środa, 30 marca 2016

Kto zapala nocą światło w kaplicy grobowej?


30 marca 2016 r.
Dopiero przy obiedzie Aleks spostrzegł jego nieobecność.
- A gdzie się podziewa nasz doktorek? Chciałem sobie zagrać z nim w szachy.
Nina tak gwałtownie przełknęła kęs polędwicy, że o mało się nim nie udławiła. Uprzedzając panią Salomeę, rzekła pośpiesznie:
- Jaś musiał zajrzeć do Brzezińca, bo Zosia trochę słabuje. Nie będzie chyba na kolacji. Kazał państwa przeprosić.
- Dziwne. - Aleks dobrał sobie z salaterki sałaty - Spotkałem dziś w Bodzentynie pana Tadeusza, ale nie wspominał, że żona źle się czuje.
- Może się krępował. - bąknęła Nina, uparcie wpatrując się w talerz. - W drodze powrotnej Jaś pewnie wpadnie do Sarnik, żeby zbadać wuja i przepisać mu lekarstwo.
- Rozumiem! - Aleks kpiącym uniesieniem brwi dał jej do zrozumienia, że nie uwierzył w ani jedno jej słowo.
Pani Salomea wyglądała na zmęczoną, widocznie wrzaski Pauli ją również postawiły w nocy na nogi. Lecz jako osoba dobrze wychowana, nie zabierała głosu w tej sprawie. Nina też udawała, że je, mimo iż jedzenie rosło jej w ustach ze zdenerwowania. Przy deserze pani Borutyńska zaproponowała spacer po parku i sadzie.
Nina zgodziła się z przyjemnością.
- Wstąpimy do ogrodu warzywnego i przyniesiemy z inspektów truskawki na podwieczorek i szparagi na kolację. Panie Alku, czy wie pan, że Fatima się oźrebiła? Podobno przyszedł na świat ogierek. Ma być śliczny i już stoi na własnych nóżkach! A może ciocia zechce go zobaczyć?
  - Najchętniej, bardzo lubię konie. A pani hrabina nie przejdzie się z nami? - z tym pytaniem pani Salomea zwróciła się do Aleksa.
- Obawiam się, że to niemożliwe. Nie czuje się dobrze.
- Biedactwo! - starsza pani szczerze się zmartwiła. - A Jasia nie ma....Może należałoby wezwać lekarza? Nie powinna długo cierpieć.
"Spraw dobry Boże, żeby cierpiała jak najkrócej!" - pomyślała Nina zawzięcie i pośpieszyła Aleksowi z pomocą.
- To tylko migrena, cioteczko. Żaden lekarz tu nie pomoże. Hrabina często ją miewa i wtedy przez kilka dni nie wychodzi z pokoju.
Ciemne rzęsy Aleksa drgnęły i uniosły się, gdy posyłał jej wymowne spojrzenie.
- Tak, to przykra dolegliwość. Jeżeli panie przyjmą mnie do towarzystwa, chętnie pójdę obejrzeć noworodka. Uważam, że pani Salomea, jako nasz najmilszy gość, będzie miała przywilej nadania mu imienia.
- Jak to miło! - ucieszyła się dama. - Jeżeli on jest taki śliczny, jak wspominała Nineczka, to niech się nazywa Piękniś!
Jaś powrócił dopiero wieczorem. Nina czatowała na niego i zaraz wymusiła zwierzenia, dopytując się gdzie był i co robił.
- Byłem w Suchedniowie. Muszę teraz więcej na siebie uważać, bo pan Boruchin ma mnie na oku. - usiadł na kanapce i założył nogę na nogę.
- Na pewno nie! - zaprzeczyła Nina. - On zlekceważył ten anonim.
Jaś uśmiechnął się rozczulony jej naiwnością.
- Kiciu, z pewnością jestem śledzony. Sprawnikowi nie wolno zlekceważyć tego donosu. Będzie mnie obserwował i czekał aż popełnię jakiś błąd. Założę się, że już zasięgał informacji w Warszawie. Na szczęście nie jestem na policji notowany. Boruchin boi się narazić tak wpływowej osobie, jak pan hrabia, więc na razie czeka. Gdyby był większym służbistą, nawet dworskie koneksje pana hrabiego, nie uratowałyby mnie od aresztowania. Boruchin jest łapownikiem i bywa świnią, ale nie jest krwiożerczy ani okrutny. Otrzymuje niewielką pensję, ma pięcioro dzieci w wieku szkolnym i żonę w pretensjach. Woli na razie przymknąć oko, licząc na wdzięczność pana hrabiego przeliczoną w imperiałach.
- To może będzie lepiej, jak usuniesz się spod jego oka? - szepnęła Nina.
- Nie, teraz jeszcze nie mogę wyjechać. - Jaś wzruszył ramionami i zaczął z uwagą wpatrywać się w kwietny deseń na perskim dywanie.
- Ach, te wasze wieczne męskie tajemnice! - Nina gniewnie strzepnęła rękami. - Dobraliście się z panem Alkiem jak w korcu maku. Obaj wpędzicie mnie do grobu waszymi sekretami. Na szczęście pan Aleks nie miesza się do polityki!
- Dobranoc, kochanie. - powiedział Jaś z dziwną miną i uścisnąwszy ją wyszedł, tłumacząc się zmęczeniem.
Nina zamartwiała się o niego niemal do rana. Pamiętała, że w czasach dzieciństwa, Jaś osłaniał ją przed gniewem wuja i furią ciotki, biorąc na siebie jej przewinienia i przyjmując karę. Był jej najwierniejszym przyjacielem, powiernikiem i ukochanym braciszkiem. Następnego dnia pani Salomea wybrała się z synem z wizytą do Sarnik. Nina postanowiła pozostać w domu, nie tęskniąc do widoku ciotki Mari i wuja. Jaś nie pozwalał jej jeszcze dosiadać konia, więc wzięła kilka kostek cukru, jabłko, dwie marchewki i poszła do stajni, przywitać się z Mignon. Potem przechadzała się po parku z Grotem, otoczona sforą psów myśliwskich, które bardzo ją lubiły, bo po cichu je dokarmiała. Tam znalazł ją lokaj i poprosił do gabinetu, gdzie już czekał na nią hrabia. Grot podbiegł do pana, łasząc się, ale on odpędził psa niecierpliwym ruchem ręki.
  - Nino, doszedłem do wniosku, że powinnaś poznać wielki świat! Co powiesz na Rzym, Paryż lub Londyn? Porozmawiam z panią Salomeą i mam nadzieję, że zechce ci towarzyszyć.
Nina drgnęła, uświadamiając sobie z przerażeniem, że on obawia się aresztowania i chce ją uchronić przed represjami władz carskich. Utwierdziła się w tym przekonaniu, gdy dodał:
- Dostaniesz ode mnie dużo pieniędzy i weźmiesz z sobą klejnoty rodowe, listy zastawne i dokumenty nadania majątku. Aha, proszę, żeby na ten temat już nie było żadnych dyskusji! - oznajmił to tak apodyktycznym tonem, że Nina momentalnie się najeżyła. Na razie nie zamierzała wyjeżdżać z Makowa nawet do Warszawy czując, że nad jego głową zbierają się czarne chmury. Postanowiła, że cokolwiek zajdzie, ona będzie przy jego boku!
- Może uznasz za stosowne wyjaśnić mi, skąd ta nagła decyzja wysłania mnie w świat? Chcesz się mnie pozbyć? - zapytała, patrząc na niego zaczepnie.
- Usiądź i nie mów do mnie tym tonem!
- Przepraszam. Pragniesz żebym wyjechała, bo obawiasz się,że następny donos będzie dotyczył ciebie, prawda? Zamierzasz sam stawić czoła niebezpieczeństwu? Więc oświadczam ci, że krokiem nie ruszę się z Makowa. Jak zmusisz mnie siłą, to wrócę, usiądę pod bramą i będę głośno płakać! A ciocia Salusia także nie opuści Jasia teraz, kiedy był na niego donos! Aha!
- Ja sobie życzę żebyś wyjechała! - tupnął gniewnie nogą. - Jeżeli pani Salomea odmówi, pojedziesz z wojewodziną do Marienbadu. I nie próbuj wzruszać mnie płaczem! - ostrzegł, zauważywszy, że jej usta przybierają żałosny kształt podkówki.
- Nie pojadę! - oświadczyła z uporem, wysuwając dolną wargę.
- Pojedziesz!
- Nie, właśnie, że nie! - krzyknęła, zaciskając pięści. - Poza tym jestem jeszcze bardzo słaba po upadku z konia. Jako mój opiekun, nie powinieneś zmuszać mnie do męczącej podróży! - skłamała bezczelnie, patrząc mu prosto w oczy.
Założył ręce w tył i przypatrywał się jej w ponurym milczeniu.
- A wiesz, że ty jesteś czasami nie do wytrzymania? Mówił ci to ktoś, że bywasz nieznośna?
- Owszem, ty! Alek, posłuchaj mnie spokojnie i bez emocji. Paula zachowuje się jak szalona, bo nie ma pieniędzy na zakup swoich smakołyków. W tym przypadku pejcz nie pomoże, a tylko więcej ją rozwścieczy. Dlaczego ryzykujesz, prowokując ją do zemsty?
Na jego policzki wypłynął mocny rumieniec. Spostrzegła, że zadrżały mu dłonie, więc śpiesznie włożył je do kieszeni surduta.
- Nino, ja nigdy nie uderzyłem kobiety, nawet jej i brzydzę się przemocą. Ale ona jest jak gadzina, gotowa śmiertelnie ukąsić! Wyobraź sobie, jak ja się czuję, co za wstyd przed Borutyńskimi!Przecież oni nie są świadomi moich sekretów małżeńskich.
- Alek, czy ty jesteś zupełnie pewien, że to ona wysłała ten anonim? Paula potrzebuje pieniędzy i moim zdaniem zrobi teraz absolutnie wszystko, aby je zdobyć!
Zaczął nerwowo spacerować po pokoju, a jego rysy zdradzały ogromne napięcie.
- Posłuchaj! - rzekł wzburzony. - W ubiegłym miesiącu dałem jej dużo pieniędzy, ale miała długi i je straciła. Czy zdajesz sobie sprawę, że od początku roku wydałem już na nią ponad dziesięć tysięcy rubli? Jaki majątek wytrzyma długo podobne wydatki? Ale Pauli już nie wystarczają tysiące rubli, ona żąda dziesiątków tysięcy! Kiedyś miała jakieś przerwy w zażywaniu narkotyków. Teraz bierze już podwójne dawki, nawet potrójne i chodzi po nich nieprzytomna. Gdybym chciał spełniać jej wszystkie żądania, musiałbym sprzedać Maków. Chcesz tego? - wykrzyknął uniesiony gniewem.
Serce Nina momentalnie napełniło się nienawiścią do Pauli.
- Sprzedać Maków? O Jezu, nigdy!Przecież ona nie jest warta nawet jednej cegły z tych murów.
- Więc widzisz! - mruknął, patrząc na nią przeciągle, niemal oskarżycielsko. - Z każdym dniem staje się coraz więcej niepoczytalna i niebezpieczna. Nikt nie może przewidzieć, co jej przyjdzie do głowy.
- Może jest psychopatką? - przypomniała sobie medyczną nazwę choroby. - Czy ona jest naprawdę chora?
Prychnął ze złością.
- Człowiek, który z własnej woli niszczy swoje zdrowie, powinien być karany na równi ze zbrodniarzami. Ale w tym stadium, to już naprawdę jest ciężka choroba. Nieuleczalna i groźna dla otoczenia. Wkrótce zacznie dostawać ataków szału, trzeba ją będzie wiązać i pilnować. Nie chcę, żebyś na to patrzyła, powinnaś wyjechać.
- Nie nalegaj, bo nie wyjadę. Możesz mi mówić, że jestem nieznośna. A może udałoby się umieścić ją w jakiejś lecznicy?
- Bądź pewna, że nie zamierzam biernie oczekiwać na jej następny donos. - zakończył rozmowę.
Paula udawała chorobę i nie pokazywała się nikomu. Za to Jaś z powodzeniem grał rolę wesołego lekkoducha, bywając na wszystkich wieczorkach i uroczystościach rodzinnych, w sąsiednich dworach. Nina bała się o niego, lecz zapewniał ją ze śmiechem, że ma anioła stróża, strzegącego go przed zakusami policji. Nina czuła się na tyle dobrze, że Jaś pozwolił jej dosiąść konia i razem z Aleksem odbywali długie wycieczki, zwiedzając zabytki ziemi świętokrzyskiej. Razem obejrzeli ruiny zamku Krzyżtopór, zniszczonego przez Szwedów. Zamek wzniesiony dla wojewody Ossolińskiego, był prawdziwym cudem architektury, bo przedstawiał kalendarz. Posiadał 4 wieże, 12 sal, 54 komnaty i 365 okien. Nawet ruiny były imponujące, świadcząc o potędze rodu Ossolińskich. Aleks opowiedział jej, jak to Jerzy Ossoliński, będąc posłem króla polskiego do papieża w 1633 roku, wjechał do Rzymu z tak oszałamiającym przepychem, że zadziwił wieczne miasto. Jego konie gubiły na ulicach złote podkowy i złote ogniwa uprzęży, o które biła się gawiedź, a trzystu osobowy orszak siedział na wspaniałych koniach ubranych w pióra i diamenty.
Gdy hrabia był zajęty, Nina z Jasiem wyprawiali się do klasztoru na Świętym Krzyżu, aby pomodlić się w kościele klasztornym wsławionym bytnością władców polskich. Potem schodzili do podziemia i Nina składała bukiet biało-czerwonych róż na trumnie księcia hetmana Jeremiego Wiśniowieckiego, zwycięskiego wodza spod Konstantynowa i Beresteczka, pogromcy Chmielnickiego i ojca króla polskiego Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Dziwnym trafem ciało księcia znakomicie zachowało się w podziemiach i można je było zobaczyć przez szybkę wprawioną w trumnę.
24 czerwca przypadały imieniny Niny, a 22 obchodziła imieniny Paula. Aleks postanowił na część obu solenizantek wydać wielki bankiet, lecz bez tańców. Ale Paula zastrzegła, że nie weźmie w nim udziału, bo czuje się słaba. W noc poprzedzającą dzień imienin, Nina obudziła się nagle z mocno bijącym sercem. Od czasu influenzy miewała niekiedy napady duszności i musiała zaczerpnąć powietrza. Narzuciła na ramiona peniuar i wyszła na balkon. Do świtu było jeszcze daleko, a niebo usiane gwiazdami wróżyło piękną pogodę. 

Od stawu szedł rześki powiew, niosąc krzyki nocnych ptaków i kumkanie żab. Uspokojona ciszą ślicznej nocy letniej, oddychała głęboko wonią rozkwitających róż, jaśminów, lilii i słodko pachnącej maciejki. Obok bezszelestnie przemknęła sowa, mieszkająca gdzieś na strychu. Nina mimo woli śledziła wzrokiem jej lot. Ptak skierował się w stronę kaplicy grobowej. Nina zwróciła w tamtą stronę oczy i podskoczyła przerażona.
Okna kaplicy jaśniały słabym blaskiem!
Tym razem jednak, ten widok nie wywołał u niej tak porażającego lęku, jak poprzednio. Zdrowy rozsądek, jakim obdarzyła ją natura, kazał jej się domyślać, że to nie moce nadprzyrodzone, lecz ludzie spotykają się nocami w kaplicy i palą światło. Lekki uśmiech dostrzeżony na ustach Aleksa, upewnił ją, że musiał dobrze wiedzieć, co się w kaplicy dzieje. Powróciła do łóżka, rozmyślając nad tajemnicami mieszkańców tego pięknego pałacu.

wtorek, 29 marca 2016

Coraz więcej tajemnic.


30. marca 2016 r.
Tego wieczora hrabia nie zaprosił Borutyńskiego do gabinetu, tylko pożegnał się i odszedł do swoich pokoi. Nina położyła się dosyć wcześnie, źle spała i przebudziła się po północy, rozmyślając ciągle o wizycie sprawnika i donosie. Nie mogąc uleżeć w łóżku, wstała i zaczęła przechadzać się po sypialni i buduarze. Mijała właśnie drzwi od korytarza, kiedy jej uwagę zwrócił odgłos czyichś cichych kroków. Miała nadzwyczaj czuły słuch, rejestrujący najlżejszy szmer. Przystanęła zastanawiając się, kto o tej porze wędruje po domu? Z pewnością nie był to Żabiec, bo ten nie pokazywał się już w pałacu.
 Postanowiła sprawdzić, kim jest nocny intruz. Delikatnie przekręciła klucz w zamku i uchyliła drzwi, zerkając na korytarz i gotowa w razie potrzeby podnieść alarm. Ponaglana ciekawością, wysunęła się z sypialni i leciutko, na paluszkach, pomknęła ku pokojom hrabiny. Pomimo grubego dywanu tłumiącego kroki, słuch podpowiedział jej, że nocny przybysz wszedł do korytarzyka prowadzącego do "złotej komnaty". Spoza kotary zasłaniającej wejście zaraz posłyszała czyjś głos :
- Zgubisz mnie i siebie. Nie pozwolę ci na to i nie zniosę tego dłużej! - to był niewątpliwie głos Aleksa.
- Zapewniam cię, że o niczym nie wiem. Wyjdź stąd, chcę spać! - Paula dodała parę słów po rosyjsku, czego Nina nie zrozumiała, a następnie zawołała po francusku, ostrym, kłótliwym tonem:
- Sasza, potrzebuję pieniędzy!
- Dopóki się nie dowiem, kto to napisał, nie zobaczysz nawet kopiejki!
- Tak? W takim razie doniosę na ciebie! - w ciszy nocnej rozległ się jej śmiech, przypominający chichot nocnego ptaka.
Coś powiedział, ale takim ściszonym głosem, że Nina nie dosłyszała, co mówił. Zaraz po tym rozległ się przeraźliwy wrzask Pauli. Krzyczała tak głośno, że Nina zatkała sobie uszy. Rozpaczliwy krzyk powtórzył się raz jeszcze i raptownie umilkł. Nastała grobowa cisza.
Ze swego pokoju wyjrzała Jaga, trzymając zapaloną świecę. Na głowie miała przekrzywiony czepek, a w oczach zdumienie i przestrach.
- Matko Najświętsza, kto tak hałasuje? - odezwała się szeptem. - Nino, nie ubrałaś szlafroka, przeziębisz się. - wzięła ją za rękę i przyciągnęła do siebie.
- Cicho, nianiu. - Nina położyła palec na ustach,odwracając się do niej. - To Paula tak krzyczy.
Posłyszała szczęknięcie poruszonej klamki i prędko pociągnęła Jagę do swojego pokoju. Szybkie kroki minęły jej drzwi i już nic nie mąciło ciszy nocnej.
- Na miłość boską, co to było? - denerwowała się Jaga, otulając ramiona szalem, bo noc była chłodna.
- Przecież słyszałaś. Paula wrzeszczała.
- Coś podobnego! Żeby w nocy urządzać takie wrzaski? Nie wiesz, dlaczego ona się tak darła?
- Może zobaczyła mysz, albo znowu dostała ataku. - Nina odwróciła głowę, kryjąc mściwy uśmiech.
- To powinna wezwać służbę, a nie budzić ludzi takimi wrzaskami. Boże, co za dom! Musimy prędko stąd wyjechać. - gniewnie oznajmiła Jaga i pocałowawszy Ninę, poszła do siebie.
Resztę nocy Nina przeleżała bezsennie, a rano wstała z bólem głowy i klejącymi się z niewyspania powiekami. Ziewając, przyjmowała meldunki służby. Okazało się, że nad ranem śliczna klacz Fatima zaczęła się źrebić, ale trzeba było obudzić weterynarza, bo nie mogła urodzić. Zaintrygowana Nina ukończywszy toaletę poszła do stajni, bardzo ciekawa jak odbywa się źrebienie, ale we wrotach stał koniuszy i zastąpił jej drogę.
- Lepiej tam nie wchodzić, jaśnie panno. Pan hrabia nie życzyłby sobie tego. - ostrzegł półgłosem, nie ustępując z miejsca.
- Chciałam tylko odwiedzić moją Mignon. - skłamała zawstydzona, ale usłyszawszy bolesne stękanie i rżenie rodzącej klaczy, pośpiesznie wycofała się i powróciła do domu. W buduarku usiadła przy sekretarzyku przypomniawszy sobie, że nie odpisała jeszcze na list Bini. Wyjęła papier z szufladki, umoczyła pióro w kałamarzu i zabrała się do pisania. Była tym tak zajęta, że nie słyszała pukania i nie zauważyła, kiedy do pokoju wsunął się Walenty i chrząknął, pragnąc zwrócić na siebie uwagę. Zniecierpliwiona uniosła głowę i spojrzała na niego.
- Jaśnie panieneczka wybaczy śmiałość. - odezwał się tajemniczo. - Słyszałem od pokojówki, że pani hrabina znowu chora. Agata powiada, że pani ma na ciele takie pręgi, jakby ją ktoś sprał ekonomskim batem! Przez tydzień nie może pokazać się ludziom!
- Pewnie spadła z konia. - Nina nie okazała zdziwienia, podziwiając jednocześnie dokładność informacji. Staruszek zawsze pierwszy wiedział, co w pałacu się działo.
- Z konia? - prychnął drwiąco. - Chyba drewnianego! Przeszło sześćdziesiąt lat służę w tym domu, a przedtem pracowali tu mój ojciec i dziad, jak pamięć sięga. Nauczono mnie, że państwa się nie krytykuje. Ale tak sobie często myślę, że mojemu paniczowi.... chciałem rzec, jaśnie panu hrabiemu, zdałaby się inna żonka. Swoja, kochająca, ot taka właśnie! - podniósł na Ninę wyblakłe ze starości oczy. - Przecież ja widzę, co się dzieje. Ta kobieta zasłużyła na tęgie baty i nie tylko na baty.
Nina zdawała sobie sprawę, że jej obowiązkiem było surowo skarcić kamerdynera za "tę kobietę" i resztę wyrażonej opinii. Lecz nie potrafiła się na to zdobyć, ponieważ miała ochotę rzucić się Walentemu na szyję i mocno go ucałować.
- Dziękuję. - powiedziała chłodno. - Na przyszłość proszę, żeby służba nie komentowała tego rodzaju wydarzeń.
- Oczywiście! - obruszył się Walenty. - Dopilnuję tego. - przyjrzał się jej zatroskany. - A może jaśnie panieneczka zje coś słodkiego? Przyniosę.
Teraz już mogła posłać mu słodki, dziewczęcy uśmiech.
- Dziękuję, nie jestem głodna. Proszę posłać do stajni i niech za godzinę przygotują mi powozik. Chcę jechać do Sarnik.
Kamerdyner skłonił się i wyszedł. Służba, nawet chłopi, nie znosili Pauli. Pokojówki obawiały się jej zmiennego humoru i napadów szału, w czasie których rzucała w dziewczęta tym, co jej wpadło pod rękę. Kłaniano się jej, lecz za plecami nazywano ją cudzoziemską wywłoką wiedząc, że nie była dobrze urodzona. W milczącym porozumieniu ignorowano Paulę, a szczególnie celował w tym Walenty, okazując jej jawną antypatię. Paula domagała się usunięcia staruszka z pałacu, ale kamerdyner cieszył się specjalnymi względami hrabiów Klonowieckich. Jako zaufany majordomus, każdej chwili miał swobodny dostęp do prywatnych apartamentów państwa. Służąc od niepamiętnych lat w pałacu, poznał wiele sekretów rodzinnych, zaś sam dom nie miał dla niego tajemnic.
Nina przerwała pisanie listu i przy pomocy Walerki zmieniła domową suknię na spacerową. Jeszcze z rana postanowiła pojechać do kościoła i zamówić mszę za duszę świętej pamięci hrabiny Tekli. Ale proboszcza nie zastała, bo pojechał do Bodzentyna. Gospodyni powiedziała, że wkrótce powinien wrócić. Wobec tego Nina uznała, że warto poczekać i zaprosić proboszcza na niedzielny obiad i swoje imieniny, przypadające 26 czerwca. Poszła do kościoła i usiadła w kąciku za kolumną, w pobliżu konfesjonału. Przypatrywała się obrazom na ołtarzach, dostrzegając malarską nieudolność. Tłuste barokowe aniołki pokrywała gruba warstwa wiekowego kurzu. W kościele było ciemnawo, bo dzień był pochmurny. W przedniej ławce siedziało kilka starych gospodyń, kolejno przystępujących do spowiedzi. Młodsze kobiety pracowały o tej porze w polu, przy okopywaniu ziemniaków i buraków.
Stare kobiety, po spowiedzi, odmówiły przed wielkim ołtarzem pacierze i wyszły. W całym kościele nie było już nikogo, prócz Niny i Żabca, siedzącego w konfesjonale. Pokaszliwał i kręcił się niespokojnie, widocznie przeziębiony. Nina uniosła głowę i wpatrzyła się w ostre łuki podtrzymujące gotycki strop kościoła, wspominając czasy, gdy modliły się w tym miejscu z Binią
Wtem skrzypnęły drzwi i na posadzce zaszeleściła kobieca suknia. Do konfesjonału podeszła czarno ubrana dama, szczelnie zawoalowana, kryjąc twarz pod gęstą koronką woalki. Uklękła i rozejrzała się podejrzliwie. Nie zauważywszy nikogo w kościele, podniosła woalkę i zbliżyła twarz do krat konfesjonału.
-Potrzebuję pieniędzy! - powiedziała tak głośno, że Nina słyszała każde wypowiedziane słowo.
- Przecież nie dawno dałem ci pieniądze. - zauważył Rafał.
- Ile? Nie bądź śmieszny! Potrzebuję znacznie więcej, bo zabrakło mi lekarstw.
- Aniele, zrozum, że ksiądz proboszcz w końcu zorientuje się, że w kasie brakuje pieniędzy. Za tydzień odpust, okaż odrobinę cierpliwości. - głos Żabca brzmiał bardzo pokornie. - A on nie da ci pieniędzy?
- Nie! Czuję się coraz gorzej i muszę mieć leki. - powiedziała ponuro. - Mówiłam ci jak można zarobić wiele pieniędzy.
- Nie żądaj tego ode mnie. Ja jestem księdzem, nie mogę tego zrobić!
- Jesteś głupcem i nie zawsze pamiętasz, że jesteś księdzem. - warknęła. - Żałuję, że uzależniłam się od ciebie. Mam tego dosyć i wyjeżdżam do Rosji. Więcej mnie nie zobaczysz!
Nagłym ruchem podniosła się z klęczek, ale Rafał prędko wychylił się z konfesjonału, pochwycił ją za rękę i zatrzymał.
- Wyjeżdżasz? Przecież ja ciebie nie mogę stracić. Miej litość nade mną. - żebrał, pokrywając jej rękę namiętnymi pocałunkami. - Kocham ciebie i nie pozwolę ci odejść. Powiedz, że zostaniesz. Błagam!
- Potrzebuję pieniędzy! - powtórzyła raz jeszcze z naciskiem. - Jeżeli ty mi ich nie dasz... - zrobiła znaczącą pauzę.
- Dobrze! - wykrzyknął z rozpaczą. - Będziesz miała pieniądze!
- Pośpiesz się!
- Zostań jeszcze przez chwilę. - prosił. - Dawno mnie nie wzywałaś. - wyszedł z konfesjonału i objął ją, patrząc na kochankę z miłością i niemym błaganiem.
- O, musisz na to zasłużyć! - wyrwała się z jego ramion i opuściwszy na twarz koronkową woalkę, wyszła z kościoła.
Rafał stał w miejscu i patrzył za nią. Z jego piersi wyrwał się krótki zdławiony szloch i ciężkie westchnienie. Skryta za kolumną Nina, odczekała dłuższą chwilę i dopiero upewniwszy się, że Żabiec poszedł na plebanię, chyłkiem wymknęła się z kościoła, wsiadła do powoziku i powróciła do Makowa.
Miała dziwne, niejasne przeczucie, że stało się coś bardzo złego, czemu powinna zapobiec. Ale była już tak zaplątana w sieć kłamstw i tajemnic, że bała się z kimkolwiek o tym rozmawiać. Odepchnęła więc od siebie przykre myśli, postanawiając, że nie będzie się tym zadręczać.
Nie miała już głowy do zaległej korespondencji, poszła do malinowego salonu, usiadła przy fortepianie i zaczęła grać, wpatrując się w nuty niedawno przysłanego wyciągu fortepianowego partytury Wagnerowskiego "Tannhäusera", powtarzając kilkakrotnie ulubiony fragment opery, chór pielgrzymów " Beglück darf nun".Potem przypomniała sobie, że jutro przyjeżdża nauczyciel muzyki i wyjęła spomiędzy nut " Wohltemperiertes Klavier", zaczynając ćwiczyć fugi Bacha. Zwabiony muzyką do salonu zajrzał Aleks.
- Co nowego, promyczku ? - spytał z uśmiechem. Wydał się jej zupełnie spokojny i pogodny.
- Ćwiczę! - odparła, zastanawiając się, czy wypada spytać go o nocne zajście. Uznała jednak, że lepiej nie poruszać tego tematu.
Aleks przypatrywał się jej lekko zmrużonymi oczami, czytając z jej twarzy, jak z otwartej księgi. Po chwili przerwała grę i zdecydowała się jednak go zapytać.
- Alku, a u ciebie... E, dobrze spałeś? - zająknęła się w połowie zdania.
- Znakomicie. - podszedł, pocałował ją w czubek głowy i potargał za warkocz. - Idę z Grotem na spacer, spotkamy się na obiedzie.
  - Uhm! - odprowadziła go wzrokiem do drzwi i siedziała przy fortepianie ze ściągniętymi brwiami, nie mogąc pozbyć się uczucia, że coś ogromnie ważnego wymknęło się jej spod kontroli. Na ten moment przygnębienia trafił Jaś, wracający z Brzezińca. Nina wydała okrzyk radości i zerwawszy się podbiegła do niego.
- No, nareszcie jesteś, łaziku! - cmoknęła go w policzek i wzięła pod rękę. - Bardzo potrzebuję bratniej duszy.
- To chyba nie wypada, żeby młoda dziewoja rzucała się w ramiona niewątpliwie przystojnego mężczyzny. - zaśmiał się, oddając jej uścisk. - Masz jakiś kłopot?
- Ba, żebyś wiedział ile! - westchnęła. - Niech niewątpliwie przystojny mężczyzna nie kpi z przygnębionej dziewicy, bo nie dostanie deseru! Tak, Jasiu. - dodała już poważnie. - Obawiam się, że mam duży problem.
- W takim razie chodźmy nad staw. Proponuję przejażdżkę łódką. - wziął ją za rękę i poszli.
W sieni Nina włożyła na głowę kapelusz z szerokim rondem i niedbale zawiązała wstążki pod brodą. Przez ogród różany doszli nad wodę i wsiedli do białej łódki, wypływając na środek stawu. Jaś spytał czemu jest smutna, a ona bez wahania opowiedziała mu o swoich kłopotach, zatajając jedynie scenę w kościele, której była świadkiem. Spodziewała się od niego dobrej rady wiedząc, że Jaś gotów jest stanąć do walki z Goliatem w jej obronie. Wysłuchał jej z najwyższym zainteresowaniem, przygryzając z emocji dolną wargę i z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Kotuniu, czy ty przypadkiem nie zużyłaś wszystkiej czarnej farby, jaka miałaś w zapasie, malując obraz pani hrabiny? To oczywiste, że nie darzysz jej sympatią, masz powód, ale nie mieści mi się w głowie, żeby dama zdolna była podnieść rękę na umierającą kobietę i mieć romans z tym biednym wikarym.
- Misiu, ręczę ci, że o wielu sprawach nawet nie wspomniałam, bo po prostu się krępuję. To nie jest jej pierwszy romans i nie ostatni. Poza tym pamiętaj, że nie mówimy o damie, lecz o osobie pochodzącej z gminu, bez żadnych zasad moralnych.
- Rozumiem, ale rozpusta to nie to samo, co usiłowanie zabójstwa. Poza tym jeszcze ten donos. Nie, kiciu, donos pisał mężczyzna.
- Skąd wiesz ? - poruszyła się tak gwałtownie, że łódka się zakołysała.
- No bo ja również mam swoje źródła informacji. To było pismo mężczyzny. - wyjaśnił spokojnie.
- Kazała go napisać Żabcowi! - upierała się, będąc jeszcze pod wrażeniem sceny w kościele.
- To mało prawdopodobne.
- Misiu, on dla niej zrobi wszystko, uwierz mi. Jest zupełnie szalony. Może wysyłając donos na ciebie, Paula chciała w ten sposób skierować uwagę policji na męża, wciągając go w krąg podejrzeń? Wiesz, wszystko co ona robi, jest jakieś irracjonalne, bo przecież szkodząc mężowi, działa na własną szkodę.
Jaś spoważniał. Byli już na środku stawu, lecz on mimo woli ściszył głos do szeptu.
- Za denuncjację grozi sąd podziemny. Są już trybunały karzące zdrajców. Słyszałaś może o sztyletnikach? Czarnym arcybractwie? To tajna policja i żandarmeria narodowa, wykonująca wyroki na konfidentach i szczególnie okrutnych funkcjonariuszach władz carskich.
Nina otworzyła szeroko oczy, słysząc po raz pierwszy o słynnych i budzących postrach sztyletnikach.
- Ale oni pewnie działają w dużych miastach. Och, misiu, boję się! - szepnęła, czując w sercu lodowaty kolec. - Czegoś strasznie się boję!
- Proszę cię, kotku, nie rób nic, bez porozumienia ze mną. A od tej kobiety trzymaj się z daleka. Jest chora i może być niebezpieczna. Mówię ci to jako lekarz.
- Jest wariatką? - patrzyła na niego z napięciem.
- Być może jest chora. Nie jestem lekarzem psychiatrą. Są dwa rodzaje chorób psychicznych: schizofrenia i psychopatia. Psychopaci dobrze się przystosowują do życia wśród społeczeństwa. Wydaje się, że funkcjonują jak ludzie normalni. Mają rodziny i bywają nawet lubiani, lecz są zupełnie amoralni i pozbawieni emocji. Są źli! Mogą zamordować kogoś tylko dlatego, że nie spodobał się im jego kapelusz, albo nie smakowała im kawa na podwieczorek. I zrobią to bez wahania.
- Ona właśnie jest taka. - orzekła Nina z przekonaniem.- Kompletna wariatka!
Jaś patrzył na nią tak, jak naukowiec musi patrzeć na jakiś nowy, rzadki okaz dziwu natury, po czym zapytał uprzejmie :
- Kiedy szanowna koleżanka ukończyła medycynę?
- Nie rozumiem!
- Bo nie będąc lekarzem, stawiasz diagnozy. Posłuchaj kotku, pani hrabina z pewnością nie jest wzorem cnót, ale nie musi być zaraz psychicznie chora. Zresztą wspominałaś, że zażywa luminal i haszysz. To melanż, który może człowiekowi pomieszać zmysły
Zaczął wiosłować, kierując się w stronę brzegu. Łódka płynęła po gładkiej tafli stawu, przecinając dziobem ciemnozieloną toń. Z obu stron asystowały im łabędzie. Nina rzucała im przyniesione z domu kawałki ciasta. Małe łabędziątka pozwalały się głaskać, lecz starsze ptaki syczały groźnie, wyciągając giętkie długie szyje. Nina musiała cofnąć rękę przed ich mocnymi dziobami.
- Już wracamy? - spytała z żalem. - Tak tu pięknie. O, popatrz Jasiu, jaki śliczny szmaragdowy kaczor! Jedynie na stawie możemy rozmawiać swobodnie, bo Paula panicznie lęka się wody.
- Muszę się przejechać w jedno miejsce. - Jaś spojrzał na nią z roztargnieniem - Nie będzie mnie ani na obiedzie, ani na kolacji. Proszę, wytłumacz mnie przed panem hrabią.
- Sam jedziesz? - pisnęła żałośnie. - Misiu, uważaj na siebie.
- Bądź spokojna. - dobił do brzegu, pocałował ją w policzek i gwiżdżąc "Marsza Rakoczego" Berlioza, poszedł do stajni, osiodłał sobie konia i pojechał.

niedziela, 27 marca 2016

Kto napisał donos?


27 marca 2016 r.
Przyjazd Borutyńskich z Warszawy, sprawił Ninie wielką radość. Jasia uważała za brata, a pani Salomea, delikatnością i słodyczą, przypominała jej zmarłą hrabinę Teklę. Razem spędzali długie godziny na rozmowach, spacerach i muzyce. Jaś wymyślał dla niej zabawy, nie pozwalając się nudzić.
Nina wyzdrowiała prędzej, niż przewidywali to lekarze. Mogła już wolno przechadzać się po parku, odwiedzać Mignon, a nawet jechać powozem do kościoła w Sarnikach.
A maj był prześliczny, ciepły od nagrzanej słońcem ziemi, noce gwiaździste, pełne zapachu kwiatów i śpiewu słowików. W czasie jasnych księżycowych wieczorów, Nina lubiła spacerować po alejach, słuchając jak Jaś deklamuje wiersze młodych poetów. Wtedy upodobała sobie szczególnie poezje Mieczysława Romanowskiego i równie młodego Adama Asnyka, kolegi Jasia z konspiracji. Młody lekarz często wspominał swój pobyt w Czechach, podziwiając czeską pracowitość, gospodarność i zamiłowanie do porządku.
Naród czeski utracił niepodległość po straszliwej klęsce pod Białą Górą w 1621 roku. W bitwie legło tysiące czeskich rycerzy i przedstawicieli arystokracji. Państwo czeskie przestało istnieć, stając się częścią imperium Habsburgów. Austriacy przywłaszczyli sobie wspaniałe zabytki, świadczące o wielkiej przeszłości narodu, każąc Czechom zapomnieć, że niegdyś byli potężnym państwem, liczącym się w Europie. Polska rozdarta zaborami, raz po raz zrywała się do buntu, tracąc przy tym najwartościowszy rdzeń narodu. Czesi metodycznie wynaradawiani, pozornie pogodzili się z niewolą, rozwijając handel i przemysł. Pomimo wieków niewoli, Czesi potrafili jednak zachować ducha i słowiański charakter. W Pradzie często rozmawiano o wydarzeniach w Polsce, a przybyszów z Polski przyjmowano gościnnie i serdecznie. Na balach i wieczorkach byli wprost rozchwytywani. W pięknych salonach praskiego mieszczaństwa, rozbrzmiewała muzyka Chopina, zaś najmodniejszym tańcem był wtedy mazur. Wiek dziewiętnasty był dla Czechów przełomowy, pod względem narastania świadomości narodowej. Wielcy kompozytorzy zaczęli tworzyć patriotyczne dzieła muzyczne, rozsławiając czeską kulturę.
Strój stajennego (masztalerza) z XIX wieku.
  - Ja sam nauczyłem tańczyć mazura wiele czeskich dam. - pochwalił się Jaś.
- O! - Aleks znacząco uniósł brwi . - A czy uczennice były zdolne?
Jaś parsknął śmiechem i lekko się zarumienił.
- Owszem. Niektóre były nawet bardzo zdolne.
- W takim razie, - wtrąciła się do rozmowy Nina - Czesi więcej zyskali uległością, niż my, rzucając się z motyką na słońce!
Jaś przyjął jej komentarz bez zachwytu.
- Jesteś jedyną kobietą jaką znam, która nie zmienia zdania! - oznajmił chłodno.
- Mam rozumieć twoje słowa jako pochwałę, czy naganę? - spytała, patrząc na niego zaczepnie.
- Może jedno i drugie. - oświadczył z dwuznacznym uśmiechem.
- Nie jestem chorągiewką i mam stałe poglądy, co dobrze świadczy o moim charakterze.- powiedziała zarozumiale i zaraz uśmiechnęła się słodziutko. - No, nie krzyw się, misiu. Tęskniłam za tobą. Chodź, obejrzymy albumy.
Jaś przywiózł w prezencie dla Aleksa wspaniałe albumy miast i zamków czeskich. Nina otrzymała mnóstwo nut, z wyciągami fortepianowymi kompozytorów czeskich. Wraz z przybyciem Borutyńskich, ciężka, ponura atmosfera panująca w pałacu, nareszcie się odmieniła. Hrabina Tekla przez wzgląd na Ninę, zastrzegła w testamencie, aby nie przestrzegano po niej żałoby. Wprawdzie nie urządzano zabaw tanecznych, ale dom rozbrzmiewał dźwiękami fortepianu, serdecznym śmiechem Jasia i wesołym szczekaniem Grota. Po południu przed pałac zajeżdżały powozy, wioząc Siekielskich, Wąsockich, a nawet wujostwo z Sarnik. Razem z nimi przybywali Jabłoccy z Dorotą i Kaziem Bieckim. Świeżo upieczona narzeczona pilnowała biednego Kazia, jak diabeł grzesznej duszy, stając się celem żartów Stasi i Lasewicza.
Pływano łódkami po stawie lub urządzano pikniki w rosarium, grano w krokieta i w tenisa, który w tym czasie był już bardzo à la mode. Początkowo Paula nie przychodziła do salonu, tłumacząc się złym stanem zdrowia. Musiała naprawdę czuć się niedobrze, bo ruchy miała niespokojne, jak u dzikiego zwierzęcia zamkniętego w klatce. Jednakże obecność młodych, przystojnych mężczyzn oraz dźwięki muzyki, zwabiły ją do salonu.
Hrabia i Jaś bardzo się lubili, pomimo dzielącej ich różnicy wieku. Mieli podobne zainteresowania i zawsze znajdowali wspólny język. Niemal każdy wieczór spędzali na burzliwych dyskusjach, a rankiem jechali na konny spacer lub polowali w puszczy. Nina serdecznie im zazdrościła jazdy konnej, ale była jeszcze za słaba żeby dosiąść wierzchowca. Wszyscy domownicy uwielbiali młodego lekarza, a Walenty po prostu go rozpieszczał, wdzięczny za wyleczenie z dokuczliwej zadyszki i uporczywego bólu w kolanie.
Codziennie rano w sali myśliwskiej odbywały się ćwiczenia szermiercze. Jaś posiadający bardzo bystry wzrok, strzelał może lepiej od Aleksa, ale ustępował mu w fechtunku. Często rano przyjeżdżał Tadeusz i również brał udział w ćwiczeniach. Nina rozsiadała się wtedy na parapecie okiennym, aby uczestniczyć w walce i dopingować przeciwników głośnymi okrzykami. Szermierze w samych tylko spodniach i koszulach, starannie zakładali na ostrza szabel stalowe kulki, uniemożliwiające zranienie. Aleks pierwszy wychodził na środek sali i przyjmował postawę fechtmistrza.
- No, panowie, gotowi? - na jego policzkach pojawiał się rumieniec, zdradzający podniecenie, a bursztynowe oczy płonęły, gdy patrzył na swoich przeciwników z wyzwaniem. Wszyscy trzej mężczyźni traktowali te ćwiczenia bardzo poważnie. - Salut! - zakomenderował i natychmiast po tym, rozległ się wysoki, czysty dźwięk stali.
Jaś i Tadeusz z całą energią przystępowali do ataku, lecz Aleks na każde ich cięcie odpowiadał ciosem z taką szybkością, że uderzenie i odpowiedź następowały niemal równocześnie.
- Do licha, jakoś wam kiepsko idzie, panowie! - stwierdzał drwiąco. - Ruszacie się, jak stare ramole. No, więcej ognia, dama na was patrzy! Panie Jasiu, proszę uważać! Zaczynam tercją, paruj, prima i riposta! Wymiń i pchnij! O, bardzo dobrze. A teraz popatrzcie!
- O psia kostka! - wrzasnął Tadeusz uskakując. - To było groźne cięcie. Jak mamy odparować?
- Bardzo prosto. Tercja. Rimesa i dwa razy prima. Aretuj i to wszystko.
- Oj, przyda się! - mruczał Jaś, dokładnie naśladując jego ruchy.
- Może nawet niedługo! - dorzucił Tadeusz znacząco.
Nina reagowała entuzjastycznie podskakując na parapecie, krzycząc i oklaskując każdy celny cios. Mężczyźni rozmawiali, nie zaprzestając zaciętej walki. W sali dźwięczała ścierająca się z sobą stal i słychać było głośne oddechy zadyszanych szermierzy. Aleks, zwarłszy szablę z bronią przeciwników, z łatwością chwytał ich cięcia, zadając pchnięcia flankowe, a koniec jego szabli ze straszliwą szybkością krążył wokół ich głów i piersi. Obaj szermierze musieli się cofać, podziwiając świetną bojową postawę hrabiego. Głośne okrzyki zachwyconej walką Niny, mieszały się ze zgrzytem stali, kwartami, tercjami, połówkami i paradami, które tylko zwiększały szacunek obu przeciwników dla sztuki szermierczej hrabiego. Nie ulegało wątpliwości, że w prawdziwej walce, posiekałby ich na wióry. W końcu Jaś i Tadeusz, obaj zlani potem, poddawali się, uroczyście gratulując Aleksowi sprawności bojowej.
- Co, macie dosyć, koguciki? - śmiał się zadowolony z siebie, ocierając ręcznikiem spoconą twarz. - Zapamiętajcie sobie, że to gwardyjska szkoła walki. W pojedynku poodcinałbym wam kupry!
W jego głosie zabrzmiała wyraźna nuta dumy. Nigdy nie zapomniał, że przez lata był oficerem elitarnej gwardii cesarskiej, dumy Rosji. Szczycił się swoją przeszłością, a jego serce rozdarte było pomiędzy dwie ojczyzny: tę, w której się urodził i która obsypała go zaszczytami i tą drugą, biedną, podzieloną na trzy zabory i tak okrutnie skrzywdzoną.
Pewnego razu, Nina spostrzegła na jego policzku białawą bliznę. Zamarła dowiedziawszy się, że jest to pamiątka po jakimś dawnym pojedynku.
- Panowie oficerowie gwardyjscy, czasami się nudzą i muszą jakoś urozmaicić sobie życie koszarowe. - powiedział beztrosko.
- Ach tak? - wybuchnęła z pasją. - Dobrze wiedzieć. Jeśli tak lubisz urozmaicenie, ja również od czasu do czasu, mogę urządzić ci piekielną awanturę!
Zaśmiał się, cmoknął ją w koniec noska i wyszedł z pokoju. Wieczorami w szczelnie zamkniętym gabinecie, prowadzili z Jasiem rozmowy na tematy polityczne. Borutyński był gorącym zwolennikiem walki zbrojnej, lecz hrabia chłodno wysłuchiwał jego namiętnych wypowiedzi. Doznane zawody z czasem ostudziły w nim młodzieńcze zapały. Raz siedzieli przy butelce koniaku, a noc majowa była tak jasna od księżyca, że pogasili świece, pozostawiając tylko jedną na stoliku.
- Pan hrabia jest byłym oficerem. - rzekł Jaś. - Więc rozumie pan, że im szybciej wywołamy zbrojne powstanie, tym większe masy społeczeństwa poprą nas i wezmą udział w walce. Ludzie są rozgrzani do wrzenia, lecz z czasem ta euforia opadnie. Nie można w nieskończoność podgrzewać kotła, bo pęknie. - Jaś wysączył ostanie krople koniaku i wyczekująco spojrzał na Aleksa.
- Ale kraj nie jest przygotowany do walki. - zauważył Aleks i dolał mu koniaku, podsuwając papierośnicę. - Jeżeli wybuch zbrojny ma mieć jakieś szanse powodzenia, należy sprawić, aby powstanie zaistniało naraz w trzech zaborach. Inaczej zostaniemy osamotnieni, bo zaborcy zamkną granice. Lecz takie działanie wymaga czasu i ogromnych pieniędzy oraz aktywizacji całego społeczeństwa. Tymczasem wielu obywateli nigdy nie poprze powstania, bo wierzą święcie, że car jest prawdziwym, danym od Boga władcą Polski.
Przerwał, zapalił cienkiego papierosa ze złotym ustnikiem i podał ogień Jasiowi. Wracając do tematu, ciągnął równym, opanowanym głosem :
- Czy zastanawiał się pan czasem, jaki interes ma chłop polski, aby zaistnieć w powstaniu? Jak dotąd żaden. W jego pojęciu Polska, to dziedzic, pędzący go do odrabiania pańszczyzny. To Kościół, któremu od wieków musiał płacić daninę. To rozmaite rzesze carskich urzędników, oszustów, handlarzy, zdzierających z niego skórę i bezlitośnie go wyzyskujących. Polski chłop jest ciemnym, zacofanym analfabetą, często pijanym, niekiedy głodnym i bardzo pobożnym. Jedynie Kościół mógłby poderwać wieś do walki z caratem, głosząc hasła o zagrożeniu religii katolickiej. Lecz Kościół przenigdy tego nie uczyni, bo jest największym posiadaczem ziemskim i obawia się konfliktu z carem. Cóż więc może naszego chłopa obchodzić walka o niepodległość ojczyzny, która dotąd była mu macochą, nie matką? Powstanie to dla nich tylko"pańska wojna".
- Naturalnie, ma pan rację. - zgodził się Jaś, a na jego twarzy malowało się skupienie i powaga. - Toteż my pragniemy chłopa uświadomić, obdarować ziemią i zażądać, aby tej ziemi bronił. Proszę tylko wspomnieć udział chłopstwa w Insurekcji Kościuszkowskiej!
- To były inne czasy. Zresztą nikt nie dotrzymał obietnic składanych wtedy chłopom, nawet Kościuszko, nie odważył się głośno domagać wolności i zniesienia pańszczyzny dla polskiego chłopa. Chcecie dać chłopom ziemię. No dobrze, ale rozdział ziemi także nie obejdzie się bez czyjejś krzywdy. - Aleks strzepnął popiół do kryształowej popielnicy. - Władze podziemne nie posiadają pieniędzy na wykup dworskich gruntów. Chyba, że spróbują odebrać ją siłą, a to im nie przysporzy zwolenników.
- Może dojść i do tego! - bąknął Jaś i pośpiesznie zmienił temat. - Co pan hrabia sądzi o Wielopolskim? Podobno święci na carskim dworze tryumfy.
 
Aleksander Myszkowski margrabia Wielopolski. 
- Tak, miałem wiadomość, że pan margrabia jest u szczytu powodzenia. Najznakomitsze salony Petersburga stoją przed nim otworem. Car go podziwia, a carową zjednał, deklamując z pamięci poetów niemieckich.
- Ten człowiek ma zdolność kota, i spada na cztery łapy. - ponuro zauważył Jaś. - Z carskiej niełaski potrafił uczynić olśniewające zwycięstwo.
- Jednak przyzna pan, że to naprawdę zdolny polityk, zaś w Petersburgu jest wielu mądrych ludzi, widzących w nim godnego zainteresowania Polaka-kosmopolitę, a nie buntownika z tej beczki prochu, zwanej inaczej Królestwem Polskim. Ale Wielopolski ma potężnych wrogów, a jednym z najzacieklejszych jest ambasador pruski w Petersburgu, pan Otto von Bismarck. Niektórzy Rosjanie uważają margrabiego za Wallenroda, inni zaś twierdzą, że jest on wprawdzie Wielopolski, ale małoruski, czyli przebrany zdrajca. - Aleks westchnął i zaciągnął się dymem z papierosa. - Powiem panu w zaufaniu, iż odnoszę wrażenie, że władze carskie po cichu życzą sobie powstania, żeby raz na zawsze, w sposób radykalny, rozprawić się z nami, pozbawiając nas reszty swobody, która jest solą w oku Rosjan, zazdroszczących nam tej odrobiny wolności.
- O psiakrew! Tak pan uważa? - Jaś stropił się podejrzewając, że hrabia wie co mówi i nie rzuca słów na wiatr. Miał w Rosji wielu wpływowych przyjaciół w kręgach wojskowych i arystokratycznych i zawsze był doskonale poinformowany.
- Obawiam się, że to możliwe. - stwierdził chłodno Aleks. - A niech mi pan powie, jak radzicie sobie w mieście z wojskową musztrą?
Jaś poczochrał sobie i tak już nastroszoną czuprynę, krzywiąc się jak po occie.
- No cóż, doręczono nam regulamin wojskowy dla Szkoły Oficerskiej w Cuneo, więc co jakiś czas dziesiętnik zbiera swoich podkomendnych i odbywa z nimi musztrę, przeważnie w prywatnych mieszkaniach, żeby nie zwracać uwagi agentów policji. Ja ćwiczę w kilku pokoikach, a w zastępstwie broni posługujemy się kijami od szczotek, lub drążkami od firanek.
Aleks poczuł, że ogarnia go panika.
- Ludzie, zamierzacie wywalczyć niepodległość kijami od szczotek? - wykrzyknął wzburzony. Nie miał serca potępiać tych wspaniałych dzieciaków, wychowanych w niewoli na wizjonerskich strofach "Przedświtu" Krasińskiego, za ich namiętne umiłowanie ojczyzny i pragnienie wolności. Żywił jednak obawę, że ich szczery naiwny zapał, zostanie niewłaściwie wykorzystany i zmarnowany, a cenna krew przelana nadaremnie.
- Co nowego we władzach podziemnych? - zapytał bez szczególnego zainteresowania.
Ale Jaś momentalnie się ożywił i poweselał.
- Mamy nowe władze, panie hrabio! Nareszcie sformułowano jasno program walki. Pan z pewnością zna naszego naczelnika.
- Doprawdy? A kto nim został?
- Kapitan Jarosław Dąbrowski1, zwany przez nas "Łokietkiem".
- Ależ oczywiście, że znam pana Jarka! - zaśmiał się Aleks. - Mój przyjaciel, pułkownik Zygmunt Sierakowski twierdzi, że ten młody oficer ma przed sobą wspaniałą przyszłość.
- A wie pan hrabia, że niedawno pan Sierakowski był w Warszawie?
- Wiem. Miałem nawet okazję widzieć się z nim osobiście. To wspaniały człowiek o niezwykłych zdolnościach i Rosjanie poznali się na jego nadzwyczajnych talentach militarnych. Proszę sobie wyobrazić, że Zygmunt pracuje w ministerstwie wojny, nad projektem reorganizacji armii rosyjskiej i żąda w nim zniesienia kar cielesnych. On, Polak,zesłany do karnych oddziałów! - Aleks z podziwem potrząsnął głową.- Nie do wiary, prawda? Proszę pozdrowić ode mnie pana Jarka. Spotka się z silną opozycją we władzach podziemnych i trudno mu będzie walczyć na dwa fronty.
- To możliwe. - Jaś przytaknął i z roztargniona miną zgasił papierosa. - Nie umiemy zgodnie działać, tymczasem w kraju narasta terror. W Warszawie nawet majowe nabożeństwa wydają się carskim władzom podejrzane. Ludzie po wyjściu z kościołów zostają aresztowani. Niedawno uwięziono młodziutką szesnastoletnią dziewczynę, wychodzącą po nabożeństwie. Zabrano ją na posterunek policji i prawdopodobnie wielokrotnie zgwałcono, bo żywa stamtąd nie wyszła. - Jaś sapnął gniewnie.
Płk. Zygmunt Sierakowski
  W pokoju szaro było od dymu z papierosów, więc hrabia wstał, podszedł do okna i otworzył je szeroko. Na wschodzie gwiazdy bladły, a z mgieł z wolna wstawał pogodny świt majowy. Aleks odetchnął pełną piersią i rzekł do Jasia:
- Niech się pan przebierze i włoży wysokie buty. Pojedziemy zapolować na bekasy. Grot, do nogi! - przywołał psa, leżącego jak zwykle pod biurkiem, u nóg pana. - Grot świetnie aportuje. No to na razie...Służący zaraz przyniesie panu mocnej kawy i coś do zjedzenia.
Nazajutrz było tak upalnie, że podwieczorek podano na tarasie pod markizą. Jaś opowiadał jakąś zabawną historię, a Nina, pani Salomea i Aleks, słuchali jej rozbawieni. Tymczasem przed pałac zatoczyła się porządna bryczka i wysiadł z niej oficer policji z miasteczka. Dźwigając przed sobą okazały brzuch, wszedł na taras ocierając pot z zaczerwienionej z gorąca twarzy. Na widok munduru, Jaś nagle zamilkł. Nina obejrzała się i dreszcz przebiegł jej po plecach. Nadrabiając miną uśmiechnęła się do policjanta.
- O, pan sprawnik2! Proszę, niech pan usiądzie i odpocznie. - uprzejmie wskazała mu krzesło obok siebie.
Sprawnik Boruchin ciężko opadł na wskazane miejsce, posapując i skrzypiąc skórzanym pasem na którym wisiała szabla. Jego małe, bystre oczka prześliznęły się po twarzach siedzących swobodnie osób i zatrzymały się na Jasiu.
- Hospody, co za upał! - stęknął, posyłając pożądliwe spojrzenie ku kryształowym czarkom z lodami bakaliowymi. - W taki upał nie ma nic lepszego, jak siedzieć w cieniu i raczyć się czymś chłodnym. At, człowiek się napoci, namęczy, ale służba nie drużba. - oblizał suche wargi, tęsknie wpatrując się w dzban pełen soku owocowego z lodem.
Autentyczne zdjęcie carskiego policjanta
  Nina potrząsnęła srebrnym dzwoneczkiem wzywając lokaja. Kazała mu podać jeszcze jedno nakrycie. 
Służący z milczeniu wykonał polecenie, obrzucając policjanta wrogim spojrzeniem. Sprawnik, widząc przed sobą wysoką szklankę pełną zimnego napoju, cały się rozpromienił.
- Śliczne rączęta całuję, Nino Alfredowna. - powiedział zginając się w niezgrabnym ukłonie. - Och, jakbym się na nowo urodził! Widzę, że przeszkodziłem państwu w wypoczynku i rozmowie z gośćmi.
- Ciocia z kuzynem przyjechali na wilegiaturę, bo duszno w mieście! - zaszczebiotała Nina, przybierając naiwny wyraz twarzy. Nie wiedziała w jakim celu sprawnik przybył do Makowa i na wszelki wypadek pragnęła usposobić go życzliwie.
- Można wiedzieć, jaki jest cel pańskiej wizyty? - spytał od niechcenia hrabia, bawiąc się łyżeczką. Rondo białego kapelusza rzucało cień na jego oczy.
Oficer nie opowiedział, lecz zwrócił się wprost do Jasia :
- Pan z Warszawy?
- Owszem. - Jaś przypatrywał się mu obojętnie, nie przerywając jedzenia lodów.
- Akademik?
- Już nie. Skończyłem studia i zdałem egzamin państwowy, jestem lekarzem.
- No, no, lekarz! Nie zabraknie wam roboty po tym, co szykujecie dla tego kraju. - mruknął policjant zgryźliwie.
Jaś podniósł oczy i przez chwilę wpatrywał się w niego ze zdumieniem.
- Mówi pan tak zawile, że trudno mi zrozumieć.
- A szkoda! Państwo na długo w nasze strony? Przepraszam, że tak pytam bezceremonialnie, ale każdy policjant to zawodowy ciekawski, he, he, he!
Jaś nie okazywał żadnego zainteresowania osobą Boruchina i miał minę tak znudzoną, jakby za moment zamierzał ziewnąć. Aleks spojrzał na policjanta jak na zdechłego szczura: z obrzydzeniem.
- Niepotrzebnie pan się dziś fatygował, bo moi goście zabawią tu kilka tygodni.
- Opiekuję się kuzynką, bo niedawno miała niebezpieczny wypadek spadając z konia. - uzupełnił Jaś, dolewając sobie soku.
- To przykre. - westchnął z nieszczerym współczuciem Boruchin. - Moja krewna spadła z konia i złamała sobie obojczyk. - jego małe oczka cały czas obserwowały uważnie Jasia. - Czy my się kiedyś już nie spotkaliśmy? - zagadnął. - Mam wrażenie, że skądś pana znam!
- To bardzo możliwe. Od dziecka, co roku przyjeżdżałem na wakacje do wuja Ksawerego Borutyńskiego z Sarnik. - wyjaśnił Jaś i sięgnął do kieszeni. Wydobył portfel, poszukał przepustki, dokumentów i podał je oficerowi. Dociekliwe pytania sprawnika wcale nie wyprowadziły go z równowagi. Nina nie posądzała go o tyle zimnej krwi.
Boruchin rzucił okiem na dokumenty i zwrócił je Jasiowi.
- Mnie papiery niepotrzebne. - zaśmiał się rubasznie. - I bez nich wiem, co w kim siedzi. Tak tylko, z ciekawości pytałem. Broń Boże, nic do państwa nie mam.
Hrabia miał już widocznie dosyć tych indagacji i uznał, że najwyższy czas, aby dać temu głupcowi nauczkę. Policjant czuł się stanowczo za pewny siebie i należało go nieco utemperować.
- Przypuszczam, że powód pańskiej wizyty jest na tyle ważny, aby zechciał pan nareszcie przejść do rzeczy! - odezwał się zimno. Kiedy chciał, potrafił mrozić ludzi wyniosłym, pogardliwym zachowaniem. - Wszyscy jesteśmy lojalnymi i praworządnymi poddanym Jego Cesarsko-Królewskiej Wysokości i nie obawiamy się policji. Niejednokrotnie słyszałem, jak Najjaśniejszy Pan Aleksander II, nawet w trakcie salonowej pogawędki, uskarżał się na nadgorliwość prowincjonalnych urzędników, którzy w zapale popełniają błędy, krzywdząc podejrzeniami uczciwych obywateli. Zdaniem Jego Cesarskiej Wysokości, nadgorliwość bywa często szkodliwsza od niedbalstwa i w rezultacie przynosi tępemu formaliście niełaskę przełożonych!
  Było to tak niedwuznaczne ostrzeżenie, że policjant pobladł, spocił się jeszcze bardziej i wtulił głowę w ramiona. Jego pewność siebie w mgnieniu oka zamieniła się w strach. Doskonale wiedział, co znaczą w Rosji dobre układy i jak łatwo znaleźć się u przełożonych na czarnej liście. A wtedy, żegnaj emeryturo!
- Szanowny pan hrabia miał szczęście osobiście widywać naszego ukochanego cara Ojczulka? - wyszeptał, skłaniając z szacunkiem głowę.
- O, widywałem Jego Cesarską Wysokość niemal codziennie po ukończeniu nauki w Korpusie Paziów. - Aleks zmierzył wystraszonego policjanta ironicznym wzrokiem. - Kiedy powróciłem z wojny kaukaskiej, sam cesarz raczył wręczyć mi order i kilkakrotnie bardzo łaskawie ze mną rozmawiał.
Oczka Boruchina zaokrągliły się z wrażenia.
- Hospody, można tylko pozazdrościć panu hrabiemu tego szczęścia. Podobno anielska małżonka pana hrabiego również pełniła na dworze obowiązki frejliny. - powiedział, dając do zrozumienia, że jest dobrze poinformowany.
- To prawda. Marnuje się pan na prowincji z takimi zdolnościami. - drwiąco zauważył Aleks, spoglądając pogardliwie na pocącego się obficie ze strachu policjanta. Jego wyniosłe zachowanie podziałało na Boruchina jak kubeł zimnej wody. Spokorniał i przybrał służalczą, przymilną postawę. Nie wątpił, że wystarczy jedno słowo hrabiego szepnięte do ucha jakiemuś dygnitarzowi, aby wyleciał z pracy i raz na zawsze pożegnał się z emeryturą na stare lata, a może nawet wylądował gdzieś na granicy Azji. Po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że hrabiego należy sobie zjednać i zagrać z nim w otwarte karty. Wypił sok do ostatniej kropelki, a kiedy Nina podsunęła mu czarkę pełną wyśmienitych lodów, przestał się wahać i miał nadzieję, że hrabia wynagrodzi go za oddaną sobie przysługę w rublach.
- Był donos! - oznajmił ściszonym głosem. - Zostałem powiadomiony anonimem, że w domu szanownego pana hrabiego, przebywa niebezpieczny spiskowiec. Komuś rozchodziło się chyba o pana. - ruchem głowy wskazał Jasia.
Pani Salomea i Nina wydały okrzyk przerażenia, ale obaj mężczyźni przyjęli tę wiadomość zupełnie spokojnie. Biedna matka zbladła i prędko schowała ręce pod stołem, żeby ukryć ich drżenie. Nina z obawą spojrzała na Jasia, ale on jadł spokojnie lody i z niewinną miną patrzył na Boruchina.
Aleks wziął ze stołu kasetę z hawańskimi cygarami i poczęstował oficera.
- Ktoś wyraźnie nas nie lubi. - wzruszył ramionami. - Nie domyśla się pan, komu pan Janek się nie podoba? - sięgnął po srebrną łopatkę i nałożył sobie na talerzyk kawałek kruchego placka z truskawkami i galaretką, przybraną bitą śmietaną..
- Nie, lecz wcześniej czy później dojdziemy, kto był autorem tego anonimu. - grzecznie zapewnił Boruchin. - Wtedy będę miał honor natychmiast powiadomić o tym pana hrabiego, choć to zabronione!... - zastrzegł się w nadziei na łapówkę.
- Oczywiście, rozumiem. Będę panu bardzo wdzięczny. - powiedział hrabia znacząco.
Boruchin sapnął z zadowolenia. Teraz był już pewien, że awans go nie minie, a chudy portfel spęcznieje od złotych imperiałów. Ale Ninę przysłuchującą się rozmowie przebiegł lodowaty dreszcz.
"Jezu,ktoś wydał Jasia!" - pomyślała, kuląc się i rozglądając podejrzliwie. Okropnie bała się tego tajemniczego donosu. Posądzenie o działalność anarchistyczną, jak władze carskie nazywały dążenia niepodległościowe, z reguły kończyły się aresztowaniem podejrzanego i sądem oraz wieloletnim zesłaniem. Kto zdobył się na tak okrutny postępek i dlaczego? Jaś był ogólnie lubiany i nie miał wrogów. Zepchnąwszy na samo dno duszy ogarniająca ją trwogę, postanowiła zbagatelizować treść donosu.
- Jaś spiskowcem? - zaszczebiotała dziecinnie. - To przecież nonsens! Podobno ci okropni ludzie wcale nie wierzą w Boga, nie czyszczą sobie paznokci i gardzą powszechnie uznawanymi zasadami. Phi, ja także mogłabym uchodzić za spiskowca, bo bardzo lubię bomby... z czekolady!
- Da, da, Nino Alfredowna. - Boruchin posłał jej pobłażliwy uśmiech. - Ja przecież wiem, że to pisał jakiś durak, ale moim obowiązkiem było ostrzec pana hrabiego. Ostatnio kręcą się po okolicy podejrzane figury i policja musi być szczególnie czujna.
Aleks nie miał wątpliwości, że sprawnik od śledztwa nie odstąpi i odtąd pałac będzie dyskretnie inwigilowany, do czasy wyjazdu Borutyńskich, a może i dłużej. Zaklął w duchu, bo to był prawdziwy pech!
Może tak wygladał Jaś?
  - Może komuś źle ropień przeciąłem? - zażartował Jaś, z prawdziwym talentem wchodząc w rolę lekkoducha. - Ale sumienie mam czyste i gdyby w policji służyły panie, chętnie zgodziłbym się na całodobowy nadzór! - z łobuzerską miną zmrużył oko. - Jedyne, co mnie interesuje, to moja praca, miłe towarzystwo, dobre wino i ładne buziaki. Pardon, panie stawiam na pierwszym miejscu!
- Jasiu! - łagodnie upomniała go matka, zaś Nina skromnie opuściła oczy i zarumieniła się, co zwykle łatwo jej przychodziło.
- A kogo one, gołąbki, nie interesują, chyba nieboszczyka. - westchnął sentymentalnie Boruchin i ociężale podniósł się z miejsca. Obciągnął na sobie mundur i stuknął obcasami. - Żal się żegnać, ale służba goni. Rad się starać i służyć! - zasalutował i odmaszerował z tarasu. Za nim pofrunęła Nina.
- Proszę się jeszcze chwilkę zatrzymać. - zawołała. - Każę dla pana małżonki przygotować trochę wiejskich przysmaków.
Podziękował wylewnie i zaczął wolno spacerować po sieni, brzęcząc szablą i z zawiścią przypatrując się przepysznym gobelinom, portretom, ogromnym rogom łosi. Przystanął przed lustrem, przypatrując się z upodobaniem swojej przysadzistej figurze. Zobaczył powracająca Ninę, za którą lokaj dźwigał wypchany kosz. Boruchin zajrzał do środka i cmoknął z zachwytem.
- Rączki całuję Nino Alfredowna. - raczej zapiał niż powiedział. - Jaka szkoda, że nie miałem okazji złożyć uszanowania szanownej pani hrabinie. Anioł nie kobieta, napatrzyć się nie można. - stwierdził z rozmarzeniem.
" Co do pioruna, ci mężczyźni widzą w tej podłej babie? Ciągle wyjeżdżają z tym aniołem! Phi, anioł z biustem jak dwa balony! Podła ropucha, nie żaden anioł!" - z oburzeniem pomyślała Nina.
- Hrabina wyjechała do miasta. - wyjaśniła uprzejmie. - Kazałam włożyć do kosza kilka butelek węgierskiego wina.
- Ścielę się do nóżek, Nino Alfredowna! Sługa uniżony! - uradowany, kilka razy ucałował jej rękę. Kiedy wsiadł do bryczki, Nina starannie wytarła dłoń o suknię i powróciła na taras.
- O czym z nim rozmawiałaś? - zagadnął Aleks. - To niebezpieczny człowiek i należy uważać przy nim na każde słowo. Nie pytał ciebie o nic?
- Nie. Kazałam mu dać trochę wędlin, wino i owoce.
- Dobrze. Ten donos był niezręcznie pisany i nie przekonał Boruchina. Ale następny może trafić do żandarmerii w Radomiu, a im już nie zdołam zaimponować moimi koneksjami na carskim dworze.
- Matko Boska, więc sądzi pan, że ktoś może ponownie wysłać anonim? - pani Salomea załamała ręce.
Nie odpowiedział tylko skinął głową.
Biedna kobieta nieustannie drżała o życie jedynego syna. Kiedy wychodził na konspiracyjne zebrania, modliła się żarliwie, błagając Boga, aby pozwolił mu wrócić bezpiecznie do domu. Nigdy jednak nie pozwoliła sobie na próbę zatrzymania go w domu, nigdy też nie poprosiła, żeby zaprzestał działalności spiskowej. Wierzyła, że syn postępuje właściwie, robiąc to, co należało. Wychowała go na dobrego Polaka i Jaś nie miał przed matką tajemnic, zwierzając się jej ze wszystkich przygód w konspiracji i podziwiając jej życiową mądrość.
- Obawiam się, że możecie mieć państwo przez nas niezawinione kłopoty. - odezwała się pani Salomea, głaszcząc rękę syna. - Może będzie lepiej jak wyjedziemy z Makowa, prawda Janeczku? - spojrzała na syna błagalnie.
- Proszę nawet o tym nie myśleć! - rzekł Aleks stanowczo. - Dopiero wówczas policja potraktowałaby donos na serio. Ogromnie mi przykro, że spotkało to państwa pod moich dachem.
- Nie warto się tym przejmować. - roześmiał się Jaś. - Jestem przyzwyczajony do podobnych sytuacji. Niezliczoną ilość razy ratowałem się ucieczką przed pościgiem agentów policji. Tylko moje kochane matczysko, wiecznie na nowo przeżywa moje przygody. - pochylił się, objął matkę i ucałował.
- Byle tylko tobie, synku, nie stała się krzywda, to o mnie mniejsza. - szepnęła, ogarniając go spojrzeniem pełnym nieopisanej matczynej miłości.
Nina patrzyła na nich ze smutkiem. Ona prawie nie pamiętała pocałunków matki. Kiedy zastanawiała się, kto mógł być autorem donosu, naraz przyszła jej na myśl Paula. Natychmiast odsunęła od siebie to straszne podejrzenie. Dlaczego Paula miałaby szkodzić Jasiowi? Nie miała najmniejszego powodu, aby żywić do niego nienawiść czy niechęć. Jaś zawsze był dla niej bardzo uprzejmy i pełen galanterii. Prawił jej wyszukane komplementy na które była łasa, radził jak się pozbyć uporczywego bólu głowy, nawet tańczył z nią w salonie walca. Paula coraz chętniej schodziła do salonu i posyłała mu powłóczyste spojrzenia i niby to przypadkowe dotknięcia. Nie ukrywała, że jej się podoba. Jaś był przystojnym młodym mężczyzną, wesołym i dowcipnym. Hrabina nie miałaby nic przeciwko temu, aby pewnej nocy wylądował w jej łóżku. Nina miała nadzieję, że Jaś nie ulegnie wdziękom Pauli, ale na wszelki wypadek postanowiła go przestrzec.
1 Generał Jarosław Dąbrowski (1836-1871) - Znakomity dowódca. Działacz w konspiracji wojskowej, od 1862 r. członek Komitetu Centralnego Narodowego. Aresztowany, uciekł z zesłania. Od 1871 r. przejściowo wódz naczelny wojsk Komuny Paryskiej. Poległ 23 maja 1871 r. prowadząc swój oddział do ataku.
2 Sprawnik – w carskiej Rosji naczelnik policji.