wtorek, 26 stycznia 2016

Czy naprawdę wiemy, co znaczy wolność?


26 stycznia 2016 r.


W ubiegłą niedzielę miałam wielką przyjemność uczestniczyć w nadawanej przez TVP Polonia Mszy, transmitowanej z kościoła św. Karola Boromeusza z Kielc – Karczówki. Kazanie mówił ks. Jan Oleszko rektor kościoła. To było piękne kazanie, jakie nieczęsto słyszy się w świątyniach polskich. Ksiądz mówił o cenie wolności, jaka zapłaciliśmy w kolejnych powstaniach i zrywach narodowych, w walce o niepodległość. Opowiadał o powstańcach walczących w Górach Świętokrzyskich, i nie tylko tam. Wymieniał nazwiska poległych, zamęczonych i zesłanych na Sybir, których jedynym celem było wywalczenie wolności dla umęczonej ojczyzny.
Żuawi śmierci w roku 1863.
 Byłam wzruszona, patrząc na poczty przebrane w stroje żołnierzy 1863 roku, w mundury żuawów śmierci pułk. Rochebruna i obecnych w kościele ludzi, z przypiętymi do płaszczy i kapeluszy biało-czerwonymi rozetkami powstańczymi. Kielce i cały region świętokrzyski znany jest z patriotyzmu i kultywowania tradycji narodowych. To w Górach Świętokrzyskich najdłużej trwało powstanie, dowodzone kolejno przez Langiewicza, Czachowskiego i Hauke-Bosaka. Na tym terenie ludność wiejska wspierała powstańców. To w Górach Świętokrzyskich, w okresie II wojny światowej, walczył major Dobrzański „Hubal” i jego następca w walce z okupantem niemieckim, pułk. Jan Piwnik „Ponury”, syn ziemi świętokrzyskiej. Ta ziemia była terenem strasznych zbrodni hitlerowskich na ludziach, którzy pomagali partyzantom.

Wykus - Góry ŚWIĘTOKRZYSKIE
Abstrahując od tego tematu, osobiście jest mi ogromnie przykro, że moja książka pisana z tak wielką czcią i miłością do ziemi świętokrzyskiej, którą do śmierci wspominała z ogromną nostalgią bohaterka „Kochanków Burzy”, nigdy nie ujrzy tamtych stron i nie będzie czytana przez ludzi, którym dzieje opisywane przeze mnie, są bardzo bliskie. Po prostu nikt tam nie chciał mojej powieści, mimo iż kilkakrotnie zwracałam się do kieleckiego Zw. Literatów Polskich tej sprawie. Nie posiadam tylu egzemplarzy książki, wydanej w ilości bibliofilskiej, żeby posłać ją do bibliotek w Kielcach i Bodzentynie. Mogę tylko ubolewać nad tym faktem, który napełnił mnie goryczą.
Wracam do pytania, czy wiemy co znaczy wolność? Przez pryzmat wielkich i małych zrywów niepodległościowych we wszystkich trzech zaborach, przez niezliczone ofiary, hektolitry krwi i łez wylanych przez kolejne pokolenia Polaków, w 1918 roku nareszcie odzyskaliśmy tę wolność. Powstało państwo polskie, demokratyczne i niepodległe i trzeba przyznać, że przez ten krótki czas, dwudziestu jeden lat wolności, umiano wychować wspaniałe pokolenie, które oparło się straszliwemu terrorowi okupacji, a nawet potrafiło zerwać się do kolejnego krwawego zrywu – Powstania Warszawskiego! Po zakończeniu wojny, czekały nas dalsze bolesne doświadczenia i prześladowania najlepszych patriotów, tortury, wyroki śmierci, więzienia.

Każde pokolenie Polaków, zrywających się do boju o wolność wierzyło, że tę niepodległość ojczyzny wywalczy. Ale udało się to dopiero w 1918 roku. Przez krótki czas Polska cieszyła się niepodległym bytem, wypracowując w ciężkim trudzie scalenie trzech części zaborów w jedno państwo. A nie była to łatwa sprawa, gdyż każdy zabór miał inny język i inną kulturę. Inaczej żyli Polacy pod zaborem pruskim, inaczej pod rosyjskim, a jeszcze inaczej w Galicji, która na owe czasy miała najwięcej wolności. Młode państwo polskie borykało się z ogromnymi trudnościami, ale już w dwa lata po odzyskaniu niepodległości, w wojnie roku 1920, społeczeństwo okazało wspaniały patriotyzm, stając do śmiertelnej walki z wrogiem. Wtedy naszym udziałem stało się zwycięstwo, jednak w 1939 roku, Polska poniosła klęskę, gdyż nasi sprzymierzeńcy okazali się słabi i kłamliwi, nie dotrzymując zawartych sojuszów.
Wiele lat minęło, zanim Polacy znowu okrzepli i stanęli do bezkrwawej walki o wolność. Powstała „Solidarność”, a chociaż nie wszyscy jej członkowie zasługiwali na zaufanie, a sama organizacja nie wylęgła się z pewnością w polskich głowach, lecz daleko za oceanem, to jednak miliony ludzi przystąpiły do „Solidarności” wierząc, że stanie się ona zarzewiem wolności. W wyborach 1989 roku, Polacy wyraźnie pokazali, że rządy PRL- lu już się skończyły. Wojska radzieckie stacjonujące w Polsce w następnych latach opuściły nasz kraj.
Byliśmy wolni i niepodlegli!

hUBAL
Od tego czasu upłynęło kilka dekad. Polska wolno ale skutecznie osiągała coraz większe sukcesy gospodarcze i zbliżała się do krajów zachodnich, a w końcu przystąpiła do Unii Europejskiej, stając się jej członkiem. Powinniśmy być dumni z naszych wspólnych osiągnięć i codzienną uczciwą pracą pomnażać zasobność ojczyzny.
Tymczasem natychmiast po odzyskaniu niepodległości, rozpoczął się w Polsce prawdziwy sabat czarownic. Afera goniła za aferą, miliardy polskich złotych wędrowało za granicę, powiększając czyjeś kąta w bankach szwajcarskich. Kolejne rządy wysprzedawały dosłownie za grosze całą spuściznę po PRL-u. Wielkie zakłady przemysłowe, stocznie, gospodarstwa rolne PGR-y, dające wsi pracę i zarobek. W stoczniach, gdzie budowano i wodowano setki wielkich statków, dziś jest muzeum! Wielkie hale zakładowe Łodzi, produkujące znakomite materiały i dające zatrudnienie tysiącom ludzi, obecnie zamieniane są na apartamentowce – mieszkania dla bogatych. Miliony Polaków straciło pracę w kolejnych tak zwanych restrukturyzacjach. Do kraju wkroczył obcy kapitał, twardy i bezwzględny. Otwierane są coraz to nowe olbrzymie megasamy, a polskie sklepy kolejno upadają.
Polska młodzież, taka mądra i zdolna, wyjeżdża masowo za granicę, szukając tam chleba i pracy, bo w ojczyźnie nie może tego znaleźć. Brak nam jakichkolwiek autorytetów, a kolejne rządy są nieudolne i nie potrafią zapewnić narodowi stabilizacji oraz poczucia bezpieczeństwa, mieszając się do awantur zagranicznych, które nas nie powinny obchodzić. To naraża nasze państwo na konflikty z potężnym sąsiadem. A tak prawdę mówiąc, to przez ubiegłe lata nie potrafiliśmy nawiązać naprawdę przyjaznych stosunków z żadnym z sąsiednich państw – czyli znowu znajdujemy w próżni, jak w 1939 roku!

Wraz z przejęciem władzy przez PiS, naprawdę stajemy się powoli dziwadłem Europy i już doczekaliśmy się surowej krytyki Unii Europejskiej. W kraju nastąpił rozłam społeczeństwa, jak w latach 1980-tych. Jedni popierają partię Jarosława Kaczyńskiego, nie szczędząc ostrych epitetów przeciwnikom. Opozycja dowiaduje się, że jest społeczeństwem gorszego sortu, a PiS oskarżany jest o łamanie demokracji i praw konstytucyjnych. Co tydzień wielotysięczne manifestacje wyruszają na ulice miast i wzajemnie się przekrzykują. Nikt, absolutnie nikt nie jest pewien, kto ma w tym sporze rację, a kto jej nie ma. Być może wszyscy są winni, bowiem nie potrafimy się godzić dla dobra naszej ojczyzny.
Jesteśmy wolni, ale czy naprawdę? A może nam się tylko tak wydaje do czasu, aż ktoś inny przyjdzie, korzystając z naszej niezgody i zabierze nam to, o co z takim trudem wywalczyły kolejne pokolenia!

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Spotkanie autorskie w bibliotece



25.01.2016 r.

 W dniu 18 stycznia br. miałam zaszczyt i wielką przyjemność zaprezentować moją niedawno wydaną, w nakładzie bibliofilskim,  powieść pt.: "Kochankowie Burzy". Spotkanie autorskie miało miejsce w Galerii Format w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Bolesławcu. Byłam bardzo wzruszona występem młodzieży z  Gimnazjum nr 2 im."Polaków Zesłanych na Sybir" w Bolesławcu, która w strojach z epoki, zaprezentowała fragmenty z mej książki. Podziwiałam młode talenty. Z przejęciem słuchałam pieśni z Powstania Styczniowego, tak bardzo bliskiej memu sercu i adekwatnej do treści książki, i mającej wkrótce nadejść 153 rocznicy wybuchu zbrojnego w 1863 r.
Pragnę w tym miejscu raz jeszcze serdecznie podziękować organizatorom spotkania. Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej, Pani Halinie Majewskiej, wszystkim Paniom, które trudziły się przy organizacji oraz Panu Kazimierzowi Surmie, filmującemu moje spotkanie. Wielkie dzięki. Osobne podziękowania składam moim miłym Gościom, którzy zechcieli poświęcić dla mnie swój czas i tak licznie przybyli do Biblioteki. Paniom - Marii Sobolskiej i Alicji Brusiło, pięknie dziękuję za bardzo wnikliwe i pochlebne opinie o mojej książce.  
Elżbieta G. Erban

czwartek, 14 stycznia 2016

Zmieniają się nam obyczaje.


14 stycznia 2016 r.

Zima i wczesne wieczory, często skłaniają nas do sięgnięcia myślą wstecz, przywołując w wyobraźni dawne wydarzenia i osoby których już nie ma między nami. Z lat dziecinnych przypomniałam sobie wieczory zimowe w Gręboszowie. Przyjeżdżałyśmy tam z mamą na kilka miesięcy w roku, często na Boże Narodzenie. Do wsi jechałyśmy saniami, bo nie było tam wtedy innych środków lokomocji. Otulone w baranie kożuchy, siedziałyśmy z mamą w saniach, przytulone do siebie. Noc była mroźna, a dokoła ciągnęły się pola i lasy zasypane śniegiem. Konie biegły równym kłusem, dzwoniły dzwonki uprzęży. Nad naszymi głowami rozciągała się bezbrzeżna i ciemna kopuła niebios, usiana jasnymi gwiazdami. Wpatrywałam się w gwiazdy nie wiedząc, że po latach odtworzę tę jazdę saniami w powieści. Dziadkowie mieszkali wtedy w dużym drewnianym domu, zbudowanym na niewielkiej skarpie nad bystrym strumykiem, latem pływały w nim rybki. Za domem był wiejski staw, ogrodzony płotem plecionym z wikliny. Do dziś pamiętam jej gorzki zapach. W domu była wielka izba, z dużym paleniskiem podobnym do kominka, a po kilku schodkach wchodziło się do pokoju sypialnego.
W zimowe wieczory, cała nasza rodzina zbierała się w izbie przed paleniskiem, w którym płonęły wielkie szczapy drewna. Miałam wtedy chyba cztery latka i doskonale pamiętam purpurowe odblaski ognia na drewnianych ścianach izby. Nie było w domu elektryki, więc mama, babcia i ciocia, szyły, łatały bieliznę i odzież przy karbitowej lampie. Dawała dosyć jasne światło, ale okropnie cuchnęła. Dziadzio Miś, popijał z dużego kufla doskonałe piwo, które sam potrafił zrobić. Siedziałam u dziadka na kolanach i uważnie słuchałam, o czym mówi babcia. Opowiadała o różnych dawnych obyczajach świątecznych we dworach, o legendach i dziejach rodzinnych. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o losach młodziutkiej panienki, która po latach została bohaterką mojej książki. Ale nie o tym chcę pisać.
Pamiętam ówczesne święta, obchodzone bardzo skromnie, (okupacja) ale wielce uroczyście. Nikt nigdy nie śpiewał kolęd przed Pasterką, do wigilii nie pito alkoholu, co najwyżej domową nalewkę. W ten dzień nie wolno było przeklinać, złościć się, czy źle o kimś mówić. To był wielki grzech! Mimo trzaskającego mrozu cała rodzina wędrowała o północy do kościoła i dopiero tam, na Pasterce, ksiądz po raz pierwszy intonował kolędę „Bóg się rodzi”...
 Z dzieciństwa wyniosłam szacunek i kult do Bożego Narodzenia, mimo iż dzisiaj nie lubię tych świąt. W dzień wigilijny chodzę na cmentarz, aby położyć na grobie rodziców opłatek. Tego roku także tam poszłam. Właśnie kupowałam znicze, kiedy podeszło do nas dwóch mężczyzn, w stanie wskazującym… Przechodząc, mocno potrąciło jakiegoś pana. Ludzie dobrze wychowani przepraszają i idą dalej. Ale żyjemy w czasach, gdy święta stają się okazją do wyprzedaży w hipermarketach, nieustannych świątecznych reklam, od których robi się już niedobrze i ogólnego obżarstwa, nie mającego ze świętami nic wspólnego.
Toteż mijający nas mężczyźni, nie przeprosili potrąconego pana, lecz przeciwnie, stanęli i obrzucili go stekiem wyzwisk, z których najłagodniejszym była tradycyjna kurwa!! Obrażony pan ostro odpowiedział, a mężczyźni mieli widoczną ochotę do sprawienia mu łomotu. Ale widząc ludzi wychodzących z autobusu, zrezygnowali z tego „świątecznego” zamiaru i odeszli klnąc głośno i soczyście. To tylko jeden z obrazków, jak bardzo zmieniły się w Polsce obyczaje.
Sam wieczór wigilijny także traktowany jest raczej rozrywkowo. Przypominam sobie, że w pogardzanym i wyszydzanym PRL-u, w wieczór wigilijny rokrocznie nadawano transmisję koncertu chopinowskiego bezpośrednio z dworku w Żelazowej Woli, miejscu urodzin kompozytora.
Grali najwybitniejsi polscy pianiści i była to prawdziwa uczta duchowa, odpowiednia do uroczystości. Potem zwykle wielkie chóry i orkiestry grały kolędy w tradycyjnym stylu, a następnie emitowano jakiś piękny film. Obecnie w wieczór wigilijny robi się takl-show ze studia, z udziałem gwiazd, pełnym dosyć wulgarnych i kiepskich opowiadań o świętach i pierogach z kapustą i grzybami u mamy, zwykle kilka razy powtarzanych przy różnych okazjach. Następnie za śpiewanie kolęd biorą się popularne „kwiczoły” (powiedzonko ś.p. Jerzego Waldorffa) i robią z uroczystości wigilijnych pseudo kabaret, przeważnie we wspaniałej scenerii świątyń. Każdy sobie zmienia melodię kolędy i wychodzi z tego kociokwik nie śpiew. Nie należę do dewotów, ale nie podoba mi się ten rozrywkowy program wigilijny, w którym nie ma żadnego poważnego odniesienia do okazji, z jakiej obchodzimy te święta.
 Miałam także wątpliwą przyjemność oglądnąć szopkę z okazji uroczystości Trzech Króli na bolesławieckim Rynku. Szopkę na „wesoło”. Trudno winić młodocianych artystów, że mówili co im napisano. Ale tekst mieli, delikatnie mówiąc, nieodpowiedni, pełen dowcipów, niewiele mających wspólnego z uroczystością. Oczekiwałam, kiedy z ust pastuszków, lub któregoś z Mędrców, bowiem nie są to królowie, lecz Magowie ze Wschodu, usłyszę żartobliwe pytanie: - Czy to Dzieciątko nie jest czasem urodzone z in vitro? - Ha,ha, ha – ale śmieszne, co? No cóż, trudno wymagać, żeby wszystkie imprezy udawały się na medal, jednak do pisania tekstów należy wziąć profesjonalistów, a nie amatorów, z poczuciem humoru od siedmiu boleści. Przyrzekłam sobie, że więcej na podobne uroczystości w następnym roku nie pójdę.
 Z zasady nie oglądam także filmów, tak zwanych „religijnych”. Wielki pisarz francuski Flaubert, powiedział niegdyś: „Nie tykajcie bóstw. Pozłota zostaje na rękach”. Faktycznie, jeżeli widzę świętego Jana czarnego jak sadza i starego, mimo iż był to najmłodszy i ulubiony uczeń Jezusa, oraz wcale nie bielszą, brzydką św. Magdalenę, która w Ewangelii wcale nie była Magdaleną, tylko Marią z Magdali, (miasto Magdala) to zaczyna mnie zalewać zła krew. Filmy hollywoodzkie robią przeważnie Żydzi, do których w większości należą wytwórnie filmowe, a im nie zależy na tym żeby powstał obraz zgodny z przekazem. Nie rozumiem, po co kupować takie barachło, jak np. niedawno emitowany film: „Anmo Domini”, mający się tak do czasów ewangelicznych jak pięść do nosa. Jeszcze nie tak dawno, ten film i jemu podobne, nie zostałyby nigdy zakupione, ale ponieważ zmieniły się nam obyczaje, więc miał dużą oglądalność.
W komunistycznym PRL-u, rządzonym przez Moskwę, w Sylwestra o północy, tańczono wspaniałego moniuszkowskiego mazura ze „Strasznego dworu”, lub z „Halki”. Obecnie na pożegnanie starego roku, jakiś rodzimy „kwiczoł” wrzeszczy po angielsku rockową piosenkę, a tłum ryczy i podryguje. Starożytni Rzymianie niegdyś ubolewali: - O tempora, o mores!” - O czasy, o obyczaje! Czasy mamy jakie mamy, ale obyczaje to nam się diametralnie zmieniły. Obawiam się,  że bynajmniej nie na lepsze.

wtorek, 12 stycznia 2016

Nareszcie w makowskim pałacu.


Cztery siwe araby ciągnące powóz, wolno ruszyły sprzed dworu w Sarnikach. Nina obejrzała się za siebie, patrząc ze wzruszeniem na dom w którym się wychowała. Nikt jej nie żegnał i nikt nie okazał najmniejszego żalu. Na tę myśl poczuła w sercu ból. Przymknęła powieki i starała się powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Naraz ogarnął ją lęk przed nieznaną przyszłością, a dom Borutyńskich wydał się jej bezpiecznym azylem. Skuliła się na safianowych poduszkach i ciężko westchnęła. Stangret trzasnął z bata i powóz wjechał w topolową aleję, kierując się w stronę Makowa.
- Nie oglądaj się za siebie. – usłyszała niski głos Aleksa. – Nie warto.
Poczuła na dłoni mocny uścisk jego ciepłych palców, a uśmiech na jego twarzy dodał jej odwagi. Nabrała otuchy i zaczęła rozglądać się ciekawie po okolicy. Deszcz lejący przez całą noc przestał padać, a przez ciemne chmury przedarło się słońce. Nad nimi rozpostarła się błękitna kopuła nieba i lekka mgiełka prześwietlona złotymi promieniami spowiła horyzont. W tych stronach Nina bywała rzadko, bo Maków leżał z dala od głównych traktów. Jechali wyboistą podmokłą drogą, mijając zagajniki z buków, jesionów i wiązów. Przez chwilę widoczna była jeszcze wieża kościoła w Sarnikach, ale i ona skryła się niebawem za wyniosłymi pagórkami. Dokoła rozpościerała się spokojna, malownicza okolica. Na wzniesieniach stały białe dwory otoczone parkami, sadami i ogrodami. Wiodły do nich aleje wysadzane rzędami lip lub dębów. Łąki przecinały niebieskie wstążki strumieni i górskich potoków. O tej porze drogi były puste, bo chłopi pracowali w polu. Czasami tylko zaturkotał wóz drabiniasty pełen skoszonej trawy.
Do Makowa dojechali późnym popołudniem.


Skręcili na szeroką, sypaną drogę wiodącą do wsi. Nina była zachwycona podróżą. Z natury bardzo wrażliwa i odrobinę nieśmiała, teraz podekscytowana zupełną swobodą, wypytywała Aleksa o wszystko, co ją zainteresowało bez obawy, że zmrozi ją wzrok ciotki, lub gniewne sarknięcie wuja. Tylko Jaga siedząca na przedniej kanapce, trzymając w ramionach pudło z najlepszymi kapeluszami Niny, półgębkiem, nieufnie odpowiadała na uprzejme pytania hrabiego. Jechała do Makowa ustępując Ninie, lecz nie widziała tam miejsca dla siebie i obawiała się, że w tym wielkopańskim domu może okazać się niepotrzebna.
- To już niedaleko, prawda, panie Alku? – Nina podskoczyła na kanapce, nie mogąc doczekać się końca podróży.
- Tak. Zaraz będzie wieś, a potem już brama wjazdowa i park.
- O, jakie tu czyste powietrze. – zauważyła.
- Bo jesteśmy blisko Puszczy Świętokrzyskiej. Spójrz, ta góra przed nami, to Sieradowska1. – wskazał na błękitniejący przed nimi masyw górski, porośnięty gęstym lasem. – Nie jesteś zmęczona? Ostatnie dni były z pewnością dla ciebie przykre i wyczerpujące.
- Na szczęście mam to już za sobą. – odetchnęła.
- Rano Paula wspominała, że spodziewa się gości, więc czeka cię jeszcze banalna salonowa rozmowa. A może wolisz zaraz udać się do swego pokoju?
- O, ja nie jestem wcale zmęczona i nie zamierzam reszty dnia spędzić sama. Boże, jak tu pięknie!
Wokół, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się falujące łany zbóż, a na wygonach pasło się bydło pilnowane przez pastuchów. Wiatr przynosił cienkie popiskiwanie fujarek. Maków był dużą wsią, usytuowaną po obu stronach piaszczystej drogi. Porządne chaty stały pośród gęstych sadów, przeświecając bielą ścian przez zieleń liści. Na bystrej rzeczce Świślinie terkotał duży młyn wodny należący do dworu, a dalej błękitniała tafla stawu.
Z pewnym zdziwieniem Nina zauważyła, że makowscy gospodarze zachowywali się zupełnie inaczej niż chłopi w Sarnikach. Bez pokory i poniżającej służalczości skrywającej nienawiść. Na widok nadjeżdżającego powozu, zdejmowali słomiane kapelusze, kłaniając się dziedzicowi z szacunkiem i godnością. Gospodynie krzątające się po obejściach, uśmiechały się szeroko, zerkając na dziedzica i nieznaną pannę siedzącą u jego boku. Konie popędzane trzaskaniem z bicza dotarły wreszcie przed wysoki mur, okalający cały park i stanęły parskając, na wprost wspaniałej bramy wjazdowej. Strzegły jej dwa kamienne lwy leżące na cokołach po obu stronach kraty, wyglądającej jak żelazna czarno-złota koronka. Na samym szczycie widniał herb Klonowieckich: orzeł mający zamiast głowy złotą gwiazdę. Szeroko rozpościerał skrzydła zrywając się do lotu. Z białego domku wyszedł stary odźwierny i pośpiesznie otworzył obie połowy żelaznych wrót. Zanim powóz ruszył, Nina zdążyła jeszcze przeczytać dewizę rodową wyrytą złotymi literami: „Dum spiro spero”.
- Co znaczy ten napis? – spytała Aleksa.
- „Dopóki oddycham, mam nadzieję”. Ależ parno się zrobiło. Za chwilę napijemy się chłodnego kompotu. Czy chcesz dowiedzieć się czegoś o Makowie?
- Proszę bardzo. Uwielbiam historię.
Okazało się, że w średniowieczu na miejscu pałacu, stał warowny zamek wzniesiony w XIII wieku, na resztkach pradawnego grodziska. Za panowania króla Augusta II Mocnego z dynastii Wettinów, oraz jego syna Augusta III, w Rzeczypospolitej zapanowała moda na wspaniałe pańskie rezydencje. Jak grzyby po deszczu wyrastały przepiękne pałace otoczone parkami. Wzniesiono Wersal białostocki dla hetmana Branickiego, Aleksandrię dla księżnej Ogińskiej i Arkadię w Nieborowie, dla księżnej Heleny z Przeździeckich Radziwiłłowej. Zbudowano rokokowe Powązki oraz wiele innych cennych budowli. Pradziad Aleksa nie zamierzał pozostać w tyle. Obdarzony przez króla Augusta II Mocnego tytułem hrabiowskim, zlecił słynnemu architektowi Tylmanowi z Gameren, wznieść w Makowie na fundamentach zamku barokowy pałac. Po śmierci Tylmana, jego dzieło dokończył równie znakomity budowniczy Bogumił Zug, łącząc przepych baroku z lekkością rokoka. Przy rezydencji założył przepiękny park angielski, ogrody warzywne i sady owocowe. Wzniesiony pałac był belwederem, a budowniczowie zręcznie połączyli starą, zamkową część budowli z nową, w jedną harmonijną całość.
 
Nina słuchała bardzo uważnie, obserwując mijane widoki. Powóz jechał długą, mroczną aleją lipową. Korony potężnych drzew pamiętających czasy Odsieczy Wiedeńskiej, tworzyły gęsty tunel. W zielonym półmroku słychać było śpiew ptaków i żwir chrzęszczący pod kołami powozu. Zmęczone konie parskały. Nina umilkła i siedziała bez ruchu, śledząc wzrokiem uciekające w tył ogromne pnie drzew, oplecione bluszczem. Wzdłuż alei ciągnęły się barwne rabaty kwiatowe i stały białe, marmurowe posągi bóstw greckich i rzymskich. Z gąszczu krzewów wyszły na pobocze alei trzy sarny i pożywiały się spokojnie, nie okazując lęku.

- Jakie one są śliczne! – wyszeptała, bojąc się spłoszyć zwierzęta.
- Możesz mówić głośno. - rzekł Aleks-. One są oswojone. Mamy także daniele i pawie, a na stawie mnóstwo ptactwa wodnego. To moja ulubiona aleja. Prawda, że jest romantyczna?
- Nawet nie potrafię wyrazić tego, co czuję.
Aleja się skończyła, a drzewa cofnęły tworząc ramy dużej polany. Na tle zieleni wielkich drzew, błyszczały kremowe ściany pałacu. Wysokie francuskie okna lśniły w blasku zachodzącego słońca. Przed pałacem rozciągały się gładkie kobierce trawników, a powietrze duszne było od upajającego zapachu kwiatów, rosnących na klombach. Po ścieżkach przechadzały się dostojnie pawie, roztaczając wspaniałe ogony. Nina wydała okrzyk zachwytu i stanęła w powozie, żeby lepiej wszystko widzieć. Pałac czarował czystością linii, a jego fronton wspierało osiem granitowych kolumn. Wejścia do domu strzegły dwa lwy, podobne do tych przed bramą wjazdową. Powóz zatoczywszy koło na żwirowanym podjeździe, zatrzymał się przed schodami.
Nina przyglądała się pałacowi z zapartym tchem, przyciskając do serca obie dłonie. Był taki, o jakim marzyła w snach. Niezwykłej piękności, klasycznie prosty, o symetrycznym rozkładzie skrzydeł. Uświadomiła sobie, że od dnia opuszczenia Jaśminowa, nie miała własnego domu. Za to teraz była pewna, że znalazła swoje miejsce na ziemi. Gniazdo, – skąd żadna siła nie ruszy jej aż do śmierci.
- Nianiu, zobacz tylko! – zawołała, szarpiąc Jagę za rękaw. - Widzisz? To najpiękniejszy dom na świecie. Tu jest jak w raju! – stała w powozie wyprostowana, a lekki powiew wiatru chłodził jej rozpalone policzki i rozwiewał włosy.
  Przed wejściem do pałacu na szmaragdowym gazonie, granitowa fontanna wyrzucała strumienie wody z paszcz dwóch smoków splecionych ze sobą w walce. Dokoła domu rosły lipy, dęby, kasztanowce, magnolie i wierzby płaczące. Za pałacem, w pewnym oddaleniu, stała piękna oficyna ukryta w gęstwinie drzew. Mieściły się w niej biura administracji, mieszkanie rządcy oraz pokoje gościnne. Budynki gospodarcze znajdowały się za ogrodami, aby swoim prozaicznym wyglądem nie psuły romantycznego otoczenia pałacu.

Hrabia pierwszy wysiadł z powozu i podał rękę Ninie. Dwaj młodzi lokaje pomogli wysiąść z Jadze, kompletnie oszołomionej wspaniałością rezydencji. Wchodząc do wielkiej sieni, Nina ponownie doznała wrażenia, że znajduje się w muzeum. Od marmurowej posadzki w czarno-białe romby wyfroterowanej do połysku, bił przyjemny chłód. Ze ścian zwieszały się flamandzkie gobeliny przedstawiające sceny myśliwskie, lustra i portrety rodzinne. Równie cenne były oryginalne zbroje rycerskie z XV wieku, ustawione na podestach schodów. Pod schodami stał wspaniale rzeźbiony okrągły barokowy stół, a na nim wielki japoński wazon pełen rozkwitłych róż. Stół otaczały cztery równie zabytkowe krzesła. Nina zaledwie ośmieliła się stanąć na barwnym perskim dywanie, pokrywającym środek posadzki. Kiedy tak stała z rozchylonymi z podziwu ustami, błądząc wzrokiem po otaczających ją cudach, do sieni wpadł śliczny złocisty seter irlandzki. Podbiegł do Aleksa i skoczył na niego, opierając przednie łapy na piersi pana, poszczekując i łasząc się do niego. Hrabia pogładził jego jedwabistą sierść i pieszczotliwie wytargał za długie uszy.
- O, jaki piękny piesek! – zawołała Nina. – Czy mogę go pogłaskać? – wyciągnęła rękę w stronę psa.
Seter spojrzał na nią nieufnie i warknął ostrzegawczo, odsłaniając długie białe kły.
- Grot, waruj! Do nogi! – ostro upomniał go Aleks. – Nino, uważaj, to duży, groźny pies. On gryzie!
Lecz Nina, wcale nie zrażona okazywaną sobie wrogością, przysiadła na piętach przyciągając do siebie opierające się zwierzę.
- Piesiunia moja najmilsza. – szepnęła czule, pieszcząc go i całując w czubek głowy. Grot przyjrzał się jej badawczo, obwąchał ją i łaskawie machnął puszystym ogonem, a potem niespodziewanie polizał ją w policzek.
Nina wybuchnęła tak serdecznym śmiechem, że nawet sztywni lokaje uśmiechnęli się mimo woli. Porwawszy się, pociągnęła psa za ogon. Grot natychmiast podjął zabawę, obskakując ją z głośnym szczekaniem. Nina zapominając zupełnie o dobrych manierach, pobiegła przed siebie ze śmiechem, a za nią popędził seter udając, że chce ją ugryźć w pięty.
- Widzi niania?... Ten pies… Widzi niania? – zadyszana i roześmiana Nina nie mogła nic więcej powiedzieć. Biegła prędko, unosząc oburącz tak wysoko krynolinę, że widać było nie tylko stopy, lecz i zgrabne łydki oraz brzeg płóciennych pantalonów.
Cicha i majestatyczna sień pałacu, rozbrzmiewała radosnym śmiechem i wesołym szczekaniem. Aleks przypatrywał się tej zabawie z aprobatą, zaś Jaga była zbyt onieśmielona otaczającym ją przepychem, żeby zganić wychowankę za niewłaściwe zachowanie.
- Pierwszy raz widzę, żeby mój Grot tak się łasił do nieznajomej osoby. – Aleks potrząsnął głową. – Pies ma dopiero półtora roku i jest bardzo do mnie przywiązany. Kupiłem szczeniaka w Anglii i sam go wychowałem. Wszędzie muszę go z sobą zabierać, co niekiedy bywa kłopotliwe. Cieszę się, że zaprzyjaźniliście się z sobą, bo teraz będę mógł zostawiać go z tobą. Ale proszę cię, Nino, jednak uważaj. To niebezpieczny pies i może niespodziewanie zaatakować. Paula boi się go panicznie, bo już kilka razy skrócił zębami jej spódnicę.
Zadyszana Nina jeszcze czulej uściskała psa. Przywołana do porządku surowym wzrokiem niani, otrzepała suknię i poprawiła kapelusz, bo zjechał jej na ucho.
- Ja się psów nie boję, panie Alku. – wysapała, unosząc ku niemu zaróżowioną buzię. – Kocham zwierzęta i one to czują. Lubię nawet takie małe, brzydkie kundelki, których nikt nie chce. W Sarnikach, ani Bini, ani mnie, nie wolno było trzymać własnego psa.
- Za to w Makowie, możesz wybrać sobie psa i konia, jaki ci się spodoba. – Aleks spojrzał na nią z namysłem. – Zastanawiam się, czy potrafiłabyś zarządzać wielkim domem?
- Ależ naturalnie, przecież uczono mnie tego od dzieciństwa. – odpowiedziała zdziwiona.
- A jakby Ninusia czegoś nie wiedziała, to ja jej pomogę! – zapewniła go Jaga, ochłonąwszy z wrażenia. – U pani marszałkowej również był wielki dom i wiele służby.
- O ja pamiętam, że Jaga wszystko potrafi. – przyznał. – Takich pasztetów, jakie Jaga robiła u ciotki marszałkowej, nigdy potem nie jadłem.
- Dziękuję panu hrabiemu. – niania mile ujęta jego pochwałą, dygnęła skromnie.
Nina oczekiwała, że lada moment ujrzy Paulę, lecz zamiast niej zszedł po schodach stary kamerdyner zapamiętany przez nią z balu. Miał dobroduszną twarz i zadziwiająco młode, bystre oczy. Złożywszy ukłon, odebrał od niej pelerynkę i parasolkę, a od pana kapelusz, rękawiczki i laskę.
- Nino, to jest nasz Walenty. – przedstawił go hrabia. – Jest w pałacu najstarszym domownikiem i jak nikt zna dom i ludzi. Możesz mu we wszystkim zaufać. Walenty, proszę żeby każde polecenie panny Niny Nałęczowskiej, mojej siostrzenicy, było spełniane równie sumiennie, jak moje.
- Słucham, jaśnie pana hrabiego. – staruszek zwrócił się do Niny i powtórnie złożył jej ukłon. – Witamy w Makowie, jaśnie panienko.
- Miło mi poznać Walentego. – posłała mu słodki uśmiech jakby przeczuwając, iż ma przed sobą nowego przyjaciela. Od pierwszego spojrzenia obdarzyła kamerdynera sympatią i zaufaniem, domyślając się, że był prawą ręką pana.
- A gdzie pani hrabina? – spytał Aleks.
- W różanym ogrodzie bawi gości. – odparł Walenty, dyskretnie obserwując młodziutką pannę i stojącą przy niej Jagę.
- Kto przyjechał?
- Nikt z sąsiedztwa. Czy mam się dowiedzieć?
- To zbyteczne. Nino, pójdziemy nad staw. Walenty, proszę wskazać pani Jadze, niani panny Niny, jej pokoje i zająć się rzeczami.
- Oczywiście. Proszę pozwolić za mną. – kamerdyner uprzejmie skinął Jadze głową, jednocześnie gestem wskazując lokajom, żeby wnieśli kufry.
Jaga była wprost oczarowana uprzejmością hrabiego i grzecznością kamerdynera. Wręczyła lokajowi pudło z kapeluszem i poszła za prowadzącym ją Walentym, poruszającym się bezszelestnie w miękkich pantoflach.
Aleks poprowadził Ninę na drugą stronę domu. Minąwszy kilka przepysznych salonów, znaleźli się na dużym tarasie i po schodkach zeszli do parku. Na tyłach pałacu znajdowało się przepiękne rosarium, czyli ogród różany. Dalej widoczny był wielki staw. Rabaty kwiatowe miały misterne geometryczne wzory, a w ogromnych marmurowych donicach stały drzewka pomarańczowe i cytrynowe, palmy, krzewy granatu o ognistych kwiatach i delikatna mimoza: wszystkie rośliny wyniesione z zimowego ogrodu na słońce. Po pniach olbrzymich starych drzew, goniły się z piskiem rude wiewiórki. Nina z zachwytem chłonęła oczami piękno angielskiego parku, śmiejąc się w duchu z wczorajszych obaw. Była bardzo niemądra, a strachy i przeczucia niani okazały się zupełnie nieuzasadnione. Maków był rajem!
Aleks obserwował ją, czytając z jej twarzy, jak z otwartej księgi.
- Zadowolona? – spytał.
- Niebotycznie szczęśliwa i wdzięczna panu do końca życia! – zawołała entuzjastycznie.
- Należało wcześniej powiadomić mnie o kłopotach, wtedy już dawno byłabyś w Makowie.
- Przepraszam i obiecuję, że już nigdy nie będę miała przed panem sekretów. – Nina z powagą uniosła w górę dwa palce.
Ogród różany ciągnął się od częściowo zachowanych dawnych murów obronnych, aż do wielkiego, podłużnego stawu zarośniętego trzciną, tatarakiem i wikliną. Otaczały go olchy i wierzby płaczące, zwieszając wiotkie gałązki aż do lustra wody. W zaroślach gnieździły się stada ptactwa wodnego, a po gładkiej tafli pływały śnieżne łabędzie. Przy drewnianym molo stała biała łódka. Nad brzegiem stawu znajdowała się duża altana porośnięta winoroślą i kapryfolium. Siedzące przed nią towarzystwo, zabawiało się grą w karty i rozmową. Pogodna twarz Aleksa nagle spochmurniała, a źrenice zwęziły się i pociemniały.
- Ona jest niepoprawna! – mruknął przez zęby.
Nina poczuła się nieswojo. Nie wiedziała, co go tak zdenerwowało i było jej nieprzyjemnie. Z grona siedzących przed altaną pań, wysunęła się Paula i wyszła im na spotkanie. Ubrana w niemal przeźroczystą suknię w kolorze jaskra, na głowie miała szeroki kapelusz z kremowej koronki. Już z daleka pozdrawiała ich dłonią. Nina zmierzyła ją szybkim, krytycznym, prawdziwie kobiecym spojrzeniem. Uśmiechnęła się z zadowoleniem stwierdziwszy, że sama wygląda równie efektownie. Spodziewała się zastać w pałacu gości i długo przebierała w sukienkach, szukając odpowiedniej na tę okazję. W końcu przypomniała sobie, że hrabina nie znosi czerni, bo ta ją postarza. Zdecydowała się więc na suknię z czarnej organdyny. Binia kazała ją uszyć, kiedy nastała żałoba narodowa, ale wyjeżdżając, podarowała ją Ninie. Suknia miała szeroką krynolinę suto marszczoną, a zamiast falban dwie wstawki z cennej koronki. Czarny kolor podkreślał delikatną, białą skórę Niny, a duży kapelusz z florenckiej słomki, również dar Bini, pogłębiał spojrzenie wielkich oczu. Osłonięta czarnym szalem, raczej płynęła niż szła przy boku Aleksa, dumna z wiotkiej talii, krągłych ramion i jędrnych piersi, promieniejąc urokiem pierwszej młodości.
- No, nareszcie! – Paula musnęła ustami jej policzek. – Nie zmęczyła cię podróż? Usiądź, wkrótce będzie kolacja. – powiedziała po francusku.
- Wcale nie czuję się zmęczona.
- W takim razie pozwól, że przedstawię ci towarzystwo.
- Paula, uważam, że powinnyśmy porozmawiać. – rzekł Aleks półgłosem.
- Potem, mój drogi. – hrabina ruchem pełnym wdzięku, położyła palec na ustach.
Nina była tak zaintrygowana tą krótką wymianą zdań między małżonkami, że nawet nie zwróciła uwagi na nazwiska przedstawianych jej osób. Było tam kilka pań bardzo ładnie ubranych i sympatycznych, dwóch panów w letnich garniturach, dygnitarz żandarmerii z Radomia oraz młody, niezwykle przystojny oficer w strojnym mundurze kawalergarda2. Rozmawiano po francusku, popijając kruszon z wysokich kryształowych szklanek, wszyscy rozleniwieni upałem i ciszą panującą w naturze przed zachodem słońca. Aleks złożywszy ukłon, usiadł i prawie nie zabierał głosu. Dobre wychowanie nie pozwalało mu ujawnić gniewu, ale patrzył na rozbawione towarzystwo ze źle skrywaną niechęcią. Jego oczy szczególnie często zatrzymywały się na pięknym kawalerzyście, mierząc go niemal wrogim spojrzeniem. Nina nie orientowała się w układach rodzinnych wuja, uznała więc, iż najlepiej będzie zachować całkowitą neutralność.
O ile Aleks był w złym humorze, o tyle Paula tryskała wesołością.
- Jestem taka wdzięczna pannie Ninie, że zgodziła się przyjechać do Makowa i miłosiernie uratować mnie od śmierci z nudów. – powiedziała ze śmiechem. – Nie wątpię, że obecność jej ocali ten nieszczęsny dom od kompletnej ruiny. Widziałam w Sarnikach, jak energicznie rządziła służbą, a wszyscy okazywali posłuszeństwo, pomimo jej młodego wieku. Ja niestety, nie nadaję się na panią domu. Nie znam się na niczym, prawie nie rozumiem języka polskiego i każdy sprytny lokaj wywiedzie mnie w pole.
 

Słuchając tej oryginalnej samokrytyki, Nina uśmiechnęła się i pierwsze skrępowanie minęło. Usiadła swobodnie w trzcinowym fotelu wyłożonym jedwabnymi poduszkami i popijając małymi łykami kruszon z kostkami lodu i kawałkami pomarańczy, przyłączyła się do ogólnej rozmowy. Aleks prawie nie brał w niej udziału, odpowiadając na pytania monosylabami. Goście odstręczeni jego mrukliwością, jakby za cichym porozumieniem, przestali się do niego odzywać. Potoczyła się zwykła salonowa rozmowa o niczym, będąca nie lada sztuką konwersacji, wymagającą erudycji i wiedzy ogólnej. Przybyłe damy okazały się bardzo miłe, zwierzając się z domowych kłopotów i zaśmiewając się z dowcipnych żarcików młodego oficera. Nina widziała te panie po raz pierwszy. Nigdy nie spotkała ich u pani wojewodziny, w Sarnikach, czy w Bałtowie siedzibie książąt Druckich-Lubeckich, ani w zamku hrabiów Popielów, czy w pałacu hrabiów Tarnowskich, dokąd zjeżdżali się goście z liczących się w guberni rodzin. W trakcie rozmowy, spytała po polsku ładną blondyneczkę, skąd przyjechała? Wtedy pękła bomba! Okazało się, że panie były Rosjankami, żonami oficerów służących w garnizonie radomskim i przejazdem bawiły w Makowie.
Uprzejmy uśmiech zamarł na ustach Niny. Od czasu masakry na Placu Zamkowym, nie znosiła nawet widoku Rosjan. Dopiero teraz zrozumiała powód irytacji wuja. Najwidoczniej żona bez jego wiedzy zaprosiła do domu Moskali. Solidaryzując się z nim, zamierzała wstać i odejść. Ale jego spojrzenie nakazało jej zachować spokój. Z gniewnym sapnięciem opadła na jedwabne poduszki i umilkła. Spuściwszy oczy bawiła się szarfą udając, że nie widzi spojrzeń młodego oficera, wpatrującego się w nią niemal bez przerwy. Lecz Paula dostrzegła jego zapatrzenie i zaczęła dobrodusznie pokpiwać sobie z niego.
- Coś mi się wydaje, że słońce dziś świeci za mocno. Wygląda pan, Sergiuszu Fiodorowiczu, na porażonego blaskiem.
- Niekiedy oczy pięknych dam są gorętsze od promieni słonecznych. – odparł z galanterią i uśmiechnął się. W jego opalonej twarzy, wspaniałe białe zęby zalśniły niby sznur drogocennych pereł.
- Czyżby brakowało panu odwagi?. – zagadnęła go jedna z pań z kokieterią. – Wiadomo nam, że zdobył pan na wojnie krymskiej wysokie odznaczenie wojskowe za męstwo.
- Żadna wojna nie jest tak niebezpieczna dla mężczyzny, jak widok pięknej kobiety. – oznajmił z żartobliwym westchnieniem.
- Naprawdę? – Paula przechyliła głowę i posłała mu przeciągłe spojrzenie. – W takim razie zamierzam śmiertelnie pana przerazić. Życzę sobie, aby pan poprowadził mnie do stołu i bawił mnie przy kolacji.
- Życzenie pani hrabiny jest dla mnie rozkazem. – skłonił przed nią głowę.
- Spójrz, Nino – odezwała się Paula. – Masz dziś okazję poznać najpiękniejszego oficera armii rosyjskiej. Przyznaj, że mają się czym pochwalić. Pan major Wielenin jest przedmiotem westchnień wszystkich dam w Petersburgu i w Moskwie.
Nina raczyła podnieść oczy, ale na jej ustach nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Lecz musiała w duchu przyznać, że nigdy nie widziała tak przystojnego mężczyzny. Silny brunet o południowej urodzie, był wysoki i bardzo zgrabny. Oczy miał śliczne szafirowe, w oprawie czarnych rzęs, a rysy oryginalne i męskie. W odróżnieniu od reszty towarzystwa, jego zachowanie nacechowane było wykwintną swobodą człowieka z wyższych sfer. Po francusku wysławiał się płynnie z nieskazitelnym akcentem. Od chwili gdy w parku zjawiła się Nina, prawie nie spuszczał z niej wzroku, najwidoczniej zupełnie nią oczarowany. Jego przeciągłe spojrzenia bardzo ją peszyły, ale nie potrafiła się oprzeć chęci, i czasem nieznacznie na niego zerkała. Spostrzegła, że Paula stara się zagarnąć go tylko dla siebie, nie przejmując się obecnością męża. Nie bacząc na niego, przysunęła się bliżej do Wielenina.
- Sergiuszu Fiodorowiczu. – lekko dotknęła palcem dłoni oficera. – Prosimy o petersburskie nowiny. Co nowego w stolicy? A na dworze? Podobno z okazji imienin najjaśniejszej cesarzowej odbył się wielki bal.
- Tak prosimy o ploteczki. To takie ekscytujące! – poparły ją panie.
- Obawiam się, że nie potrafię sprostać oczekiwaniom tak uroczego audytorium. – major wyraźnie próbował się wykręcić .
- Oho, jest pan dziś podejrzanie małomówny. – Paula zmrużyła oczy i zatrzepotała szybko wachlarzem.
- Oraz zbyt skromny. – dorzucił otyły żandarm.
- Majorze, niech pan nie każe się błagać. – ponagliła hrabina. – Serge, no, ja proszę!
Nina popatrzyła na nią złym okiem. Nie podobało się jej to poufałe odezwanie hrabiny.
- No, owszem, w letniej rezydencji cesarza odbył się wielki bal. – przemówił młody oficer, zwracając się do Niny, jakby mówił specjalnie dla niej. – Ze stolicy przybyło ponad sto tysięcy ludzi, aby pozdrowić Najjaśniejszą Panią Marię Aleksandrownę. Był również pokaz ogni sztucznych, iluminacja ogrodów i parada wojskowa. Na koniec odbyły się manewry floty. To wszystko, co wiem na ten temat.
- Serge, jest pan nieznośny! – nadąsała się Paula. – O tym mogliśmy przeczytać sobie w żurnalu. Nas interesują dworskie skandaliki, a nie manewry floty. Przecież jako oficer gwardii cesarskiej, z pewnością był pan blisko Najjaśniejszego Pana. Chcemy wiedzieć, czy na Olimpie ukazała się nowa bogini? Jakaś błyszcząca jasno gwiazda? – mówiąc to, Paula uczyniła aluzję odnoszącą się, do znanej kochliwości cara Aleksandra II.
- Pan major Wielenin pragnie zachować dyskrecję.– mruknął młody mężczyzna w słomkowym kapeluszu zsuniętym na tył głowy.
- Nie, to niesprawiedliwe zarzuty. – bronił się oficer. – Naprawdę nic więcej nie wiem, bo nie było mnie już wówczas w stolicy. Poza tym, nie zamierzam rozmawiać o jakichś boginiach i gwiazdach, mają koło siebie aż tyle pięknych dam.
Paula nieznacznie przygryzła wargę, a po jej twarzy przemknął cień.
- Ale nie powie pan nam głośno, którą z nas uważa pan za tę najpiękniejszą?
- O nie! Biedny Parys3 postanowił być szczery i bardzo źle na tym wyszedł. – odparł Wielenin z ironicznym uśmiechem. – Nie zamierzam dać powodu do nowej wojny trojańskiej.
- To są jedynie wykręty. – na ustach Pauli ukazał się złośliwy grymas. – Wyobraź sobie, Nino, że pan major tylko udaje przesadną skromność. Znany jest szeroko, jako mistrz w miłosnych podbojach. Newa wezbrała od łez petersburskich piękności, szlochających przy pożegnaniu. Wyjeżdżając z Rosji, pan Wielenin pozostawił za sobą legion złamanych serduszek, a jego słodkich słówek, żadna rozsądna kobieta nie powinna traktować poważnie.
Nina odniosła wrażenie, że było to zawoalowane ostrzeżenie pod jej adresem. Aleks również tak to zrozumiał, bo przerwał milczenie i odezwał się podniesionym tonem:
- Nina jest stanowczo za młoda na rozmowy o romansach!
Lecz Rosjanki nie zamierzały ustępować i nalegały, posyłając majorowi zalotne spojrzenia. Uroda młodego oficera przyśpieszała bicie ich serc.
- Błagam, proszę mnie nie dręczyć. – bronił się major, wznosząc do góry obie ręce. – Zwykłe salonowe flirciki, pani hrabina raczyła podnieść do rangi jakichś romansów. Protestuję! Która z dam zechciałaby obdarzyć uwagą skromnego żołnierza.
Paula z rozkapryszoną miną trzepnęła go wachlarzem po ramieniu.
- Kłamczuch! Pańska skromność jest zwykłą hipokryzją. – oświadczyła.- Nawet pośród tonącej w złocie arystokracji rosyjskiej, uchodzi pan za człowieka bogatego. O ile wiem, niemal połowa guberni saratowskiej należy do pana. Nie licząc pałaców i domów w Moskwie, w Petersburgu i na Krymie.
- A jakież to ma znaczenie? – wzruszył ramionami, a pomiędzy jego czarnymi brwiami, zarysowała się pionowa zmarszczka. – Pieniądze nie są miernikiem wartości człowieka i nie dają mu szczęścia.
Nina zgodziła się z nim milcząco i pomyślała, że wyliczanie bogactw, bynajmniej nie sprawiało panu Wieleniowi przyjemności, wydawał się raczej zakłopotany. Odniosła wrażenie, że młody oficer i hrabina toczą słowny pojedynek, którego sens znany jest im jedynie. Pozostałe towarzystwo niewiele się na tym tajemniczym dialogu wyznawało. W końcu panie zaczęły omawiać nowinki mody paryskiej, a mężczyźni rozmawiali o zaopatrzeniu wojska w nowoczesną broń, w związku z nasilającymi się w kraju rozruchami. Żandarm odgrażał się „durnowatej” studenterii polskiej, której tylko bunty w głowie. Aleks milczał uparcie, wpatrując się w górującą nad parkiem Sieradowską, powleczoną błękitnawą wieczorną mgiełką. Na końcu alei ukazał się Grot. Przybiegł do pana i usiadł przy fotelu, kładąc głowę na jego kolanach i miłośnie zaglądając mu w oczy. Paula obejrzała się na psa z obrzydzeniem.
- Sasza, odpędź tego kundla! On musi mieć pchły, bo czuję, że coś mnie gryzie.
- Grot pozostanie. – odpowiedział Aleks spokojnie, gładząc pieszczotliwie psa po głowie.
Paula zacięła wargi, lecz musiała pogodzić się z obecnością setera, by nie wywoływać sprzeczki. Każda jej uwaga skierowana pod adresem Grota, zwiększała jedynie upór męża. W tej nieszczerej i napiętej atmosferze, Nina poczuła się źle. Prowadzone rozmowy pełne były niezrozumiałych dla niej aluzji. Zaczęła się zastanawiać, czy nie popełniła błędu, upierając się przy zamieszkaniu w Makowie. Zaskoczyła ją zmienność hrabiny, która naraz przestała zajmować się Wieleniniem i zaśmiewała się z niewybrednych żartów żandarma.
  Nadejście lokaja oznajmiającego, że do stołu podano, Nina powitała z ulgą. Była już zmęczona wydarzeniami dnia i wielce ciekawa swojego nowego mieszkania. Pocieszała się nadzieją, że w tak dużym domu, chyba znajdzie się dla niej coś lepszego niż izdebka na facjatce. Ogromna sień wydawała się sercem domu. Ze wszystkich stron otaczały ją wspaniałe apartamenty. Postanowiła nazajutrz dokładnie zwiedzić cały pałac, od poddasza aż po piwnice. Stanęła przed wielkim weneckim lustrem i zdjęła z głowy kapelusz, poprawiając włosy. Z warkoczy wysunęło się kilka dużych szpilek i ciężki węzeł włosów obluzował się nieco. Umocniła go, głębiej wsuwając szpilki.
W tafli lustra dostrzegła za sobą pochmurną twarz Aleksa, który wszedł za nią do sieni.
- Bardzo mi przykro, Nino – powiedział, ściągając brwi. –Miałem nadzieję, że pierwsze godziny w tym domu upłyną w milszej atmosferze. Przepraszam cię.
- Przecież to nie pana wina. – odpowiedziała z bladym uśmiechem.
Skinął głową, podał jej ramię i wprowadził do jadalni. W świetle dnia wielka sala sprawiała zachwycające wrażenie. Stół błyszczał od kryształów i sreber, lokaje zapalali w świecznikach wysokie białe świece. Potrawy podawano na kruchej saskiej porcelanie, delikatnej prześlicznie zdobionej złotem i znaczonej herbem Klonowieckich. Przez szeroko otwarte okna i drzwi na taras, z parku płynął zapach kwiatów, mieszając się z apetyczną wonią potraw na półmiskach, przykrytych srebrnymi pokrywami. Walenty doglądał zastępu lokajów roznoszących półmiski i grzejących talerze nad podgrzewaczem, wykonanym ze srebrnej blachy. Dopilnowawszy wszystkiego, kamerdyner stanął za krzesłem pana, bacznie obserwując każdy ruch służby i oczami dając im znaki. Z jego nieruchomej twarzy nie można było nic wyczytać, lecz ilekroć w sali rozległ się dźwięk rosyjskiej mowy, w oczach staruszka zapalał się błysk tajonego gniewu.
Major Wielenin, siedzący pomiędzy panią domu i Niną, usługiwał obu paniom z wykwintną grzecznością, podsuwając chleb i nalewając do szklanki wodę z karafki. Starał się zająć Ninę rozmową, lecz ona speszona przepychem jadalni oraz jego bliskością, jadła mało i zaraz po kolacji poprosiła hrabinę o wskazanie jej pokoju.
- Biedactwo, pewnie jesteś zmęczona, bo aż pobladłaś. – zauważyła Paula ze współczuciem. – Za moment sama cię zaprowadzę do twego pokoju.
Musiały jednak jeszcze jakiś czas pozostać, bo goście zaczęli się żegnać przed odjazdem. Paula zatrzymała Wielenina i żandarma, zapraszając ich na kawę z koniakiem i partyjkę bilardu. Nina pożegnała odjeżdżających Rosjan ukłonem i stanęła przy schodach, czekając na hrabinę. Nawet nie spostrzegła, kiedy podszedł do niej Wielenin.
- Opuszcza nas pani? – spytał półgłosem. – Nie będę już dziś miał szczęścia widzieć pani?
Miała szczery zamiar odpowiedzieć:„Nie!”i odwrócić się do niego plecami. Na swoje nieszczęście spojrzała mu w oczy i wbrew sobie odpowiedziała równie ściszonym głosem:
- Na sen chyba jeszcze za wcześnie.
Odetchnął, a jego smagłą twarz rozjaśnił radosny uśmiech. .
- O wiele za wcześnie.- przytaknął i złożywszy jej ukłon wycofał się do salonu.
1Sieradowska -390 m.n.p.m
2Kawalergard – oficer ciężkiej kawalerii gwardii cesarskiej. Kruszon – napój z wina, lodu i pomarańczy.
3Parys – syn króla Troi Priama. Przyznał tytuł najpiękniejszej bogini, Afrodycie, otrzymując w nagrodę Helenę, żonę króla Sparty Menelaosa, najpiękniejszą kobietę na ziemi. Naraził się tym na zemstę bogiń Hery i Ateny. Porywając Helenę, wywołał wojnę pomiędzy Achajami,(Grekami) a Troją. Zginął w czasie wojny trojańskiej.