków, zaraziła się od nich chorobą. Zaczęła kaszleć, gorączkowała, słabła i bardzo zeszczuplała. Jej dolegliwości tak denerwowały Zygmunta, że nie sypiał z żoną, mając swoje apartamenty w innym skrzydle pałacu i planował wyjazd za granicę. Dziewiętnastoletnia żona płakała całymi nocami, leżąc samotnie w pięknej sypialni, w wielkim małżeńskim łożu za brokatowymi kotarami.
                                                            I I I
Hucznym balem kostiumowym uczczono dwudzieste piąte urodziny Zygmunta. Marta ubrana w uszytą w Paryżu rokokową toaletę, miała okazję przyjrzeć się ognistej brunetce, nowej kochance męża. Młody Bohuniewski nie próbował nawet ukrywać przed ludźmi swego romansu i jawnie okazywał względy kochance przekonanej, że po rychłej śmierci chorowitej żony, to ona zajmie jej miejsce i zostanie nową panią Bohuniewską.

Marta taktownie udawała, iż niczego nie widzi, ale cios był zbyt silny. Po balu dostała krwotoku i od tego czasu słabowała, rzadko podnosząc się z łoża. Całe dnie spędzała na czytaniu książek oraz czynieniu, za pośrednictwem proboszcza, miłosiernych uczynków. Zygmunt znudzony chorą żoną i ciszą w domu, wyjechał do Wiednia i spędzał tam czas bardzo wesoło, bywając na balach w beztroskim towarzystwie, rozrzucając garściami złoto i tracąc ogromne pieniądze na szaloną grę w karty.
Młoda pani Bohuniewska, przebywając całymi dniami w swojej sypialni, czuła się coraz gorzej. Dokuczały jej nie tylko cierpienia fizyczne, które znosiła z prawdziwie chrześcijańską słodyczą, lecz dręczyły ją dziwne stany lękowe. Bała się tego wielkiego pokoju urządzonego z przepychem, a nawet całego pałacu, pustego i cichego jak grobowiec. Nie mając wielkich wymagań, kiedy męża nie było w domu, zatrudniała tylko kilkoro służby. Zwykle leżąc w wielkim łożu, wspartym na czterech rzeźbionych kolumnach, pod brokatowym baldachimem, całymi godzinami wpatrywała się w wiszący na wprost łoża portret matki Zygmunta. Miała niejasne wrażenie, że coś w tym obrazie przyciąga jej wzrok.
Wlepiając oczy w prześliczną twarz Zofii, zazdrościła jej nie tylko urzekającej urody, ale i wielkiej miłości męża, który kochał ją aż do samej śmierci. O tak, wprawdzie Zofia zmarła bardzo młodo, jednak mimo wszystko była szczęśliwa! Tak myślała Marta, lecz czasami spoglądając w wielkie, zamglone smutkiem źrenice młodej damy, nie wiadomo dlaczego, czuła przeszywający dreszcz zgrozy. W miarę upływu czasu, strach potęgował się, stając się niemal jej obsesją. Na próżno próbowała tłumaczyć sobie, że odczuwany lęk jest czymś absolutnie irracjonalnym i bezsensownym. Przecież nic jej nie groziło, była bezpieczna w pałacu i swojej sypialni, lecz za nic nie potrafiła opanować paniki. Coś strasznego czaiło się w tym pokoju, w cieniu ciężkich brokatowych kotar, lub może pod barwnymi wschodnimi kilimami wiszącymi na ścianach...
Niekiedy wydawało się Marcie, że słyszy lekkie kroki przebiegające po posadzce z różanego drewna. Jakiś tajemniczy powiew poruszał firanką, a płomień wiecznej lampki przed obrazem Matki Boskiej Bolesnej, nagle zamigotał i gasnął. W powietrzu drgały zaledwie dosłyszalne dźwięki, jakby czyjaś dłoń delikatnie przebiegała palcami po klawiaturze starego instrumentu, stojącego w rogu pokoju. Marta odnosiła przykre wrażenie, iż sypialnia ma dwie lokatorki, gdyż jakaś tajemnicza niewidzialna osobowość, coraz częściej dawała o sobie znać. Gdy nadchodził wieczór, Marta odczuwała chęć natychmiastowej ucieczki z tego domu. Wiele razy chciała wydać polecenie, żeby przeniesiono jej posłanie do odległego skrzydła pałacu. Lecz za każdym razem słowa zamierały jej na ustach. Jakaś obca siła brała ją w swe posiadanie i narzucała biednej kobiecie swą wolę.
Ten rok nie był szczęśliwy dla dziedziców Bohuniewic. Małżeństwo Marty i Zygmunta ostatecznie się rozpadło. W lecie susza wypaliła większość zboża, a piorun zapalił stodołę, od której spłonęły zabudowania gospodarcze. Sam pałac uratowano niemal cudem. Przy gaszeniu ognia, zgliszcza zawaliły się na ratujących, zabijając dwóch parobków. Jesień przyniosła następną klęskę, bowiem ulewne deszcze zatopiły resztę plonów. Mieszkańcom wsi zaczął zagrażać głód.
Tego wieczora pogoda była szczególnie przykra. Noc zapadła szybko, gdyż całe niebo zasnuły ciężkie ciemne chmury. Padał ulewny deszcz i wicher zawodził w parkowych alejach i w długich korytarzach pałacu. Marta siedziała w sypialni przy płonącym kominku. Odłożywszy czytaną książkę, zaczęła wsłuchiwać się w szum ulewy i gwałtowne podmuchy wiatru szarpiące okiennicami. Wichura wyła tak dziwnym głosem, że zdawało się Marcie, jakby w pobliżu ktoś płakał. W kącie pokoju, wielki szafkowy zegar wybijał kwadranse i godziny, a jego miarowe tykanie drażniło Martę. Zamierzała nawet wydać lokajowi polecenie zatrzymania zegara, lecz na myśl o głuchej ciszy, zadrżała ze strachu. Już z dwojga złego, wolała to uprzykrzone monotonne tykanie. W jesieni czuła się bardzo źle, trapiła ją gorączka i bezsenność. Nocami kaszel nie pozwalał jej zasnąć, a w piersiach czuła przenikliwy ból.
Z trudem powstała z głębokiego fotela, wyłożonego jedwabnymi poduszkami i zaczęła wolno przechadzać się po sypialni. Podeszła do fortepianu i wziąwszy kilka akordów, odruchowo jęła przerzucać stare pożółkłe od długiego leżenia nuty. Były w nich dawne francuskie piosenki, tak lubiane przez damy w XVIII, i na początku XIX wieku. Nagle uśmiechnęła się z nostalgią. O, tę akurat piosenkę doskonale znała, bo to była ulubiona berżerka ojca. Często ją grywał i śpiewał. Matka piosenki nie lubiła i zawsze gniewała się o nią na niego, jakby była zazdrosna.
Il pleut, il pleut bergére Presse tes blancs moutons Marta odkaszlnęła i zanuciła pieśń ochrypłym głosem, lecz natychmiast porwał ją atak kaszlu. Upadła na krzesło ciężko dysząc i dławiąc się krwią. Zamknąwszy powieki, szeroko otwartymi ustami chciwie chwytała powietrze. W ciszy nocnej jękliwe zawodzenie wiatru brzmiało w jej uszach jak melodia piosenki: Allons dans ma chaumiere, Bergére, vite allons. Dlaczego ojciec tak bardzo kochał tę właśnie piosenkę? Była ona poświęcona królowej Marii Antoninie, ściętej na szafocie i wiało od niej grozą! Czy to wiatr ją śpiewa? A może to ta śliczna dama z obrazu, nuci modną pieśń, siedząc w muślinowej sukni empire przy fortepianie?
Marta poczuła, że włosy jeżą się jej z przerażenia na głowie. „ Boże, przecież ja tu rozum stracę!” - pomyślała, chwytając taśmę dzwonka i wzywając pokojówkę. Podskoczyła ze strachu, kiedy drzwi się otwarły i weszła Marcysia, jej zaufana służąca, niosąc na tacy kolację. Ale Marta nie czuła głodu. - Nie będę już nic jadła. - powiedziała do dziewczyny. - Pościel mi tylko łóżko, położę się dziś wcześniej. - Niechże jaśnie paniuńcia coś zje. - namawiała poufale pokojówka, wychowana razem z Martą. - To grzech marnować takie dobre rzeczy. Ta kaczka w galarecie wygląda apetycznie. - Nie jestem głodna. - Marta wychudłą ręką odsunęła tacę. - Zjedz to sama. Prawda, jaka dziś brzydka pogoda? Taka ulewa, może lepiej będę spała. Pokojówka ścieląca łoże podniosła głowę i spojrzała na swą panią z niepokojem. - Paniuńcia gorzej się czuje? Może wezwać konsyliarza6? - Ach nie, nie trzeba. To tylko ta przykra pogoda tak na mnie działa. - Oj, święta prawda. - przytaknęła Marcysia, trzepiąc energicznie puchowe poduszki. - Wiatr taki, jakby się Cygan powiesił. Rozalka wieszała na strychu bieliznę, to ją coś tak wystraszyło, że z wrzaskiem uciekła, mało nóg nie połamała. - Głupstwa pleciesz, moja Marcysiu. Lepiej przynieś mi szklankę ciepłego mleka i możesz się położyć. Już nie będziesz mi potrzebna. Kiedy pokojówka przyniosła mleko, Marta wypiła je, podniosła się z fotela i podtrzymywana przez dziewczynę, położyła się w wielkim łożu. Marcysia troskliwie otuliła ją puchową kołdrą i ucałowawszy na dobranoc jej ręce, zapaliła na stoliczku nocnym małą lampkę.
- Dobranoc, moja kochana paniuńciu. - szepnęła z czułością i cicho wyszła z pokoju. Wielki pokój zalegał gęsty mrok, bo tylko przy łożu świeciła się mała alabastrowa lampeczka nocna. „Co za głupstwa wygadywała Marcysia. - rozmyślała Marta, wtulając się w miękką pościel. - Na strychu straszy? Pewnie dziewczyna przelękła się prześcieradła!” Usiłowała ironicznie się uśmiechnąć, lecz skrzywiła się tylko z grymasem strachu. Bała się, okropnie się bała tego ogromnego pokoju i czającego się gdzieś w pobliżu czegoś nieznanego i strasznego. Coś czaiło się w mroku, czyhało na każdy jej ruch, na każdy oddech świszczący w wychudłych piersiach. Tak bardzo pragnęła znaleźć się daleko od upiornego miejsca. Czuła – miała pełną świadomość tego, że kryło tu coś okropnego. Śledziło ją dzień po dniu, noc po nocy. Coś osaczało ją powoli pewne, że ona nie może uciec. Może nawet jej nienawidziło, ciesząc się z nieszczęścia młodej kobiety? To było coś piekielnego!
Marta straciła nadzieję, że tej nocy zaśnie. Nie umiała się odprężyć, cały czas wsłuchując się w zawodzenie wichury i bulgotanie wody deszczowej w rynnach. Za oknami stała czarna jesienna, ponura noc. Pragnęła zasnąć i choć na kilka godzin zapomnieć o strachu, na krótki czas wyzwolić się od niego. Liczyła uderzenia zegara i próbowała myśleć o mężu, beztrosko zabawiającym się w wiedeńskich salonach. Cierpienie i ból zawiedzionej miłości, wycisnęły z jej oczu gorzkie łzy wstydu i poniżenia. Zygmunt nigdy jej nie kochał, ożenił się z nią i na drugi dzień już był żoną znudzony. Zresztą on wszystkim prędko się nudził, lubił częste zmiany. Ach, gdyby mąż był przy niej, nie bałaby się niczego, żaden strach nie mąciłby jej snu w jego ramionach.

Usiadła na łóżku i załamała chude ręce. Przecież jest jego żoną, ślubował jej przed ołtarzem wierność, i że nie opuści jej aż po grób, a pozostawił ją samą, chorą i przerażoną, w tym przeklętym domu, na pastwę okropnej trwogi. - Zygmusiu, proszę cię, proszę.... - wyszeptała, gryząc wargi i drąc na strzępy batystową chusteczkę. Nagle zapragnęła śmierci. Dźwięczne uderzenie zegara zabrzmiało w jej uszach jak huk gromu. Północ.”Boże, jakże daleko jeszcze do świtu.” - westchnęła, ponownie opadając na poduszki. Naraz gdzieś z głębi korytarza usłyszała jakby płacz, który zaraz zamienił się w krzyk. Głos zbliżał się, narastał, potężniał. Już był w pokoju, koło jej łóżka, w niej samej! Wyprostowana, ponownie usiadła na łożu, zatykając uszy palcami, aby nie słyszeć tego przeraźliwego wycia. Straszny głos wstrząsnął nią niby porażenie prądem, bo w tym krzyku nie było nic ludzkiego. Marta trzęsła się cała, dygotała z potwornego lęku, szczękała zębami i pociła się pewna, że za moment wydarzy się coś, co ją zabije. Cała sypialnia zatopiona w mroku zdawała się drżeć od tego piekielnego wrzasku. Naraz szczególnie silne uderzenie wiatru wstrząsnęło domem. Drzwi i okna pokoju otworzyły się z trzaskiem. Zadrżały ściany i posadzka, gdzieś w pobliżu strzelił piorun, wycie wichury zagłuszyło wszelkie inne odgłosy. Marta poczuła się w mocy tajemnej siły, pragnącej nią zawładnąć. Krzyknęła, lecz głos jej ginął w huku burzy. Upadła na łóżko, wpatrując się oszalałym wzrokiem w wiszący na wprost łoża portret. Wydało się jej, że obraz nagle ożył, oczy Zofii zabłysły, z martwych ust dobiegł ją cichy szept, słyszany tylko w duszy chorej kobiety: - Marto, słyszysz mnie? - Tak, słyszę. - odpowiedziała, nie otwierając ust i nie wydając z siebie głosu. - Uwolnij mnie. Już minęło dwadzieścia pięć lat, chcę stąd wyjść. Uwolnij mnie! - Nie! Boję się ciebie, jesteś upiorem! - Uwolnij mnie! - Przez Boga żywego, zostaw mnie! - jęknęła Marta i zemdlona osunęła się na łoże. Nazajutrz rano Marcysia znalazła swoją panią leżącą bez zmysłów. Natychmiast wezwano lekarza. Stary doktor musiał się mocno natrudzić, żeby przywrócić młodą kobietę do przytomności. Napojona ziołami i wzmocniona kieliszkiem wina, długi czas rozglądała się po pokoju, szukając śladów burzy. Niczego jednak nie zauważyła, okno było zamknięte, a przez szyby wpadały do sypialni promienie jesiennego słońca. Była ogromnie czymś przerażona i ten widoczny lęk, dal lekarzowi wiele do myślenia. Obawiał się, że młoda dama może zachorować psychicznie. - Jak długo leżałam przy otwartym oknie? Chyba się przeziębiłam.- powiedziała słabym głosem. - Ale co też jaśnie pani opowiada! - zdziwiła się pokojówka. - Przecie okno zamknięte. Wczoraj po wietrzeniu pokoju, zamknęłam je na skobelek. O, widzi jaśnie paniuńcia? Marta potrząsnęła głową, ale nie upierała się dalej. - Każ posłać po proboszcza. Chcę się wyspowiadać. - rozkazała, po odjeździe lekarza. Ksiądz ze współczuciem i niepokojem patrzył na jej wynędzniałą twarz. W ciągu jednej nocy postarzała o wiele lat. Ciemne, gęste włosy były wilgotne od potu, a z piersi wydobywał się rozdzierający płuca kaszel.

Marta opowiedziała księdzu o wydarzeniach ostatniej nocy i z płaczem błagała o pomoc. - Ja tego dłużej nie wytrzymam! - szlochała rozpaczliwie. - Ten przeklęty dom opanowany jest przez duchy! Umrę tutaj ze strachu. O Boże, tak strasznie się boję, nie mam spokoju ani we dnie, ani w nocy. Zamówię choćby sto mszy, byle tylko zaznać spokoju. Niech mi ksiądz pomoże! - Czy jesteś pewna, moje dziecko, że to nie były senne przewidzenia? - badał proboszcz, z trudem ukrywając niedowierzanie. - W gorączce niekiedy słyszymy i widujemy dziwne zjawiska. To rzecz dowiedziona i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. - Ja nie majaczyłam, byłam przytomna. Niech mi ksiądz wierzy, nie jestem obłąkana. - oznajmiła z goryczą, zauważywszy na jego twarzy sceptyczny wyraz. - Służba też się czegoś boi i upiera się, że w tym domu straszy. Jezu, ten portret jest niesamowity. Ona jest przeklęta! - wrzasnęła naraz Marta, wskazując obraz chudym palcem. Ksiądz był wyraźnie zgorszony. - Grzeszysz, moja córko. Pani Zofia była najcnotliwszą i bogobojną niewiastą. Najlepszą żoną i matką. Nie zakłócaj zmarłym spokoju niesłusznymi oskarżeniami. Zresztą, dlaczego miałaby tutaj straszyć, przecież została pochowana w Neapolu. - zauważył proboszcz rozsądnie. - Lepiej pomódl się za nią, a ja odprawię mszę, za spokój jej duszy. - Ale to nie pomoże, choćbym się modliła cały dzień! - odrzekła Marta stanowczo. - Ksiądz zna moją duszę. Niewiele miałam w życiu okazji do grzechu. Ja nie kłamię, w tym domu kryje się jakaś straszna tajemnica. Żadne modlitwy tego nie zmienią. Proboszcz trzasnął energicznie wieczkiem tabakierki, kichnął siarczyście i wytarł hałaśliwie nos wielką kraciastą chustką. - Kościół nie neguje zjawisk nadprzyrodzonych. - odezwał się mentorskim tonem. - Ale tym razem musiała pani ulec halucynacji. Nie siedź, moja córko, sama w tym dużym domu. Zaproś sąsiadów, bo jesteś młoda i potrzeba ci pogodnego towarzystwa. Przenieś się, dziecko, do innego pokoju. Zalecam modlitwę do Serca Pana Jezusa. Ja także będę o pani pamiętał przy pacierzach. No, z Bogiem. Rozgniewana i zawiedziona Marta, nie kryjąc urazy, niegrzecznie wzruszyła ramionami. Oczekiwała od proboszcza innej pomocy. Podobnej pociechy mogła udzielić sobie sama. Po odjeździe księdza nagle wstąpiła w nią energia. Wstała z łoża, kazała się ubrać i wybrała się na przegląd pokojów, aby wybrać któryś na mieszkanie dla siebie. Jej wybór padł na niewielki salonik w odległym skrzydle domu. Nowa sypialnia wyglądała pogodnie, miała jasne tapety i lekkie białe mebelki. Szeroką turecką sofę Marta przeznaczyła na łóżko. Żaden wielki obraz nie wisiał na ścianie, a duże okna wychodziły na aleję parkową. W graniczącej z pokojem alkowie, miała odtąd sypiać Marcysia. Poleciwszy zapalić w pięknym piecu z porcelanowymi kaflami, Marta usiadła w wygodnym fotelu i zaraz poczuła się znacznie lepiej. Była tak zadowolona ze swego nowego mieszkania, że zjadła z apetytem obiad, mając nadzieję, że tej nocy zaśnie spokojnie. Szybko zapadł jesienny zmierzch. Jeszcze tylko przez krótki czas mdłe światło dnia walczyło z nadchodzącym zmrokiem, potem zapadła ponura, zimna noc. W pokoju zapalono sześcioramienne świeczniki i górny żyrandol. Blask świec odbijał się w dużych lustrach i rozjaśniał każdy kąt pokoju. Z porcelanowego pieca promieniowało ciepło. Nic tutaj nie było tajemniczego i niesamowitego. Marta weselsza niż zwykle, zjadła kolację i czytała francuski romans do chwili, aż mały zegar na komodzie wybił godzinę dziesiątą i jął wygrywać kuranty. Weszła Marcysia, pomogła jej się rozebrać. Kiedy spoczęła na miękkiej sofie, niemal natychmiast usnęła. Przyśniło się jej, że leży w sypialni, w swoim wielkim łożu. Na kominku płonie ogień, rzucając na ściany purpurowy blask. Stojący zegar właśnie wybił północ. W tej samej chwili usłyszała w głębi duszy cichy głos: - Marto, słyszysz mnie? - Słyszę. - odpowiedziała, nie otwierając ust. - Dwadzieścia pięć lat minęło. Chcę stąd wyjść! Pomóż mi. - Nie! - Musisz. Inaczej ten dom stanie się przedsionkiem piekła. - Kim ty jesteś? - spytała Marta, drżąc we śnie z okropnej trwogi. - Patrzysz na mnie! - usłyszała cichą odpowiedź i głos zamilkł. Marta nie budząc się ze snu, podniosła oczy i spojrzała na portret Zofii. W jednej chwili oprzytomniała i z bijącym szalenie sercem usiadła na sofie. Pokój wyglądał zupełnie niewinnie. Okna przysłaniały grube aksamitne kotary, obok sofy, na stoliczku świeciła się lampka nocna, a w całym domu panowała cisza i spokój. Nieszczęsna kobieta wydała głuchy jęk i chwyciła się za głowę. Przed upiorem nie było ucieczki! Była pewna, że nawet za granicą słyszałaby ten okropny szept z martwych ust. Rano rozkazała przenieść swoje rzeczy do wielkiej sypialni. Nie było sensu przeprowadzać się z miejsca na miejsce. Zastanawiała się tylko, dlaczego to właśnie ją upiór wybrał sobie za pośredniczkę?
 Tego dnia młoda pani Bohuniewska ciężko zaniemogła. Przybyły lekarz polecił zatelegrafować po męża. Odpowiedź od Zygmunta nadeszła dopiero po dwóch tygodniach. Młody pan pytał, czy stan zdrowia żony jest doprawdy aż tak groźny, bo własna niedyspozycja nie pozwala mu teraz podróżować. Na szczęście Marta poczuła się lepiej i telegram męża pozostawiła bez odpowiedzi. Kiedy młoda pani chorowała, rzecz dziwna, żadne nadprzyrodzone zjawiska nie miały miejsca. Marta powróciła do życia bardzo osłabiona i zrezygnowana. Proboszcz dowiedziawszy się o nowych przeżyciach młodej dziedziczki, przestał ją przekonywać, że ulega halucynacjom i wezwał ze Lwowa uczonego egzorcystę, żeby poświęcił dom. Jednakże uczony mnich mylił się w modlitwach, nie potrafił się skupić, a kolejne pokoje coś zamykało i nikt nie potrafił ich otworzyć. Potem przepadło kropidło, a kropielnica z wodą święconą, została wytrącona z ręki egzorcysty i oblała ściany. Kiedy egzorcysta wszedł sam do sypialni, drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a po chwili wypadł stamtąd egzorcysta i gubiąc po drodze swoje przybory, uciekł w popłochu. Struchlały proboszcz postanowił natychmiast wyprawić Martę do Lwowa, obiecując załatwić jej miejsce w klasztorze. Służba spakowała rzeczy pani i przygotowała ją do wyjazdu. Lecz kiedy lokaj zniósł ją na rękach do karety, konie przeraziły się czegoś i oszalałe ze strachu poniosły, rozbijając karetę o drzewo i zabijając stangreta.
Od tego dnia skończył się spokój w pałacu, ustępując miejsca niewytłumaczalnym wydarzeniom, które przejmowały ludzi grozą. Lokaj czyszczący wielki żyrandol w salonie, nagle usłyszał za sobą wybuch dźwięcznego, dziewczęcego śmiechu. Kiedy obejrzał się zdumiony, drabina uderzona z ogromną siłą runęła na posadzkę, a służący upadł, łamiąc obie nogi. Jeszcze tego samego dnia, kucharz sięgając po nóż, ujrzał z przerażeniem, że niewidzialna dłoń unosi nóż celując w jego serce. Oszalały ze strachu człowiek, uciekł z krzykiem i więcej do pracy nie powrócił. Młoda pokojówka wieszając na strychu bieliznę, ujrzała nagle rękę szkieletu podającą jej sznur. Nieprzytomna z przerażenia dziewczyna, wybiegła na schody i potknąwszy się spadła, łamiąc sobie kark. Równie tajemniczo umarł inny służący. Usłyszawszy w salonie, że ktoś uderza w klawisze fortepianu, wszedł do środka, żeby dać burę zuchwalcowi. Znaleziono go martwego z wyrazem okropnego przerażenia w szeroko otwartych oczach.
Tego już było za wiele. Służba cichaczem jęła opuszczać pałac, nie prosząc nawet pani o pieniądze. Chcieli tylko wynieść całe głowy z tego przeklętego miejsca. Z tego samego powodu nawet i sąsiedzi przestali bywać w pałacu, nie mając ochoty spotkać się oko w oko z upiorem. Dom opustoszał. Przy chorej pani pozostała tylko wierna Marcysia, gotowa znosić ze swoją panią zły los i stary ogrodnik, mieszkający przy bramie wjazdowej. Cisza zaległa gwarne niegdyś salony pełne rozbawionych gości. Powoli kurz pokrywał coraz grubszą warstwą lśniące meble i lustra. Pańska rezydencja zamieniła się w przybytek upiorów. Zamknięto wszystkie pokoje z wyjątkiem sypialni i alkierza w którym sypiała pokojówka. Marta całymi dniami leżała już w łożu, w długie jesienne wieczory nadsłuchując tajemniczych odgłosów rozlegających się w pustym domu. Raz były to lekkie, taneczne kroki przebiegające przez długie i ciemne korytarze. Innym razem słyszała śmiech, w którym nie było nic wesołego. Drzwi same się otwierały, a silny przeciąg gasił świece w świecznikach. W salonie rozlegały się huczne dźwięki fortepianu. Pewnego razu Marta usłyszała płacz, rozpaczliwe, pełne nieopisanego smutku łkanie, przerywane ciężkimi westchnieniami.
W jej sercu obudziło się gorące współczucie do tej tajemniczej, cierpiącej istoty i chęć pomocy. Ktoś w tym domu cierpiał niewyobrażalne katusze. Jednej nocy usłyszała we śnie znowu znajomy, cichy głos:
- Marto, uwolnij mnie.
- Gdzie jesteś, Zofio? - spytała, gotowa spełnić błagalnie upiora. - Za portretem! - szepnął głos.
W tej samej chwili Marta otworzyła oczy i wydało się jej, że po malowanej twarzy młodej damy spływa strumień łez. Jeszcze długo słyszała cichy, słodki głos powtarzający:”Za portretem”. Kiedy ponownie zasnęła, przyśnił się jej Zygmunt. Stanął przy łożu, ujął jej dłoń i mocno uścisnął. Ale gdy Marta z wybuchem szalonej radości próbowała go objąć i ucałować, mąż zniknął. Obudziwszy się, młoda kobieta była przygnębiona i miała przeczucie, że spotka ją wielkie nieszczęście. Nie omyliła się. W południe otrzymała z Wiednia wiadomość, że jej mąż Zygmunt Bohuniewski, przegrawszy w karty cały majątek, nie mogąc spłacić honorowego długu, zastrzelił się w swym wiedeńskim apartamencie. Ruina majątkowa nie wzruszyła Marty, gdyż pewna była, że dni jej życia są policzone. Wieczorem, kiedy spoczywała w łożu, usłyszała głębokie, ciężkie westchnienie, zakończone szlochem. Ktoś w pokoju płakał.
- Czy to ty, Zofio? Opłakujesz syna? - spytała szeptem, ale nie otrzymała odpowiedzi, tylko znowu ktoś zapłakał, a światło świec rozjaśniło się błękitnawym płomieniem. Rano Marta wezwała proboszcza i opowiedziała mu o ponawianej ciągle prośbie Zofii. Ksiądz podszedł do portretu i z wysiłkiem go odsunął. - Tu nic nie ma, moje dziecko. To tylko goła ściana. - sapnął i kichnął, nałykawszy się kurzu. - Trzeba rozwalić tę ścianę! - oświadczyła młoda kobieta z mocą. - Niech ksiądz dobrodziej sprowadzi parobków z łomami i młotami. Chcę nareszcie dowiedzieć się, jaką tajemnicę kryje ten dom!
Ku zdumieniu Marcysi, wstała o własnych siłach z łoża i kazała się ubrać. Ksiądz przybywszy z parobkami, nie wierzył własnym oczom, ujrzawszy Martę ubraną w żałobne kiry i siedzącą w fotelu. W jej oczach tlił się gorączkowy płomień, jak u ludzi, którzy zbierają resztę sił wiedząc, że koniec jest bliski. Dwóch parobków zdjęło ze ściany portret i zaczęli rozwalać mur przekonani, że młoda dziedziczka postradała resztę zmysłów. Spodziewano się, iż mur będzie potężny i trudno go będzie przebić. Tymczasem okazało się, że ściana ma grubość jednej cegły i po kilku mocnych uderzeniach młotami runęła z hukiem, pył napełnił pokój, a przed oczyma obecnych ukazały się żelazne, przeżarte rdzą drzwi prowadzące do dawnej kaplicy. Rozgorączkowana Marta, wzruszona do łez, poleciła parobkom wyważyć drzwi i opuścić sypialnię. Kiedy została tylko z księdzem, powiedziała z przekonaniem: - Przypuszczam, że przed wieloma laty to miejsce zostało splamione ohydną zbrodnią. Jeden Bóg wie, co tam znajdziemy.
Zdecydowanym ruchem podniosła się z fotela, zapaliła sześcioramienny świecznik, podeszła do drzwi i pchnęła je z wysiłkiem. Otwarły się szeroko, skrzypiąc niemiłosiernie na zardzewiałych zawiasach. Z ciemności uniósł się obłok kurzu i buchnęła okropna woń stęchlizny i trupiego odoru. Razem z księdzem weszli do małej kaplicy wybitej zakurzonymi kilimami, a Marta postawiła świecznik na ołtarzyku i rozejrzała się z przerażeniem, pomieszanym z ciekawością. Na ołtarzu stała marmurowa figurka Matki Boskiej, a na jej złożonych dłoniach ktoś powiesił cztery sznury bezcennych pereł. Dwa pozłacane lichtarze leżały przewrócone, lecz nigdzie nie było widać świec ani śladów wosku. Przed ołtarzem stał hebanowy klęcznik obity wypełzłym aksamitem, a obok leżał szkielet kobiety odziany w resztki zbutwiałych koronek. Że była to młoda kobieta, świadczyły zachowane pasma długich jasnych włosów, trzymające się czaszki na resztkach skóry i piękne zęby. Bogate pierścienie zdobiły palce szkieletu, a na kościstych stopach zachowały się haftowane złotem nocne pantofelki. Proboszcz zobaczywszy szkielet, odskoczył z głośnym krzykiem, żegnając się raz po raz i szepcząc modlitwę za umarłych.

- Jezu Chryste, kto to może być? - wyszeptał drżącymi wargami.
- To są zwłoki Zofii Bohuniewskiej! - oświadczyła Marta z całą stanowczością.
- Ależ ona została pochowana w Neapolu. - Nie. Została zamurowana przez męża i umierała w najstraszliwszych męczarniach z głodu i braku powietrza. Zjadła nawet świece, wyskrobała wosk, a potem gryzła własne ciało! - Nie rozumiem. - ksiądz rozłożył ramiona. - Przecież widziano ją, jak wyjeżdżała z mężem do Włoch! - To z pewnością nie była Zofia. Pamięta ksiądz jak opowiadano, że młodej pani posługiwała garderobiana, która rzekomo wyjechała z panią. To ją widział stróż, jak siedziała w karecie. Pewnie też została gdzieś zabita i pochowana w sekrecie. - Marta nie wiedziała, że osoba widziana w karecie, była trupem zamordowanej służącej. - Ludzie mówili, że w tym czasie znaleziono wisielca, którego nikt nie znał. Przecież sam Bohuniewski nie umiałby zamurować ściany i musiał mieć pomocnika, którego potem się pozbył! Obawiam się, że to jeszcze nie koniec tej tragedii.
- Matko Przenajświętsza! - wyszeptał proboszcz zbielałymi wargami. - Wierzę, że tak właśnie musiało być. Te jasne włosy zaciśnięte na szyi Jana Bohuniewskiego... Potworne! Marta pod wpływem ogromnego współczucia, uklękła obok szkieletu i zaczęła się głośno modlić. Wstrząśnięty ksiądz upadł na kolana i trzęsącym się z uniesienia głosem, odmawiał litanię do Matki Boskiej. Modlili się długo, jak to czynią ludzie głęboko wierzący. Potem ksiądz poświęcił doczesne szczątki nieszczęśliwej kobiety i całą kaplicę zbezczeszczoną zbrodnią. Pomodliwszy się, Marta wstała i zaczęła dokładnie przeglądać każdą rzecz znajdującą się w kaplicy. Jej uwagę zwrócił leżący na ołtarzu modlitewnik, pięknie oprawiony w kość słoniową i purpurowy aksamit ze srebrnymi okuciami. Wzięła go do ręki i otworzyła. Ksiądz tknięty jakimś przeczuciem próbował ją powstrzymać. - Dziecko moje, - zawołał z dziwną świadomością nowego nieszczęścia. - zostaw ten modlitewnik! Włożymy go zmarłej do trumny. Niech zabierze go z sobą do grobu. Jutro pochowamy szczątki tej biednej kobiety, a ty życie spędzisz w klasztorze. Na Boga, zostaw ten modlitewnik! Lecz Marta nie słuchając go, wybiegła z kaplicy i podeszła do okna, aby przy świetle dnia odczytać krzywe, brunatne litery napisane na pożółkłych kartkach. Widocznie Zofia pisała za pomocą szpilki do włosów, umoczonej we własnej krwi. Kiedy Marta spróbowała odczytać niewyraźne pismo, spomiędzy kartek wypadła niewielka miniatura z portretem mężczyzny. Marta wydała okrzyk i podniosła miniaturę do oczu. Z wizerunku patrzyła na nią twarz ojca! Modlący się w kaplicy proboszcz usłyszał nagle jej okropny krzyk, a kiedy wpadł do sypialni, Marta leżała na posadzce zemdlona. Ratując nieprzytomną kobietę, ksiądz spostrzegł leżący modlitewnik i miniaturę malowaną na kości słoniowej. Odruchowo podniósł i otworzył książeczkę, z trudem odczytując krwawe litery. „ Jestem niewierną żoną. Urodziłam mężowi dziecko mego kochanka, mężczyzny, którego od lat kochałam. Był nim Stanisław Pielicki, niech Bóg czuwa nad nim, aby nie dosięgła go ręka mego męża. Umieram, skazana przez męża na śmierć za zdradę, lecz nigdy mu nie wybaczę mojej męki i dosięgnę go choćby i w piekle! A moje przekleństwo dotknie także następne pokolenie!” Modlitewnik wypadł z ręki oniemiałego ze zgrozy księdza. Biedna, nieszczęsna Marta, była żoną swojego przyrodniego brata! Nieświadomie popełniła grzech kazirodztwa. Podbiegł do leżącej na posadzce kobiety, którą usiłowała ocucić Marcysia. Razem przenieśli zemdloną na łoże, a proboszcz wezwał lekarza. Jednak zanim ten przybył z odległego miasteczka, Marta zmarła, nie odzyskawszy przytomności. Po zgonie, z jej ust wypłynął strumyczek krwi, a twarz wygładziła się i wypogodziła, jakby pod wpływem wielkiej ulgi. Proboszcz obecny przy jej śmierci, zapłakał z żalu nad losem nieszczęsnej kobiety i westchnął pewny, że

Marta nareszcie znalazła wiekuisty spokój. Wraz z jej śmiercią zamknął się wreszcie krąg zbrodni i kary. Pogrzeb obu kobiet odbył się z całym uroczystym żałobnym ceremoniałem i po mszy, obie spoczęły w kaplicy kościelnej, pod wiszącym na ścianie portretem Zofii. Za pieniądze uzyskane ze sprzedanych klejnotów, proboszcz ufundował krzyż pokutny, a resztę pieniędzy rozdano ubogim. Marcysię przyjął klasztor we Lwowie, gdzie niebawem przywdziała habit zakonnicy. Dziwnym trafem nawiedzony pałac nie ostał się długo. Zanim przyjechał nowy właściciel, w dawnej kaplicy pałacowej, nie wiadomo w jaki sposób, wybuchnął w nocy ogień. Pożar w błyskawicznym tempie rozprzestrzenił się, ogarnął cały budynek i szalał przez całą noc i dzień, obracając wspaniałą rezydencję w dymiące zgliszcza. Miejscowi chłopi nawet nie próbowali gasić ognia, pilnując tylko żeby nie przerzucił się na dachy wsi. Pałac był przeklęty i lepiej się stało, że zniknął z powierzchni ziemi. Odtąd jego ruiny zarosły trawą i dziko rosnącymi krzewami. Ludzie bali się tego miejsca i unikali go z daleka twierdząc, że ruiny dalej nawiedzane są przez duchy. ---------------------------------------------
Z pewnym wzruszeniem zamknęłam pamiętnik proboszcza. Rozmyślałam nad tragedią niedobranych małżeństw obu nieszczęśliwych kobiet, zakończonych potworną zbrodnią i kazirodztwem. Ruin pałacu nie odwiedziłam. Wstyd powiedzieć – ale bałam się tego miejsca. Gardziłam sobą za ten idiotyczny strach, lecz nie potrafiłam go pokonać. Nie zdołałam się jednak oprzeć chęci, aby przed odjazdem raz jeszcze nie spojrzeć na portret Zofii. Miałam do księdza pretensje, że nie pozwolił zabrać go do muzeum. Wyobrażałam sobie gazety z sensacyjnymi nagłówkami, donoszącymi na pierwszych stronach o wspaniałym odkryciu, i jawną zawiść moich kolegów po fachu. Żałowałam, że dałam słowo i nie mogłam go złamać. Na moją prośbę, ksiądz choć niechętnie, odsłonił kotarę skrywającą obraz. Stanęłam przy kracie kaplicy i z zachwytem patrzyłam na przepiękny portret. Zofia uśmiechała się smętnie do mnie, a jej wzrok zdawał się przyciągać moje oczy z magnetyczną mocą. W głębi duszy jakiś głos ostrzegał mnie, żebym unikała spojrzenia tych ślicznych błękitnych oczu, niosących śmierć. Mimo woli wzruszyłam ramionami, dziwiąc się sile przesądów i zabobonu, jakiej sama uległam. Poznawszy dzieje Zofii i jej synowej, czułam dla nich współczucie. - Żegnaj, Zofio. - powiedziałam głośno i powoli wyszłam z kościoła, nie oglądając się za siebie. Wróciłam do Warszawy, pożegnana serdecznie przez proboszcza i jego gospodynię. Odetchnęłam z ulgą, znalazłszy się w stolicy i moim zacisznym mieszkaniu, z dala od wrażeń z granicy metafizyki. Powróciłam do współczesności, uwalniając się od atmosfery tajemniczego świata duchów, emanujących z kart starego pamiętnika i prześlicznego portretu. To było takie śmieszne i niedzisiejsze! Rozpakowując rzeczy, otwarłam walizkę i pierwszym przedmiotem, jaki wpadł mi w ręce, był mój notatnik z zapisanymi w nim dziejami rodziny Bohuniewskich. Przez otwarte okna dochodził szum wielkiego miasta, klaksony aut, echa rozmów i aroganckie dźwięki jazzu, dobiegające z pobliskiej sali dansingowej. Przy tych znajomych odgłosach, w otoczeniu mebli mego mieszkania, dawna historia rodu Bohuniewskich, wydała mi się dziwaczna i niewiarygodna. Być może tak naprawdę, nigdy w tę opowieść nie wierzyłam. „W ubiegłym wieku ludzie mieli doprawdy wybujałą fantazję!” - pomyślałam z ironią. Zamierzałam właśnie wrzucić notatnik do szuflady komody i zapomnieć o nim. Ale wypadł mi z ręki na podłogę i otwarł się na stronie, gdzie opisywałam grobowiec damy z różami. Rzucił mi się w oczy napis, wydrukowany przeze mnie dużymi literami:
                                     NON OMNIS MORIAR
Uśmiechnęłam się z politowaniem. „Nie wszystek umrę” Niestety, tym razem pamięć o pięknej Zofii i jej przygodach życiowych, umrze nieodwołalnie wśród starych szpargałów na dnie szuflady. Podniosłam notatnik i naraz spomiędzy kartek wypadła kremowa róża, a jej płatki rozsypały się po dywanie. Przeżegnałam się, przejęta nagłą zgrozą.

K o n i e c
1Empire – styl w architekturze, dekoracji wnętrz, rzemiośle artyst. I stroju (1800 – 1830) nawiązujący do dekoracji greckich i rzymskich.
2Francois Gèrard (1770 – 1837) portrecista i słynny malarz historyczny w okresie cesarstwa i restauracji..
3Non omnis moriar – Nie wszystek umrę.
4Familia – nazwa stronictwa książąt Czartoryskich, dożącego do przeprowadzenia w poł. XVIII w.reform ustrojowych m.inn, zniesienia liberum veto.
5Kolator – ofiarodawca, fundator kościoła, zachowujący prawo przedstawiania kandydata na proboszcza.
6Konsyliarz – dawniej lekarz.