czwartek, 30 marca 2017

SEKRETY RODZINNE. "DOBRY MĄŻ!"


  30 marca 2017 r.


    Pędziliśmy z taką szybkością, podskakując na nierównej szosie, że co chwilę zjeżdżałam z siedzenia i musiałam się trzymać, żeby nie upaść na podłogę. Bolało mnie całe ciało, głowa pękała z ćmiącego bólu i zbierało mi się na wymioty. Leżałam na brzuchu, bo plecy, pocięte razami pasa, były wielką raną. Czułam, że suknia lepka jest od krwi. Romanowicz prowadził jak szalony, drzewa po obu stronach szosy uciekały błyskawicznie w tył, ale ja się nie bałam. Byłam wpółprzytomna i resztką świadomości pragnęłam tylko jednego. Żebyśmy wpadli na jakieś drzewo i oboje zginęli. 
   Nie chciałam już żyć. Nie chciałam dojechać do tego przeklętego Konstancina. Nie chciałam widzieć pułkownika Bielajewa. Śmierć wcale nie jest taka zła. jest ciszą, a ja bardzo potrzebowałam spokoju. Na zakrętach samochód szarpał i zjeżdżał na bok, ale Romanowicz był doświadczonym kierowcą i wyprowadzał łazika z poślizgu. Gdybym miała siłę i coś ciężkiego pod ręką, uderzyłabym go w tył głowy i spowodowała wypadek. Ale byłam bezbronna i zdana na łaskę i niełaskę losu.
   Nie wiem jak długo jechaliśmy. Dokoła była czarna noc, lał ulewny deszcz i drzewa kołysały się w podmuchach północnego wiatru. Drogę przed nami rozświetlały tylko reflektory samochodu. Przez nieszczelny dach kapała na mnie woda deszczowa i to mnie chwilami trzeźwiło z omdlenia. Musiałam mieć gorączkę, bo wydawało mi się, że jestem w domu i leżę na tapczanie w moim różowym, panieńskim pokoju. Spodziewałam się, że jak co wieczór, przyjdzie ojciec, by powiedzieć mi dobranoc. Nie rozumiałam tylko, dlaczego ten tapczan tak trzęsie...
    O jakiejś godzinie, przed nami zajaśniały światła miasta. Romanowicz nie odzywał się do mnie, skupiony na prowadzeniu wozu. Kilka razy skręciliśmy w boczne uliczki, potem chyba wjechaliśmy w jakąś aleję, bo szum drzew dochodził do moich uszu, pomimo pracy motoru. Deszcz bębnił w plandekę samochodu, porywy wiatru były coraz mocniejsze. Nagłe Romanowicz zahamował tak gwałtownie, że spadłam z siedzenia na mokrą podłogę i oprzytomniałam.
   Chyba przyjechaliśmy już do Konstancina, bo Romanowicz wyłączył motor i zapalił papierosa. Siedział nieruchomo, w milczeniu zaciągając się dymem. Na podłodze auta było pełno wody, byłam cała mokra i zlodowaciała z przejmującego zimna. Ciało pokryła mi gęsia skórka i dzwoniłam zębami, trzęsąc się w nieogrzewanym łaziku.
- Wyjdź z wozu. - usłyszałam rozkazujący głos Romanowicza. - Bliżej nie mogę podjechać.
    Oszalał. Jak mogłam wyjść, kiedy leżałam na podłodze auta i nie miałam siły, żeby się podnieść i usiąść na siedzeniu? Nie odpowiedziałam i leżałam, dygocząc z zimna.
    Romanowicz wysiadł z wozu, zgasił papierosa o jego maskę i zajrzał do mnie.
- Mam nadzieję, że jeszcze żyjesz? - powiedział ze śmiechem. - No, kotku, nie udawaj. Przecież nie biłem mocno. Na przesłuchaniach bywa o wiele gorzej. Daj rękę, pomogę ci wstać.
    Nie ruszyłam się i nie odezwałam. Boże, gdybym mogła mu uciec! Zimno przenikało mnie do szpiku kości, odbierając resztkę sił. Zresztą dokąd miałabym uciec, w obcym mieście, ledwie żywa.
- No, wstań, Iza. Jesteś moją pieprzoną żoną, czy nie? Proszę ciebie tylko o małą przysługę. Poprosisz pułkownika o darowanie mi długu i koniec. Co to dla ciebie znaczy? On z pewnością spełni twoją prośbę. Wprawdzie dziś nie wyglądasz tak ładnie, jak zwykle, ale możesz mu powiedzieć, że ze zmartwienia spadłaś ze schodów. O, właśnie! - parsknął śmiechem. - No, chodź! Jesteś w końcu moją żoną, no nie?
    Nie odezwałam się i leżałam nieruchomo.
    Siłą wyciągnął mnie z wozu i postawił na nogi. Deszcz siekł mnie w twarz i ściekał za kołnierz sukni, spływając po plecach. Nogi uginały się pode mną, ale mogłam już stać. Romanowicz wziął mnie bardzo mocno pod rękę i podprowadził do szlabanu, zagradzającego drogę. Dalej widziałam drzewa i dom. Słaba lampa uliczna rzucała wąski krąg światła.    
   
   Romanowicz podszedł ze mną do szlabanu, wyminął go i prowadząc mnie, a raczej wlokąc przez siłę, doszedł ze mną do domu. O ile w mroku mogłam coś dostrzec, była to raczej piętrowa willa, stojąca w ogrodzie. Tylko w jednym parterowym oknie świeciło się światło, reszta domu tonęła w ciemnościach. Do drzwi wejściowych prowadziło kilka kamiennych stopni.
    Zatrzymaliśmy się przy schodach, a Romanowicz rzekł:
- Zostawię ciebie tutaj, sam wracam do Warszawy. Posłuchaj, Iza, teraz mówię bardzo poważnie. Zrób to, o co proszę. Jeżeli tego nie załatwisz, to nie masz po co wracać, bo mieszkanie będzie zamknięte. Możesz iść na ulicę, nic mnie to nie obchodzi. Od ciebie zależy, jak dalej ułoży się nasze życie. Musisz mi pomóc, bo jesteś moją żoną.
- Nie jestem. - odezwałam się po raz pierwszy.
- Nie? Przecież mówiłaś, że mnie kochasz. Już zapomniałaś?
- Kłamałam. - wyszeptałam, chwiejąc się na nogach.
    Było mi słabo, kolana załamywały się pode mną. Usiadłam bezsilnie na kamiennych schodkach. Romanowicz, zły, popchnął mnie i zadzwonił, kilka razy naciekając dzwonek, a potem zostawił mnie samą i odszedł. Po chwili usłyszałam odgłos ruszającego auta, który prędko ścichł w oddali. Zostałam sama, w deszczu i w zimnie, siedząca na kamiennych schodach. c.d.n.
                                     ------------------------------------------    

wtorek, 28 marca 2017

SEKRETY RODZINNE - PROPOZYCJA NIE DO ODRZUCENIA!


 28 marca 2017 r.



   Przez długą chwilę nie zdołałam wydusić z siebie słowa.
- Dwanaście tysięcy? - powtórzyłam wstrząśnięta. - Czyś ty oszalał? Przecież nawet minister zarabia tylko siedem, osiem tysięcy! Skąd weźmiesz taką sumę? Kto ci ją pożyczy?
   Na owe czasy to było mnóstwo pieniędzy. Nie wiedziałam, ile Romanowicz zarabia, bo nigdy mi tego nie powiedział. Byłam przyzwyczajona, że każdego miesiąca ojciec oddawał mamie całą pensję. Ostatecznie to kobieta rządziła domem i wiedziała na co ma je przeznaczyć. Tata dostawał swego zaskórniaka, na cygara i drobne wydatki. Ale w moim małżeństwie nic nie było normalne.
    Na moje pytanie Romanowicz skrzywił się drwiąco.
- Nie muszę pożyczać. Wystarczy, żeby mój partner nie żądał wygranej.
- Musiałby być idiotą. Z kim grałeś?
    Patrzył na mnie ironicznie przez zmrużone powieki.
- A jak myślisz, kotku?
- Skąd mogę wiedzieć? Och, daj mi spokój. To twój kłopot i sam sobie radź. Przypomnij sobie, że w wojsku hazardowa gra w karty jest zakazana. Dobranoc! - chciałam wyjść z kuchni, ale złapał mnie za ramię.
- Nie tak prędko. Jesteś moją żoną i musisz pomóc mężowi, wybawiając mnie z kłopotu. Ubierz się!
- Zostaw mnie! - krzyknęłam, próbując się wyrwać, ale jego palce zacisnęły się na moim ramieniu z siłą imadła. - Dlaczego mam się ubrać? Nigdzie z tobą nie pójdę.
- Owszem. Pojedziesz do Konstancina i pięknie poprosisz pułkownika Bielajewa, żeby nie robił afery i nie żądał ode mnie tych pieniędzy. Nie mam z czego zapłacić, ale mam żonę, która go o to ładnie poprosi! Prawda, kotku?
    Nie! To nie mogła być rzeczywistość. To mi się musiało śnić. Z pewnością był to tylko zły sen, i za moment się obudzę. Ale ostry ból w ramieniu uświadomił mi, że to nie był sen, choć nie mogłam uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałam. Grał z Bielajewem?
- Dlaczego z nim grałeś?- jęknęłam. - Przecież sam mówiłeś, że on świetnie gra w pokera. Na głowę upadłeś?
- Byłem pijany. Władek też przegrał, ale mniej i zapłaci, bo ma z czego. Ale ja mam żonę, która pułkownikowi bardzo się podoba. Ubieraj się, pojedziesz do Konstancina.
- Nie licz na to! Nigdzie nie pojadę. - powiedziałam stanowczo i zaraz zawyłam z bólu, bo wykręcił mi ramię do tyłu, aż zatrzeszczały kości.
- Ubieraj się! - syknął. - Jak się będziesz stawiała, to tak cię zbiję, że się posikasz. - popchnął mnie w stronę sypialni. - Pośpiesz się. W przeciwnym razie, zabiorę ciebie w samej sukience!
    Powlokłam się do pokoju i upadłam twarzą na tapczan. To, czego żądał ode mnie Romanowicz, nie mieściło mi się w głowie. Chciał użyć mnie jak zwykłej kurwy, którą alfons posyła do klienta.
    Boże,  ratuj! Nie pojadę, nie mogę tam jechać. Nigdy tego nie zrobię, choć paraliżował mnie strach na myśl o tym, co mnie czeka, jak odmówię. Zaczęłam się modlić, prosząc Boga, aby pośpieszył mi z pomocą. Jednocześnie wiedziałam, iż żadnej pomocy znikąd nie dostanę. Jestem sama i muszę sobie radzić.
   Romanowicz włączył telewizor na cały regulator, choć dom był pusty i nikt nie mógł nic usłyszeć.
   
   Usłyszałam jego kroki. Wszedł do sypialni i przez chwilę przypatrywał mi się, a potem z całej siły szarpnął mnie za włosy.
- Wstawaj i ubieraj się, bo zaraz się za ciebie zabiorę!
- Rób, co chcesz, ja nie pojadę! Nie zamierzam wstawiać się za tobą.
    Nie byłam wcale zaskoczona, kiedy wymierzył mi potężny policzek. Krzyknęłam czując, że z nosa zaczyna kapać mi krew, plamiąc poszewkę poduszki. Ramię bolało mnie dotkliwie – z pewnością jutro będzie w czarnych sińcach. Teraz jeszcze dodatkowo bolał mnie i piekł policzek, a z nosa ciągle kapała krew. Pomimo bólu nie zamierzałam nigdzie jechać.
- Możesz mnie zabić, ale nie zmusisz mnie, żebym pojechała. - wysepleniłam przez rozciętą wargę. - Jestem twoją żoną, a nie dziwką na posyłki.
- Pieprzona cipa! - ryknął w furii i uderzył mnie raz jeszcze, tak mocno, że upadłam na kolana. - Zatłukę cię, słyszysz? Zbieraj się, będziesz robiła, co ci każę, albo nie ręczę za siebie!
- Nie pojadę. - wyszeptałam, bliska zemdlenia. Było mi słabo i kręciło mi się w głowie od ciosów jego ręki.
- Nie? Zobaczymy. Jeszcze mnie widać nie znasz. - powiedział dziwnie spokojnie i odpiął szeroki oficerski pas, ze stalową sprzączką. - Więc jak, dalej się upierasz?
    Nie odpowiedziałam, tylko zagryzłam wargę. 
  

   Pas ze świstem i niespodziewaną siłą spadł na moje plecy. Nie krzyknęłam, nie wydałam z siebie jęku, tylko skuliłam się, zaciskając na piersi ramiona. Cios padał za ciosem, metodycznie, z całej siły, aż poczułam, że sukienka lepi mi się do pleców, z których płynie krew. Słyszałam jak sapał, zmęczony biciem. Nie krzyczałam, wcale nie dlatego, że byłam taka dzielna. Po prostu już nie miałam na to siły. Jęczałam tylko głucho, rozciągnęła na podłodze. Stalowa sprzączka pasa rozcięła mi skórę na czole i krew zalewała mi oczy.
    W końcu Romanowicz przestał mnie bić. Rzucił pas i podszedł do szafki nocnej. Z szuflady wyjął schowany tam pistolet.
- Zastrzelę cię, ty suko. - powiedział cicho. - Nie żartuję. Zastrzelę cię, jeżeli dalej będziesz się stawiać. Upozoruję twoje samobójstwo, wierz mi, umiem to robić. Chcę od ciebie tylko jednego. Zawiozę cię do Konstancina, a ty poprosisz Bielajewa, żeby zostawił mnie w spokoju, jasne?
    Nie wątpiłam, że może mnie zabić. Przystawił mi lufę pistoletu do skroni i dostrzegłam kątem oka, jak palec drżał mu na cynglu. Byłam tak strasznie skatowana, że nawet nie zareagowałam. Nie bałam się śmierci, ale z żalem pomyślałam, że nie wrócę już do domu i nie zobaczę rodziców. Kiedyś dowiedzą się o mojej śmierci, ale nie będą wiedzieli, jak strasznie cierpiałam i tęskniłam za nimi.
- Wstawaj! - usłyszałam jego głos, aż zachrypnięty z wściekłości. - Bo zabiję cię!
Pistolet TT 33 popularna TT-ka.
    Nie odpowiedziałam. Byłam już tylko jednym wielkim bólem. Poderwał mnie z podłogi, postawił i podtrzymał, bo leciałam mu przez ręce. Z krzesła ściągnął mój sweter i ubrał mnie siłą. Nawet nie ruszyłam palcem, w swojej obronie. Posadził mnie na tapczanie, w łazience zamoczył ręcznik w wodzie i wytarł mi twarz z krwi. Przeczesał mi włosy i przypudrował policzki. Z torebki wyjął szminkę, malując mi usta. Musiałam wyglądać jak cyrkowy błazen, spuchnięta, poraniona i sztucznie wymalowana. Stwierdziwszy, że wyglądam „przyzwoicie”, próbował wyprowadzić mnie z pokoju. Ale ja nie miałam siły żeby zrobić nawet krok, więc wziął mnie na ręce i zszedł ze mną po schodach, zatrzaskując nogą drzwi wejściowe. 

   Pod domem stał wojskowy łazik. Wepchnął mnie na tylne siedzenie i zapuścił motor. Ruszył gwałtownie, o mało nie zrzucając mnie z siedzenia. Auto pomknęło przez mokre i lśniące od deszczu ulice Warszawy, zagłębiając się w mrok, rozjaśniony z rzadka ulicznymi lampami.  c.d.n.
                     ---------------------------------------------------------                                                                                                                   
     

niedziela, 26 marca 2017

SEKRETY RODZINNE - KOTKU, MAMY KŁOPOTY!


26 marca 2017 r.


   W pierwszym momencie nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Cofnęłam się do tyłu, zakrywając ręka usta, żeby powstrzymać okrzyk przerażenia. Przez ten czas, kiedy Romanowicz się nie pokazywał, niekiedy miałam złudzenie, że nie istnieje, że to tylko moja wyobraźnia go stworzyła. Ale on istniał i odepchnąwszy mnie, wszedł do przedpokoju, a potem do kuchni.
    Zjawił się teraz, gdy wcale się tego nie spodziewałam. Poczułam, że lodowacieją mi ręce i nogi, a serce znalazło się w żołądku. Weszłam za nim do kuchni i stanęłam przy stole, opierając się na nim ręką, bo kolana trzęsły się pode mną. Zauważyłam, że Romanowicz bardzo się zmienił od dnia, kiedy go ostatni raz widziałam. Był wychudzony, w pomiętym ubraniu, nie ogolony i zarośnięty. Oczy miał przekrwione, kiedy patrzył na mnie.
- No, co tak stoisz, jak kutas na weselu? - odezwał się uprzejmie. - Daj mi coś do zjedzenia. W tej kurewskiej robocie człowiek nawet nie ma czasu, żeby coś przełknąć.
- A masz pieniądze? - spytałam spokojnie, choć serce waliło mi jak szalone.
- Po cholerę mi pieniądze?
- Zapominasz, że pozostawiłeś mnie bez jedzenia i bez pieniędzy. Wszystko, co jest w lodówce zostało mi pożyczone. Trzeba za to zapłacić, więc pytam, masz pieniądze?
    Zaśmiał się cynicznie.
- Pieprzysz, kotku. Wiedziałem, że sobie poradzisz, i jak widzę, nie myliłem się. Wyglądasz kwitnąco. - zajrzał do lodówki i wyjął z niej kilka jajek i pęto kiełbasy. - Zrób mi jajecznicę na kolację i kanapki z kiełbasą.
Pożywny posiłek - jajecznica na kiełbasie.
- Nie! - powiedziałam cicho, przez zacięte zęby. - Zostawiłeś mnie tu na śmierć głodową wiedząc, że nikogo nie poproszę o pomoc. Żeby nie pani Danusia, zdechłabym tu bez jedzenia i pieniędzy. Miałbyś teraz rodzinny pogrzeb i prokuratora na głowie, bo pani Bartnikowa z pewnością oskarżyłaby ciebie o spowodowanie mojej śmierci. Jesteś podłym draniem bez sumienia i bez honoru.
    Popatrzył na mnie przeciągle i zlękłam się, że mnie uderzy. Ale nie zrobił tego, tylko postawił czajnik na gazie.
- Iza, przestań pleść głupstwa i zrób mi kolację. To nie ja prokuratora, ale prokurator mnie musiałby się obawiać. Zapamiętaj to sobie. Idę do łazienki., żeby wziąć prysznic i się ogolić. Jak wrócę, jedzenia ma być na stole, słyszysz?
    Wyszedł z kuchni, trzasnąwszy przedtem drzwiami. Trzęsłam się cała ze strachu i wściekłości, ale postanowiłam mu nie ulegać. Usiadłam na krześle, wsparta łokciami o stół i nie reagowałam, kiedy woda zagotowała się, czajnik zaczął gwizdać, a kuchnia napełniła się parą. Nie ruszyłam się, gdy Romanowicz wszedł do kuchni już odświeżony i ogolony.
- Co się z tobą dzieje? - wrzasnął. - Dlaczego nie zrobiłaś mi kawy i kolacji?
- Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie! - warknęłam. - Sam sobie zrób.
- Nie przeciągaj struny. - pochylił się nade mną i jego twarz była blisko, tak blisko, że czułam jego oddech.
    Byłam przekonana, że zaraz mnie spoliczkuje, ale ku memu zdumieniu, sam ukroił sobie kilka kromek chleba, obłożył je kiełbasą i usmażył jajecznicę z pięciu jaj. Okazało się, że jak chce, to potrafi o siebie zadbać. Zaparzył kawę i dolał do niej mleka z lodówki. Poszedł do pokoju i z barku wziął butelkę koniaku. Nalał sobie do kieliszka i zwrócił się do mnie:
- Chcesz koniaku?
- Nie chcę.
  
 Zaszokowany moim zachowaniem, wzruszył ramionami.
- Kurwa, człowiek przychodzi do domu po ciężkiej harówce, a ta cipa siedzi jak królowa i nawet dupska nie ruszy, żeby usłużyć mężowi. - pożalił się, pochłaniając przygotowany posiłek.
- Nie jesteś moim mężem, tylko moim katem, bo skazałeś mnie na śmierć. Ale nie myśl, żeby ci się to upiekło. Już nie te czasy. Idzie nowe!- oznajmiłam z tryumfem. 
 - Głupia jesteś. Jeszcze długo będzie szło, zanim dojdzie. Mam ochotę dołożyć ci za to, że ośmieszyłaś mnie przed żołnierzem, i jak gadałaś ze mną przez telefon. Ale znaj moje dobre serce, dziś ci się jeszcze upiecze, bo jestem cholernie zmęczony i nawet nie mam ochoty przelecieć ciebie. Spiorę cię jutro!
    Zanim zdążyłam odpowiedzieć, w pokoju zadzwonił telefon. Nie ruszyłam się z miejsca wiedząc, że to nie rodzice, bo obrażeni, przestali dzwonić. Ogromnie mnie to bolało, ale nic nie mogłam poradzić. Romanowicz wstał i poszedł do pokoju. Telefon umilkł. Usłyszałam głos męża, najpierw zdziwiony, potem na długo zamilkł, słuchając tego, co ktoś mówił. Mruknął gniewnie i odłożył słuchawkę.
    Kiedy wszedł do kuchni, myślałam że spadnę z krzesła. Był trupio blady, a w jego oczach była ślepa wściekłość. Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Odruchowo wstałam.
- Co się stało? - spytałam.
    Długą chwilę nie odpowiadał, tylko patrzył na mnie jakby z namysłem. Po ustach przemknął mu szczególny uśmiech. Musiał opanować wściekłość, bo na jego policzki wróciły rumieńce.
- Mamy kłopot, kotku. - jego głos był idealnie spokojny, w ogóle nie było w nim słychać złości.
- Mamy? My mamy?
- Owszem, my mamy. Przegrałem w karty dosyć dużo pieniędzy i teraz trzeba je zwrócić.
- A co mnie to obchodzi? - prychnęłam pogardliwie. - To ty przegrałeś, a ja już nie mam pierścionków z brylantem, ani pereł. Nie mam także pieniędzy, które mi zabrałeś, więc nic ci nie pomogę. Sam spłacaj swoje długi.
- Fe, kotku. Chcesz zostawić męża bez pomocy? To nic, że nie masz już biżuterii, bo coś jeszcze ci zostało. Potem ci powiem, co!
   
      Nie wiem dlaczego, ale ton, jakim mówił, przejął mnie dreszczem. Coś złego patrzyło mu z oczu.
- Ile przegrałeś? - odezwałam się ściszonym głosem.
- Dużo, kochanie. Dwanaście tysięcy!
    Otworzyłam usta i wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.  c.d.n.

piątek, 24 marca 2017

SEKRETY RODZINNE - FATALNY ZBIEG OKOLICZNOŚCI.


24 marca 2017 r.
Konstancin. Królewska Góra "Julisin" willa, w której mieszkał B. Bierut.
   To był fatalny zbieg okoliczności.
Rano ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam pani Danusię, zdenerwowaną, z oczami czerwonymi od łez.
- Pani płacze? - zawołałam zaniepokojona. - Jakaś zła wiadomość?
Sąsiadka skinęła głową, weszła do pokoju i przysiadła na brzegu fotela.
- Bardzo zła, duszyczko. - szepnęła, ocierając mokre policzki. - Muszę na dzień, lub dwa wyjechać. Zostaniesz, córeczko, sama.
Podskoczyłam z wrażenia.
- Pani Danusiu, dokąd pani jedzie i co się stało?
- Niedaleko, bo tylko do Konstancina. Telefonowała moja przyjaciółka, Daszeńka. Pojutrze wyjeżdżają z Polski na zawsze i chciała mnie widzieć przed odjazdem. Znamy się jeszcze z Rosji. To taka dobra kobieta, serdeczna i poczciwa. Razem wojowałyśmy w czasie wojny. Tylko ona w ruskim, a ja w polskim wojsku. Chciałam, żebyście się poznały. Zamierzałam zabrać ciebie kiedyś do Konstancina, bo mówiłam jej o tobie. Ale nic z tego nie będzie, bo wyjeżdżają.
- To wielka szkoda. - westchnęłam z żalem. - A dlaczego wyjeżdża?
Pani Danusia spojrzała na mnie przeciągle.
- Nie wiesz dlaczego?
- Nie.
- Po zmianach w Komitecie Centralnym, oficerowie radzieccy opuszczają Polskę wraz z marszałkiem Rokossowskim. Myślałam, że wiesz o tym.
- Nie wiedziałam. - szepnęłam spuszczając oczy, żeby pani Bartnikowa nie odgadła moich myśli. - Bardzo mi przykro, że nie poznam przyjaciółki pani.
Wojska radzieckie opuszczają Polskę.
- Pomogę jej się spakować, bo pewnie biedna Daszeńka jest kompletnie załamana. W Polsce bardzo się jej podobało. Miała piękne mieszkanie w Konstancinie, na Królewskiej Górze. Wiesz, tam mieszkają wszyscy dygnitarze. Bierut mieszkał w willi „Julisin”, a marszałek Rokossowski w dawnym pałacyku GISZ.
- Przepraszam, w czym? - nie zrozumiałam tego skrótu.
- W budynku przedwojennego Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych. Polacy trochę niesprawiedliwie potraktowali Kostiuszę. Ostatecznie, to nie byle kto – marszałek dwóch narodów.
Podobny obraz
Konstatnty Rokossowski w mundurze marszałka ZSRR.
- No właśnie, dwóch!….- mruknęłam, ale zaraz zapomniałam o skrzywdzonym marszałku, bo przelękłam się, że kilka dni będę  sama.    - A kiedy pani wróci, pani Danusiu? - odezwałam się, biorąc ją za rękę.      
   Była to jedyna osoba w tym wielkim mieście, troszcząca się o mnie, której mogłam zaufać.
- Czekaj, dziecko. Dziś jest 31 października, to sądzę, że przyjadę do domu chyba 2 lub 3 listopada. Wiem, boisz się, że Romanowicz wróci, ale nie sądzę, żeby miał na to czas. Oni tam teraz mają urwanie głowy. Gomułka chce wprowadzić duże zmiany w wojsku i w służbach specjalnych, więc padł na nich strach. Dam ci jeszcze parę groszy, żebyś mogła kupić sobie jedzenie i nie głodowała. Jak wrócę, pomyślę, co zrobić, żeby ten sukinsyn oddawał ci chociaż połowę pensji. Upiekłam placek ze śliwkami. Chodź do mnie i weź go sobie.
    No i jak nie kochać, takiej dobrej sąsiadki?
   Pani Danusia wyjechała w południe, przysłanym po nią wojskowym samochodem. Zrobiło mi się smutno i poczułam się bardzo samotna. Pomyślałam, żeby zatelefonować do rodziców, ale natychmiast się rozmyśliłam. Nie byłam w stanie dłużej ich okłamywać. Nie mogąc usiedzieć w domu, włożyłam na siebie dwa swetry, a pod swetry jeszcze górę od piżamy, żeby mi było cieplej i w kostiumie wyszłam na ulicę. 

   Dzień był bardzo słoneczny i przyjemny, jak na tę porę roku. Nie czułam chłodu spacerując ulicami Saskiej Kępy. Przechodząc koło poczty, wpadłam na pomysł, żeby napisać do rodziców list i wyjaśnić, dlaczego nie przyjeżdżam do domu. Weszłam do środka i kupiłam papier listowy, kopertę i znaczek. Usiadłam przy stoliku i zaczęłam pisać, skrzypiąc stalówką po papierze.
„Moi Najukochańsi – Mamuniu i Tatuśku! Ja się nie zmieniłam, ale nie mogę przyjechać, bo on mi nie pozwala. Dopiero po ślubie okazało się, jaki to zły człowiek. Nienawidzę go i pragnę wrócić do domu, ale Romanowicz zagroził mi, że gdy odejdę, skrzywdzi was”…. - strzepnęłam ze stalówki atrament i zamarłam z rozchylonymi ustami.
   Boże miłosierny, nie wolno mi wysłać tego listu! Przecież korespondencja jest cenzurowana, a już z pewnością listy do moich rodziców. Postarał się o to Romanowicz, tego byłam absolutnie pewna. Wszyscy ludzie podejrzani, mieli kontrolowane rozmowy telefoniczne i korespondencję. Gdybym ośmieliła się napisać rodzicom prawdę o moim małżeństwie, z całą pewnością list trafiłby na drugi dzień do rąk męża! Nieraz wypsnęło mu się jakieś słówko o kontroli korespondencji. Mogłabym strasznie rodzicom zaszkodzić, nie tylko im, ale przede wszystkim sobie. Bliska rozpaczy o mało nie rozpłakałam się na cały głos. Prędko zasłoniłam twarz chusteczką udając, że siąkam nos. Chciałam podrzeć list i wrzucić do kosza, ale przypomniałam sobie, że nawet kosze na poczcie są sprawdzane i włożyłam go do kieszeni. Na ulicy podarłam list na drobne kawałeczki i wyrzuciłam do śmieci.
Popularna prezenterka telewizyjna pani Krystyna Loska.
   Odechciało mi się spacerów, więc wróciłam do domu i resztę dnia spędziłam, czytając książki i oglądając telewizję. Nadawali piękny program poświęcony poległym żołnierzom w Powstaniu Warszawskim – chyba pierwszy taki program w telewizji. Wielcy aktorzy recytowali wiersze Krzysztofa Baczyńskiego i Gajcego, śpiewano pieśni powstańcze. Byłam bardzo wzruszona, bo w powstaniu walczyli moi kuzyni i poległ brat mamy.
    Dzień Wszystkich Świętych wstał słoneczny i taki ciepły, że mogłam śmiało wyjść na miasto w samym kostiumie i w golfie. Po śniadaniu pojechałam do kościoła Świętego Krzyża na mszę i modliłam się żarliwie, prosząc Boga o pomoc w odzyskaniu wolności. Potem w okropnym ścisku, autobusem na Powązki. To był dzień żałoby. Na cmentarzu tłumy ludzi, z kwiatami i zniczami. Większość kobiet w czerni.
    Przypomniałam sobie opowiadania babci, o wielkiej żałobie narodowej w 1861 roku, kiedy to po zastrzeleniu przez wojsko carskie pięciu polskich manifestantów, arcybiskup Fijałkowski ogłosił bezterminową żałobę narodową. Wtedy wszystkie polskie kobiety, od praczki do księżnej, ubrały kiry i chodziły w nich, aż do chwili upadku Powstania Styczniowego.
Dama polska w  sukni żałoby narodowej 1861- 1863.
   Te współczesne warszawskie kobiety utraciły bliskich w 1939 roku, oraz w czasie okupacji i w Powstaniu Warszawskim, często całe rodziny. Przez lata, z gruzów i kanałów, wydobywano ciała poległych żołnierzy i zabitych cywilnych mieszkańców stolicy. Wiele kobiet nigdy nie odnalazło swych bliskich i chodziły na cmentarz składać kwiaty na obcych grobach. Zapalając znicz, modliły się za swoich umarłych.
 
Powązki. Święto Zmarłych.
    Mój wuj, również nie miał grobu i nikt nie wiedział kiedy i jak poległ. Prawdopodobnie zginął w czasie wycofywania się powstańców ze Starówki, kanałami do Śródmieścia, bo na Starówce ostatni raz go widziano. Kupiłam znicze, wiązankę kwiatów i poszłam na Kwaterę żołnierzy „Zośki”. Było tam mnóstwo ludzi, a przy grobach klęczały czarno ubrane kobiety. Złożyłam kwiaty na czyimś grobie i zapaliłam znicze. Zmówiłam pacierz, a potem długo chodziłam po cmentarzu, podziwiając wspaniałe grobowce i czytając wzruszające epitafia. 

PL Warsaw Stare Powązki rodzice chopina, 01-797 Warszawa - Zdjęcia
Płyta grobowa rodziców Fryderyka Chopina na Starych Powązkach.
  Na Starych Powązkach odwiedziłam grób rodziców Chopina, jego matki Justyny z Krzyżanowskich i ojca Franciszka. Tam także leżały kwiaty i świeciły się znicze – warszawiacy pamiętali o swoim wielkim Fryderyku.
    Nie chciało mi się gotować obiadu, więc wstąpiłam do jakiejś małej knajpki i zjadłam tradycyjnego schabowego z ziemniakami i kapustą. Myślałam, że tego dnia zatelefonują rodzice, ale nikt nie zadzwonił. Domyśliłam się, że mama i tatuś byli na mnie obrażeni. Bardzo mnie to bolało, ale cóż mogłam zrobić?
    Kiedy wyjechała Ewa, a wczoraj pani Danusia, zostałam zupełnie sama. Czułam się strasznie samotna i skrzywdzona, bo chyba nie zasłużyłam sobie na taki los. Zaświeciłam w mieszkaniu wszystkie światła i włączyłam telewizor na cały regulator, ale przez to nie było mi wcale weselej i nie byłam przez to mniej samotna.
W końcu zrezygnowana i w ponurym nastroju położyłam się do łóżka i długo płakałam, zanim zmorzył mnie sen.
   Miałam nadzieję, że pani Danusia wróci 2 listopada, ale nie przyjechała. Widocznie przyjaciółka bardziej jej potrzebowała ode mnie. Telefonicznie sprawdziłam, w jakim kinie dają dobry film, i po południu wybrałam się do kina „SKARPA”, żeby nie siedzieć w domu i aby prędzej minął czas. To był chyba angielski obraz: „Niepotrzebni mogą odejść”z wielką, dramatyczną rolą znakomitego aktora brytyjskiego Jamesa Masona. Film był mroczny i nie poprawił mi humoru, ale samo przejście się po gwarnych ulicach i dwie godziny spędzone między ludźmi, nieco podniosły mnie na duchu.
Wspaniały James Mason z Kathleen Ryan " Niepotrzebni mogą odejść"
    Wróciwszy do domu, zrobiłam sobie, mimo późnej pory kawę, i usiadłam przed telewizorem. Mówi się, że pogoda, jak kobieta, jest zmienna. Drugiego dnia listopada, podobnie jak pierwszego, rano i w południe było ciepło, świeciło słońce. Ale zaraz po powrocie do domu, nagle się zachmurzyło, zerwał się północny wiatr, temperatura gwałtownie spadła i zaczął padać zimy, jesienny deszcz. Popijałam kawę, ciesząc się, że siedzę w ciepłym mieszkaniu, a za oknami wiatr i deszcz.
Ostry dzwonek przy drzwiach, poderwał mnie na równe nogi. „Pani Danusia przyjechała!”… - pomyślałam  uradowana i pobiegłam jej otworzyć.
- Nie mogłam się już doczekać! - zawołałam radośnie, otwierając drzwi.
- No to się doczekałaś! - usłyszałam męski głos i zdrętwiałam.
    Na progu stał Romanowicz. c.d.n.
                                           -------------------------------------
             

środa, 22 marca 2017

SEKRETY RODZINNA - NA WĘGRZECH LEJE SIĘ KREW!


22 marca 2017 r.

   Ale jeszcze tego wieczora, słuchając relacji z RWE, bezpośrednio z Budapesztu, już się nie śmiałam. Na Węgrzech wybuchło powstanie. Powód niezadowolenia Węgrów był podobny to przyczyny rozruchów w Poznaniu. Nieudana próba kolektywizacji, zapaść ekonomiczna i chęć pomszczenia ofiar terroru okresu rządów stalinowskich Mātyāsa Rākociego. Protest robotników z Poznania i przemiany w Polsce, były
dla Węgrów światełkiem w tunelu i wzorem do naśladowania.
Imre Nagy przemawia w Parlamencie.
   Pisarze domagali się wolności słowa, chłopi nie chcieli kolektywizacji, studenci narzekali na trudy studiowania i punkty za pochodzenie. Węgierska Partia Komunistyczna, była tak samo podzielona jak u nas, na zwolenników stalinizmu i jej przeciwników. Lecz oczekiwania studentów uniwersytetu technicznego w Budapeszcie sięgały o wiele dalej. Studenci w oświadczeniu z 22 października domagali się wolności obywatelskiej, demokracji parlamentarnej i niepodległości. Tę petycję, studenci zamierzali ogłosić w radiu, lecz im odmówiono. Wobec tego, studenci zaczęli oświadczenie kolportować po zakładach pracy, instytucjach i na wyższych uczelniach.
Budapeszt - polski autobus wiozący pomoc medyczną.
   23 października, pod pomnikiem polskiego generała Józefa Bema, zebrał się tłum demonstrujących mieszkańców Budapesztu. Społeczeństwo wzięło masowy udział w manifestacji. Odczytano publicznie listę żądań studentów. Setki tysięcy ludzi skierowało się pod parlament i rozgłośnię radiową, by skłonić jej władze do odczytania listy żądań. Lecz z budynku rozgłośni radiowej otworzono do tłumu ogień. Demonstranci, z pomocą broni uzyskanej od żołnierzy, zdobyli rozgłośnię radiową. Jeszcze tego wieczora 300 tysięcy manifestantów, domagało się pod parlamentem wolności słowa, wolnych wyborów i niezawisłości od ZSRR. Domagano się powołania Imre Nagy na szefa nowego rządu.
23 październik. Budapeszt. Demonstracja pod pomnikiem Bema.
    Imre Nagy, węgierski komunista, lecz z radzieckimi korzeniami, był premierem Węgier w latach czterdziestych, ale został odsunięty od władzy przez stalinowców i represjonowany. Manifestanci ponownie powołali go na stanowisko premiera, nie wiedząc o tym, że Nagy był poprzednio agentem NKWD! Ern Ger, I sekretarz Węgierskiej Partii Komunistycznej, zdecydował się prosić wojska radzieckie o interwencję militarną. Wśród podpisów zwolenników interwencji, był także podpis Nagy!

   Jeszcze tego samego wieczora, Węgrzy obalili znienawidzony, ogromny pomnik Stalina i porąbali go na drobne kawałki. Imre Nagy został premierem Węgier.
Powstańcy na czołgu.
   24 października powstanie ogarnia także inne miasta kraju. Zostaje ogłoszony strajk generalny. Powstają zakładowe rady rewolucyjne. Ukazują się niezależne gazety. Ludzi ogarnia euforia, upajają się wolnością. 25 października I Sekretarz Komunistycznej Partii Węgier Ern Ger, zostaje usunięty. Jego miejsce zajmuje Janos Kadar, zwolennik ścisłej współpracy z Kremlem.
 
Janos Kadar.

   Do Budapesztu wkracza 6 tysięcy żołnierzy radzieckich i 200 czołgów. Funkcjonariusze z Wydziału Bezpieczeństwa Państwa ( coś w rodzaju naszego UB) strzelają pod parlamentem do zgromadzonych tam ludzi. Jest ponad 100 zabitych!
Ojczulek Bem!
   27 października Nagy przedstawia skład nowego rządu. Armia ma rozkaz nie występować przeciwko powstańcom. Na Węgry przylatują przedstawiciele Kremla: Mikojan, Susłow z ramienia Biura KPZR, oraz generał Sierow z KGB.
To węgierscy powstańcy. Przypominają tych z Warszawy.
    28 października. Na prośbę rządu węgierskiego, Związek Radziecki wstrzymuje interwencję zbrojną i wycofuje wojska z Budapesztu, ale nadal są one w pobliżu. Do tego dnia powstańcy nie zdołali zdobyć żadnego z ważnych urzędów w mieście.
    30 października. W wielu miastach węgierskich dochodzi do walk pomiędzy zwolennikami nowych i starych władz. Po obu stronach giną ludzie.
Ulice Budapesztu w czasie powstania.
    31 października. Organ KC KPZR „Prawda” informuje, że rząd radziecki gotów jest do rokowań w sprawie obecności wojsk radzieckich na terenie Węgier. Nagy ogłasza wystąpienie Węgier z Układu Warszawskiego.
Wojska radzieckie z Rumunii i Ukrainy ruszają na Węgry.
Czołgi na ulicach Budapesztu.
   30 października. Węgierska delegacja powstańczego rządu, z ministrem obrony na czele, udaje się do kwatery dowództwa wojsk radzieckich, znajdującej się pod Budapesztem, na rozmowy. Ale Sierow, generał KGB, każe ich aresztować.
  
Aresztowanie ministra Obrony. Został stracony,
   1 listopada. Nagy zwraca się w sprawie nadchodzących wojsk radzieckich, do ambasady radzieckiej w Budapeszcie. Ale ambasador Andropow zapewnia go, że nie ma mowy o żadnej interwencji. Nowy rząd ogłasza neutralność i prosi ONZ o uznanie węgierskiej neutralności.
Radzieckie czołgi na ulicach Budapesztu.
     W tym samym czasie Janos Kadar i jego minister spraw zagranicznych, udają się do Moskwy, na rozmowę o utworzeniu drugiego, kontrrewolucyjnego rządu. Uzyskawszy zgodę, Janos Kadar ogłasza utworzenie Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczo-Chłopskiej i staje na jej czele, dążąc do obalenia powstańczego rządu Nagy.a.
Węgierska dziewczyna - powstaniec.
   4 listopada o 4 rano, wojska radzieckie atakują Budapeszt. O godzinie 5-tej, premier Nagy po raz ostatni apeluje przez radio do narodu, informując o natarciu Rosjan na stolicę Węgier. Jego rozpaczliwy apel powtarzają wszystkie rozgłośnie radiowe świata.
„ Dziś, we wczesnych godzinach rannych, wojska radzieckie rozpoczęły atak na naszą stolicę, chcąc obalić legalny rząd węgierski. Na pomoc! Na pomoc! Na pomoc!” Po trzech godzinach Wolne Radio Kossuth kończy nadawanie.
Radzieckie wozy pancerne na ulicach Budapesztu.
   Premier Nagy i jego współpracownicy chronią się w ambasadzie Jugosławii i otrzymują azyl. Wojsko radzieckie i oddziały węgierskiej bezpieki zajmują parlament.
Prymas Węgier kardynał Jozsef Mindszenty
   Prymas Węgier, kardynał Jozsef Mindszenty, szuka schronienia w ambasadzie amerykańskiej, skąd wyjdzie dopiero po 15 latach, 28 września 1971 roku, aby udać się do Wiednia, gdzie zostanie aż do śmierci.
Powstaniec na  ulicy zniszczonego Budapesztu.
   7 listopada zostaje zaprzysiężony Węgierski Rewolucyjny Rząd Robotniczo-Chłopski, pod przywództwem Janosa Kadara, który wzywa swoich popleczników do wyjścia z ukrycia i chwycenia za broń.
Ostatnim punktem oporu w Budapeszcie, jest dzielnica przemysłowa Csepel. Tam krwawe starcia trwają do 10 listopada. Powstanie gaśnie, utopione we krwi. 
    Tysiące uczestników zostaje aresztowanych i deportowanych do ZSRR. 26 tysięcy staje przed sądami i zostaje skazanych na długoletnie więzienie. 1200 osób stracono w egzekucjach.
22 listopada premier Nagy i kilku członków jego rządu, wychodzą z ambasady Jugosławii, uwierzywszy w zapewnienia Kadara, iż mogą udać się za granicę. Ale zostają aresztowani i postawieni przed sądem.
W dwa lata po opisanych wypadkach, 16 czerwca 1958 roku Imre Nagy zostaje stracony i zakopany w nieznanym grobie. Po latach w 1989 r. rehabilitowany i uroczyście pochowany.
Uroczysty pogreb Imre Nogy.
   Do chwili obecnej nie wiadomo, ilu powstańców poległo. Być może 2700 zabitych i dziesięć razy tyle ranionych. Dane te nie obejmują pochowanych w parkach, ogrodach i miejscach nieznanych. Nie wiadomo ilu powstańców zgineło na wsiach węgierskich.
                             ----------------------------------------- 

Codziennie słuchaliśmy przez radio i w telewizji coraz bardziej dramatycznych i rozpaczliwych komunikatów z powstania na Węgrzech. W audycji radiowej „Z kraju i ze świata”, a nawet w Trybunie Ludu”, organie KC PZPR-u, znajdowały się obszerne sprawozdania z tragicznych wydarzeń dziejących się w kraju naszych „bratanków.”

   Polacy nie patrzyli bezczynnie na walczące Węgry. Samorzutnie tworzyły się Komitety na rzecz ludności węgierskiej, zbierając pieniądze, odzież, pledy i inne rzeczy potrzebne walczącym. Codziennie na lotniska i dworce kolejowe szły tłumy z paczkami dla Węgrów, a 15 samolotów polskich dostarczało na Węgry tony medykamentów i materiałów pierwszej pomocy. 
W czasie powstania, Budapeszt był w Poznaniu. Transport leków.
   Tylu było chętnych do oddania krwi, że trzeba było otworzyć nowe stacje krwiodawstwa. 11.196 osób oddało swoją krew walczącym Węgrom. Pomoc materialna wysyłana była także transportem kolejowym i drogowym. Polacy gotowi byli przyjąć węgierskie sieroty.
Załadunek materiałów pierwszej potrzeby na samoloty.
   Uboga, niezamożna Polska spontaniczne zebrała w darze dla narodu węgierskiego 2 miliony ówczesnych dolarów! Była to kwota wyższa, niż pomoc rządu USA dla Węgier!
Protesty studentów polskich.
   Stany Zjednoczone nie kiwnęły palcem, żeby przyjść z pomocą nieszczęsnym Węgrom. Zadowoliły się mniej lub więcej wojowniczymi przemówieniami i audycjami z rozgłośni „Głosu Ameryki' i „Radia Wolnej Europy”, oraz nie mającymi większego znaczenia, wypowiedziami dyplomatów amerykańskich.
    
    Ja i pani Danusia przygotowałyśmy duże paczki i zataszczyłyśmy je na lotnisko. Ale okazało się, że samoloty były już przeciążone do granic wytrzymałości i poradzono nam, żebyśmy nadały paczki drogą kolejową. Tak też zrobiłyśmy.
    Po telefonie, który sobie zlekceważyłam, Romanowicz nie odezwał się więcej. Myślałam z satysfakcją, jaki musiał być na mnie wściekły. Lecz gdy uświadomiłam sobie, że któregoś dnia wróci do domu, poczułam zimny dreszcz  przerażenia. c.d.n.

poniedziałek, 20 marca 2017

SEKRETY RODZINNE - ZACZYNAM SIĘ WKURZAĆ!


 20 marca 2017 r.

Po kolacji, znudzona, wyłączyłam telewizor i poszłam do sypialni. Musiałam zmienić pościel na tapczanie, bo była pobrudzona. Potem włożyłam nocną koszulę i się położyłam. Tego dnia nie telefonowałam do rodziców, bo nie byłam w stanie powiedzieć im prawdy o sobie, a kłamać nie potrafiłam. Mimo zmartwień, zasnęłam głębokim snem i przespałam niemal do południa.
Romanowicz jakby nie istniał. Nie przychodził i nie zatelefonował, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyję. Oprych! Pożyczyłam od pani Danusi płaszcz i dwa bilety autobusowe, wyjęłam z szafy kilka najładniejszych sukienek, zapakowałam je i pojechałam autobusem na Bazar Różyckiego. Sprzedałam suknie za wcale dobrą cenę i ucieszona, wstąpiłam do kawiarni na kawę i ciastko. Nareszcie miałam trochę własnych pieniędzy. 
Moda lat pięćdziesiątych - pantofelki szpilki!
   Niestety, na płaszcz nie wystarczyło. Postanowiłam zadzwonić do rodziców i poprosić, żeby mi przysłali zakupioną przed ślubem odzież zimową. Innej rady nie widziałam. Nie mogłam ciągle chodzić w pożyczonym płaszczu. W kawiarni ludzie głośno rozmawiali, o ostatnich wydarzeniach politycznych, ciesząc się na nadchodzące zmiany, Widocznie wszyscy mieli nadzieję na lepsze czasy.
Po przyjściu do domu, zaraz zadzwoniłam do rodziców. Telefon odebrała mama. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, krzyknęła:
- Iza, na miłość boską! Co się z tobą dzieje? Dzwoniliśmy do ciebie przez kilka dni, ale nikt telefonu nie odbierał. Myślałam, ze oszaleję! Ojciec wziął dwa dni urlopu i właśnie go pakuje, bo postanowił jechać do Warszawy i na miejscu zobaczyć, co się u ciebie dzieje! Jak mogłaś tak długo trzymać nas w niepewności? Dlaczego nie dzwoniłaś?
Spociłam się z nerwów, jak po maratońskim biegu. Co mam powiedzieć, żeby nie mówić prawdy i nie skłamać?
- Mamusiu, błagam, uspokój się. - wyszeptałam, zaciskając palce na słuchawce. - Nie mogłam do was zadzwonić, bo w związku z pewnymi wydarzeniami, telefony nie działały. Ty jesteś naszym domowym Sherlockiem Holmesem, więc wiesz, co mam na myśli.
Uff! Podziękowałam losowi za podsunięcie mi tej zbawczej myśli. Tak, to w oczywisty sposób tłumaczyło, dlaczego nie mogłam połączyć się z domem. Ale przeraziły mnie następne słowa mamy:
- Jutro ojciec jedzie do Warszawy, aby przekonać się, jak żyjesz. To, co się teraz z tobą dzieje, bardzo nas niepokoi.

Jezus Maria! Tylko tego brakowało do szczęścia. Ojciec bardzo szybko zorientowałby się w mojej sytuacji małżeńskiej. A gdyby tak jeszcze spotkał się niespodziewanie z Romanowiczem…. Nie, absolutnie nie wolno mi było do tego dopuścić!
- Mamusiu, jeśli mnie kochasz, przekonaj ojca, żeby do Warszawy nie jechał. Przyjdzie czas, wówczas wszystko wam wyjaśnię. Teraz nie mogę. Zresztą przez kilka dni nie będzie mnie w Warszawie, bo wyjeżdżam z mężem do Krakowa. Wiem, że niepokoicie się o mnie, ale zapewniam, że nie dzieje mi się krzywda. Nadal was najmocniej w świecie kocham i ogromnie tęsknię za wami. Mam nadzieje, że wkrótce się zobaczymy. Obiecuję.
- No, cóż, jeżeli nie chcesz widzieć ojca….. - głos mamy pełen był żalu i rezygnacji. - Dobrze. Powiem mu, żeby nie jechał.
Do krwi zagryzłam dolną wargę, aby nie płakać i nie wykrzyczeć w słuchawkę całego cierpienia, jakie w tym momencie czułam. Ja nie chcę widzieć ojca!…. Boże wielki, oddałabym pół życia, żeby znaleźć się w jego ciepłych, czułych objęciach i znowu poczuć się bezpiecznie.
- Mamusiu, tęsknię za wami, ale jak mówiłam, nie będzie mnie w Warszawie przez kilka dni. Jak wrócę, zaraz do was zadzwonię.
- Powtórzę ojcu, co mówiłaś. Bardzo mi przykro, że tak szybko się od siebie oddalamy. - powiedziała mama chłodno i zakończyła rozmowę. Usłyszałam trzask odkładanej słuchawki i ciszę.
Byłam zrozpaczona, ale nie uroniłam nawet jednej łzy. Siedziałam, wpatrzona w okno, za którym po niebie, przewalały się ciemne chmury, opite deszczem. Po dłuższym czasie, oprzytomniawszy, przypomniałam sobie, że nie poprosiłam mamy o przysłanie mi ciepłej odzieży. Bez płaszcza dalej będę marzła.
Następne dwa dni nie przyniosły żadnych zmian. Romanowicz się nie pokazał i nie dawał znaku życia. Czasami łudziłam się nadzieją, że już nie żyje. Och, to byłoby cudowne zrządzenie losu. Byłabym wolna, miałabym po nim mieszkanie w Warszawie i jego pensję. Mogłabym studiować, jeździć do domu i przyjmować u siebie rodziców….
O, ale ja mam bujną wyobraźnię.
Znienawidzony pomnik Stalina rozbity na kawałki. Budapeszt rok 1956 r.
   23 października radio podało, że w Budapeszcie odbyła się wielka manifestacja, w której uczestniczyło ponad 300 tysięcy ludzi. Doszło do zamieszek. Potem radio już nie wspomniało, że właśnie tego dnia rozpoczęło się na Węgrzech powstanie, zwane także rewolucją.
Ten rok był naprawdę dramatyczny i pełen ważnych wydarzeń. Śmierć Bieruta, wybór nowego I Sekretarza Edwarda Ochaba, krwawe zajścia w Poznaniu, próba interwencji sowieckiej w Polsce, nowe władze w Komitecie Centralnym PZPR i nowe nadzieje z tym związane. A teraz wybucha powstanie na Węgrzech, ojczyźnie moich przodków po mieczu.
    Zaczęłam pilnie słuchać Radia Wolnej Europy, z której dowiadywałam się o tym, co działo się na Węgrzech. Na drugi dzień zapukała pani Danusia i powiedziała od progu:
- Zbieraj się, dziecko. Pójdziemy na Katowicką, oddać krew dla tych biednych Węgrów!
    Nie rozumiałam o co jej chodzi, dopiero dowiedziałam się od niej, że w Budapeszcie polała się krew! Tam rosyjska interwencja okazała się o wiele skuteczniejsza od tej w Polsce.
Na stacji krwiodawstwa stał tłum ludzi, kobiet i mężczyzn, szczególnie dużo młodzieży. Studentów i uczniów klas maturalnych. Wszyscy stali w ponurym milczeniu, z zaciętymi ustami. Pewnie myśleli, że dzięki opanowaniu i politycznej mądrości naszych przywódców, uniknęliśmy strasznego dramatu. Postanowiłam wieczorem posłuchać dłużej Radia Wolna Europa, żeby dowiedzieć się, jakie były przyczyny tego wybuchu.
Transport polskiej krwi dla walczących Węgrów.
    Podziwiałam panią Danusię. Mając męża Rosjanina, i jak chyba  słusznie  
podejrzewałam, oficera KGB, okazywała litość i współczucie Węgrom, buntującym się również przeciwko władzy radzieckiej. To naprawdę była bardzo wartościowa kobieta.
    Zaledwie przyszłam do domu i wzięłam się za przygotowanie sobie posiłku, gdy do drzwi ktoś zadzwonił. Otworzyłam i wytrzeszczyłam oczy na żołnierza, obarczonego sporym workiem. Znałam go, przynosił mi obiady z kasyna.
- Dzień dobry, mogę wejść? - spytał, patrząc na mnie z uśmiechem.
- Oczywiście, zapraszam. - uchyliłam szerzej drzwi, wpuszczając go do środka.
Wiedziałam, że przysłał go Romanowicz, lecz nie miałam pojęcia z czym. Myśl. że może przyniósł mi coś do jedzenia, czy ubrania, wydala mi się nierealna. To nie było podobne do mego męża.
Jak się okazało, dobrze go znałam. Żołnierz wszedł do pokoju i złożył u moich stóp przyniesiony worek.
- Towarzysz major przysyła brudną bieliznę i prosi o wypranie. Mam mu przynieść kilka czystych koszul, kalesony i ze dwie gimnastiorki.
- Nic więcej wam nie dał? - odezwałam się, złudzona nikłą nadzieją, że może mąż przysłał mi jakieś pieniądze.
- Nie. A miałem coś jeszcze przynieść?
Wzbierająca we mnie fala wściekłości, omal nie wybuchła lawiną przekleństw.

- Nie wiem. - warknęłam przez zaciśnięte zęby. - Powiedzcie towarzyszowi majorowi, żeby sam przyszedł i zrobił sobie pranie, bo ja nie mam na to siły. Umieram z głodu i pragnienia! Być może już umarłam i rozmawiacie z duchem. Powtórzycie to majorowi ode mnie. Umarłam z głodu!
Żołnierz pomyślał, że żartuję, widząc w kuchni na stole talerz kanapek z szynką i kilka parówek, które zamierzałam sobie zagrzać.
    - Rozumiem. To kiedy mam przyjść po wypraną bieliznę?
    - Powiedziałam. Niech towarzysz major sam pierze swoje brudy, bo ja tego nie zrobię. Powtórzcie mu dokładnie to, co słyszycie.
    Widząc minę chłopaka, podejrzewałam, że nie powie nic z tego, co mówiłam. Ale znając Romanowicza nie wątpiłam, że potrafi z niego wszystko wyciągnąć. Miał swoje sprawdzone metody.
   - To może jakąś czystą koszulę da mi towarzyszka, bo major wyśle mnie tu ponownie.
    Użaliłam się nad chłopakiem. W końcu on nie był winien temu, że mój mąż okazał się łotrem. Poszłam do sypialni i z przewrotną satysfakcją wyciągnęłam z szafy najgorszą, starą koszulę, z dziurą na łokciu, oraz równie stare kalesony i jakieś podkoszulki. Bieliznę wepchnęłam do worka i wręczyłam go żołnierzowi.
- Znieście to majorowi i powtórzcie mu, co mówiłam.
    Zrezygnowany wziął worek i skinąwszy mi głową, wyszedł. Usłyszałam, że idąc po schodach chichotał.
    Mnie nie było do śmiechu. Byłam taka wściekła, że rzuciłam talerzem o ścianę i krzyknęłam z furią:
- Kurwa mać, prędzej zdechnę, niż wypiorę twoje zasrane gacie, ty sukinsynu!
   Mama, babcia i ciocie, z pewnością zemdlałyby usłyszawszy, jak się wyrażam. Ale ja nie byłam już dobrze wychowanym dziewczątkiem, ale kobietą, która na własnej skórze przekonała się, że nie należy wierzyć pozorom. O mentalności mego małżonka świadczył fakt, iż przez wiele dni nie zatroszczył się o mnie, nie zadzwonił i nie spytał, czy jeszcze żyję. Ale pamiętał, że mieliśmy w domu ruską pralkę, w której prałam bieliznę, i jak gdyby nigdy nic, przysłał mi brudy do wyprania!
    
   Syta zemsty, zagrzałam sobie parówki i zjadłam z apetytem. Za dwie godziny usłyszałam terkot telefonu. Domyślałam się, kto dzwoni. Z drażniącą powolnością szłam do pokoju, przystając po drodze, żeby obejrzeć się w lustrze. Nawet wcale ładnie wyglądałam. Telefon dzwonił jak oszalały. Podniosłam słuchawkę i usłyszałam ryk „ukochanego” małżonka:
  - Coś ty mi przysłała, do kurwy nędzy? Oszalałaś?
    Zamiast odpowiedzi, zaczęłam gwizdać refren piosenki śpiewanej przez „Mazowsze” o „świniarzu, co się do mnie zalicał”. Gwiżdżąc, wybijałam takt palcami po biurku. „ I choć padało i było ślisko, znów się przywlekło to świniarzysko!”
  - Co to, głucha jesteś? - wrzasnął.
 - Pocałuj mnie w dupę! - oświadczyłam pogodnie i odwiesiłam słuchawkę.
    Wyobraziwszy sobie minę mego „bywszego” ideału, wybuchnęłam śmiechem. c.d.n.