niedziela, 30 października 2016

NIEOCZEKIWANA POMOC. KTO JEJ SZUKA?


30 października 2016 r.
    Nina pośpiesznie wyszła z kościoła i wracała na Tamkę zamyślona, rozpamiętując przeszłość. Nie patrzyła pod nogi, pośliznęła się na zlodowaciałym chodniku i runęła z rozmachem, tłukąc się boleśnie. "Nieprzyjemny bywa powrót do rzeczywistości".- pomyślała krzywiąc się, masując obolały brzuch i otrzepując się ze śniegu. Przypomniała sobie słowa niani, iż życie składa się ze zdarzeń pomyślnych i niepomyślnych. Miała nadzieję, że złe wiadomości otrzymane dzisiaj, zrównoważy jutrzejsza szczera rozmowa z księdzem.
J. Malczewski  Ksiądz.
    Westchnęła, wchodząc z obawą w ciemne, nieoświetlone uliczki Powiśla i wyrzucała sobie, że bardzo się naraża, włócząc się wieczorem po niebezpiecznej dzielnicy miasta. Na szczęście, chodnik rozjaśniały nieco światła, padające z okien wystawowych sklepików i szynków, z których słychać było wrzaski pijaków. Mijała je prędko, obawiając się spotkania z jakimś nietrzeźwym bandytą. Była bardzo głodna i przypomniawszy sobie ohydny krupnik, wstąpiła do rzeźnika. Kupiła wołowinę na rosół, sporą szynkę i serdelki, a w sąsiednim sklepie bułki, masło, jajka, prawdziwą kawę i herbatę, jarzyny i owoce.
   Obładowana zakupami, dysząc, wdrapała się na poddasze i tu nareszcie poczuła się bezpieczna. Weszła do mieszkania czerwona ze zmęczenia i mrozu.
    Na jej widok Poźniak zerwał się z krzesła.
- A gdzież to pani chodziła? Myśleliśmy, że już pani do nas nie wróci.
    Nina wręczyła zakupy Poźniakowej i zdjęła płaszcz.
- Nigdy nie odeszłabym bez pożegnania. To był dla mnie ciężki i pechowy dzień. Mój adwokat został zesłany, a znajoma pani zmarła. Nie mam się gdzie podziać. Na koniec gonił mnie stójkowy i ledwie zdołałam mu uciec. Na szczęście schroniłam się w kościele i tam przypomniałam sobie, że dziś rocznica wybuchu powstania.
- Ech, może by się udało, żeby jaśnie panowie nie wzięli się za robotę i jej nie sknocili. - mruknął gderliwie, lecz spojrzawszy na jej mizerną twarz i podkrążone oczy, złagodniał. - A skąd ta szynka? - z lubością pociągnął nosem, węsząc apetyczny zapach dobrze uwędzonej wędliny.
- Rozdawali na ulicy, to wzięłam. - powiedziała niewinnym tonem.
- Że też ja nigdy na coś takiego nie trafiłem! - zaśmiał się. - Ale niech pani uważa, Powiśle to mordownia. Zakłują człowieka nożem, obrabują, trupa zakopią w śmieciach i do sądnego dnia nikt się nie dowie, co się z facetem stało. Ale co tam - mam coś dla pani!
Warszawska biedota.
 - Dla mnie? - zdziwiona potrząsnęła głową.- Przepraszam, czy mogę się u was jeszcze przez parę dni zatrzymać, bo jak powiedziałam, nie mam się gdzie podziać.
- Nawet niech pani o to nie pyta. Ignaś panią tu przysłał, to wystarczy. Ale pani nawet nie spytała, co dla pani mam? - uśmiechnął się szeroko, bardzo z siebie zadowolony.
- Kiedy boję się pytać. Tyle dziś miałam zawodów...
- Nie ma się czego bać. Dziś rocznica powstania, więc było zebranie. Pogadałem z koleżkami i pokazało się, że stara jednego faceta, nosi wodę do konsulatu, pali im w piecach i takie te... Mogłaby nam pomóc. No, dobrze się spisałem?
    Nina oniemiała z radości. Nigdy nie spodziewała się pomocy z tej strony i była kompletnie zaskoczona. A jednak jej trudy i ryzyko może nie pójdą na marne. Dzięki Setkowiczowi! Co za szczęście! Nagle poczuła się lekka jak podlotek.
- Jestem panu taka wdzięczna, panie Poźniak! - zawołała, mając ochotę porwać go w objęcia i ucałować.
- Jeszcze nie ma za co. - bąknął, trochę zawstydzony jej radością. - To pilne, prawda?
- Och, bardzo pilne!
- W takim razie zbiorę się i polecę do koleżki. Nie jest tak późno, a w tym konsulacie, pewnie także jeszcze pracują. Niech pani napisze kilka słów.
    Skinęła głową, nie mogąc wydobyć głosu ze wzruszenia. W starych szpargałach znalazł się kawałek pożółkłego papieru i nadgryziony ołówek. Usiadła przy stole i prędko skreśliła po angielsku: "Janina z Nałęczowskich hrabina Klonowiecka, przebywająca nielegalnie w Warszawie, prosi o spotkanie w wiadomej sprawie. Błagam o dyskrecję"
   Podała swój adres, zgięła arkusik i wręczyła go Poźniakowi. Włożył liścik do buta, posyłając jej szelmowski uśmiech.
- Niech pan na siebie uważa.- powiedziała, modląc się żeby po drodze nie spotkała go zła przygoda.
- Spokojna głowa, sam nie pójdę. - ubrał na siebie połataną kurtkę i się zamyślił. - Lepiej żeby pani za długo w Warszawie nie siedziała. Od kilku dni policaje coś za bardzo węszą. Szukają naszych, co z Francji wracają do kraju, żeby ludzi uświadamiać. Może te Angole przeszwarcują panią za granicę?
- Właśnie na to liczę. Panie Poźniak, takie ważne wydarzenie należy odpowiednio uczcić. Proszę po drodze kupić jakieś dobre wino. - wręczyła mu kilka rubli.- Poczekamy na pana z kolacją.
- Zrobi się!
    Obie kobiety w milczeniu i w napięciu oczekiwały na jego powrót. Nina siedziała jak na szpilkach, kręcąc się niespokojnie na twardym krześle i zdawało się jej, że lada moment wyskoczy ze skóry z niepokoju i podniecenia. Bardzo przeżyła wiadomość o zesłaniu Porzyckiego oraz śmierci panny Gousselin i na nic już nie liczyła, a zwłaszcza na pomoc Poźniaka. Wprawdzie nazajutrz chciała rozmawiać z księdzem, ale ten sposób również nie gwarantował powodzenia.   Okazało się jednak, że nie doceniła Poźniaka i jego organizacji, o której nie miała dobrego mniemania. Ratunek przyszedł zupełnie nieoczekiwanie, więc tym bardziej była zdenerwowana i niepewna, czy Poźniak cokolwiek w konsulacie załatwi.
Równie przejęta była Poźniakowa, lecz z zupełnie innego powodu. Zapewne nawet na własnym weselu, nie widziała tylu dobrych rzeczy do jedzenia. Wpatrywała się nabożnie w szynkę i przełykała ślinę, czując ssanie w żołądku. Co chwilę odwracała głowę, spoglądając na Ninę z uwielbieniem, ale nie ośmieliła się przerwać jej zamyślenia.
  Poźniak wrócił dopiero po kilku godzinach, a Nina w tym czasie przeżywała prawdziwe tortury. Był zmarznięty, zmęczony, lecz bardzo z siebie zadowolony
- Powiedziałem koleżce, że jest pani dobrą znajomą Ignasia. - rzekł, zdejmując obszarpaną kurtkę i zacierając zgrabiałe dłonie.- Wziął to sobie do serca i zaraz kazał swojej babie zaprowadzić mnie do tego konsulatu. Cholera, ale tam ważniaki! Dozorca wyskoczył na nas z mordą i zaczął babie wymyślać, ale kobieta powiedziała, żeby zamknął gębę, bo to poważna sprawa, więc w końcu wpuścił nas i zawołał urzędnika. Oni tam nawet po polsku mówią! - zauważył Poźniak ze zdziwieniem.- Nie spali i wszędzie się świeciło, jak w czasie rezurekcji. Trochę to trwało, ale się opłaciło. Tu jest wino, a tu list do pani!
- Do mnie?- drżącymi rękami, z mocno bijącym sercem, Nina rozerwała elegancką, podłużną kopertę z kremowego, czerpanego papieru. W jej wnętrzu znajdował się mały bilecik, na którym ktoś śmiałym, wyrobionym pismem napisał po angielsku:
 "Jutro w południe, na Placu Zamkowym, proszę wsiąść do dorożki z numerem 5."
    Nina raz jeszcze dokładnie przeczytała bilecik, podarła go i spaliła w piecu kuchennym.
- I co, dobra wiadomość?- dopytywał się Poźniak, widząc jak jej oczy promienieją z radości.
- Och, znakomita! - wykrzyknęła i pocałowała go w policzek.- Dziękuję panu z całego serca. Być może uratował mi pan życie. A teraz wyprawimy ucztę. Pani Poźniakowa, proszę o patelnię!
    Nie pozwoliła sobie pomagać, sama ubiła jajka i usmażyła omlety, zaparzyła kawę z mlekiem, a potem posmarowała grubo bułki masłem i obłożyła je plastrami szynki. Czekając na kolację, Poźniakowie z rozmarzeniem wdychali wspaniałe zapachy, unoszące się po raz pierwszy w tej nędznej kuchni. Nie trzeba ich było zapraszać do jedzenia, bo jeszcze nigdy nie kosztowali tak przyrządzonych potraw.
Wiek XIX. Kuchnia ubogich.

- To się nazywa żarcie! - westchnął Poźniak, klepiąc się po zapadłym brzuchu.- A jaka dobra ta kawa .... Lodzia, widzisz, jak się gotuje? Świat się kończy! Sama jaśnie pani szykuje jedzenie dla takich biedaków jak my. - podniósł do ust kubek z kawą, przypatrując się Ninie przez obłoczek pary.
   Cieszył się, że jest taka uśmiechnięta i szczęśliwa. Niewiele było potrzeba, aby przywrócić jej radość życia i młodość.
    Nie było kieliszków, więc pili wino z glinianych kubków. Poźniak rozgadał się, opowiadając o swojej powstańczej działalności. Służył w policji narodowej i czasami wykonywał nawet wyroki śmierci na kapusiach i agentach policji. Z uwielbieniem wspominał Dąbrowskiego, Szwarcego, a już szczególnie Bobrowskiego. Z najwyższą czcią wyrażał się o Romualdzie Traugucie, wspominając entuzjastyczne nastroje panujące w mieście w czasie powstania.
- Teraz już nikomu nie jesteśmy potrzebni.- stwierdził z goryczą. - Zżera nas bieda i brak nadziei na lepsze jutro. Nie stać ludzi takich jak my, na naukę dzieci. Kiedyś otwierano szkoły rzemieślnicze i szkółki podstawowe dla ubogich dzieciaków. Teraz szkoły są tylko prywatne dla bogaczy, albo rządowe, ale wszędzie chcą pieniędzy. Widać naszym dzieciom szkoły niepotrzebne i możemy żyć i zdychać niepiśmienni. Dwoje moich dzieciaków zmarło na szkarlatynę. Może to i lepiej? Za co bym je wychował i wykształcił? Czesne kosztuje. Poszłyby kraść, albo na rozbój na ulicę.
- Nie, ja nie wierzę, żeby dzieci takiego ojca i matki, zeszły na złe drogi.- odezwała się Nina z przekonaniem. - Wspomniał pan o Dąbrowskim. Wiadomo panu, że udało mu się uciec z zesłania wraz z żoną?
- Skąd pani to wie? - Poźniak aż uniósł się z krzesła.
- Powiedział mi o tym pewien oficer rosyjski, nasz przyjaciel. Dąbrowski uciekł z Moskwy przy pomocy Rosjan i znajduje się w Paryżu.
- Wykiwał burków? - wybuchnął Poźniak z nową nadzieją. - No, to zuch z niego. Głowę dam, że jeszcze tu wróci, a wtedy pokażemy, co potrafimy!
    Nina nie była zachwycona perspektywą nowego powstania, lecz wolała tego nie komentować.
- Czy nikt nie szedł za panem, kiedy wracał pan z konsulatu? - spytała, bo naraz przyszło jej na myśl, że mógł być śledzony.
    Pod wpływem alkoholu, Poźniak się rozkrochmalił i posłał jej perskie oko.
- Mądra z pani facetka, ale i ja niegłupi. - rzekł z uznaniem. - Stary spiskowiec ze mnie i nie dam się wziąć na plewy. Nie poszłem tam sam, tylko wziełem z sobą dwóch koleżków z ferajny, żeby kapowali, czy jakiś fiołek się za nami nie wlecze. Z miejsca dostałby nożem pod piąte żebro! Ale na Powiśle kapusie boją się zapuszczać nocą.
- Oddał mi pan ogromną przysługę i nigdy panu tego nie zapomnę. - z wdzięcznością uścisnęła mu spracowaną rękę.
    Poźniakowie dopytywali się o Setkowicza i byli bardzo wzruszeni szacunkiem, z jakim Nina się o nim wyrażała. To im imponowało, bo byli dumni z mądrego, wykształconego krewniaka i głośno się nim szczycili. Pod wpływem dobrego wina, otworzyli się przed nią, skarżąc się na biedę, a kobieta ocierała łzy, opowiadając o zmarłych dzieciach. Największym marzeniem skromnego robotnika, było posiadanie własnego warsztatu ślusarskiego.
- No, to trza iść spać. - sapnął Poźniak, przeciągając się. - Jutro o świcie będzie msza święta, za naszych pomordowanych chłopców.
- To wy wierzycie w Boga? - zdziwiła się Nina pamiętając, że Setkowicz był ateistą.
- Pewnie. Są i tacy, co nie wierzą, ale ich mało. Wszyscy wierzymy, mamy śluby kościelne i chrzcimy dzieci. Jakże inaczej?
Karczma na Powiślu.Wiek XIX.
Przesiedzieli do północy rozmawiając i wspominając poległych. W nocy Nina nie mogła zasnąć. Nie była przyzwyczajona do picia tak późno kawy i alkoholu. Z natłoku wrażeń rozbolała ją głowa. Prawie do świtu przewracała się po twardym posłaniu zastanawiając się, czego się dowie od przedstawiciela konsulatu.          Momentami wpadała w depresję i ogarniał ją strach. Pierwsza zerwała się o świcie z łóżka, zapaliła pod piecem i przygotowała obfite śniadanie. Kiedy Poźniakowie poszli do pracy, zaczęła krążyć z kąta w kąt, jak rozdrażniona tygrysica."A jeżeli to jakaś fatalna pomyłka? - rozmyślała, ogarnięta wątpliwościami. - Może chodzi im o zupełnie inną osobę. Ale chyba nie, to absolutnie niemożliwe. Byli przecież u Bini. Zresztą, jakby konsulat chciał nawiązać kontakt z niewłaściwą osobą, tajna policja wyjaśniłaby pomyłkę i bez przyczyny nie zatruwaliby mi życia." Nie mogła się wprost doczekać godziny dwunastej, ale czas płynął tak wolno, że postanowiła zająć się obiadem. Zrobiła makaron i ugotowała rosół, obrała ziemniaki i przygotowała sos do mięsa.

   Potem starannie wyczyściła kawą czarną suknię i wytrzepała płaszcz, nie mogąc odżałować, że nie stać ją na kupno lepszego okrycia. Musiała oszczędzać każdy grosz, bo nie wiedziała jak długo jeszcze pozostanie w Warszawie. Dzień był bardzo mroźny, zdecydowała się więc na narzucenie na płaszcz chusty i okryła się nią wraz z głową. Na kapelusz niestety było stanowczo za zimno. Nie miała lusterka, aby się w nim przejrzeć, zresztą przestała przywiązywać wagę do strojów i swego wyglądu. Miała już blisko dwadzieścia jeden lat i była starzejącą się, ubogą kobietą, która nie może oczekiwać od życia zbyt wiele. Nie posiadała zegarka, więc całą drogę z Tamki, na Plac Zamkowy, przebyła niemal biegiem w obawie, że przyjdzie za późno, a ten, kto na nią czeka, zniecierpliwiony odejdzie.
Naturalnie przyszła o wiele za wcześnie i musiała poczekać na umówioną godzinę. U gazeciarza kupiła "Tygodnik Ilustrowany," i schroniwszy się w jakiejś bramie, w obawie przed okiem policjanta, zaczęła czytać ogłoszenia i oglądać ilustracje. Wszędzie, na każdej stronie, znajdowały się wzmianki o wielkich balach, jakie już się odbyły, lub dopiero miały odbyć w najbliższym czasie. Z gazety dowiedziała się, że tego roku karnawał otworzył Wielki Bal Maskowy w sali Resursy Obywatelskiej, na Krakowskim Przedmieściu.

 Mieszkańcy miasta bawili się na zabawach, począwszy od balów publicznych w salach Redutowych, aż po kameralne rauty w domach prywatnych i pałacach arystokracji. "Tygodnik" zamieszczał dokładne opisy wspaniałych toalet i klejnotów dam z najlepszego towarzystwa stolicy. Poszukiwano taperów, czyli muzyków, tak potrzebnych w czasie karnawału.
Czytającej te enuncjacje Ninie, zrobiło się nagle bardzo przykro. Nie mogła uwierzyć, że warszawiacy tak prędko powrócili do normalnego życia, hucznymi zabawami i wesołą muzyką zagłuszając pamięć o narodowej tragedii. A przecież echa powstania ciągle powracały. Na stokach Cytadeli jeszcze odbywały się egzekucje byłych powstańców, policja dokonywała aresztowań i wciąż rozgrywały się nowe dramaty. Tymczasem Warszawka bawiła się, jak za dobrych czasów!
Westchnęła, stwierdzając z ubolewaniem, że Polacy mają kurzą pamięć.      Wiedziała, że sama już nigdy nie będzie taka, jak przed powstaniem. Okrutne przeżycia wycisnęły na niej piętno, które pozostanie aż do śmierci.
 Złożyła gazetę i wyjrzała z bramy. Dzień był jasny, słoneczny i Plac Zamkowy wyglądał malowniczo w zimowej szacie. Wyniosła Kolumna Zygmunta III Wazy, rzucała błękitnawy cień na śnieg leżący u jej stóp. Z dachów zabytkowych kamieniczek sfruwały gołębie, zbierając okruchy pieczywa, rzucane im przez dzieci.
W-wa Plac Zamkowy z Kolumną Zygmunta.

Przed Zamkiem stały liczne straże, prężąc się i oddając honory, kiedy w bramę wjeżdżały sanie, albo karety wiozące dostojników, na spotkanie z namiestnikiem generałem hrabią Bergiem. Nina była bardzo ciekawa, jak wygląda ten straszliwy staruch, sprawca nieopisanych cierpień narodu.
 Ze swej kryjówki, widziała okna dawnego mieszkania Borutyńskich. Niegdyś, stojąc w jednym z okien, obserwowała ze zgrozą masakrę ludności na Placu Zamkowym i tą drogą pod ścianami kamieniczek, taszczyły z Binią i Rózią nieprzytomnego Jasia. Jeszcze dziś czuła dreszcz przerażenia na myśl, że mogły zostać zabite przez uzbrojonego kozaka. "Och, jakże to było dawno!"- pomyślała. Oddałaby pół życia, żeby ukochany braciszek żył jeszcze, bo pamięć o jego samotnej, samobójczej śmierci, była dla niej niekończącym się cierpieniem. Naraz przypomniała sobie ze wstydem, że właśnie tego dnia było świętego Jana Jałmużnika - imieniny Jasia! Postanowiła, że zaraz po spotkaniu z przedstawicielem konsulatu, pójdzie do Katedry i zamówi nabożeństwo za spokój jego męczeńskiej duszy. Przed trzema laty, dzisiaj miał się odbyć jego ślub, lecz tej nocy wybuchło powstanie.
 Odpędziła od siebie ponure myśli, skupiając uwagę na stojących opodal dorożkach. Obserwowała je bacznie i dostrzegła, że wąsaty, zamaszysty dorożkarz, otulony po czubek nosa w kożuch, urządził sobie na koźle śniadanie i nie bierze gości. Kilka osób odeszło, pomstując z oburzeniem. Dorożka miała numer 5!
 Naraz uderzyły wszystkie dzwony. Było południe i rozdzwonił się zegar na wieży Zamku. Punktualnie, wraz z ostatnim uderzeniem zegara, Nina wyszła ze swojej kryjówki i pewnym krokiem podeszła do dorożki. Śmiało wsiadła do krytego budą wnętrza powozu. Dorożkarz obejrzał się nieznacznie.
- Pani Klonowiecka? - zapytał szeptem.
- Tak, to ja.
Momentalnie skończył się posilać i bez słowa ruszył przed siebie. Buda była wysoko podniesiona i Nina wtuliła się w kąt, aby jak najmniej zwracać na siebie uwagę. Jechali przez wąskie uliczki Starego Miasta, kierując się ku wsi Mokotów. Pusto tam było, tylko wiatr szumiał w przydrożnych chaszczach. Wtem dorożkarz wstrzymał konia, a do powozu lekko wskoczył mężczyzna, ubrany z nienaganną elegancją londyńskiego dandysa. Był w średnim wieku, siwiejący na skroniach, szczupły i zgrabny. Usiadł obok drżącej z zimna i zdenerwowania Niny i uchylił cylindra, składając jej ukłon z wyszukaną grzecznością.
- Mam zaszczyt rozmawiać z panią hrabiną Klonowiecką? - odezwał się po angielsku.
    Przytaknęła ruchem głowy, bo nagle wszystkie angielskie słówka uleciały jej z pamięci.
- Milady1, jestem James Bradley, sekretarz konsulatu Królestwa Wielkiej Brytanii.- przedstawił się, ściskając podaną sobie rękę.- Nareszcie! Poszukujemy pani od trzech lat. Nie tylko my, ale i ambasada francuska oraz amerykańska. Wynajęto nawet kilku detektywów, ale bezskutecznie. Władze rosyjskie poinformowały Francuzów, że zmarła pani na zapalenie opon mózgowych w 1863 roku. Musimy się prędko porozumieć, gdyż nikt nie może widzieć mnie z panią.
    Nina krótko streściła swoje dzieje i wspomniała o kłopotach z żandarmerią.
- Wiadomo nam o tym. - żywo potwierdził Bradley. - Poszukiwaliśmy pani bezskutecznie w Księstwie Poznańskim, lecz władze pruskie przedstawiły nam dowody, iż pan Alfred Nałęczowski i jego małżonka zmarli, a ich jedyna córka wyjechała w niewiadomym kierunku. Ślad się urywał. Dopiero konsulat francuski, mający dobrych informatorów odkrył, że przebywa pani w guberni radomskiej. Poszliśmy tym śladem i wtedy się okazało, że wyszła pani za mąż, owdowiała i zmarła w Bodzentynie. Byliśmy w kłopocie, bo policja na każdym kroku utrudniała nam poszukiwania. Nasi ludzie bywali zatrzymywani i zawracani z drogi. Jeden z detektywów, zupełnie przypadkowo odkrył, że miała pani siostrę cioteczną, mieszkającą w Wielkim Księstwie Poznańskim. Natychmiast tam pojechaliśmy. Siostra pani oświadczyła, że pani Klonowiecka żyje, mieszka w Radomiu i jest pod nadzorem żandarmerii, uniemożliwiającej jej kontakt listowny z rodziną. Wysłaliśmy do Radomia naszego człowieka, ale nie dopuszczono go do pani, a nawet osadzono na kilka dni w areszcie, gdy odmawiał odpowiedzi na ich pytania. Postanowiliśmy więc czekać, aż pani sama postara się nawiązać z nami kontakt.
- Teraz rozumiem, dlaczego żandarmeria tak mściła się na mnie. - przerwała mu Nina. - Pan wybaczy, lecz oddaliście mi panowie prawdziwie niedźwiedzią przysługę. Waszym staraniom zawdzięczam aresztowanie w przeddzień ucieczki z kraju, tortury i ciągłe zagrożenie, że zostanę osadzona w Cytadeli i zesłana.
    Oczy Bradleya zaokrągliły się ze zdumienia.
- Najmocniej przepraszam, milady, nic o tym nie wiedzieliśmy. Zarazem wyrażam wielką radość, że nareszcie się spotykamy. Nawet nie wyobraża pani sobie, z jaką niecierpliwością jest pani oczekiwana za granicą. Ale z tymi torturami to już lekka przesada, prawda ? Tak pięknych i wysoko urodzonych kobiet przecież się nie bije.
- O, zapewniam pana, że wtedy nie wyglądałam pięknie. Zakrwawiona, z podbitymi oczami i spuchniętym nosem od uderzenia pięścią. - uniosła pasmo włosów i pokazała mu szeroką bliznę na czaszce, powstałą na skutek uderzeń głową o ścianę. - Bito mnie codziennie pytając, kto mnie poszukuje. A ja przecież o niczym nie wiedziałam.
    Anglik ujął jej dłoń i ucałował.
- Bito panią przez nas? Jest mi niewypowiedzianie przykro. Proszę o wybaczenie.
     Nina była zniecierpliwiona, pragnąc nareszcie doczekać się rozwiązania tej tajemniczej sprawy. Zauważywszy jej podniecenie, Bradley uśmiechnął się dyskretnie.
- Pozwoli pan, że przestaniemy bawić się w kotka i w myszkę.- przeszła stanowczo do rzeczy.- Proszę darować sobie te grzecznościowe frazesy i ujawnić, kto tak usilnie mnie poszukuje?
- Szuka pani bliski krewny.
    Nina z zawiedzioną miną opadła na poduszki powozu.
- To oczywista pomyłka!- oświadczyła, zrozpaczona doznanym zawodem.- Ja nie mam żadnych krewnych, prócz ciotecznej siostry. Tyle starań, cierpienia i... pudło! - miała ochotę zgrzytnąć zębami z wściekłości.
- Pani hrabina się myli.- powiedział Anglik zdecydowanym tonem.- Pomyłka jest wykluczona. Poszukuje pani hrabiny, pan Leon Kazimierz Nałęczowski, rodzony brat pani ojca, a więc pani stryj.
- Stryj Leon? Przecież on od wielu lat nie żyje! - zawołała, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszała.
- Żyje, jest obywatelem amerykańskim i wszelkimi sposobami poszukuje swej bratanicy.
- Wprost nie mogę w to uwierzyć.- Nina była taka zła, że tylko resztkami dobrego wychowania powstrzymywała się, żeby nie zakląć głośno i brzydko.- Stryj od lat wcale się nie odzywał, pozwalając memu ojcu wierzyć, że zginął marnie. A tatuś tak się martwił o niego. Stryj Leon był starszym bratem ojca i mieszkał w rodzinnym majątku Krasna Góra, zaś mój ojciec, po ślubie przeniósł się do Jaśminowa, posagowej wsi matki. Ja tego nie pamiętam, bo wtedy jeszcze nie było mnie na świecie, ale opowiadała mi niania, że stryj podobno jeździł do Paryża jako emisariusz, przewożąc tajne dokumenty. Został zatrzymany przez carską policję i skazany na dożywotnią katorgę. Stryj nigdy nie dał znaku życia i więcej o nim nie słyszeliśmy.
   Pan Bradley usiadł wygodnie, musnął wąsa i kazał dorożkarzowi zawracać ku miastu. Ujął dłoń Niny i zamknął ją w uścisku. W jego aksamitnym spojrzeniu pojawiła się tęsknota, będąca jej zdaniem, wcale nie na miejscu. Pochwyciwszy jego spojrzenie, mimo woli zarumieniła się lekko. "Ależ z niego kokiet!"- pomyślała przyznając, że choć już niemłody, nadal jest atrakcyjnym mężczyzną.
- Milady, bez wątpienia mówimy o tej samej osobie.- Bradley zniżył głos do szeptu. - Stryj pani miał burzliwe losy. Kilka lat spędził w głębi Rosji, ale udało mu się zbiec z katorgi i dostał się do Francji. Nie dawał znaku życia obawiając się, że zemsta władz dosięgnie jego rodzinę. Nadał był bardzo aktywny i wyjeżdżał nawet na Bliski Wschód, pracując nad utworzeniem polskiego legionu.
- To brzmi jak powieść przygodowa. - zauważyła Nina.
- Rzeczywiście. Ale potem rozczarował się do swych rodaków i wyemigrował do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Polował na bizony, szukał w Kalifornii złota i walczył o przyłączenie Teksasu do Stanów. Ciężko ranny w wojnie meksykańskiej, otrzymał w nagrodę od rządu amerykańskiego, wielki kawał ziemi w Arizonie. Ożenił się z Polką i miał dwoje dzieci. Jednak stracił całą rodzinę w czasie strasznej epidemii żółtej febry, jaka nawiedziła Nowy Orlean w 1853 roku, gdzie właśnie pani krewni przebywali. Po raz drugi nie założył rodziny i jeszcze przed wybuchem powstania, zwrócił się do ambasady amerykańskiej, brytyjskiej i francuskiej z prośbą, o odszukanie rodziny w Polsce.
- To stryj nie wiedział, że ojciec i matka nie żyją, a nasz Jaśminów zagarnęli Prusacy?- zdziwiła się Nina.
- Oczywiście, że nie wiedział o niczym. Powiadomiliśmy go, że pozostała mu tylko bratanica. O, będzie zachwycony, ujrzawszy taką piękną kobietę. Stryj sądzi, że jest pani dzieckiem!
- Doprawdy, jestem zbulwersowana. - powiedziała w zamyśleniu. - Więc jednak stryj Leon żyje...
- Tak. Jest starszym panem, bardzo schorowanym i ciężko dotkniętym przez los. Resztę życia pragnie spędzić przy kimś najbliższym. - urwał i spojrzał na nią badawczo. - Czy zdecyduje się pani na wyjazd do Ameryki?
    Nina wydała lekki okrzyk, nie spodziewając się usłyszeć takiej propozycji.
- Do Ameryki? Nie, to wykluczone! Jankesi podobni są do Prusaków i Moskali. Mordują nieszczęśliwych Indian i zabierają im ziemię. Nie znoszę Jankesów! - oznajmiła ostro. - Poza tym, obawiam się węży i uważam, że Ameryka nie nie jest krajem odpowiednim do osiedlenia się dla damy!
    Bradley zaśmiał się.
- Gdybym wiedział, że spotkam takiego anioła, wybrałbym się do tego Radomia osobiście! Pani hrabina jest czarująca, ale zapewniam panią, że prócz grzechotników i Indian, spotka pani w Ameryce ogromne miasta, a w nich wspaniałe rezydencje, teatry i sale balowe. Piękność pani rozbłyśnie tam jak drogocenny klejnot. O, jaka szkoda, że nie wybiera się pani do Anglii, bo rzuciłaby pani Londyn na kolana.
    Nina nieznacznie wzruszyła ramionami. Wprawdzie komplementy Anglika nie były jej niemiłe, bo dawno ich nie słyszała, ale teraz miała ważniejsze sprawy na głowie.
- Kto wie, może będę i w Londynie, jednak najpierw muszę wydostać się z kraju, bo tu ciągle grozi mi więzienie i zesłanie. Miałam nadzieję, że panowie ułatwicie mi ucieczkę.
- Bezwarunkowo.- zapewnił ją Bradley.- Właśnie w tym celu musimy spotkać się raz jeszcze.
- To zrozumiałe. Ale ja nie jestem sama, mam nianię, która zastępowała mi matkę oraz przyjaciółkę i bez nich nie wyjadę.
- Ach, to żaden problem.- odparł swobodnie. - Poproszę o nazwiska i wiek tych pań, a jutro dostarczę pani odpowiednie dokumenty. Czy te panie znają języki obce?
- Tak. Niania zna doskonale język niemiecki, a panna Mira włada biegle rosyjskim i francuskim.
    Anglik skrupulatnie zanotował podane informacje i schował notes do kieszeni.
- Stryj pani spodziewa się od nas wiadomości. Co mamy mu przekazać?
    Nina postanowiła postawić sprawę jasno.
- Proszę mu donieść, że marzę o poznaniu najbliższego krewnego i pragnę zaopiekować się nim jak córka, ale wykluczam wyjazd poza Europę. Muszę zamieszkać we Francji do czasu, aż załatwię wszelkie formalności majątkowe. W przyszłości zamierzam osiedlić się w Galicji. Chcę żyć i umrzeć w mojej ojczyźnie.
    Bradley nie krył zawodu jej decyzją.
- Trudno.- westchnął.- Mam jednak nadzieję, że zmieni pani zdanie. Wczoraj depeszowaliśmy do pana Nałęczowskiego, że udało się nam nawiązać z panią kontakt. Obawiam się, że pani decyzja mocno go rozczaruje. Mówiąc między nami, pan Nałęczowski znajduje się na czarnej liście służb specjalnych Rosji. Proszę nikomu o nim nie wspominać.
- Depeszowaliście panowie do Ameryki? - Nina wysoko uniosła brwi.
- Nie, stryj pani przebywa obecnie w Calais we Francji.
- Ależ to zmienia postać rzeczy!- ożywiła się Nina. - Kiedy tylko wydostanę się z kraju, z całą pewnością spotkam się z nim. Proszę stryja zawiadomić, że przyjadę do Calais.
- Doskonale. W takim razie do zobaczenia jutro, o tej samej porze i w tym samym miejscu.
   Dorożka zatrzymała się na rogu Alei Jerozolimskich i Nina wyciągnęła do niego rękę.
- Miło mi było poznać pana i dziękuję za wszystkie starania.
- Do zobaczenia, milady.- Bradley złożył na jej dłoni pocałunek i wysiadł. Stojąc na chodniku, raz jeszcze się ukłonił.
    Nina poprosiła dorożkarza, żeby wysadził ją w pobliżu Katedry. Przechodząc obok sklepu zegarmistrzowskiego, przekonała się ze zdumieniem, że jest dopiero godzina druga po południu. Idąc w kierunku Krakowskiego Przedmieścia, rozmyślała o rozmowie z Bradleyem. W głębi duszy była bardzo zawiedziona tak prozaicznym rozwiązaniem tajemniczej sprawy. Wyobraźnia podsuwała jej najbardziej nieprawdopodobne warianty, tymczasem wyjaśnienie dręczącej ją zagadki, okazało się całkiem proste. Odniosła wrażenie, że odarto ją z marzeń.
     Ze stryjem nie łączyły jej żadne wspomnienia. Za to z jego winy doświadczyła tyle cierpienia, że raczej nie była mu za to wdzięczna. Nigdy nie dał znaku życia i zapewne nie tęsknił za rodziną w Polsce, zajęty swoimi sprawami. Przyszło jej na myśl, że być może, stryj jest obecnie ubogim, chorym i niewątpliwie zgorzkniałym człowiekiem, z którym trudno jej będzie nawiązać serdeczniejszy kontakt. Jeżeli stryj Leon zgodzi się pozostać w Europie, to ona najchętniej nim się zaopiekuje, ale do Ameryki nie pojedzie za żadne skarby świata. Tak naprawdę, wcale nie pragnęła stryja poznać. Jednakże będąc osobą rzetelną, poczuwała się do więzów rodzinnych i mając uczciwą naturę uważała, że należy wywiązywać się z obowiązków rodzinnych. Kiedy dostanie się już do Francji, spotka się ze stryjem i podzieli z nim wszystkim, co będzie posiadała.

Paryż  Luwr.
Celem jej podróży był Paryż! We Francji czekał na nią majątek w bankach i spokojne, dostanie życie. We Francji przebywał Tomek, przybrany syn Aleksa, o wiele bliższy jej sercu, od nieznanego stryja. Zamierzała zabrać go do siebie i stworzyć mu prawdziwie rodzinny dom. Była Europejką z krwi i kości, a z kraju wyjeżdżała z największym żalem, pragnąc być jak najbliżej swej ojczyzny. Tylko we Francji będzie czuła się znośnie, gdyż po rozbiorach i powstaniach, kraj ten stał się tradycyjnie dla Polaków drugą ojczyzną. W stolicy Francji, arystokracja polska posiadała wspaniałe rezydencje, a polskie środowiska emigracyjne, z religijną czcią kultywowały tradycje narodowe. Zresztą Paryż był stolica świata, wyrocznią mody, nauki i sztuki. Marzyła też, że może kiedyś uda się jej odkupić Maków i powrócić do domu. Ta myśl nie opuszczała jej nawet we śnie. Ameryka była, jej zdaniem, krajem zbyt odległym i mało cywilizowanym, żeby się tam osiedlić. Zresztą niedawno zakończyła się w tam długa, bratobójcza wojna. O nie, nigdy nie wyjedzie do Ameryki, choćby obiecywano jej góry złota. Stryj potrzebuje zapewne osoby do prowadzenia domu, w jakimś dzikim, odległym od świata zakątku. Potrząsnęła głową i wzdrygnęła się, czując dotkliwy chłód.
W Katedrze zamówiła nabożeństwo żałobne. Wręczając księdzu datek, poprosiła o modlitwę za duszę tragicznie zmarłego Jana, nie wspominając, że poległ w postaniu. Ale ksiądz domyślił się tego i obiecał, że całą mszę wieczorną poświęci zmarłemu. Pieniędzy nie przyjął prosząc, by rozdała je ubogim, oczekującym na wsparcie. Nina wyszła z kościoła wzruszona. Nie była pewna, czy modlitwy pomogą duszy Jasia na drugim świecie zakładając, że taki świat istnieje. Jednak nic więcej zrobić dla niego nie mogła. Zdawała sobie sprawę, że jej rozumowanie jest niekonsekwentne, lecz wolała nie zagłębiać się w dywagacje teologiczno-filozoficzne.
Powracając na Powiśle, przystawała przed wystawami sklepowymi, podziwiając znajdujące się tam piękne stroje balowe oraz wytworne dodatki toaletowe: wachlarze, rękawiczki, pióra i koronki. Już nie pamiętała, że w Makowie przebierała się trzy razy dziennie, ponieważ inna suknia przewidziana była przed południem w domu, inna na spacer, a jeszcze inna wieczorem do kolacji. Obecnie posiadała trzy sukienki kupione u Żyda na targowisku i nosiła je latem i zimą aż do zdarcia.

Krynolina z II poł. XIX wieku.
    Westchnęła i ze spuszczona głową powędrowała do domu. Resztę czasu spędziła pisząc list do stryja. Poźniakowie przychodzili z pracy dopiero pod wieczór, sama więc zjadła trochę rosołu z makaronem i żeby ich nie niepokoić napisała, że idzie do Katedry na mszę. Narzuciła na siebie płaszcz, chustę i wymknęła się z domu. Nad miastem, po zachodniej stronie, zapalały się purpurowe zorze. Wyżej, na bezchmurnym niebie świeciły gwiazdy. Wieczór był bardzo mroźny. Prędko przemknęła wąskimi uliczkami Powiśla, z dala omijając podejrzane spelunki. Odetchnęła, wychodząc na oświetlone ulice Śródmieścia. W Katedrze nabożeństwo jeszcze się nie rozpoczęło, lecz kościół pełen był już ludzi. W kaplicy Baryczków, gdzie niegdyś brała ślub, znalazła wolny kącik. Usiadła na stopniu ołtarza, przypominając sobie, że klęczała tu u boku ukochanego. Na chórze zagrały organy i jakiś czysty, młodzieńczy głos zaśpiewał starą pieśń:
                                               Zdrowaś bądź Maryja, Niebieska lilija,
                                               Panu Bogu miła, Matko litościwa;
                                               Tyś jest nasza ucieczka, Najświętsza Maryja.
                                               Maryja wielebna, ukaż drogę pewną,
                                               Przykazania Twego Boga Wszechmocnego,
Onci wszystka nadzieja, zbawienia naszego. . Odmówiła modlitwę za duszę Jasia, rozglądając się po kaplicy. Wydało się jej, że minęły wieki od chwili, gdy mąż wsunął jej na palec złotą obrączkę ślubną. Zasłoniła twarz dłońmi i pragnęła zapłakać, ale łzy nie napłynęły jej do oczu. Tak wiele zmieniło się od tego cudownego dnia, a ona nie była już tą naiwną, beztroską i zakochaną panną, oczekującą od życia miłości i szczęścia. Miała złamane serce i już żadna miłość jej w życiu nie czekała. Przy głównym ołtarzu, ksiądz wezwał wiernych, do modlitwy za duszę zmarłego tragicznie Jana. Podniosła głowę i utkwiła wzrok w wizerunku Ukrzyżowanego, który błogosławił ich przysiędze małżeńskiej. Na ołtarzu płonęły świece, obok wazonów pełnych róż i białych lilii. Chrystus zdawał się unosić w obłoku świateł i woni kwiatów.
Warszawa Stare Miasto.
     Wyszła z kościoła pełna bolesnych wspomnień. Na Placu Zamkowym spojrzała w okna dawnego mieszkania Borutyńskich, jakby spodziewała się, że za szybą ujrzy słodką twarz cioci Salomei i jasną głowę Jasia. Ale okna były ciemne.

1Milady - tytuł nadawany arystokratycznym damom.

piątek, 28 października 2016

W WARSZAWIE.


28 października 2016 r.
    Blade promienie zimowego słońca lśniły na śnieżnej pokrywie, a niespokojne porywy wiatru, unosiły w powietrzu pojedyncze białe płatki. Na poboczach drogi stały nagie, rosochate wierzby, z każdym rokiem coraz bardziej pochylone przez burze i wichury, przypominając przygięte do ziemi stare, garbate wiedźmy. Na razie podróż przebiegała spokojnie.
    Na rogatkach nikt specjalnie nie przyglądał się pokojówce towarzyszącej swojej pani. Najbardziej przykre były mrozy wciskające się do wnętrza pojazdu. Obie damy nakrywały się pledami i futrami, tuląc się do siebie, ale i tak przejmujące do kości zimno dawało się im we znaki. Trzeba było częściej robić niezamierzone postoje, zatrzymując się w gospodach i zajazdach, żeby ogrzać się nieco, zadbać o przemarzniętego stangreta i konie. Przez to podróż przedłużyła się o całe dwa dni.

    Na rogatce w Piasecznie, młody żołnierz sprawdzający zawartość kufra skorzystał z momentu, kiedy panna służąca miała obie ręce zajęte pudłem z kapeluszami, i figlarnie uszczypnął dziewczynę w jędrny pośladek. Spodziewał się pisku, dziewczyńskiego chichotu i oniemiał, kiedy dziewczyna spokojnie odłożyła pudło, a następnie zamachnęła się, wymierzając mu siarczysty policzek. Jadwiga zdrętwiała z przerażenia, a zaskoczony flirciarz, spojrzał z szacunkiem na pokojówkę i odsunął się na przyzwoitą odległość.
- Izwinitie. Od takiej krasawicy nie wstyd i po mordzie dostać.- oświadczył z krzywym uśmiechem, przykładając dłoń do czerwonego policzka.
Rogatka rosyjska.
    Nareszcie na horyzoncie ukazały się małe domki, dworki i rzadkie kamienice przedmieść Warszawy. Niebo zasnuły dymy z fabrycznych kominów, nad dachami domów wznosiły się strzeliste wieże kościołów. Dzień był styczniowy, pochmurny i mroźny, a od Wisły wiał lodowaty wiatr. Kareta sunąc płozami po drewnianych kostkach ulicy, zaledwie zakrytych cienką warstwą rozjeżdżonego śniegu, wolno wjechała w ulice miasta. Drzemiąca w kącie powozu Jadwiga przebudziła się, ziewnęła i przeciągnęła ścierpnięte plecy.
- No, nareszcie w Warszawie!- odezwała się, wyglądając przez okno.- Dokąd mam cię podwieźć, Nino?
- Wysiądę przed Dworcem kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Tam policja zwraca mniejszą uwagę na przybyszów, a w pobliżu jest postój dorożek.
- A może jednak zawieźć cię pod dom panny Gousselin?
- Nie, dziękuję, Jadziu. I tak wiele dla mnie zrobiłaś. Nie martw się, poradzę sobie, bo znam Warszawę.
- Cóż, ty decydujesz. - panna Wąsocka wydała stangretowi stosowne polecenia.
    Kareta ruszyła, przeciskając się przez zapchane wozami i saniami ulice.
- Ależ tu ruch, jakie ciężkie powietrze....- skrzywiła się Jadwiga. - Nie ma to jak wieś!
- Wkrótce sama zamieszkasz w mieście, więc musisz się przyzwyczaić..
- Słusznie, lecz w małym i ślicznie położonym miasteczku. Artur miał propozycję pracy aż na granicy z Mołdawią, ale rozmyślił się i przyjął posadę w Stryju. W przyszłości mamy zamiar przenieść się do Lwowa.
- Kto wie, może i ja kiedyś osiądę w Galicji? Podobno majątki ziemskie są tam tanie. O, to już Aleje Jerozolimskie!
Dworzec Warszawsko-Wiedeński.
    Przerwały rozmowę, bo kareta zajechała przed okazały budynek dworca kolei żelaznej. Panował tu duży ruch, bo co chwilę zajeżdżały sanie, dorożki i powozy, wiozące podróżnych oraz wojskowe furgony, załadowane rozmaitym sprzętem i eskortowane przez uzbrojonych żołnierzy. Przed budynkiem stacyjnym roiło się od policjantów i wojska. Na placu stał w dwuszeregu pluton     żołnierzy obarczonych bronią i gotowych do załadowania się do wagonów. Przed frontem przechadzał się podoficer, mierząc swój oddział groźnym wzrokiem.
     Jadwiga rozejrzała się i zbladła.
- Jezus Maria, jakże ja zostawię ciebie tu samą? - wyszeptała płaczliwym tonem. - Bez dokumentów i niepewną jutra. Namyśl się Nino, może jednak pojedziesz ze mną, a wracając zastanowimy się ponownie, jak można skontaktować się z konsulatem.
    Nina nerwowo przełknęła ślinę i poczuła, że w żołądku ma lodową kulę. Ze strachu zaledwie mogła oddychać. Łatwo było planować wyprawę w czterech ścianach ciepłego pokoju, lecz zupełnie co innego, ostać się samotnie w wielkim i obcym mieście. Nie miała już własnych apartamentów, gdzie mogła poszukać schronienia i zdana była tylko na siebie, oraz na łaskę i niełaskę losu. Przez jedną krótką chwilę miała szalona ochotę, by zgodzić się na propozycję Jadwigi i ruszyć z nią w dalszą drogę. Zaraz się jednak opamiętała.
- To niemożliwe, Jadziu. Muszę sama wszystko załatwić, aby jak najszybciej wrócić do domu. Znam miasto, bo mieszkałam tu dłuższy czas. - uśmiechnęła się i przybrała minę zucha. - Mam tu przyjaciół, którzy zajmą się mną.
- A jednak jestem o ciebie bardzo niespokojna. - Jadwiga sięgnęła do torby i wyjęła z niej butelkę wina i dwa kieliszki.- Wypijmy za twoje plany, Nino.- powiedziała, wznosząc kieliszek do góry. - Obyś osiągnęła wszystko, co zamierzyłaś. A teraz powtórz raz jeszcze, kiedy i gdzie mamy się ponownie spotkać żebym, broń Boże, czegoś nie pokręciła.
- A więc kochanie, spotkamy się od dziś, za tydzień w Wilanowie. Zatrzymaj się w gospodzie, przy drodze do pałacu. Jeżeli do tego czasu nie uda mi się nic załatwić, zostawię tam dla ciebie wiadomość, a ty powiadomisz nianię, że nadal jestem w Warszawie.
    Niebieskie oczy Jadwigi aż pociemniały z niepokoju. Prędko zamrugała powiekami.
- A...jakby żadnej wiadomości nie było, a ty byś na mnie nie czekała?- wyszeptała i zaniosła się kaszlem, żeby ukryć drżenie głosu.
    Nina westchnęła.
- W takim razie, jedź prosto do Radomia i powiedz niani, że już nie wrócę. Poproś Tadeusza, niech zaopiekuje się nianią i Mirą, i postara się wysłać je do Bini. Powiedz niani i Mirze, że bardzo je kochałam.
- Chryste! - Jadwiga nie spuszczała z niej przerażonych oczu.- Nino, mam nadzieję, że wiesz co robisz!
- Nie mam wyboru, moja droga. Dziękuję ci, Jadziu, za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Jestem ogromnie ciekawa, jak zachowają się twoi przyszli teściowie, ujrzawszy zajeżdżającą karetę i wysiadającą z niej damę!
Jadwiga miała niewyraźną minę.
- No, nie wiem... Artur ostrzegał mnie przed nimi, muszę uważać na każde słowo. Och, spędzę tam najwyżej godzinę. Jadę, aby pożegnać naszych krewnych przed wyjazdem do Galicji, bo zapewne nigdy więcej się nie zobaczymy.
- Czas na mnie, Jadziu.
- Niech cię Pan Bóg błogosławi i ustrzeże od złego. Z serca życzę ci szczęścia. Mimo wszystko, jestem pewna że spotkamy się w Wilanowie.
    Ucałowały się jak siostry, nie kryjąc wzruszenia. Nina wzięła swój tobołek z miejską odzieżą i nie okazując ogarniającego ją strachu wysiadła, zapomniawszy zabrać paczki z żywnością. Posłała Jadwidze całusa i stanęła na chodniku zasypanym śniegiem. Kiedy kareta wolno ruszyła, panna Wąsocka długo wyglądała przez okno, śledząc wzrokiem jej drobną postać w wielkiej chuście narzuconej na ramiona, stojącą samotnie na placu. Odjeżdżając, Jadwiga nie mogła pozbyć się wyrzutów sumienia, że zostawiła ją samą w tym wielkim i niebezpiecznym mieście.
XIX-wieczna Warszawa.
   
Nina także odprowadzała wzrokiem odjeżdżającą karetę. Teraz zdana już była tylko na własne siły i musiała samotnie zmierzyć się z przeznaczeniem. Weszła do sali dworca i stanąwszy przy oknie, obserwowała przepływający tłum. Krótki dzień styczniowy właśnie się kończył i zapadł zmrok. Na ulicach stróże zapalali latarnie gazowe i rzędy świateł rozbłysły wzdłuż chodników. Świeciły się oświetlone gazem witryny sklepów. Z dala dobiegł gwizd odjeżdżającego pociągu. Ten odgłos przypomniał jej tragiczne chwile pożegnania z Emilką i ciocią Salomeą na Dworcu Petersburskim i na to wspomnienie, ogarnęło ją jeszcze większe przygnębienie. Stojąc w tej wielkiej hali, poczuła się naraz ogromnie samotna i zwątpiła w szczęśliwe zakończenie swej podróży. Zaczęła się bać! Nagle świat wydał się jej jakąś złowrogą otchłanią, gotową ją pochłonąć, a każdy przechodzień wrogiem.    
    Nachodziły ją wspomnienia pełne żalu, o szczęśliwych czasach narzeczeństwa, kiedy to Warszawa wydawała się jej przedsionkiem raju. Starała się odegnać przykre myśli, pocieszając się, że jutro znajdzie się w pięknym, dużym mieszkaniu mecenasa Porzyckiego na Miodowej, a on poradzi jej, jak dać znać o sobie konsulatowi brytyjskiemu. Nie było sensu stać na dworcu i narażać się na zaczepkę jakiegoś żołnierza, lub nawet policjanta. Postanowiła natychmiast wsiąść do dorożki i pojechać do panny Emilii Gousselin. Westchnęła z ulgą, wyobraziwszy sobie, że za chwilę znajdzie się w przytulnym saloniku panny Emilii i napije się gorącej czarnej herbaty od Istomina, jaką zawsze piła pani przełożona. Uznała, że najwyższy czas ruszyć się z miejsca, żeby nie ściągnąć na siebie czyjejś uwagi i nie napytać sobie biedy. Otuliła się szczelnie chustą, wspominając z goryczą czasy, kiedy nosiła futra z soboli i gronostajów, na które mąż garściami wyrzucał pieniądze, bardzo dumny, że żona tak pięknie w nich wygląda.
    Rozglądając się podejrzliwie, wyszła z dworca i zamyślona szła przed siebie, słuchając jak śnieg skrzypi pod jej stopami. Potrącił ją przechodzący tragarz, obarczony stosem pakunków i zaklął głośno, a ona przyśpieszyła kroku i podeszła do postoju dorożek. Wsiadła do pierwszej z brzegu, a kiedy stary dorożkarz odwrócił się ku niej żeby usłyszeć adres, odezwała się zadyszanym głosem:
- Proszę jechać do Żelaznej Bramy, potem będzie taka mała uliczka. Nazywa się Zatyłki! - zaśmiała się mimo woli pamiętając, ile razy pensjonarki stroiły sobie żarty z tej nazwy.
- Na Zatyłek? - upewnił się dorożkarz. - No, niechże będzie. A ma panna pieniądze, bo ja za darmo nie wożę.
- Jeżeli wam nie odpowiada moje polecenie, przesiądę się do innego powozu!- ofuknęła go ostro, zupełnie zapominając o swoim wiejskim przebraniu.   Odezwała się tym wyniosłym tonem, jakim zwracała się zwykle do nieznajomych, próbując w ten sposób ukryć wrodzoną nieśmiałość.
    Ten ton, zupełnie niestosowny w ustach prostej wiejskiej dziewczyny, wydał się dorożkarzowi mocno podejrzany. Ale był to rodowity warszawiak, przyzwyczajony do najdziwniejszych pasażerów. Byle dziewczyna zapłaciła, reszta nie obchodziła go wcale.
- Jak sobie panna chce. Wio, maluśka! - cmoknął na konia i pojechali.
    Spod podniesionej budy, Nina uważnie obserwowała wieczorny ruch uliczny. Przechodniów śpieszących do domów, świątecznie przystrojone wystawy sklepów, pełne karnawałowych ozdób. Przebywając przez kilka lat na pensji, Nina polubiła Warszawę. Podziwiała ją w okresie przedpowstaniowym, kiedy stolica rozbudowała się i wypiękniała. Teraz jednak, po klęsce powstania, pomimo karnawału, miasto czyniło przygnębiające wrażenie, przytłoczone ilością wojska, służb specjalnych i policji. W saniach i mijających ich karetach, rozpierali się rosyjscy oficerowie. Ulicami przeciągały patrole kozackie, a przechadzający się po chodnikach stójkowi, zaglądali przechodniom w twarze.
- A bodaj cię! - warknął dorożkarz, gdy wielki wojskowy furgon otarł się mocno o powóz, zdzierając lakier.
- Widać, czują się tu zupełnie jak u siebie.- zauważyła nieostrożnie Nina, ponownie zapominając o roli wieśniaczki.
- E, panna nietutejsza, to nie wie, cośmy tutaj przeżyli. Niby bitew w mieście nie było, ale tak nas przydusili, że człowiek nawet boi się oddychać. Spokoju nie ma ani we dnie, ani w nocy, bo wszędzie węszą i za lada słowo zamykają do Pawiaka albo do Cytadeli. A drożyzna!.... A panna to niby skąd?
- A spod Kielc. - Nina zaciągnęła gwarowo, przypomniawszy sobie, że nosi strój chłopki z Gór Świętokrzyskich.
- Pewnie na wsi to tera łatwiej żyć, jak w mieście, co? Chociaż tych burków nie widujecie na każdym kroku. Ej, może lepiej żeby panna ostała się w chałupie, zamiast tłuc się taki kawał drogi.
- Nie, bo jedno państwo chcą mnie przyjąć do obowiązku.- pisnęła cienko, niezadowolona z jego ciekawości.
   Jezdnie nie były w stolicy nigdy sprzątane i jazda po nich wydała się jej wymyślną torturą. Dorożka tak trzęsła na warstwach zlodowaciałego śniegu, że Nina musiała pilnować języka, żeby go sobie nie przeciąć zębami. Skręcili w Senatorską, przejechali przez Plac Teatralny, aż do placu Napoleona i znaleźli się przy Żelaznej Bramie. Naturalnie, nazwy ulic były częściowo zruszczone i tylko niektóre nosiły jeszcze dawne, polskie nazwy pisane zresztą cyrylicą. Dorożkarz skręcił w małą uliczkę i zatrzymał się przed znanym Ninie domem.
- No to przyjechaliśmy. - oznajmił, oglądając się na swą pasażerkę.
   
    Nina wstała i stanąwszy na stopniu powozu, przypatrywała się domowi zdziwiona, zastanawiając się, dlaczego jest on taki ciemny i cichy. Dawniej, nawet przez zamknięte okna, słychać było na zewnątrz dźwięki gam fortepianowych, chóralny śpiew i wesołe głosy dziewcząt. Ukochana panna Emilia, zwana przez pensjonarki pieszczotliwie"Goslinką", odnosiła się do swoich uczennic po przyjacielsku. Ale teraz dom wydawał się taki ponury, jakby wcale nie był zamieszkany. Nina niepewnym ruchem wysiadła z dorożki.
- Proszę nie odjeżdżać.- powiedziała, unosząc głowę i patrząc w ciemne okna na piętrze. - Sprawdzę, czy znajomi nadal tu mieszkają. - podeszła do drzwi i pociągnęła rączkę dzwonka.
    Odpowiedziało jej głuche milczenie. Zadzwoniła jeszcze kilka razy, postała chwilę przed drzwiami i bardzo zawiedziona wsiadła do dorożki.
- Tam nikogo nie ma. Może wyjechali. - szepnęła rozczarowana.
- A juści, wyjechali! Wielu wyjechało na amen i już nie wrócą.- mruknął pod nosem dorożkarz. - To gdzie tera panna każe, bo mnie niedługo czas do domu.
    Podała mu adres krewnych Setkowicza. Dorożkarz aż odwrócił się ku niej zdumiony.
- Chce panna jechać na Powiśle? - upewnił się, mierząc ją podejrzliwym spojrzeniem.- A czego panna tam szuka?
- Znajomi tam mieszkają. - odparła krótko i zamilkła.
    Tym razem dorożkarz stracił ochotę do gawędy i w milczeniu dojechali na miejsce. Krążąc po labiryncie wąskich, brudnych i śmierdzących uliczek, przystanęli wreszcie przed ponurym, odrapanym domem. Wielka, okrągło sklepiona brama, cuchnęła jak miejski szalet. Rozejrzawszy się, Nina miała szaloną ochotę, kazać dorożkarzowi natychmiast zawrócić, i uciekać z tego obrzydliwego miejsca. Pocieszała się myślą, że polecani przez Setkowicza krewni, pewnie już tutaj nie mieszkają. Po namyśle uznała, że trzeba jednak wysiąść z dorożki i spytać stróża o Poźniaków.
Stróż warszawski
    Dozorca, usłyszawszy turkot powozu, wyszedł z kamienicy i wsparty na brzozowej miotle, ciekawie przyglądał się dorożce, nigdy nie widywanej w tej dzielnicy nędzy. Nina skinęła na niego.
- Dobry człowieku, czy w tej kamienicy mieszkają państwo Poźniakowie?
Stróż podszedł bliżej, przypatrując się ze zdumieniem wiejskiej dziewczynie, przemawiającej do niego tonem wielkiej damy.
- Niby jak panna uważa?- odezwał się czystą warszawską gwarą ulicy, złośliwie mrużąc oczy.
- Czy tu mieszkają...- podjęła Nina, ale nie miała czasu żeby zaczęte zdanie dokończyć.
- Dla panny to ja nie jestem dobrym człowiekiem, tylko panem! - huknął stróż. - Patrzcie, państwo Poźniakowie! A mieszkają, mieszkają, tyle że już niedługo, bo za izbę nie płacą i gospodarz wyleje ich na zbitą mordę. Niech se panna sama ich szuka. Świat się kończy, garkotłuki derożkami ujeżdżają! Hrabina de Nędza! No, zjeżdżaj, marmuzelo, bo ci miotłą przyłożę!
   Obrażony, wszedł do bramy przeklinając pod nosem i więcej się nie pokazał. Nina niemile zaskoczona ordynarnym powitaniem, wyciągnęła z kieszeni woreczek z pieniędzmi i zapłaciła dorożkarzowi, dając mu hojny napiwek. Stary wpatrywał się w nią z domyślnym uśmiechem.
- A niechże wielmożna pani uważa na siebie.- ostrzegł ją szeptem. - Wiejskie dziewuchy w Warszawie nie jeżdżą powozami, nie wołają do siebie stróżów i nie dają napiwków. Jak się wchodzi miedzy wrony, trza krakać jak i one! Z Bogiem. - zaciął konia i prędko odjechał.
  
    Nina pozostała sama na ciemnej i pustej ulicy. Chwyciła tłumoczek z odzieżą i ruszyła ku bramie, zatykając nos chusteczką. Zaraz na wstępie, potknęła się o wysoki kamienny próg i runęła jak długa, tłukąc sobie boleśnie kolana i łokcie. Sycząc z bólu i stękając, podniosła się z trudem i macając przed sobą ręką, jak ślepiec, minęła bramę i wydostała się na podwórko, podobne do piętrowej wąskiej studni. Z niewidocznego nieba ciągle spływały białe płatki śniegu i wirując, osiadały na błotnistym podwórzu. Zatrzymała się zdezorientowana, nie wiedząc dokąd ma iść i w którą stronę się zwrócić. W pobliżu nie widać było żywej duszy, tylko w kilku oknach błyskały wątłe światełka świeczek. Stała nieruchomo, bojąc się zanurzyć w cuchnącą ciemność którejś z bram wiodących do oficyn kamienicy. Ogarnęła ją rozpacz. Pomyślała, że wzięła na siebie zadanie ponad siły i wściekała się na Setkowicza, że ośmielił się polecić jej ludzi, mieszkających w takiej ruderze. Zaraz jednak przeprosiła go w duchu ze skruchą, bo przecież on sam obracał się od dziecka, w świecie takiej właśnie nędzy, najuboższego proletariatu miejskiego. W stolicy, Powiśle cieszyło się bardzo złą sławą. Nawet policja i szpicle woleli je omijać, bojąc się zapuszczać w ciemne, wąskie uliczki, by nie dostać nożem w plecy i nie znaleźć się w zimnych nurtach Wisły. Tutaj nie groziła jej dekonspiracja i aresztowanie. Zacisnęła zęby i ruszyła zdecydowanie w stronę najbliższej bramy."Do diabła, muszę wziąć się w garść, nie mogę przecież sterczeć tu w nieskończoność!" - zbeształa sama siebie, zdenerwowana własnym mazgajstwem. Los uśmiechnął się do niej, bo z ciemnego wnętrza korytarza wyszła kobieta z wiadrem pełnym śmieci. Przerażona zbliżającą się do niej postacią, cofnęła się do tyłu.
- A czego to? - zawołała, podnosząc wiadro obronnym ruchem.
- Przepraszam.- odezwała się Nina słodkim głosem. - Czy możecie mi pokazać, gdzie mieszkają Poźniakowie?
    Uspokojona kobieta postąpiła krok naprzód i wytężając wzrok, obejrzała Ninę od stóp do głów.
- Dziecko, nie kręć się tu po nocy! A ci Poźniakowie, to dla ciebie kto?
- Krewniacy.- oznajmiła pokornie Nina. - Czy wskażecie mi ich mieszkanie?
- Pewnie. Chodźże ze mną, bo jeszcze ktoś ci krzywdę zrobi. Co za ludzie, żeby takiej młodej dziewusze nie wyjść naprzeciw. - oburzała się głośno kobieta, prowadząc stękającą z bólu i zmęczenia Ninę.
    Po zewnętrznych, skrzypiących drewnianych schodach, pnących się po ścianie domu i podobnych raczej do drabiny, weszły na drugie piętro. Kobieta skręciła w długi ciemny korytarz i zabębniła pięścią w drzwi na samym końcu, przy strychu.
- Poźniakowa! - wrzasnęła na całe gardło. - Krewniaczkę wam przyprowadziłam. No, tera to już radź sobie sama. - kiwnęła głową i odeszła, pokaszlując i klapiąc bosymi nogami.
    Klucz zgrzytnął w zamku i w szparze uchylonych drzwi, ukazała się twarz chudej, zabiedzonej kobiety. Spojrzała na Ninę z najwyższym zdumieniem.
- Czego tu chcecie? Nie znam was. - powiedziała, widząc na progu wiejską dziewczynę. Już zamierzała zatrzasnąć jej drzwi przed nosem, lecz Nina pospiesznie sięgnęła za stanik i podała jej list od Setkowicza.
- Przysłał mnie do was doktor Setkowicz.- oznajmiła, opierając się o framugę, bo nogi uginały się pod nią.
    Kobieta cofnęła się, nie spuszczając z niej oczu i ruchem ręki zaprosiła ją do środka małej ciemnej i zagrzybionej kuchenki, cuchnącej stęchlizną. Z nabożnym szacunkiem ujęła list w dwa palce.
- Antoś! - zawołała w głąb mieszkania.- Ktoś od Ignasia do ciebie. Ja tam nie umiem czytać pisanego, ale mój stary je uczony. - oznajmiła zakłopotana. - Niechże se panna przysiądzie.- wskazała jej krzesło, stojące przy drewnianym stole mocno pogryzionym przez korniki.
  Z ciemnej izdebki wyszedł wysoki mężczyzna, łysiejący na czubku głowy. Nie był stary, lecz bardzo zniszczony ciężką pracą i biedą. Zmierzył Ninę badawczym wzrokiem, wziął list rozdarł kopertę i przeczytawszy kartkę, lekko skinął głową.
- No, nie wiem czy tu będzie pani wygodnie.- odezwał się, nie okazując entuzjazmu niespodziewaną wizytą. - Ale faktycznie, fiołki tu nie zaglądają i na razie jest pani bezpieczna.
- Przepraszam, kto tutaj nie zagląda? - Nina wysoko uniosła brwi.
- No, fiołki, gliny, policaje, czy jak ich tam zwać. A to moja stara.- wskazał na kobietę. - E...chciałem powiedzieć, moja żona. - poprawił się prędko. - Lodzia, przyszykuj pani łóżko na stryszku i zagrzej herbaty. Cóż, bieda u nas, nawet nie mamy czym gościa poczęstować. Czarnego chleba pewnie pani nie lubi? - w jego głosie dosłyszała nutkę ironii.
    W tej ponurej, nędznej kuchence na poddaszu, jej postać nawet w wiejskim stroju, zachowała wytworność. Trzymała się nadzwyczaj prosto, głowę nosiła wysoko podniesioną, a spod grubej chusty wychylała się twarz o rysach aż wyrafinowanie pięknych i subtelnych. Nina usiadła na twardym, chwiejącym się krześle, odrzuciła chustę i odetchnęła z ulgą, postanawiając postawić sprawę jasno.
- Powinien pan wiedzieć, że jako żona poległego naczelnika powstańczego oddziału, jestem pod nadzorem żandarmerii.- powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. - Do Warszawy przyjechałam nielegalnie, nie mam żadnych dokumentów. Ryzykujecie, przyjmując mnie pod swój dach. Ale doktor Setkowicz, będący moim przyjacielem zapewnił mnie, że udzielicie mi schronienia do czasu, aż odszukam w mieście znajomych. Nie zamierzam korzystać darmo z gościny. Proszę, tu jest dziesięć rubli. Może pani Poźniakowa kupi coś do jedzenia dla was i dla mnie.
    Na widok pieniędzy, kobiecie rozbłysły oczy, a twarz przybrała wyraz uniżonej pokory.
- E, gdzieżbyśmy śmieli brać od pani....- bąknęła, jednocześnie wyciągając rękę po banknot.
- Zostaw!- mężczyzna powstrzymał ją porywczym ruchem.- Nie bierz. Ignaś to mój brat cioteczny. On nas, robociarzy, rozumu uczył. Niech pani schowa te pieniądze. Podzielimy się tym, co mamy.
- Antoś, zdurniałeś? - wybuchnęła kobieta z gniewem. - A co damy pani jeść?
- Zamknij się, Lodzia! - powiedział tak ostro, że kobieta z żalem odłożyła pieniądze, nie spuszczając z nich pożądliwego wzroku.
- Ja się nie zgadzam. - zaprotestowała stanowczo Nina. - Nie zamierzam darmo korzystać z gościny. Jeżeli nie przyjmie pan ode mnie pieniędzy, będę zmuszona stąd odejść, a na razie nie mam dokąd. Jutro poszukam znajomych, ale dziś wasze mieszkanie jest dla mnie jedynym schronieniem.
    Poźniak pomyślał, a potem z ociąganiem wyraził zgodę.
- No dobra. - rzekł powściągliwie. - Jesteśmy winni za komorne aż za trzy miesiące, więc zapłacimy, żeby się gospodarz nie przywalał. Ignaś pisze, żeby udzielić pani wszelkiej pomocy. Co mogę zrobić?
- Czy orientuje się pan, gdzie znajduje się konsulat brytyjski?
- Co proszę? - mężczyzna patrzył na nią z konsternacją, szeroko otworzywszy oczy.
- To taki urząd, gdzie mieszkają przedstawiciele rządu angielskiego.- wyjaśniła.- Widzi pan, ktoś poszukuje mnie z zagranicy przez Anglików, ale żandarmeria robi wszystko, by uniemożliwić im spotkanie ze mną. Musiałam uciec z Radomia, żeby w Warszawie porozumieć się z Anglikami.
    Poźniak aż gwizdnął z podziwu.
- O, to taki z pani ptaszek? - łobuzersko przymrużył jedno oko. - Ale warto się potrudzić, dla samej frajdy zrobienia z Moskali frajerów. Ja nie wiem, gdzie jest ten konsulat, bo gdzie mnie, robociarzowi, do takich burżujów. Ale jutro popytam w robocie chłopaków. Ja w ślusarni robię, na Chmielnej. U nas, w warsztatach kolejowych, pracują różne ludzie. Akurat jutro mamy zebranie, a wtedy to schodzą się nawet takie, co ukończyli wyższe szkoły.
- Dziękuję panu.- powiedziała z wdzięcznością. - Nie wiem, co doktor panu napisał, ale jeżeli pan chce, podam panu moje prawdziwe nazwisko.
- Dosyć! - przerwał jej szorstko. - My tu o nazwiska nie pytamy. Lodzia, co tak stoisz jak ten słup, kobieto? Skocz do ślepego Leona i kup jakąś zagrychę. A dla pani kup mleka i bułek. No, ruszże się, nie patrz na mnie, jak to cielę na malowane wrota!
    Poźniakowa przysłuchująca się im z otwartymi ustami, bez słowa narzuciła na ramiona chustę i wyszła, posyłając Ninie wdzięczne spojrzenie.
- Moja stara i ja, wychodzimy o świcie do roboty. - wyjaśnił Poźniak, gdy już zjedli kolację. - A nie zabłądzi pani sama w mieście? Może Lodzia gdzieś panią zaprowadzi?
- Dziękuję, znam Warszawę i mam tu znajomych. Na Miodowej mieszka mój adwokat. Postaram się zamieszkać u niego, żeby was nie narażać.
    Mężczyzna niedbale machnął ręką.
- Ludzie muszą pomagać sobie w biedzie. Jakby coś nie wyszło z tą papugą, to niech pani do nas wróci. Wstydziłabym się spojrzeć Ignasiowi w oczy, gdyby się pani przydarzyło coś niedobrego.
- Jestem bardzo wdzięczna, ale co papuga ma z tym wspólnego?
    Poźniak roześmiał się serdecznie.
- Tak nazywamy adwokatów. - wyjaśnił z humorem.- Znamy się z nimi, bo często nas bronią, jak któryś z nas wpadnie.
- Ach tak, rozumiem. - Nina z trudem stłumiła stłumiła ziewnięcie, była nieludzko zmęczona i śpiąca.
    Gospodarze uprzejmie ustąpili jej swoje łóżko, sami lokując się na legowisku w kuchence. Nina protestowała, nie chcąc narażać ich na niewygodę, ale nie chcieli słuchać. Poddasze było maleńką, zagrzybioną izdebką, wepchniętą pomiędzy krokwie dachu, zimną i wilgotną, z nisko schodzącym sufitem poczerniałym z wilgoci. Nina położyła się i odetchnęła. Miała dach nad głową, dosłownie i w przenośni, oraz ludzi gotowych okazać jej wszelką pomoc.
    Ze wzruszeniem myślała, że Setkowicz nadal nad nią czuwa, pomimo dzielącej ich odległości. Bardzo bolała nad tym, że nie zdoła odwzajemnić mu się miłością za tyle doznanych dobrodziejstw. Dopiero rano rozejrzawszy się, zrozumiała w jakiej nędzy wegetują mieszkańcy ubogich warszawskich dzielnic. W mieszkaniu Poźniaków ubóstwo wyglądało z każdego kąta zagrzybionej, pełnej zacieków wilgoci izby. Kilka starych, spróchniałych gratów zastępowało meble, a jadłospis składał się na przemian z ohydnego krupniku i cienkiej zupy ziemniaczanej, na którą Nina patrzeć nie mogła bez wstrętu.
   Ze wstydem i skruchą wyrzucała sobie, że niegdyś jej miesięczne wydatki na słodycze, rękawiczki i pończochy, byłyby dla tych ludzi majątkiem. Niedostatek, w jakim żyła w Radomiu, przy tej nędzy wydawał się dobrobytem. Oboje Poźniakowie byli ludźmi ciężko pracującymi. On jako ślusarz, zarabiał w warsztatach kolejowych grosze, ona posługiwała u ludzi, prała i sprzątała urzędy. Zajęci byli od świtu do nocy, żyjąc z dnia na dzień, bez nadziei na poprawę losu i godziwą egzystencję.
- Niech się pani wybierze do miasta w południe. - pouczył ją Poźniak, przed udaniem się do pracy. - Nie trza brać z sobą żadnej paczki, bo stójkowi węszą i rewidują przechodniów. Klucz można zostawić w szparze nad drzwiami.
Stójkowy, czyli carski policjant.
    Poźniakowie wyszli o świcie, kiedy za oknem była jeszcze zupełna noc. Nina nie wiedziała co ma z sobą zrobić i po namyśle, położyła się ponownie do łóżka. Leżąc na twardym jak deska posłaniu, pod wyprawną pierzyną Poźniakowej, obmyślała plany wyprawy do miasta. Najpierw musi udać się na Miodową, do mecenasa Porzyckiego. Adwokat z pewnością nie odmówi jej pomocy. Bardzo szanował i lubił Aleksa, a ją obdarzał szarmanckimi komplementami. W jego pięknym, dużym apartamencie, znajdzie się i dla niej wygodny kąt. Od niego dowie się, czy są jakieś szanse na odzyskanie, choćby drobnej części majątku - nawet samej tylko Kaniówki nad Bugiem, zapisanej jej na długo przed wybuchem powstania, kiedy była jeszcze panną. Zapewne z upływem czasu, srogie prawa stanu wojennego zostały złagodzone i kto wie, czy doświadczonemu prawnikowi, nie uda się wywalczyć dla niej części majątku. Kaniówka zapisana pannie Nałęczowskiej, nie powinna ulec konfiskacie.
    Porzycki, znany i ceniony adwokat, prowadził wiele spraw spadkowych, zlecanych mu przez zagranicznych klientów. Z pewnością nie raz udawał się do konsulatu brytyjskiego i mógł bez wzbudzenia podejrzeń władz, przekazać Anglikom jej list. Co prawda, od momentu wybuchu powstania, mecenas nie pobierał od niej wynagrodzenia, lecz z pewnością nie miał powodu do żalu, gdyż hrabiowie Klonowieccy opłacali go po królewsku. Z niecierpliwością doczekała południa i największego nasilenia ruchu ulicznego. Ubrała się po miejsku, bo strój wieśniaczki spod Bodzentyna, mógłby się wydać policjantom podejrzany. W świetle dnia, kamienica gdzie mieszkali Poźniakowie, okazała się ruderą jeszcze bardziej odrażającą, niż w nocy. Po sam strych wypełniona była głodującymi nędzarzami i wydawała się Ninie siedliskiem występku i zbrodni. Wszędzie walały się kupy śmieci, a ohydny wychodek na podwórzu obrzydliwie śmierdział. Pośród śmieci biegały żerujące tam szczury i mimo ostrego mrozu zewsząd wstrętnie cuchnęło. Nina pomyślała, że każde szanujące się władze miasta, rozebrałyby to siedlisko brudu, ale na Powiślu stały jeszcze gorsze rudery i nikt się tym nie przejmował. Kiedy wyszła z bramy, w kilku oknach pokazały się głowy ciekawskich kobiet. Przyśpieszyła kroku opuszczając nisko głowę, aby nie dostrzeżono jej twarzy. Jej skromny ubiór, tutaj, w dzielnicy ubóstwa, mógł wydawać się bardzo strojny.
 Warszawa,ulica Miodowa.

Na Miodową poszła piechotą, żałując pieniędzy na dorożkę. Musiała oszczędzać, nie mając pojęcia, jak długo jeszcze pozostanie w Warszawie. Postanowiła twardo nie ruszać się z miasta, dopóki nie załatwi sprawy. Mecenas mieszkał w pobliżu pałacu Paca, w luksusowej kamienicy. Nina zatrzymała się przed bramą o lustrzanych szybach i pociągnęła za kryształową rączkę dzwonka. W uchylonych drzwiach pokazał się stróż w porządnym ubraniu i czapce z lakierowanym daszkiem na głowie. Obrzucił uważnym spojrzeniem jej skromny płaszczyk, bez futrzanego kołnierza i równie skromną suknię, bez krynoliny.
- Ja do pana mecenasa Porzyckiego. - powiedziała.
- Wielmożnego pana mecenasa nie ma w domu. - odparł i zastąpił jej drogę, gdy próbowała wejść do sieni.
- To nic, ja zaczekam. - oświadczyła z uporem. - Pani mecenasowa zapewne w domu?
- Jej tyż nie ma. Niech już pani idzie! - zawołał poirytowany.
- W takim razie, proszę mi powiedzieć kiedy pan Porzycki wróci do domu?- zapytała władczym tonem, wciskając mu do ręki rubla.
   Ujęty hojnym datkiem, dozorca złagodniał.
- Nie wiem, proszę pani. - rzekł zupełnie innym tonem. - Wyjechali. Służący gadał, że na wieś, do rodziny.
- Och, to straszne! - wykrzyknęła z rozpaczą. - Na długo?
    Rozejrzał się, czy ktoś nie podsłuchuje i szepnął jej do ucha:
- Trzy lata zesłania!- i zanim zebrała myśli, cicho zamknął drzwi.
    Nina ciężko wsparła się o mur. Wszystkie jej nadzieje rozsypały się w mgnieniu oka. Zabrakło człowieka, któremu mogła całkowicie zaufać, najlepiej orientującego się w ich sprawach majątkowych. Bez jego pomocy nie zdoła porozumieć się z brytyjskim konsulatem, nieustannie obserwowanym przez tajnych agentów. W osobie mecenasa straciła cenne źródło informacji, o obowiązujących obecnie prawach majątkowych. Przypominała sobie mgliście, że po sprzedaży Klonowa, na Litwie pozostały jeszcze jakieś folwarki, a w samej Warszawie, kilka dużych placów, będących własnością hrabiny Tekli. Zajęta głupstwami, nie słuchała o czym mąż rozmawiał z mecenasem. Teraz na Litwie, będącej po rozbiorach Polski częścią imperium rosyjskiego, rządził żelazną ręką Murawiew-wieszatiel, i ogromna fortuna Klonowieckich rozdarta na części przepadła.
    Kiedy zabrakło pana Porzyckiego, jej awanturnicza podróż do Warszawy, nie miała właściwie żadnych widoków na powodzenie. Nina była zrozpaczona i jednocześnie wściekła, że tak mądry człowiek jak adwokat, dał się wciągnąć w polityczne matactwa. Kompletnie załamana powlekła się przed siebie bez celu. Było jej zimno, czuła dreszcze, bo cienki płaszcz nie chronił przed mrozem i lodowatymi podmuchami wiatru. Pożałowała, że nie narzuciła na siebie chusty. Nie był to wprawdzie wytworny strój, lecz ona już dawno wyzbyła się próżności, a chusta była ciepła. Idąc przed siebie, rozmyślała ponuro, że przekorny los ponownie spłatał jej paskudnego figla, gdyż od powodzenia tej podróży, zależała cała jej przyszłość. Kochała swą nieszczęśliwą ojczyznę o wiele goręcej, niż zdawała sobie z tego sprawę, lecz w kraju groziło jej ponowne aresztowanie i zesłanie. Była pod nadzorem żandarmerii i nie mogła ułożyć sobie normalnego życia. Poza tym, rozpaczliwie tęskniła za Binią i córeczką. Miłość macierzyńska stłumiona szaloną miłością do męża i egoizmem, rozgorzała w niej wielkim płomieniem. Pragnęła przedostać się do Świerszczyn i nareszcie połączyć z rodziną.
   Szła coraz wolniej, ślizgając się na oblodzonym chodniku. Usłyszała bijący gdzieś zegar; była godzina druga po południu. Błądziła po ulicach zziębnięta, zniechęcona do życia i bardzo głodna. Czuła się jak bezdomny pies, lub wyrzutek społeczeństwa. Nie miała dokumentów, nie mogła odwiedzić znajomych, zamieszkać w porządnym hotelu, obawiała się wejść do cukierni czy herbaciarni. Nie miała żadnych praw! Warszawa pełna była bolesnych wspomnień. Przywodziła na myśl jej apatię po wyjeździe z Makowa, a potem radość narzeczeństwa i ślub z Aleksem, oraz cudowne dni spędzone w leśniczówce. Przypominały się jej miejsca, najbardziej znaczące w jej życiu, budząc wiele skojarzeń i skłaniając do powrotu myślą w przeszłość. Wspominała swoje piękne mieszkanie w pobliżu Ogrodu Saskiego, Plac Zamkowy, gdzie mieszkali Jaś z matką, a także ulicę Długą, w pobliżu Hotelu Europejskiego, bo tam zamieszkiwali państwo Maciejewscy. Zatrzymała się u nich razem z ciocią Salomeą, poszukując ratunku dla uwięzionej Emilki. Żałowała, że teraz nie może ich odwiedzić .Potknęła się o grudę lodu i przystanęła. Mijająca ją smukła i młoda kobieta w eleganckim futrze, nagle się obejrzała.
- Nina? - spytała niepewnie.
Na ustach Niny ukazał się radosny uśmiech.
- Wandzia Umińska! Co za spotkanie! ...- zawołała, chwytając dawną koleżankę w ramiona.
- Co ty robisz w Warszawie? - dopytywała się pani Wanda, oddając jej uścisk. - Myślałam, że od dawna jesteście z mężem za granicą.
- Niczego bardziej nie pragnę, ale to długa historia. Śpieszysz się gdzieś?
- Nie. Takie spotkanie po latach...- pani Wanda rozejrzała się nerwowo.- Wejdźmy do tej herbaciarni. Jesteś przemarznięta, zresztą to niebezpiecznie stać tak na ulicy.
Wanda Umińska. Płaskorzeźba na grobowcu.
   Chwyciła Ninę pod rękę i wprowadziła do niewielkiej herbaciarni. Usiadły w najciemniejszym kącie sali. Lokal był prawie pusty i mogły swobodnie porozmawiać. Znudzony kelner przyniósł im szklanki z herbatą, cukier, plasterki cytryny i odszedł ziewając do bufetu.
- A teraz opowiadaj, co się z tobą działo. - ponagliła pani Wanda, robiąc w duchu uwagę, że koleżance kiepsko się chyba powodzi, na co wskazywał jej skromny ubiór.
    Nina westchnęła i odruchowo wygładziła ciemną suknię, kupioną za grosze u Żyda. Podniosła na panią Wandę zatroskane oczy.
- Przyjechałam tu nielegalnie, bo chciałam zobaczyć się z naszym adwokatem. W tym celu zaryzykowałam podróż do Warszawy bez dokumentów, a jestem pod nadzorem żandarmerii!
- Potrzebny ci adwokat? A gdzie twój mąż?
- Poległ w powstaniu, a majątek skonfiskowano. Byłam aresztowana i torturowana, ciągle grozi mi zesłanie. Dowiedziałam się, że ktoś zza granicy mnie poszukuje, próbując skontaktować się ze mną przez konsulat brytyjski. Żandarmeria staje na głowie, żeby dowiedzieć się, kto mnie szuka i uniemożliwić mu spotkanie ze mną. Wybrałam się więc do Warszawy, żeby z pomocą mego adwokata, porozumieć się z konsulatem, lecz okazało się, że mecenas Porzycki został zesłany na trzy lata i teraz doprawdy, nie wiem co mam robić.
- Okropne! - westchnęła pani Wanda z przejęciem. - Masz dzieci?
- Mam tylko trzyletnią córeczkę, której wcale nie znam, bo wychowuje się u Bini w Księstwie Poznańskim. Miałam nadzieję, że osoba, która mnie poszukuje, pomoże mi wydostać się z kraju i dotrzeć do Francji. Wyrzucono mnie z mego Makowa i kazano zamieszkać w Radomiu, gdzie byłam więziona.- mówiła to wszystko bez wzruszenia, ale pani Umińska wyciągnęła chusteczkę i otarła łzy spływające z oczu.
- Ogromnie ci współczuję. Pamiętam przecież twój ślub. Miałaś takiego pięknego męża i wydałaś mi się bardzo szczęśliwa...- urwała i potrząsnęła głową.- Obiecuję ci, że popytam znajomych, czy ktoś nie ma znajomości w konsulacie. Pamiętasz nasze "piątki"? O, wtedy z łatwością mogłabym ci pomóc, ale zrobię, co będę mogła.
- Dziękuję ci,Wandziu. Na wszelki wypadek dam ci mój adres. Mieszkam na Tamce. - na serwetce nagryzmoliła numer domu i wręczyła ją pani Umińskiej. - Kontaktuj się ze mną tylko z konieczności. - ostrzegła.
- Oczywiście. Jeszcze nie zapomniałam o zasadach konspiracyjnych.
- Nie wiesz, Wandziu, co słuchać u naszej kochanej "Goslinki "? Byłam u niej, lecz nikt mi nie otworzył, a dom wygląda na niezamieszkany.
Pani Umińska podniosła na nią swoje śliczne błękitne oczy pełne łez.
- Kochanie, panna Emilia nie żyje.
- O nie! Kiedy zmarła? - spytała Nina, wstrząśnięta wieścią o zgonie ulubionej przełożonej.
- Zmarła na serce w czasie egzekucji pana dyktatora Traugutta i członków Rządu Narodowego. Pamiętasz, że na naszą pensję uczęszczała również siostra pana dyktatora, Lusia. Nie, tego nie możesz pamiętać, bo już wtedy ciebie nie było. Panna Emilia była serdeczną przyjaciółką rodziny Trauguttów i nie przeżyła strasznego zgonu dyktatora i upadku powstania. Może to i lepiej? Ominęło ją aresztowanie i proces. Wiele pań z "piątek", było aresztowanych i ciągle jeszcze jesteśmy inwigilowane.
- Nie żyje. - powtórzyła Nina szeptem. - Wszędzie tylko śmierć i tragedie... Po co to było?
- Czy miałaś jakąś wiadomość od Emilki Borutyńskiej? - zagadnęła pani Wanda, pragnąć zmienić temat.
- Nie, ale obie nie przeżyły podróży na wschód. Jestem tego pewna.
- A jej mąż? Jest jeszcze w kraju, czy za granicą?
- Jaś leży pochowany w krypcie kościoła w Sarnikach.
Przemagając wewnętrzny opór, Nina w kilku słowach przedstawiła jej okropną śmierć Jasia. Słuchając jej, pani Umińska rzewnie płakała. Kelner przypatrywał się jej bez żadnego wyrazu, na chudej twarzy gruźlika. W tym czasie w Warszawie, wielu ludzi płakało.
- Doprawdy, przeżyłaś prawdziwą gehennę.- pani Umińska zamówiła jeszcze dwie herbaty i dwa ciastka.-O, nas tutaj także nie pieszczono. Nasze "piątki" nie istnieją, a członkinie aresztowano, kilka zesłano. Warszawa także już nie jest tym miastem z lat przedpowstaniowych, które wszyscy podziwiali. Niedawno, bo 4 grudnia rozstrzelano w Cytadeli pana Podhaluzina, słynnego „Huragana”.Jego śmierć minęła bez echa. We własnym kraju czujemy się obco. W polskich bibliotekach pracują córki popów! I te ich tryumfalne parady!
Warszawa. "Dni Jordanu".
     Niedawno obchodzono"Dni Jordanu", hucznie czczone przez Rosjan. Naturalnie były salwy armatnie, parada cerkiewno-wojskowa, a nad Wisłą, pomimo mrozu festyn. Dla uczczenia święta, jakiś "mołodziec" wykąpał się nago w przerębli. Potem był bal na Zamku u namiestnika Berga. Jakże prędko zmyto krew i starto łzy! Żałobę zagłuszają wystrzały korków szampana, a histeryczna wesołość pokrywa strach. Berg nakazał niszczenie polskich zabytków, więc skonfiskowane pałace naszej arystokracji, malowane są na pokaz jaskrawymi farbami. W pałacu hrabiego Zamoyskiego na Nowym Świecie, urządzono Klub Ruski i wszędzie koszary wojskowe. Na Czerniakowskiej, Koszykowej, za Wilczą, opodal Łazienek. Nocami sołdaci napadają na przechodniów i rabują. A oficerowie!...- pani Wanda wzniosła oczy ku niebu.- Specjalnie dla nich otwierane są nowe domy rozpusty. W takim lokalu "Pod Trzema Murzynami", codziennie odbywają się orgie. Cały dom widoczny z daleka, bo oświetlony kolorowymi lampionami, pełen wyuzdanych kokot! Zabawa trwa do rana, a o świcie dorożkarze odwożą nieprzytomnych panów oficerów do koszar. Musimy na to patrzeć i milczeć.
- Wandziu, tak samo jest w Radomiu. - wtrąciła Nina.
- Ale z pewnością nie na taką skalę. Czy wiesz, że książka do nabożeństwa musi zawierać modlitwę za cara?
- Doprawdy? A nasi biskupi nie protestują? Przecież car nie jest katolikiem.
- O, nie ośmielą się protestować. - pani Umińska spojrzała dyskretnie na malutki złoty zegareczek - Zobaczymy się jeszcze, prawda Nino?
- Nie, kochanie. To zbyt niebezpieczne. I tak bardzo ryzykowałaś rozmawiając ze mną. Powiedz mi tylko, co słychać u państwa Maciejewskich i pozdrów ich ode mnie.
- Niestety, niewiele o nich wiem. Pana Maciejewskiego aresztowano, ale dosyć szybko wyszedł na wolność. O ile pamiętam, przenieśli się do Łomży. Adieu, Nino!
    Ucałowały się i rozeszły w dwie przeciwne strony.
Po zjedzonym ciastku, Nina poczuła dotkliwy głód. Rano Poźniakowa poczęstowała ją resztkami krupniku, lecz niesmaczna, kleista zupa nie mogła jej przejść przez gardło. Rozejrzała się i u ulicznego sprzedawcy kupiła bułkę z kiełbasą. Przysiadła na ławce na ustronnym skwerku i zaczęła łapczywie gryźć bułkę, przełykając duże kęsy, dławiąc się i rozkoszując smakiem świeżego pieczywa i wędliny. Pożywiając się, wyobraziła sobie miny warszawskich dam, na widok pani hrabiny, siedzącej na ulicy i pożerającej bułkę z kiełbasą. Kto dziś dałby wiarę, że niegdyś uchodziła za najpiękniejszą kobietę w stolicy? Zarumieniła się z przykrości i kęs pieczywa utknął jej w gardle. Położyła resztkę niedojedzonej bułki na ławce i z drgającymi od powstrzymywanej rozpaczy ustami, powędrowała w kierunku Placu Saskiego.
Warszawa Plac Saski.
    Popowstaniowa Warszawa wydała się jej całkiem obca, wyróżowana niby wiekowa prostytutka na spotkaniu z klientem. Straciła swój majestatyczny urok i wyglądem przypominała jakieś prowincjonalne miasto w głębi Rosji. Na urzędach i sklepach, w oczy rzucały się rosyjskie napisy, ozdobne i złocone. Raziły ją ordynarne i krzykliwe kolory, jakimi malowano budynki. Zielone dachy, złote cebulaste kopuły cerkwi - było to celowe działanie władz carskich. Na Placu Saskim trafiła na paradę konnicy. Defilowali huzarzy w wysokich bobrowych czapach z białymi kitami. Ich mundury szamerowane były białymi taśmami. Jechali równo na koniach jednej maści, a za nimi kłusował oddział ułanów, w uniformach zbliżonych do mundurów kawalerii polskiej. Stojący na Placu Rosjanie, entuzjastycznie oklaskiwali defilujące szwadrony. Przejeżdżające sanie zatrzymywały się, a siedzące w nich rosyjskie panie, z zapałem powiewały chusteczkami, pozdrawiając świetnie prezentujących się jeźdźców. Nina obeszła Plac dokoła zagryzając usta, bo widok ślicznych koni przypomniał jej ukochaną Mignon. Nie mogła spokojnie patrzeć na kawalerię i przyśpieszyła kroku, zmierzając w stronę Ogrodu Saskiego.

Wiek XIX. Ogród Saski.
Raz jeszcze zapragnęła zobaczyć swój dom. Stanęła na drugiej stronie ulicy i spojrzała w okna dawnego mieszkania. Drzwi balkonowe były uchylone, a z wnętrza dużego salonu dolatywały dźwięki fortepianu, skrzypiec i fletu. Widziała w oknach przesuwające się cienie tańczących osób. Widocznie odbywała się tam tańcująca herbatka, jak zwykle w okresie karnawału. Przymknęła powieki, przywołując w pamięci obraz salonu w dniu ślubu, przybranego białymi różami. W porcelanowych wazonach, stały wielkie bukiety słodko pachnących śnieżnych lilii. Klęczała obok męża, przyjmując błogosławieństwo cioci Salomei. Wzruszony Jaś raz po raz przygryzał wargi, a niania zalewała się łzami. Och, czuła się wtedy taka szczęśliwa przy boku ukochanego i przekonana, że to szczęście trwać będzie wiecznie. Otworzyła oczy i spostrzegła wychodzącą z bramy młodą pannę w puszystym futrze. Niegdyś i ona wychodziła z tej bramy wsparta na ramieniu męża, ubrana w jedwabie i aksamity. A jednak nie umiała wówczas docenić w pełni swego szczęścia, kaprysiła, bywała zgryźliwa i marzyła o Wieleninie. Zatopiona we wspomnieniach, niemal odczuwała przy sobie obecność męża. Słyszała jego głos, widziała bursztynowe oczy i czuła ciepło jego dłoni. Na krótko przed wyjazdem z Warszawy, byli w Pomarańczarni, na francuskiej komedii. Po przedstawieniu wracali spacerem do domu, a Aleks śmiał się i powtarzał użyte w komedii francuskie przysłowie:"Tout passe, tout casse, tout lasse1!"
   Przypominając to sobie, nie mogła powstrzymać łez i płakała z żalu po zmarnowanym życiu, którego nie spędzili razem, choć było to całkiem możliwe. Z wysiłkiem oderwała wzrok od jasno oświetlonych okien. Do żelaznego ogrodzenia przywiązany był ładny bułany koń. Znudzony staniem, grzebał kopytem i rozglądał się za swoim panem. Nina zbliżyła się do niego, a kiedy parsknął ostrzegawczo, powoli wyciągnęła rękę i dotknęła jego miękkich chrap.
- Konisiu. - szepnęła czule, gładząc go po pysku i klepiąc po szyi.
    Tak dawno nie dotykała konia, nie czuła jego zapachu, nie siedziała w siodle. Zapewne był własnością jakiegoś oficera, bo miał wojskową uprząż. Pogłaskała go i odeszła, nie oglądając się za siebie.
    Nic nie wskóra, stojąc na mrozie i zadręczając się bolesnymi wspomnieniami. Ktoś inny chodzi po błyszczących posadzkach dawnego mieszkania, inni ludzie grzeją się w cieple kominka i dotykają klawiatury fortepianu. Na próżno szuka tam cieni ukochanych zmarłych, bo w tym miejscu ich nie odnajdzie. Może echa ich głosów jeszcze rozbrzmiewają w wielkich salonach makowskiego pałacu? A może - jak prawią chłopi zamieszkujący okolice Łysogór, - w ciemne zimowe noce, widma przybywają na Łysą Polanę, a wtedy w głuchej puszczy słychać huk armat, jęki i rżenie koni. Najpewniej jednak cienie rozwiały się już w niezmierzonej przestrzeni czasu. Mówi się, że zmarli żyją tak długo, dopóki w pamięci ludzkiej trwa o nich wspomnienie. Jej ukochani będą obecni w myślach, aż do ostatniego tchnienia.
    Otarła dłonią mokre policzki i poszła przed siebie. Nad Warszawą powoli zapadał pogodny zimowy zmierzch. Stróże długimi drągami zapalali gazowe latarnie, a z mijanych restauracji rozlegały się dźwięki walca, śmiechy i rozmowy siedzących tam ludzi. Na rogach ulic stały zmarznięte prostytutki, cierpliwie czekając na klienta. Najczęściej byli nimi rosyjscy żołnierze, spragnieni po ciężkiej służbie kobiet i wódki. Ulicznice dotkliwie marzły w swoich wydekoltowanych, aż do przesady sukniach i posyłały przechodzącym obojętnie mężczyznom, uwodzicielskie spojrzenia i grymasy oznaczające uśmiech. Idące ulicą panie, wstydliwie odwracały od nich wzrok, a stójkowi przepędzali je bijąc i przeklinając, ale ona uparcie wracały, z nadzieją na nędzny zarobek. Obdarci gazeciarze przebiegali ulice, wykrzykując sensacyjne tytuły.

    Przechodząc koło eleganckiej restauracji, Nina mimo woli pociągnęła nosem i poczuła skurcz w żołądku. Była bardzo głodna, a z wnętrza lokalu dochodził apetyczny, esencjonalny zapach potraw. Nie tylko ona czuła głód. Mały gazeciarz, z posiniałą z zimna buzią, przystanął przed restauracją i przycisnąwszy nos do szyby, sycił oczy widokiem jedzących gości, pięknie ubranych i dobrze sytuowanych. Chłopiec drżał, przestępując z nogi na nogę i ogarniając pożądliwym wzrokiem ułożone na paterach południowe owoce i wykwintne zakąski, jakich nigdy w życiu nie kosztował. Przez jakiś czas obserwował kelnerów, żonglujących wielkimi srebrnymi tacami, potem cofnął się, splunął i wzruszył z pogardą ramionami. Posłał Ninie łobuzerskie spojrzenie i zaśpiewał głośno ochrypłym głosem:
                                        Płynie Wisła płynie, po polskiej krainie.
                                        A dopóki płynie, Polska nie zaginie.
     Z pobliskiej bramy wyszedł stójkowy i milczkiem zbliżał się do chłopca. Nagle capnął go za kark i uderzył pięścią w twarz. Mały zawył z bólu.
- Panie władzo, pan mnie puści. Ja nic nie zrobiłem! - spraszał się pokornie.
- Ty sukinsynu, ja ci dam Polszę! - ryknął stójkowy i trzepnął dzieciaka w ucho.   
      Popchnął go tak silnie, że mały zatoczył się aż pod ścianę restauracji.
- Pocałuj mnie w zadek, ty cholerny łamignacie!- wrzasnął mały z płaczem. - Ty śmierdzący fiołku! - zagrał mu palcami na nosie i zniknął w tłumie, zanim policjant zdołał go pochwycić.
    Nina przyglądała się tej scenie z oburzeniem, zupełnie zapominając, że nie posiada żadnych dokumentów. Stójkowy rozejrzał się wojowniczym wzrokiem i jego oczy zatrzymały się na niej. Ruszyła z miejsca jak podcięta batem, starając się wmieszać pomiędzy przechodniów. Za sobą usłyszała groźny okrzyk:
- Stoj! - i ostry gwizdek.
    Biegła, przeklinając po drodze swoją nieostrożność i w pędzie mijając zdumionych ludzi. Za sobą cały czas słyszała ciężki tupot nóg ścigającego ją stójkowego. Naraz zobaczyła przed sobą mur i zrozumiała, że drogę ucieczki ma odciętą. Skręciła w lewo i sapiąc jak lokomotywa, wpadła w małe uchylone drzwiczki. Rozglądnęła się po ciemnawym wnętrzu, konstatując z osłupieniem, że znajduje się w kościele.
Warszawa. Kościół Zbawiciela.
    Właśnie odbywało się wieczorne nabożeństwo i w ławkach siedziało niewiele osób, przeważnie starszych i kilkoro dzieci. Na chórze mruczały organy. Zanim zdążyła odetchnąć, wyrosła przed nią postać księdza. Spojrzał na jej czerwoną, spoconą twarz i rozbiegane oczy.
- Stójkowy mnie goni! - rzuciła, chwytając zachłannie powietrze w obolałe płuca.
Ksiądz bez słowa złapał ją za ramię i wepchnął do stojącego w kącie konfesjonału, zatrzaskując za nią drzwiczki. Skuliła się na samym dnie, dygocząc z przerażenia. Usłyszała skrzypnięcie drzwi i ciężkie kroki. Do kościoła wpadł za nią stójkowy i rozglądnął się, mrużąc oczy.
- Gdzie żeńszczyna, która tu weszła? - odezwał się głośno, ciężko dysząc. Zamierzał iść dalej, lecz ksiądz zastąpił mu drogę. Jego twarz była nieruchoma, jak wykuta z kamienia.
- Proszę tak nie krzyczeć. Tu jest dom boży i odprawia się nabożeństwo.- zwrócił stójkowemu uwagę. - Nikt do kościoła nie wszedł, bo musiałbym go widzieć. - oświadczył stanowczym tonem.
- No to gdzie ona się podziała?
- Nie wiem. Wyjdźcie stąd, bo zakłócacie powagę mszy świętej..
Nina ze swojej kryjówki słyszała głośne sapanie stójkowego, zamęczonego pogonią i jego gniewny pomruk. Postał jeszcze chwilę, przestępując z nogi na nogę i pokaszlując, aż wreszcie wyszedł z kościoła, mrucząc coś gniewnie pod nosem. Ksiądz odprowadził go wzrokiem i sprawdziwszy, że policjant naprawdę się oddalił, zbliżył się do konfesjonału.
- Może pani już wyjść. - szepnął.
    Nina wyczołgała się niemal na czworakach, przeklinając siebie za lekkomyślne paradowanie po mieście, jak za dobrych czasów. Jeszcze cała trzęsła się z przerażenia i kuliła na myśl, co by się z nią stało, gdyby stójkowy ją dopadł.
- Proszę wejść do bocznej kaplicy i pozostać w kościele do końca nabożeństwa. Niech pani potem wyjdzie nie tymi bocznymi drzwiami, lecz główną bramą razem z ludźmi.
W półmroku Nina widziała przed sobą jego wysoką, szczupłą postać i surową, ascetyczną twarz.
- Najmocniej księdzu dziękuję. - powiedziała z wdzięcznością. - Uratował mi ksiądz życie.
    Skinął głową i wszedł do konfesjonału, przed którym stał jakiś mężczyzna pragnący się wyspowiadać. Chyłkiem wcisnęła się do ciemnej, bocznej kaplicy i przysiadła na stopniach ołtarza. Jeszcze się nie uspokoiła, a szaleńczo bijące serce podchodziło jej do gardła. Wsparła głowę na kolanach i zaczęła rozważać swoją sytuację. Wydawała się beznadziejna, bo mecenasa Porzyckiego zesłano, panna Gousselin nie żyła, a na pomoc Wandzi Umińskiej, raczej nie liczyła. W ostateczności, mogła wysłać do konsulatu list, lecz dobrze wiedziała, że cała korespondencja w Królestwie Polskim była szczegółowo cenzurowana. Jej list nie trafiłby do adresata, a na umówionym miejscu czekałby na nią agent tajnej policji. Z rozpaczą chwyciła się za głowę, dochodząc do wniosku, że cała awanturnicza i ryzykowna podróż była głupia i bezcelowa. W tej sytuacji nie pozostawało jej nic innego, jak poczekać na Jadwigę i wrócić do Radomia. Powrócić z niczym! Chciało się jej wyć z rozpaczy.
    Odruchowo rozejrzała się po ciemnym wnętrzu kaplicy i nagle doznała olśnienia. Przecież mogła zwierzyć się ze swoich kłopotów księdzu przy konfesjonale i pod tajemnicą spowiedzi poprosić o pomoc. Chętnie zaufałaby zakonnikowi, gdyż zamknięte zgromadzenia uniemożliwiały niemal, tajnym służbom znalezienie tam kontaktów. Zakonnicy znani byli ze swego gorącego patriotyzmu, a klasztory ukrywały wielu działaczy konspiracyjnych, udzielając im schronienia w czasie powstania i po jego upadku. Mogła nawet zwierzyć się księdzu, który przed chwilą ją uratował.
Grottger. Warszawa I.

    Wyjrzała z kaplicy i stwierdziła z niezadowoleniem, że wyszedł już z konfesjonału i stoi przy ołtarzu, asystując celebrantowi przy Podniesieniu. Postanowiła więc poczekać na niego po mszy, lub przyjść tu nazajutrz i pod pretekstem spowiedzi porozmawiać z księdzem otwarcie. Nabożeństwo już się kończyło, więc ośmieliła się wyjść z ciemnego kąta i usiąść w pustej ławce. Stojący przy ołtarzu ksiądz, odwrócił się ku wiernym i rzekł cichym głosem:
- W rocznice tragicznego wydarzenia, pomódlmy się za naszych zmarłych rodaków. Wieczne odpoczywanie, racz im dać Panie....
    W kościele rozległ się szmer odmawianego szeptem pacierza i szlochów tłumionych chusteczką. Nina zakrztusiła się, powstrzymując głośny okrzyk. Jakże mogła zapomnieć?... Przecież dziś mijała trzecia rocznica wybuchu powstania! Niemożliwe, to już trzy lata? Aż trzy lata minęły od owej dramatycznej nocy, gdy żegnała w Gliszczyskach męża, Jasia i Tadeusza, idących do powstania? Jaś był wtedy chory, kaszlał i gorączkował, a Aleks szalał z gniewu, bo nadesłano mu inne rozkazy. Była w ciąży i przez całą noc cierpiała jak potępieniec, lękając się o życie męża, a potem razem z Walentym, obserwowała z dachu pałacu łunę nad Bodzentynem.
 
Grottger Bój.
 
 Co się z nią stało, że o tym zapomniała? Nie pamiętała o strasznym dniu, w którym zawalił się jej szczęśliwy i bezpieczny świat? Czyżby i ją ogarnęła już obojętność i zdołała wymazać z pamięci najwyższą ofiarę, jaką złożył ze swego życia mąż i najbliżsi przyjaciele? Wszyscy oni kierowali się mitami minionej epoki romantyzmu, a gdy odeszli, nikt nie podjął ich wzniosłego posłannictwa i zniknęli osądzeni, zapomniani już w chwili zgonu przez bezlitosne dzieje. Skruszona, pełna bólu i wstydu, upadła na kolana i półgłosem odmówiła modlitwę za umarłych, poległych i zamęczonych. Poczuła nagle potrzebę modlitwy, nie zastanawiając się nawet, czy istnieje ktoś, kto jej wysłucha. Ksiądz modlił się jeszcze chwilę przy ołtarzu, a ludzie siedzieli w skupieniu i ciszy, nie rozchodząc się do domów. Podniosła się z ławki i bezszelestnie, jak duch, pobiegła na chór. Stary organista rzępolił ospale kolędę na organach, gapiąc się bezmyślnie przed siebie. Słysząc szelest jej sukni, obejrzał się i zgromił ją spojrzeniem.
- Tu nie wolno. Niech pani stąd idzie. - wymamrotał, mieląc bezzębnymi wargami.
- Proszę pozwolić mi zagrać coś na organach. - błagalnie zajrzała mu w oczy.
- Oho, jeszcze czego! Ksiądz kanonik gniewałby się na mnie. Niech pani stąd idzie.
- Ale ja pana tak bardzo proszę! - nalegała. - Dziś taki smutny dzień dla mnie.
    Rzucił jej spod krzaczastych brwi nieufne spojrzenie.
- W kościele nie wolno grać utworów niedozwolonych przez władze. - mruknął, mięknąc powoli pod wpływem jej uroku.
- Wiem o tym. Chcę zagrać coś, co spodoba się księdzu kanonikowi. Obiecuję, że nie będzie się gniewał . - przekonywała go żarliwie.
   Nie był do końca zdecydowany, jednak wstał i zrobił jej miejsce przy instrumencie.
- A umie pani chociaż na tym grać ?- upewnił się jeszcze.
- Trochę.- odparła siadając.
    Pochyliła się ze skupieniem nad klawiaturą, natychmiast zapominając o jego obecności. Jej pewność siebie, zrobiła na nim dobre wrażenie. Już nie protestował, lecz ruchem ręki zachęcił młodego pomocnika, żeby zaczął kalikować. Ponieważ tradycyjnie, do święta Matki Boskiej Gromnicznej, obowiązywał okres Bożego Narodzenia, organista spodziewał się jakiejś kolędy lub pobożnej pieśni. Ale ona nie zagrała kolędy.
    Nacisnęła klawisze i nagle w ciszy kościoła rozległa się ponura, pełna strasznej boleści, rozdzierająca i bezgranicznie smutna: "Lacrimosa" z Mozartowskiego "Requiem". Czciła tą muzyką pamięć poległych bohaterów. Obaj księża przerwali modlitwę i zdumieni obejrzeli się w stronę chóru. Organista także wpatrywał się w nią z otwartymi ustami, bo jak kościół kościołem, nikt nigdy tak pięknie tu nie grał na organach. Śledząc wzrokiem klawisze, Nina rozmyślała o sobie. Czy doprawdy stała się tak nieczuła i bierna, aż do tego stopnia znikczemniała? Chyba jednak nie. To tylko pod wpływem ogromnego cierpienia, bólu jakiego nie mogła po prostu znieść, cegła po cegle wznosiła mur, który bronił jej umysł przed szaleństwem i stał się twierdzą, zaporą przed zbyt straszliwymi wspomnieniami, jakich rozum ludzki zdzierżyć już nie może.

    Niegdyś posiadała tak wiele - wszystko, o czym kobieta mogłaby zamarzyć. I wszystko to niemal w jednym dniu utraciła! Przez ostatnie lata, ból i udręka nie opuszczały jej ani na chwilę. Codziennie musiała walczyć o przeżycie, o pieniądze i dach nad głową. W milczeniu znosiła zniewagi i okrutne upokorzenia, jakich jej nie szczędzono na cotygodniowych przesłuchaniach w żandarmerii. Dzień w dzień towarzyszył jej strach, że zostanie aresztowana i zesłana. Po śmierci Aleksa pragnęła umrzeć sądząc, iż nie przeboleje tragedii, jaka ją dotknęła. Ale mimo wszystko przetrwała, powoli wydostała się z ciemności rozpaczy, uniknęła obłędu i żyła. Jednakże rany jej duszy były zbyt głębokie i pomyślała ze smutkiem, że stała się z czasem duchową kaleką, niezdolną już do głębszych uczuć. Skończywszy grać, zeszła z chóru, ale znajomego księdza w kościele nie było. Postanowiła, że przyjdzie nazajutrz i opowie mu o sobie. 

1Tout passe...- Wszystko przemija,wszystko się tłucze,wszystko nuży. W przenośni : nie ma nic trwałego na świecie.