sobota, 20 maja 2017

Powiadomienie o krótkiej przerwie w publikacji "Sekretów rodzinnych"

20 maja 2017 r.




                                                 MILI CZYTELNICY.

   Na skutek - mam nadzieję przejściowych -  kłopotów zdrowotnych, muszę na krótki czas przerwać publikowanie  "Sekretów rodzinnych", ponieważ każdy odcinek na bieżąco piszę i zaraz publikuję. 
   Jakiś czas muszę się nieco podkurować, więc sądzę, że następne fragmenty powieści uda mi się opublikować już w czerwcu.
   Zamieściłam na zdjęciu niezapominajki, z życzeniami, aby moi drodzy Czytelnicy o mnie pamiętali. 
                                     Do zobaczenia i przeczytania.  E.G.E.


czwartek, 18 maja 2017

SEKRETY RODZINNE - ALINKA WYCHODZI ZA MĄŻ!


  18 maja 2017 r.
Popiersie cezara Nerona.
     Nazajutrz była niedziela. Rodzice poszli do kościoła, a potem do kawiarni, ale nie chciało mi się iść z nimi. Siedziałam przy biurku, czytając Swetoniusza, historię rządów cezara Nerona. Za oknami było biało i cicho, bo mróz nie zachęcał ludzi do wychodzenia z domów. Z dala doszedł do mych uszu gwizd lokomotywy, bo dworzec był blisko i stale słyszałam pędzące pociągi, osobowe i towarowe.
    Na wielkim kasztanie za moim oknem, wiecowały wrony, skulone i podobne do pierzastych czarnych kul. Tej nocy źle spałam, a kiedy już zasnęłam, po raz pierwszy przyśnił mi się Borys. Śniłam, że zapukał do drzwi warszawskiego mieszkania, a ja otworzyłam, powiedziałam: - Jesteś! - i zarzuciłam mu ramiona na szyję. A potem poczułam na ustach długi, mocny pocałunek.

    Obudziłam się z dojmującym uczuciem tęsknoty, za czymś, co już było, ale nie wróci.Wpatrywałam się w karty książki, zamyślona i bardzo smutna.
   Z tego zamyślenia wyrwał mnie terkot telefonu tak raptowny, że przerażona, podskoczyłam na krześle. Pomyślałam, że to Alisia, i sięgnęłam po słuchawkę.
- Czy to pani jędzowata? - usłyszałam męski głos i skamieniałam ze zdumienia.
- Skąd, do diabła, ma pan mój telefon? - syknęłam, ochłonąwszy nieco ze zdumienia.
- Aha! To znaczy, że dobrze trafiłem. - zaśmiał się. - Mam niezły wzrok, a w pani dokumencie dostrzegłem nazwisko. Wystarczyło zajrzeć do książki telefonicznej, gdzie pani figuruje. Dzwonię, żeby przeprosić panią za wczorajsze moje zachowanie, bo….
    Ale nie dałam mu skończyć.
- Nie zamierzam komentować pańskiego prostactwa i chamstwa! - wrzasnęłam do telefonu. - Nie mam również najmniejszej chęci rozmawiać z panem po raz drugi. Niech pan raz na zawsze zapomni o numerze mego telefonu, jasne?
- A jednak myliłem się w ocenie, bo jest pani naprawdę nieznośnym babsztylem! Po kim odziedziczyła pani taki charakterek? Zamiast podziękowania za ratunek usłyszałem same złe słowa.

- A co? Miałam z wdzięczności za podniesienie mi tyłka, wydać się za pana?
- Musiałbym upaść na głowę, żeby poślubić taką wścieklicę! - odciął się ostro.  
To już przelało szalę goryczy. Poczułam, że trzęsą mi się ręce i jestem bliska ataku nerwowego.
- Niech pana szlag trafi! - krzyknęłam, nie panując nad sobą, - Cholerny cham! - i z całej siły rzuciłam słuchawką, o mało jej nie rozbijając.
    Potem oparłam głowę o biurko i głośno się rozpłakałam.
   Po powrocie rodziców i obiedzie, zastanawiałam się, co ze sobą zrobić. Byłam cała roztrzęsiona i zła jak osa. Mama widząc moje zaczerwienione oczy spytała, dlaczego płakałam? Ale nie powiedziałam jej prawdy. Nie umiałam już tak zwierzać się mamie, jak to dawniej bywało. Moje fatalne małżeństwo oduczyło mnie szczerości i otwartości. Jedynie Alinie mówiłam wszystko. No, ale ona była moim lekarzem i najbliższą przyjaciółką.
Telefon z lat sześćdziesiątych
    Zaledwie o niej pomyślałam, gdy zadzwonił telefon. Nie podniosłam się z fotela i telefon odebrała mama. Odwróciła się do mnie, ze słuchawką w ręku.
- Pani doktor, do ciebie. - powiedziała żartobliwie i wyszła z pokoju.
- Co się stało? - warknęłam, zła na cały świat.
- Słyszę, że masz zły humor. A może dzwonię nie w porę? Gorzej się czujesz? - zapytała z lekarskiej powinności. - Mierzyłaś ciśnienie?
- Och, czuję się świetnie. - wysyczałam przez zaciśnięte zęby. - Ale jestem nieludzko wkurwiona!
    W telefonie zapanowała cisza. Alinka nie była przyzwyczajona do tego, że ordynarnie klęłam.
- Kiciu, powiesz mi, o co chodzi? - szepnęła po chwili.
    Krótko wspomniałam o kawiarni i kretynce Zośce, przechodząc do mego wypadku.
- Wyobraź sobie, Alisiu, ten drań najpierw stwierdził, że trzeba być wariatką, żeby chodzić w szpilkach po śniegu, a potem oznajmił, że jestem jędzowata, prawdziwa wiedźma, bo nie okazałam mu wdzięczności za przysługę! Powiedz, no powiedz sama, czy ja zasłużyłam na taką nazwę? Miałam rozbity zadek, stłuczoną kość ogonową, skręciłam sobie nogę w kostce, trzęsłam się z zimna i było mi wstyd upadku. A ten cham nazwał mnie wiedźmą, bo się mu nie rzuciłam na szyję! - krzyczałam do telefonu, waląc drugą pięścią w blat biurka.
- Hmm. - usłyszałam w słuchawce cichy pomruk. - A nie wiesz, kto to był?
- Jakiś oficer lotnictwa. Ja to mam cholerne szczęście do wojskowych. Zaraz sobie przypomniałam mojego zasranego mężulka. Jakby tego było mało, dziś ten cham ośmieli się do mnie zadzwonić. Wczoraj przy upadku, rozsypały mi się dokumenty, a on je pozbierał i przeczytał moje nazwisko.
- A po co zadzwonił? - w głosie Alinki usłyszałam nutkę ciekawości.
- Rzekomo, żeby mnie przeprosić za wczorajsze zachowanie. Ale tak naprawdę, to chciał mi dokuczyć! Skurwiel! - chlipnęłam do telefonu, i wytarłam łzy ręką, w braku chusteczki.

- Izunia, nie płacz. - usłyszałam jej kojący głos. - Nie warto się denerwować. Znając twoją awersję do mężczyzn noszących mundur, wydaje mi się, że nie grzeszyłaś nadmierną uprzejmością, co? Ostatecznie ten pan pomógł ci, wybawiając z opresji.
- No wiesz? Miałam mu się z wdzięczności oddać w śnieżnej zaspie?
- Aż takiej wdzięczności to chyba nie wymagał, jak sądzę. - zaśmiała się serdecznie.
- No nie, ale zawsze. - burknęłam nieco odprężona, jak zwykle, rozmawiając z Alinką. - Spytałam, czy mam w rewanżu za przysługę wydać się za niego, a ten cham odpowiedział, że musiałby na głowę upaść, żeby się ożenić z taką wścieklicą! Alinka, pamiętasz nasze szkolne lata? Czy ja byłam wścieklicą i wiedźmą? Przecież byłam bardzo lubiana przez profesorów i koleżeństwo. Pomagałam wam w ściągach z polaka i historii. To Romanowicz zniszczył mnie i doprowadził niemal do obłędu. Boże, co się ze mną stało? Ja taka zła nie byłam!
Mieszkanie lat sześćdziesiątych.
     Rozżalona, znowu zaczęłam płakać.
- Kiciu, ja ciebie doskonale rozumiem. Jesteś dobrą dziewczynką, taka słodką piczką. Jednak musisz bardziej uważać, nie zrażać do siebie ludzi, zamykając się przed nimi. Nie każdy mężczyzna w mundurze jest Romanowiczem. Znasz przecież Witka, to dobry chłopak, chociaż ostatnio strasznie mi podpada. Koniec końców sprawa zamknięta i nigdy więcej tego faceta nie zobaczysz! Chciałam ciebie zaprosić na kawę, ale sądzę, że będzie lepiej, gdy posiedzisz dzisiaj w domu.
- Racja! Jak jutro będziesz miała wolne popołudnie, to przyjdę. - obiecałam.
- Świetnie, bo ma przyjechać Staś, to moglibyśmy się urwać na parę godzin do jakiegoś lokalu.

- Staszek przyjeżdża? - zawołałam ucieszona, zapominając o doznanej przykrości. - Fajnie, Aliśka! Ustaliliście już datę ślubu?
- Tak. Ty pierwsza się o tym dowiadujesz. W dzień moich imienin 17 czerwca! Staś chciał, żebyśmy się pobrali w marcu, lub kwietniu. Ale ja postanowiłam, że chcę stanąć przed ołtarzem w czerwcu. Najprzyjemniejszy miesiąc, bo to jeszcze nie lato, ale już prawie nie wiosna. No, co ty na to?
- Kochanie, tak bardzo się cieszę. Staszek to taki dobry, serdeczny człowiek, będziesz z nim szczęśliwa. Pójdziesz do ślubu w białej sukni i w welonie?
- Tak, oczywiście. Trochę to już anachronizm, ale Mama by nie przeżyła, gdybym nie miała welonu i białej sukni i nie brała ślubu w kościele. Doradzisz mi, jaki fason wybrać, prawda?
Suknia ślubna z lat sześćdziesiątych.
 - Och, naturalnie. Będziemy razem chodzić do krawcowej i wybierać modele. Ja także sprawię sobie na twój ślub szałową kieckę. Długą i z wielkim dekoltem, aż po pępek. A kto będzie drugą druhną?
- Tak myślę, że Pela. To miła dziewczyna, no i koleżanka z naszej budy. Witek chce iść z tobą w parze, jako pierwszy drużba. Obiecał, że zaprosi swoich kolegów z branży wojskowej, więc ćwicz uprzejme zachowanie wobec wojaków.
- Postaram się. Chyba, że ktoś znowu  nazwie mnie jędzą. Wtedy dam mu w łeb!
    Zakończyłam rozmowę w zupełnie innym humorze, zapominając o niemiłej przygodzie, bolącym tyłku i o lotniku-skurwielu. c. d.n.

poniedziałek, 15 maja 2017

SEKRETY RODZINNE - JESTEM WIEDŹMĄ?


  15 maja 2017 r.

   To był początek roku 1966. Pewnego dnia Alinka powiedziała mi w sekrecie, że ma zamiar wkrótce wyjść za mąż i muszę poznać jej przyszłego męża, bo będę na weselu pierwszą druhną. Przyjechał aż z Krakowa, i z miejsca go zaakceptowałam. Był również lekarzem chirurgiem i prędko zyskał wśród nas nazwę: „ciach, ciach”! Każdemu znajomemu proponował operację ślepej kiszki zapewniając, że to zabieg kosmetyczny, ciach, ciach - i po krzyku. Na szczęście wyrostka robaczkowego już nie miałam i nie skorzystałam z jego propozycji. Pomimo tytułu doktora, Staszek nie był wcale zarozumiały. Okazał się przyjacielski, wesoły i sympatyczny. Pasował do naszej starej paczki.
Styczeń tego roku był bardzo mroźny. 
   
Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Najpierw spadł deszcz, potem ścisnął mróz i zrobiła się szklanka. Nareszcie spadł śnieg i pokrył wszystko grubą warstwą białego puchu. Na Sylwestra Alinka wybrała się na tańce ze swoim ukochanym. Oboje prosili, żebym im towarzyszyła, ale odmówiłam.
 
Sylwester w PRL-u

Po pierwsze wiem, że zakochani lubią być sami, nawet w tłumie, a po drugie, jeszcze nie miałam ochoty na huczne zabawy. Wolałam ten wieczór spędzić z rodzicami w domu, przy telewizorze, bo dawano jakiś dobry program kabaretowy. Przygotowałyśmy z mamą smaczne jedzonko, było francuskie wino, którym wznieśliśmy o północy toast noworoczny. 
 Tata przytulił mnie i powiedział:
- Życzę ci pikuniu, żebyś nareszcie znalazła szczęście w życiu. Zasługujesz na to.
Łzy zakręciły mi się w oczach i oddałam ojcu uścisk.Jednak byłam przekonana, że urodziłam się pod jakąś fatalną gwiazdą i nigdy nie zaznam prawdziwego szczęście. Ale nie powiedziałam tego głośno, żeby nie psuć nastroju. Z uśmiechem przyjęłam życzenia mamy i zapewniłam, że najszczęśliwsza czuję się przy nich, w naszym domu, do którego rozpaczliwie tęskniłam przez długie miesiące w Warszawie.
Gomułka na balu sylewstrowym.

Zaraz po nowym roku zadzwoniła Pela i zaproponowała mi spotkanie w kawiarni. Nie wpadłam w zachwyt, bo wróciłam z pracy przemarznięta i zła.. Rano czekaliśmy na autobus zakładowy prawie godzinę, stojąc na mrozie, bo nikomu z władz miejskich nie wpadło do głowy, żeby w tym miejscu postawić wiatę. Autobus także był lodowaty, bo nawaliło ogrzewanie, więc do zakładu przyjechaliśmy podobni do wielkich sopli lodu i długo się odmrażaliśmy, pożyczywszy od zapobiegliwego kolegi butelczynę z czymś mocniejszym niż kawa.
Kabaret Starszych Panów.
   Tego dnia praca szła mi jak po grudzie, chociaż należało się spieszyć z bilansem rocznym, bo niedługo miał przyjechać biegły księgowy. Cholernie nieciekawy kawałek chleba! Spędzałam się długie godziny, szukając kilku złotych, gdyż się bilans nie zamykał!
    Wróciłam po pracy do domu w podłym humorze i stojąc odwrócona przy kaloryferze, ogrzewałam sobie tylną część ciała. Wtedy właśnie zadzwoniła Pela, proponując spotkanie w kawiarni. Zamierzałam z miejsca odmówić, tłumacząc się złym stanem zdrowia, ale mnie zagadała:
Sylwester w PRL-u.
   - Iza, mówię ci zgódź się. Naprawdę warto. Wyobraź sobie, że do kawiarni przyjdzie Zośka, ze swoim nowym facetem. Jestem strasznie ciekawa, jak on wygląda. O ile pamiętam, to już trzeci, czy czwarty. Obejrzymy go sobie. Pójdę wcześniej i zajmę stolik, bo dziś sobota i będzie luda od groma. No, przyjdziesz? Daj się namówić!
Zastanowiłam się głęboko. Zośka była naszą koleżanką ze szkoły. Będąc córką adwokata, zawsze nosiła drogie, piękne ciuchy. Latem wyjeżdżała z rodzicami za granicę, a ferie zimowe spędzała w Zakopanem lub w Krynicy Górskiej. Dziewczęta w klasie serdeczniej jej nienawidziły, bo zachowywała się jak mała księżniczka, próbując nam imponować. Ale nie z nami te numery! Chłopcy wyśmiewali się z jej amerykańskich pończoch z czarnym szewkiem, a nauczyciele grozili obniżeniem stopni za nieodpowiedni ubiór. Nie zdała razem z nami matury, bo ją oblała z polaka i matematyki.
 Ale mając ładowanego tatę, nie musiała się tym drobiazgiem przejmować. Zamiast się uczyć, zaczęła prowadzić wesołe życie, zmieniając facetów jak rękawiczki. Kilka razy widziałam ją na ulicy, jak jechała jakimś zagranicznym samochodem ze starszawym panem, wymalowana, jak stara kamienica na przyjazd cesarza. Według określenia mego taty. Zbyszek jeszcze w szkole, nazywał ją bardzo trafnie: „młodą dziewczyną, ale starą kurwą!” Ciekawe, miała powodzenie u starszych panów, chociaż wcale nie grzeszyła urodą. Była dosyć niska, chuda i miała krzywe nogi. Ale stroiła się w naprawdę śliczne ciuchy. Ze swoimi kolejnymi, bogatymi kochankami, pokazywała się w coraz to innym aucie, oraz w nowym futrze, wzbudzając w mieście sensację.

   Nie zazdrościłam jej tego, gdyż poprzednio sama obracałam się w środowisku, które ona mogła oglądać jedynie na zdjęciach w gazetach. Ale byłam ciekawa z kim aktualnie się afiszuje.
- W porządku, Pela, wpadnę na godzinkę. - zgodziłam się po namyśle. - Zajmij stolik i zamów jakiś alkohol, bo ciągle mi zimno.
- Fajnie, to czekam. - odpowiedziała i odłożyła słuchawkę.
    Miałyśmy się spotkać w najlepszej kawiarni w mieście, więc pomimo odczuwanych dreszczy, postanowiłam odpowiednio się ubrać. Włożyłam obcisłą małą czarną, szalenie w tym okresie modną, wpięłam w uszy eleganckie klipsy i podobną broszkę. Zrobiłam makijaż „od wielkiego dzwonu”, jak to nazywał tata, i porządnie się uczesałam. Pomimo dosyć wysokiego śniegu, na niesprzątanej ulicy, wsunęłam na nogi czarne lakierki na wysokich szpilkach, robione na miarę.
    Ubrałam modny kożuch z ogromnym puszystym kołnierzem i okręciłam głowę barwnym szalem. Kawiarnia nie była daleko, ale na wszelki wypadek wezwałam taksówkę i pojechałam. Duża sala była napchana po brzegi. Zawsze miała komplet gości, bo w zabytkowej piwnicy podawano gorący krupnik i odbywały się dansingi na tak małej przestrzeni, że tancerze musieli przyklejać się do siebie, co zakochanym bardzo odpowiadało.
    Na szczęście Pela zajęła stolik i broniła go z zaciętością, przed gośćmi próbującymi się dosiąść. Rozebrałam się w szatni i usiadłam na swoim miejscu, zamawiając kawałek tortu czekoladowego i kawę. Pela mrugnęła do mnie, a ja prędko rozejrzałam się po sali. Zaraz spostrzegłam Zośkę, Siedziała przy pobliskim stoliku w towarzystwie starszego, łysiejącego pana z widocznym już brzuszkiem. Był ubrany jak z żurnala mody, w kosztowny zagraniczny garnitur i dobrany do niego krawat. Zośka też miała na sobie jakiś zagraniczny ciuch i co mnie bardzo rozbawiło, przyprawione rzęsy!
   Mrugała nimi kokieteryjnie, wdzięcząc się do faceta, jak pies do kija. Na stoliku stała butelka szampana i jakieś zakąski, po które Zośka co chwilę sięgała, obżerając się na potęgę.
- Widzisz? - szepnęła Pela, odwracając głowę, żeby Zośka nie dostrzegła jej złośliwego uśmiechu.
- Widzę. - zachichotałam. - Zafundowała sobie nowego tatusia. Na dobrą sprawę mógłby być jej dziadkiem.
    Zośka zerknęła w naszą stronę, ale udała, że nas nie widzi, prowadząc z przemądrzałą miną, ożywioną rozmowę ze swoim partnerem.          Wystudiowanym gestem uniosła rękę, Na jej serdecznym palcu zabłysnął tęczowymi ogniami niewielki brylant.
- Znalazła sobie dojną krowę. - zasyczała Pela. - Chodzą słuchy, że chce się machnąć za tego starego durnia.
- A co to za jeden? - spytałam, bo zachowanie Zośki tylko mnie śmieszyło. Widywałam takie panienki w Warszawie w Bristolu, jak podrywały dobrze sytuowanych cudzoziemców, lub rodzimych waluciarzy z prywatnej inicjatywy.
- Podobno jakiś badylarz z Katowic. Zośka się chwaliła, że ma duży dom i świetnie zarabia. Chce się z nią ożenić i zabrać ją do Katowic. Wyobrażasz to sobie? Zośka badylarką!
- Kochanie, o ile pamiętam, jej mamcia, przed wojną, zmywała gary w jakiejś garkuchni. Żeby nie zmiana ustroju, nigdy nie zostałaby panią adwokatową. Tatuś zresztą także z awansu społecznego. - powiedziałam, sięgając po kieliszek z winem. - Jeżeli ten gość ma dobrze w głowie, to prędko pozna się na niej i puści ją w trąbę. A może ona jego, oskubawszy go na czysto.
    Pela zachichotała i pociągnęła solidny łyk alkoholu.
- Mężczyźni nie myślą głową. Masz najlepszy przykład z naszym Witkiem. Ile razy go widzę, tyle razy trzyma idzie pod rękę z inną dziewczyną.
- Ten chłopak się doigra. - pokiwałam głową, przypomniawszy sobie jego opowiadanie o teściu. - Ojciec jego żony może mu przyłożyć kosą, albo nadziać na widły.
Kawiarnie PRL-u.
    Siedziałyśmy w kawiarni coś ze dwie godziny, plotkując i obserwując Zośkę, która wyraźnie popisywała się przed nami. Tata kiedyś zauważył trafnie, że kiedy Zośka otwiera usta, to albo ziewa, albo je. Ale teraz szczebiotała jak wróbelek.
    Nareszcie, znudzona spojrzałam na zegarek i stwierdziwszy, że dochodzi dwudziesta, zdecydowałam się wracać do domu. Próbowałam z lokalu zamówić taksówkę, ale okazało się to niemożliwe, że względu na uszkodzony aparat telefoniczny. Musiałam wracać na piechotę, co mi się raczej nie uśmiechało.
Wyszłyśmy z kawiarni i zaraz ogarnął nas lodowaty podmuch zimna. Niebo było zachmurzone i z góry spływały drobne płatki śniegu, osiadając na rzęsach. Pożegnałam się z Pelą, mieszkającą w innej części miasta i powędrowałam samotnie przez zasypane śniegiem ulice.
W duchu przeklinałam idiotyczny pomysł założenia szpilek, bo szło mi się gorzej niż źle. Śnieg utworzył na chodnikach góry i doliny, na których łatwo można było złamać sobie kostkę. Za każdym krokiem nogi rozjeżdżały się na boki i zlękłam się, że mogę zrobić szpagat, albo stłuc sobie solidnie tyłek. Tylko o tym pomyślałam, gdy nagle jedna szpilka utknęła mi w jakimś śnieżnym dołku. Zachwiałam się, wydałam krótki okrzyk i nogi rozjechały mi się na obie strony, a ja rąbnęłam jak długa na ziemię! Torebka wypadła mi z ręki i dokumenty rozsypały się po śniegu.

W ośrodkach naukowych zanotowano chyba wtedy silny wstrząs tektoniczny, bo upadłam z taką siłą, że poczułam w ciele każdą kość szczególnie tę ogonową! Jęknęłam z bólu i stwierdziłam, że o własnych siłach się nie podniosę. Ale próbowałam! Chciałam wydobyć szpilkę wbitą w śnieżną zaspę, lecz nie mogłam, bo druga noga, służąca mi za podparcie, zjeżdżała na boki. Jasna cholera!….
Nawet w grubym kożuchu zaczęło mi być zimno, a łydki w cienkich pończochach uczyniły się lodowate. Pusta o tej porze ulica nie wróżyła mi prędkiego ratunku. Zastanawiałam się, czy nie zacząć krzyczeć i głośno wzywać pomocy, ale było mi wstyd. Naprawdę, sytuacja była nie do pozazdroszczenia.
Nagle usłyszałam za sobą kroki i czyjeś mocne ręce chwyciły mnie pod pachy i lekko dźwignęły, ustawiając w pozycji pionowej.
- Nic sobie pani nie złamała? - usłyszałam za sobą męski głos.
- Nie. - mruknęłam ponuro, nieznacznie masując sobie zbolałą tylną część ciała.
    Wyobrażałam sobie, jak śmiesznie musiałam wyglądać, taka rozkraczona i leżąca na śniegu . Nie odwracając się widziałam, że pozbierał moje rozrzucone dokumenty i włożył je do torebki, którą mi wręczył.
- Bo też trzeba być kompletną wariatką, żeby pedałować w zimie w takich szpilkach. - usłyszałam złośliwą uwagę i aż zatrzęsłam się ze złości.
- A co to pana obchodzi? - warknęłam, wyrywając mu rękę, za którą mnie trzymał. - Dziękuję za pomoc i żegnam pana. - oświadczyłam wyniośle, posyłając mu przez ramię wzgardliwe spojrzenie.
    Zobaczyłam stojącego za moimi plecami wysokiego mężczyznę w lotniczym uniformie. Daszek wojskowej czapki, rzucał na jego twarz głęboki cień. Uniosłam wysoko głowę i z godnością pomaszerowałam naprzód. Byłam wściekła na siebie i na niego. Sam widok wojskowego, doprowadzał mnie do szewskiej pasji.
    Ale to była z mojej strony lekkomyślna decyzja, bo zaledwie uszłam kilka kroków, kiedy nogi ponownie zaczęły mi się rozjeżdżać.

- A nie mówiłem? No niechże pani będzie rozsądna i pozwoli mi odprowadzić się do domu, bo w przeciwnym razie wyląduje pani w szpitalu ze złamaną kończyną. - usłyszałam za sobą jego poirytowany głos.
    Zatrzymałam się, dochodząc do smutnego wniosku, że sama sobie nie poradzę.
- Cóż, jeśli pan chce, to proszę mnie odprowadzić. - bąknęłam powściągliwie, żeby sobie czasem nie wyobrażał, że robi mi łaskę.
- Wcale nie chcę, bo się śpieszę. Ale jestem dżentelmenem i nie mogę pozwolić, żeby pani, bez mojej pomocy, połamała sobie kości. Niech mnie pani mocno chwyci pod rękę i jakoś powoli dojdziemy do domu. Bardzo się pani potłukła?
- Nie, drobiazg. - mruknęłam, nieznacznie masując nieznośnie bolące pośladki.
    Doszliśmy w milczeniu pod dom i wtedy mogłam mu się nieco lepiej przyjrzeć, w świetle ulicznej lampy. Mógł mieć z trzydzieści lat i był kapitanem lotnictwa, bo na jego ramionach dostrzegłam cztery gwiazdki. Szczupły i wysoki, był bardzo silny, bo ja nie należałam do eterycznych sylfid, a on podniósł mnie bez wysiłku. To tyle, co mogłam zaobserwować, bo cień daszka czapki nadal krył jego rysy. Miałam wrażenie, że się uśmiechnął, zauważywszy widać, że go obserwuję.
- I jak wypadły oględziny? Podobam się pani? - zagadnął ze śmiechem.
- Nie. Nie znoszę wojskowych i jedynie ze względu na obawę ponownego upadku przyjęłam pana pomoc.
- Myślałem, że okaże mi pani odrobinę wdzięczności.
- Już ją okazałam, dziękując za pomoc. Na nic więcej nie może pan liczyć.
    Domyśliłam się, że patrzy na mnie z ironicznym uśmiechem.
- Jest pani młodą, niebrzydką kobietą i wygląda pani nawet sympatycznie. Ale jeszcze w życiu nie widziałem, żeby dziewczyna zachowywała się tak jędzowato jak pani. Istna młoda wiedźma! Nie mam zamiaru pani podrywać, bo mam ważniejsze rzeczy do zrobienia, ale spodziewałem się, że powie mi pani na pożegnanie jakieś miłe słówko.
    
   Zakipiałam z wściekłości. Jak on śmiał nazwać mnie wiedźmą? Cholerny sołdat! Mało się wycierpiałam od takiego drania, jak on? Momentalnie przypomniałam sobie, że przed laty stałam w tym samym miejscu z Romanowiczem, wpatrzona w niego jak cielę w malowane wrota. Na tę myśl puściły mi nerwy.
- Tylko pospolity cham może nieznajomą kobietę nazywać wiedźmą. Niech się pan wynosi do diabła! - syknęłam drżąc ze złości i z zimna.
     Odwróciłam się na pięcie i prędko wpadłam do bramy, gryząc wargę, żeby się nie rozpłakać. Doczekałam się! Wchodząc na półpiętro, zerknęłam przez okno. Lotnik stał przez chwilę bez ruchu, a potem nagle odwrócił się i odszedł szybkim krokiem.   c.d.n.

piątek, 12 maja 2017

SEKRETY RODZINNE - POWOLI WRACAM DO ŻYCIA.


12 maja 2017 r.

  Z dawnych koleżanek bardzo lubiłam Pelę. Chodziłyśmy razem do szkoły, potem ja wyjechałam do Warszawy, a ona zaczęła naukę w trzyletnim Studium Ekonomicznym. Spotkałyśmy się kiedyś na ulicy i  ponownie zaprzyjaźniłyśmy się z sobą. Obie bardzo lubiłyśmy kino i kiedy tylko czas pozwalał, szłyśmy na nowy seans filmowy.
Zapamiętałam sobie jeden angielski dreszczowiec: „Krzyk strachu”, na który obie poszłyśmy. Właściwie nie lubiłam filmów grozy, bo dosyć zaznałam jej w życiu. Zresztą w tamtych czasach nie było ich wiele na ekranach. Ale ten film bardzo chwalono, porównując go do dzieł Hitchcocka.
Gwiazdy filmowe PRL-u.
   No więc poszłyśmy! Na razie wszystko było OK. Akcja rozgrywała się w Szwajcarii, a potem na Riwierze. Dziewczyna na wózku inwalidzkim wraca do domu, pragnąć spotkać się z ojcem. Luksusowa rezydencja, służba i piękna macocha. Tatusia nie ma, bo gdzieś wyjechał. Jest także piękny amant i romantyczne kolacje przy świecach. I nagle wszystko zaczyna się gmatwać. Bohaterka filmu nie jest tą, która miała wrócić do domu. Co gorsza, w nocy w basenie widzi utopionego tatusia.! Ale nikt jej nie wierzy, bo przecież tatuś wyjechał. Rozpoczyna się horror z nieżywym tatusiem w basenie w roli głównej.
  
   Cholera, kiedyś to potrafili robić thrillery! Jeden truposz, a widzowie trzęśli się ze strachu. Z początku gryzłyśmy cukierki, z zainteresowaniem śledząc akcję, ale w miarę narastania napięcia, przestałyśmy się pożywiać, a zaczęłyśmy tulić się do siebie i podejrzliwie rozglądać dokoła. Na szczęście kino pełne było ludzi i nic nam nie groziło. Za to na ekranie działy się straszne rzeczy z nieboszczykiem w basenie, pokazywanym nieszczęsnej bohaterce, w coraz to innej pozycji i innym miejscu.
 
""Krzyk strachu" i truposz tatusia pokazywany w różnych pozycjach.
  Pod koniec filmu, nie gryzłyśmy już cukierków, ale własne palce ze strachu i naprawdę krzyczałyśmy, kiedy trup tatusia wylatywał z szafy lub komórki. Już nigdy potem tak się nie bałam na żadnym filmie. Wyszłyśmy z kina blade i spocone jak myszy. Seans był na 20-tą, więc gdy film się skończył zapadła już noc. Ludzie powoli się rozeszli, a my stałyśmy pod kinem, patrząc na siebie niepewnie.
'Krzyk strachu"  my też się tak darłyśmy!
   - No…. to do widzenia. - zaszemrała Pela, lekko podzwaniając zębami.
  - Do widzenia. Ale to był film! - bąknęłam, oglądając się dokoła, w poszukiwaniu przechodnia, ale ulica była raczej pusta o tej porze.          -Słuchaj Pelu, mogę odprowadzić ciebie do domu, chcesz? - zaproponowałam, wstydząc się swego tchórzostwa.
   - Możesz? Oj, to dobrze! - odetchnęła Pela z widoczną ulgą i chwyciła mnie pod pachę. - Niedaleko mieszkam.
   Poszłyśmy dosyć ciemnawymi ulicami, tuląc się do siebie i rozglądając w obawie, czy gdzieś nie zobaczymy czegoś strasznego. Wieczór był ciemny i typowo listopadowy, bo mglisty. Przyśpieszyłyśmy kroku i w końcu niemal biegłyśmy. Zdyszane i zmęczona dopadłyśmy bramy domu, w którym Pela mieszkała. 
  Na myśl, że teraz ja będę wracać sama do domu, ogarnął mnie paniczny strach. Musiałam mieć ten wyraz wypisany na twarzy, bo pomimo mroku, Pela zobaczyła moje przerażenie.
   - Wiesz, Iza, to może ja ciebie odprowadzę? - odezwała się z nadzieją, że nie przyjmę jej ofiary. Ale się pomyliła.
   - No, jak chcesz, to owszem, proszę! - zawołałam uradowana.
  
   Odeszłyśmy od zbawczej bramy, ponownie wchodząc w mrok i w mgłę.  Znowu szłyśmy prędko, sapiąc jak dwie lokomotywy pod parą. Gdy po kwadransie stanęłyśmy pod moim domem, sytuacja zaczęła przypominać prawdziwy thriller. Teraz znowu Pela musiałaby wracać sama do domu. Nie mogłam do tego dopuścić i już byłam zdecydowana ponownie ją odprowadzić, kiedy mój anioł stróż podszepnął mi dobrą myśl.
   - Pelu, kochanie! - zawołałam uszczęśliwiona. - Nie musisz sama wracać. Wejdźmy na górę i z mieszkania wezwę ci telefonicznie taksówkę. Odwiezie ciebie do domu!
   Tak też zrobiłyśmy. Pela bezpiecznie powróciła do domu, a ja przyrzekłam sobie uroczyście, nigdy więcej nie chodzić na filmy grozy. Szczerze powiedziawszy, ten pieruński truposz, śnił mi się jeszcze kilka razy. Do dziś pamiętam każdą scenę z filmu.
                       ----------------------------------------------

   W 1965 roku, Alinka skończyła studia, różne medyczne praktyki i ku mojej ogromnej radości, wróciła do domu, zatrudniając się w naszym wielkim szpitalu. Widywałyśmy się niemal codziennie, dzieląc czas na pracę i przyjemności. Rodzice Aliny, ludzie dosyć zamożni, kupili córce dwupokojowe mieszkanie w dużym bloku.
   Obie meblowałyśmy to gniazdko, biegając po sklepach meblowych, wykłócając się ze sprzedawcami i zwożąc coraz to inne gratki, a to do kuchni, a to do jej saloniku, lub do sypialni. Ja kupiłam jej piękne tiulowe firany do okien i zasłony w barwne kwiaty na ciemno bordowym tle. Na pchlim targu, znalazłam zabytkowe biureczko z XIX wieku. Nabyłam je dosłownie za grosze, bo sprzedawca nie zdawał sobie sprawy z rzeczywistej wartości biureczka.
 
Pokój w latach sześćdziesiątych
   Cieszyłam się z każdego nowo nabytego mebelka, jakbym urządzała własne mieszkanie. Kiedy wszystko już było gotowe, Alinka postanowiła zrobić „wielkie otwarcie”. Pierwszy przybył Witek, ale sam bez żony. Ucieszyliśmy się ogromnie, widząc się pierwszy raz po latach.
   Wyglądał świetnie. Jeszcze bardziej wyprzystojniał, od czasu, kiedy widzieliśmy się ostatni raz na moich zaręczynach. Pięknie mu było w oficerskim mundurze i w czerwonym berecie nasuniętym zuchowato na oko. Wyściskał mnie i wycałował, bynajmniej nie po przyjacielsku.
   - Puść mnie, ty łobuzie. - odepchnęłam go od siebie. - Od całowania masz żonę. Gdzie ją podziałeś?
   - Iza, skarbie, nie przypominaj mi o tej kobiecie. - westchnął rozdzierająco. - Muszę mieć jakąś wolną chwilę od tej zmory.
   Rozsiadł się na kanapie, podłożył poduszkę pod plecy i poklepawszy dłonią kanapę, posadził mnie obok siebie.



  - No, siadaj tu, skarbie. Tyle lat się nie widzieliśmy. Ładnie wyglądasz. Kiedyś podkochiwałem się w tobie i cholera mnie brała, że wyszłaś za tego skurwiela. Jakbyś wyszła za mnie, nie musiałbym uciekać z domu i szukać spokoju.
    - Biedaczysko! Alisiu, słyszysz skargi twego braciszka? - zawołałam w stronę kuchni, gdzie Alinka przygotowywała koktajle.
   - Pewnie, że słyszę. Witek ma głos, jak trąba jerychońska, bo stale ryczy na swoich żołnierzy. Jak będziesz tak narzekał, to zaraz zaaplikuję ci zastrzyk na uspokojenie. Taką najgrubszą igłą, jaką znajdę!
   - Nie dosyć, że mam głupią żonę, to jeszcze siostrę lekarkę! - jęknął Witek, sięgając na stolik po kieliszek z winem. - Chociaż ty, kochanie, bądź dla mnie dobra i napij się ze mną. Muszę dziś zalać robaka! - Witek położył rękę na mojej dłoni i uścisnął ją mocno..
   - A co ci się przydarzyło?
   - Teść! Przyjechał ze wsi z rąbanką i wlazł butami od gnoju na nowy dywan. Przywiózł też butlę samogonu, kiszone ogórki i kiełbasę własnej roboty. Koooszmar!
   - No wiesz, Witek!- spojrzałam na niego zgorszona. - Obrażasz się na teścia i na rąbankę? W głowie ci się przewróciło.
   - Bo go nie widziałaś, słoneczko! Nie używa chusteczki do nosa, i smarka palcami, gdzie się obróci. Chodzi co niedzielę do kościoła i do spowiedzi, a obecną Polskę uważa za przedsionek piekła. Nie pamięta, że przed wojna miał trzy morgi gruntu i chodził srać za stodołę. A wodę nosił w cebrzyku z rzeki. Nie miał butów i łaził boso lub w łapciach. Teraz ma duże gospodarstwo, ziemię, wodę i elektrykę w domu, kombajn, oraz zięcia oficera. A jeszcze mu źle; powiada, że córka mu się skurwiła, bo wyszła za komunistę! Ja i komunista, rozumiesz?
   - Rozumiem Wiciu, twoje rozterki, ale odpowiedz na pytanie? Po jaka cholerę żeś się z tą kobietą żenił?
   - Gdybym był źle wychowany, mógłbym ci zadać to samo pytanie. Czy ja wyglądam na eunucha?
   - No wiesz, nie sprawdzałam.
Komandosi "Czerwone berety"
   - Zapewniam ciebie, że jestem normalnym mężczyzną i mam normalne męskie potrzeby. Byliśmy na manewrach w jakimś zadupiu, nuda jak diabli, nie wiadomo co z sobą po zajęciach robić. No więc chodziliśmy do wsi. Trafiła się chętna, to wziąłem co dała i koniec. Tak mi się zdawało, bo nie wiedziałem, że trafiłem na zołzę! Zaszła w ciążę i zrobiła wszystko, żeby mi zepsuć opinię, wypisując listy ze skargami. Musiałem się ożenić. A teraz teść, kawał chama, wymyśla mi od komuchów!
Miał tak zrozpaczona minę, że nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, i pieszczotliwie wytargałam go za czuprynę.
   - Witek, jesteś bratem lekarki i nie wiesz co zrobić, żeby nie było dziecka?
   - Mądrala. To była wieś, żadnej apteki, nawet porządnego kiosku nie było, tylko sklepik z dewocjonaliami. Gdzie miałem szukać gumki? Ech, baby nigdy nie zrozumieją męskich potrzeb.
    Skończyliśmy dyskusję, bo musiałam pomóc Alince w robieniu sałatki i nakładaniu wędlin i serów na talerzyki. Potem zaczęli dzwonić do drzwi zaproszeni goście i nie było czasu na rozmowę. Dopiero po przyjęciu, Witek żegnając się ze mną spytał:
   - A ty, Izuniu, jesteś dalej sama? Nie chodzisz z kimś? Może bym cię zapoznał z jakimś fajnym facetem?
   - Witek, daj mi święty spokój! - żachnęłam się gniewnie, - Jestem szczęśliwa, że uwolniłam się od diabła i niech tak już będzie.
   - Nie możesz do końca życia kiblować przez tego bydlaka. Słuchaj, mam przyjaciela. Naprawdę, swój chłop, jest kawalerem i zapoznam was. Chcesz?
   - Witek, odczep się ode mnie! Jest mi dobrze samej i nie życzę sobie żadnej zmiany. Każdy z was jest miły - na odległość! No, daj łapę i trzymaj się ciepło, ty, wiejski podrywaczu!
   - Ale Iza,, on jest porządnym facetem i mogę co go polecić, na moją odpowiedzialność. - nalegał Witek.
   - Jeszcze jedno słowo, a dostaniesz ode mnie w ucho!
  
Czerwone berety - film polski.

 - Chcesz się bić z komandosem? - zaśmiał się, mierząc mnie wzrokiem, z wysokości swoich 1,90 cm wzrostu.
   - Zirytowana kobieta da radę nawet komandosowi. - oświadczyłam i pocałowałam go w opalony policzek.
   Alinka słuchała naszej rozmowy ze zmarszczonymi brwiami. Ale nawet po wyjściu brata, nie próbowała mnie namawiać do zawierania nowych znajomości. Za to ją kochałam.  c.d.n.

środa, 10 maja 2017

SEKRETY RODZINNE - MOJE ŻYCIE I POLITYKA.


10 maja 2017 r.

R O Z D Z I A Ł II.

    Spotkanie i spacer z Alinką, były pierwszymi krokami na drodze do wyzdrowienia. Ale jeszcze wiele wody upłynęło, zanim naprawdę stanęłam na nogach. Kiedy objawy nerwicy lękowej nieco się zmniejszyły, pierwszą rzeczą za którą się rozglądnęłam,, było poszukanie sobie pracy. W latach sześćdziesiątych ub. w. było to dziecinnie łatwe. Wystarczyło mieć średnie, a czasem i podstawowe wykształcenie, aby zostać dyrektorem dużego zakładu przemysłowego. Nie miałam takich aspiracji i przyjęłam nudną i nużącą posadę w księgowości, pewnego wielkiego zakładu przemysłowego.
   
 Ponieważ moje miejsce pracy znajdowało się kilkanaście kilometrów od miasta, musiałam wstawać o godzinie piątej rano, aby zdążyć do autobusu dowożącego nas do zakładu. Ja z moimi zamiłowaniami literackimi i historyczną pasją, nadawałam się do księgowości, jak wół do karety. Z tym, że ja wolałam być karetą, a praca wołem, którego należało stale popędzać, bo wlókł się wolno, od poniedziałku do soboty. Wówczas soboty nie były jeszcze wolne i tyrało się przykładnie okrągły tydzień.
   Polska lat sześćdziesiątych daleka już była od tej z Października 1956 roku. Minęły wzloty i nadzieje na wielką zmianę. Owszem, zmiany były, niekoniecznie na lepsze, choć nie wszystkie. Gomułka był człowiekiem skromnym i bardzo oszczędnym. Państwo rozwijało się dynamicznie, ale bez pomarańczy i cytryn, które się rzadko do kraju wtedy sprowadzało, aby zaoszczędzić dewizy. Nasze owoce były tanie i to nam wystarczało.
Nie zawsze w PRL-u półki były puste.
     Sam I Sekretarz PZPR również żył skromnie. W przeciwieństwie do Bieruta, który zachowywał się jak przysłowiowy marynarz – gdzie strona, tam żona – Gomułka miał tylko jedną żonę, Liwę Szoken, potem Zofię Szoken, pochodzącą z rodziny żydowskiej. Robotnicę z przedwojennej warszawskiej fabryki zapałek. Do dziś nie rozumiem, dlaczego polscy politycy żenili się, i nadal żenią z Żydówkami, jakby brakowało Polek? No, ale to już jest ich osobista sprawa.
    Swoją towarzyszkę życia od 1929 roku, Gomułka poślubił dopiero w 1951 roku, bowiem w Polsce przedwojennej nie było ślubów cywilnych, a oni byli ateistami i kościelnego obrządku sobie nie życzyli. Zofia Szoken – Gomułka, była działaczką komunistyczną, odsiadując wyroki za swoją działalność polityczną sama, lub razem z mężem, kiedy to „Wiesław” był aresztowany w 1951 roku w Krynicy. Po wyborze Gomułki na I Sekretarza KC PZPR, Zofia pełniła funkcje publiczne m. in. członka Komisji kontroli partyjnej przy Kom. Dziel. PZPR W-wa Śródmieście.
Gomułka z Mieczysławem Moczarem na pikniku.
   I Sekretarz nie lubił ostentacji i mieszkał z żoną w Warszawie w zwykłym domu, a nie w luksusowej willi. Zofia prowadziła mu gospodarstwo i piekła na niedzielę ciasto. Podobno wieczorami siadali w pokoju, słuchając Radia „Wolnej Europy”, a Gomułka przeklinał, że te sukinsyny nigdy nie mówią o Polsce prawdy! Polska miała po październikowym przewrocie wielkie szanse modyfikacji stalinowskiego systemu ekonomicznego, lecz nie potrafiła jej wykorzystać.
W Związku Radzieckim także nastąpiły wielkie zmiany, kiedy na miejsce odsuniętego Nikity Chruszczowa i jego ekipy o reformatorskich tendencjach, wybrano na I Sekretarza KC KPZR, Leonida Breżniewa, reprezentującego frakcję „betonu”. Odtąd stosunki pomiędzy polską a ZSRR, były raczej chłodne i oficjalne, choć na pozór wszystko było jak dawniej. Ale Breżniew, prędko skończył liberalny kurs Chruszczowa i kulturalną oraz polityczną odwilż, przybierając bardziej konserwatywny i twardy kierunek polityki.
Namiętny pocałunek przyjaźni polsko-radzieckiej.
    Niemniej lata sześćdziesiąte cechował w Polsce rozwój kultury, budownictwa, oraz nowoczesności, wziętej z naśladownictwa zachodu. Zaczęto wznosić wielkie zakłady przemysłowe, wieżowce, ogromne, „wielkopłytowe” osiedla mieszkaniowe i duże sklepy „supersamy”. Kobiety ubierały się modnie, starając się naśladować trendy paryskie i amerykańskie. 


Jak grzyby po deszczu powstawały kluby jazzowe, gdzie zbierali się studenci i inteligencja pracująca. Telewizja pokazywała ciekawe filmy zagraniczne i znakomite teatry telewizji, skupiające przy odbiornikach miliony widzów. Więcej się mówiło o krajach zachodnich, chociaż nie zawsze z podziwem, żeby nie obniżać autorytetu partii i ideologii socjalistycznej.
Gwiazda tego okresu: Kalina Jędrusik.
   Polskie filmy i seriale telewizyjne cieszyły się ogromną oglądalnością, Wajda wtedy właśnie nakręcił swój słynny film „Niewinni czarodzieje”. Lepiej wyglądało zaopatrzenie sklepów w towary przemysłowe, tekstylia, a także w spożywcze, w mięso oraz podroby, które można było dostać bez kolejki.
Tadeusz Łomnicki i Krystyna Stypułkowska.
   W bloku państw socjalistycznych, Polska cieszyła się największą swobodą i względną demokracją. Rosjanie, którzy przyjeżdżali do Polski, nie mogli się nadziwić, że w tej Polszy taka wolność!
Być może Polska zawdzięczała ten dynamiczny klimat młodemu pokoleniu, nie obciążonemu już piętnem przeżyć wojennych. Młodzi Polacy chcieli żyć swobodnie, wzorując się na państwach zachodnich, bo żelazna kurtyna nieco się podniosła i wiele osób wyjeżdżało w jakichś sprawach za granicę, przywożąc do kraju nowinki zachodnie.
Jeszcze nie znano rajstop i pończochy puszczały "oczka".
     Pracując w dużym zakładzie przemysłowym, poznawałam wielu ludzi, ale nie utrzymywałam stosunków towarzyskich z koleżankami z pracy, ponieważ nie mogłam, a może i nie chciałam, znaleźć z nimi wspólnego języka. Koleżanki nie mogły zrozumieć dlaczego nie chodzę na zabawy zakładowe i nie flirtuję z przychodzącymi do biura młodymi pracownikami. Kiedy do pokoju wchodzili mężczyźni, spuszczałam oczy na moją maszynę do liczenia i prędko coś wystukiwałam, odzywając się rzadko i bardzo zimno, a czasem wprost lodowato. Kupiłam tym sobie przydomek „księżniczki”, mimo iż wcale nie byłam dumna, lecz po prostu jeszcze nerwowo chora. Koleżanki przypisywały moje zachowanie nadmiernej skromności, grożąc mi staropanieństwem. Nie miały pojęcia, że byłam już mężatką. Nigdy o tym nikomu nie wspominałam i nikomu się nie zwierzałam.
Bar mleczny. Można było tanio i nieźle zjeść.
     Może dlatego, że nie lubiłam plotek i nie gustowałam w ich debatach o karmieniu dzieci, praniu i kłopotach małżeńskich, nie byłam specjalnie lubiana. Zazdroszczono mi, że byłam jedynaczką i nie musiałam oddawać wszystkich zarobionych pieniędzy rodzicom, kupując sobie eleganckie stroje i wyjeżdżając sama na wczasy.
Wyśmiewane obecnie wczasy pracownicze, dawały ludziom odpoczynek i rozrywkę.
   Nikt nie wiedział, że będąc nad morzem, siedziałam godzinami samotnie na odległej pustej plaży, wpatrując się w w błękitny bezmiar Bałtyku. W Zakopanem chodziłam w góry, nie korzystając z organizowanych przez dom wczasowy wycieczek i unikając, jak diabeł święconej wody, tak zwanych „wieczorków towarzyskich”, po których wczasowiczki przychodziły do pokoju zalane w srebrnego lisa i bardzo często nie same.Prawdę powiedziawszy, stroniłam od ludzi, najlepiej czując się w domu. 
   Bardzo wiele czytałam, szczególnie dzieła naukowe z dziedziny mojej ukochanej historii i polityki. Z rodzicami często chodziłam do kina, bo wszyscy uwielbialiśmy filmy. Czasami wstępowaliśmy do kawiarni na kawę i ciastka, lub w lecie na lody, starannie omijając lokale, w których niegdyś bywałam z Romanowiczem.
Z niecierpliwością oczekiwałam, kiedy Alina przyjedzie na stałe do naszego miasta, z góry ciesząc się na jej towarzystwo. Cały czas byłyśmy w kontakcie telefonicznym i przez korespondencję, gdyż jeszcze nie znano komórek i ludzie pisywali do siebie listy. W zasadzie, mogłabym wstąpić na studia zaoczne, bo już nie obowiązywały te drakońskie przepisy, co w latach pięćdziesiątych, ale nie mogłam się zdecydować. 


Same dojazdy do innego miasta zajmowałyby mi wiele czasu, a przecież pracowałam zarobkowo. Poza tym, jeszcze gnębiła mnie nerwica. W pracy starałam się opanować lęki, ale po powrocie do domu, często nawiedzały mnie dawne koszmary.
Zresztą mama czuła się źle, miała poważne schorzenie kręgosłupa i uważałam, że powinnam pomóc jej w pracach domowych. Wprawdzie rodzice namawiali mnie, żebym podjęła naukę, ale czynili to w trosce o moją przyszłość. Zdawałam sobie sprawę, że nie wolno mi pozostawić ich teraz samych.
Obie z mamą cierpiałyśmy na bezsenność. W czasie tych „białych nocy”, gdy ojciec miał w zakładzie nocną zmianę, siadywałyśmy w lecie obie przy szeroko otwartym oknie, spędzając wiele godzin na rozmowach i wspomnieniach.
Mama martwiła się o mnie i próbowała przekonać mnie do poszukania sobie towarzystwa.
- Dziecko, my nie jesteśmy wieczni. - próbowała mnie przekonać. - Kiedyś zostaniesz sama. Powinnaś znaleźć sobie jakąś przyjemną paczkę i zacząć gdzieś bywać. .
- Czekam na Alinkę.
- Ale zanim ona tu przyjedzie, nie możesz stale siedzieć w domu i trzymać nosa w książkach. Stracisz wzrok od tego częstego czytania, po całych dniach i nocach. Jesteś młoda, powinnaś korzystać z życia.
    Słuchałam jej słów z zaciśniętymi ustami.

- Zapominasz, mamo, że ja już korzystałam z życia! Bawiłam się i miałam męża. Może dlatego teraz już niczego mi się nie chce. Spotkał mnie w życiu straszny zawód. Wyszłam za mąż taka dziecinna i ufna, nie mająca pojęcia o czarnych stronach egzystencji. Wierzyłam naiwnie, że spotkałam człowieka, który mnie kocha i wydawało mi się, że i ja go kocham. Przebudzenie z tych marzeń było dla mnie strasznym wstrząsem. Szokiem, który mnie nie opuścił do dnia dzisiejszego. Boję się, rozumiesz, boję się jakichkolwiek nowych znajomości, bo podejrzewam, że przy moim życiowym pechu, mogłyby się skończyć dramatycznie.
    Mama westchnęła i pogłaskała mnie po głowie.
- Ale przecież do końca życia nie możesz być sama. Nie każdy mężczyzna jest pokroju Romanowicza. Ja nigdy nie musiałam żałować, że wyszłam za mąż. Nie chcesz mieć dzieci?
    Roześmiałam się i ucałowałam mamę w policzek.

- Kochana jesteś. W dzisiejszych czasach nie trzeba być mężatką, żeby mieć dziecko! Ziemia jest tak przeludniona, że nie muszę jeszcze dorzucać jej ciężaru. Bywałam przez kilka miesięcy w tak zwanym „wielkim świecie” i wiem jak on wygląda pod podszewką. Mówisz, że nie powinnam być sama… Ale poznany mężczyzna nie będzie znosił spokojnie moich fochów. Zechce ze mną żyć. I tu jest problem, bo ja czuję odrazę i wstręt do zbliżenia z mężczyzną. Alina mówiła, że to z czasem minie, ale może nie minąć i zostanie mi to do końca życia. Co wtedy? Na razie dajmy temu spokój. Pracuję, mam pieniądze, jestem samodzielna. Niczego więcej nie pragnę. - zakończyłam rozmowę i zmieniłam temat. c.d.n.
                                        ------------------------------------
                    

poniedziałek, 8 maja 2017

SEKRETY RODZINNE. - BURZLIWY POCZĄTEK LAT 1960-TYCH.


  8 maja 2017 r.
Podobny obraz
Gomułka nie otaczał sie obstawą. Mozna go było pocałować!
    Przez kilka lat siedziałam w domu, pod opieką neurologa, ale leczenie niewiele mi pomagało. Nie studiowałam i nie mogłam pracować zarobkowo. Żeby pomóc rodzicom finansowo, zaczęłam malować afisze, obrazy i portrety. Po ojcu i dziadku odziedziczyłam talent do rysunku, więc wykorzystałam to, aby zarobić trochę grosza do domowego budżetu. Mijał dzień za dniem, rok za rokiem, ale u mnie nic się nie zmieniało na lepsze. Byłam coraz starsza i coraz bardziej zgorzkniała.
Modelka lat sześćdziesiątych.
    Chyba w sześć lat po rozwodzie, dostałam wiadomość z pewnej małej miejscowości podwarszawskiej, że Antoni Romanowicz zmarł nagle na zawał serca. Nie miał rodziny i dopiero w jego dokumentach doszukano się mego nazwiska i adresu. Telegraficznie powiadomiono mnie o jego śmierci i spytano, czy zamierzam uczestniczyć w pogrzebie?
Nie odpowiedziałam wcale! Nie potrafiłam zdobyć się nawet na odrobinę współczucia dla człowieka, który zniszczył mi życie i zatruł całą młodość. Podobno zmarł na atak serca, przegrawszy bardzo dużo pieniędzy. Pragnęłam raz na zawsze wykreślić go z pamięci, ale to mi się nie udało, bo przychodził do mnie we śnie. Znowu byłam w warszawskim mieszkaniu, a on próbował mnie zabić, chwytając mnie za szyję i dusząc. Te makabryczne sny dosłownie odbierały mi chęć do życia.
Z biegiem lat, wiele się zmieniło. Anka, dzięki której poznałam mego przeklętego małżonka, wyszła za mąż za jakiegoś podoficera i wyprowadziła się z bloku. Rzadko ją widywałam, bo jej nie lubiłam. Podobno kiepsko jej się wiodło z dwojgiem dzieci i mężem pijakiem.
Nikita Chruszczow i John Kennedy  rozmawiają o zażegnaniu konfliktu.
W 1962 roku, świat był na skraju katastrofy nuklearnej i wojny między Stanami Zjednoczonymi, a Związkiem Radzieckim. USA założyły swoje bazy wojskowe w Turcji, we Włoszech i w Wielkiej Brytanii, wyposażone w rakietowe pociski balistyczne. Ale jeszcze w 1949 otworzono Pakt Północno Atlantycki, czyli NATO, w celu uchronienia się przed atakiem ze strony Rosji. Związek Radziecki, rewanżując się Stanom Zjednoczonym, za zgodą Fidela Castro, sprowadził swoje rakiety na komunistyczną Kubę. 
Radzieckie rakiety balistyczne.
 Wojna wisiała w powietrzu! Na skutek rozmów dyplomatycznych pomiędzy prezydentem USA Kennedym, a Nikitą Chruszczowem, konflikt został zażegnany i Rosjanie wycofali rakiety z Kuby, a Ameryka zgodziła się usunąć swoje rakiety z Turcji. W każdym razie zapewniała, że usunie.

    Prezydent Kennedy bardzo zyskał na autorytecie, imponując swoją stanowczością Chruszczowowi. W rok później 22 listopada 1963 roku, w czasie wizyty w Dallas w Teksasie, prezydent Kennedy został zastrzelony, rzekomo przez Lee Harveya Oswalda, oskarżonego o zamach na życie prezydenta. Dziwnym trafem Oswald został także zastrzelony, nie doczekawszy nawet procesu.
Ostatnie minuty życia J.Kennedy-ego 22 XI 1963 r. Dallas.
    Śmierć Kennedy-ego darzonego przez ludzi wielką sympatią była dla wszystkich wstrząsem. Polska urzeczona, nie wiadomo dlaczego, Ameryką, szczególnie uroczyście przyłączyła się do ceremonii pogrzebowych prezydenta. W polskich kościołach odbywały się żałobne nabożeństwa, a w Katedrze warszawskiej zagrano na organach Hymn Bojowy Republiki „Glory! Glory! Hallelujah!”. 
Trumnę prezydenta znoszą po stopniach Kapitolu
    O zamach na Kennedy-ego oskarżano Związek Radziecki, bo nikt jeszcze wówczas nie wiedział, że Kennedy był zamieszany w sprawy mafijne i miał bardzo wielu osobistych wrogów. Nie wiedziano także, że był okropnym dziwkarzem, kochankiem Marylin Monroe, a na skutek bólu dawnej rany kręgosłupa, stał się lekomanem. W każdym razie, bynajmniej nie był tak idealnym człowiekiem, jakim chciano go widzieć. 
Żona prezydenta z dziećmi idzie za trumną męża.
   Oczywiście, byłam z rodzicami w kościele na mszy żałobnej, bo tak wypadało, a potem w telewizji oglądaliśmy pogrzeb prezydenta. Ponieważ nie wszyscy sąsiedzi posiadali telewizory, napchało się do nas tyle osób, że zabrakło krzeseł i niektórzy siedzieli na dywanie. Mama częstowała gości herbatą i ciasteczkami, a ja wzdychałam z rezygnacją, życząc sobie, aby jak najszybciej kochani goście opuścili nasze mieszkanie. Nie znosiłam hałasu.
Kondukt pogrzebowy na ulicach Waszyngtonu.
   Wszystkie te groźne konflikty odbijały się na naszym życiu. Był taki czas, że gospodynie domowe, w tym także moja mama, kupowały w panice mnóstwo artykułów spożywczych, na wypadek wojny, które potem trzeba było wyrzucić! Młodzi ludzie przechodzili szybkie przeszkolenia bojowe – ja również! Umiałam celnie strzelać i nie miałam nic przeciwko temu, żeby Jankesom skopać tyłek, za nasze Kresy Wschodnie, oddane Stalinowi w Teheranie, przez prezydenta USA Roosevelta.
PYTANIE BARDZO AKTUALNE.
    Jedyną moją pociechą i wsparciem w chorobie i samotności, była wtedy miłość rodziców, a także serdeczna przyjaźń, łącząca mnie z Alinką, przyjaciółką lat dziecinnych. Studiowała w Krakowie medycynę, mając wspaniałe wyniki w nauce. Czuła i opiekuńcza, była stworzona na lekarza z powołania. Zamierzała obrać kierunek chirurgii pourazowej, ale ze względu na mnie, zmieniła zamiar i poświęciła się neurochirurgii. Często dzwoniła do mnie, pocieszając mnie i zapewniając, że wyzdrowieję.
    Zobaczyłyśmy się jednak dopiero w 1964 roku, kilka lat od czasu mego przybycia do domu. Zawiadomiła mnie telefonicznie, że przyjeżdża, więc z największym trudem przemogłam gnębiący mnie strach, i wyszłam po nią na dworzec. Kiedy wysiadła z wagonu, prawie jej nie poznałam. Była taka śliczna, elegancko ubrana i zadbana. Prawdziwa pani doktor! 

   Poczułam się nagle przy niej brzydka i stara. Ale gdy się uśmiechnęła, wszelkie wątpliwości prysły. To była Alinka, moja kochana, najlepsza przyjaciółka! Padłyśmy sobie w ramiona, wybuchając płaczem.
- Alisiu, tyle lat!…. - wyjąkałam, łkając i tuląc się do niej.
- Izuś, moja najmilsza. Jak się czujesz, jest trochę poprawy? - spytała, patrząc na mnie badawczo.
Westchnęłam i potrząsnęłam z rezygnacją głową.
- Nie zamierzam udawać, że jest mi lepiej, bo nie jest. Ale najważniejsze, że przyjechałaś. Tak się cieszę, Alinko! Dla ciebie potrafiłam przezwyciężyć strach i przyszłam sama na dworzec, choć normalnie wychodzę tylko z mamą lub tatą.
- Zrobię wszystko, żeby ci pomóc. - powiedziała, ocierając mokre oczy i wypuszczając mnie z objęć.
Na razie musiałyśmy się rozstać, bo Alinka pojechała do domu, przywitać się z rodzicami. Ale po południu przyszła z wizytą do mnie. Zamknęłyśmy się w moim pokoju i wtedy opowiedziałam jej ze szczegółami całą prawdę o moim strasznym małżeństwie, a także o romansie z Bielajewem, Tylko jej jednej, bo nawet moja mama nic o nim nie wiedziała.
Mieszkanie lat sześćdziesiątych.
    Siedziałyśmy obie na tapczanie, przytulone do siebie i sączyłyśmy z kieliszków francuski koniak z zapasów Romanowicza. Mój podły małżonek miał powód do wściekłości, zajrzawszy do swego barku, dokładnie wyczyszczonego przeze mnie przed wyjazdem. Zabrałam wszystkie stojące tam alkohole, a były to znakomite trunki, jakich w sklepie się nie dostało. U mnie w domu rzadko kiedy sięgaliśmy po alkohol i tak przetrwały, stojąc nieruszone w barku.
Kiedy opowiadałam jej o Bielajewie, miałam oczy pełne łez. Alina wpatrywała się we mnie z czułym współczuciem.
- Kochałaś go? - odezwała się, kiedy skończyłam opowiadać.
- Nie wiem... - zawahałam się. - To było już tak dawno, że teraz wszystko wydaje mi się jakieś inne. Być może, bo był człowiekiem, który uwolnił mnie od Romanowicza. Jestem pewna, że on kochał mnie naprawdę.
- Nie próbowałaś się z nim skontaktować?
- Nie. Kiedyś mama znalazła jego kartkę z adresami, ale nie przeczytała, bo napisał po rosyjsku. Pytała mnie, kto to pisał, ale coś zmyśliłam na poczekaniu. Potem kartka gdzieś zginęła i już się nie odnalazła. Może to i lepiej, bo nie chcę wracać myślą do czasów mego małżeństwa.
Alinka przez chwilę milczała, przeczesując palcami równo przycięty kosmyk ciemnych włosów, które podwijały się poniżej ucha.
- Pamiętam twoje zaręczyny. - rzekła. - Witek bardzo bał się o ciebie, bo słyszał o Romanowiczu same złe rzeczy. Ale nie mógł ci nic powiedzieć, bo wtedy jego kariera wojskowa natychmiast by się skończyła.
- Jego wszyscy się obawiali. Z wyjątkiem mnie – głupiej, naiwnej dziewuchy, której wydawało się, że jest zakochana. - parsknęłam gorzkim śmiechem. - Zgwałcił mnie w noc poślubną, a także następnej nocy. Miałam krwotok i zapalenie pochwy. Każde zbliżenie z nim było dla mnie bólem i upokorzeniem. Tracił moje pieniądze, przegrał biżuterię, znęcał się nade mną. Współżycie z nim było jednym pasmem męki. Nienawidziłam go od dnia przybycia do Warszawy i pierwszego zbliżenia. Powiem ci szczerze, Alisiu, że jedynym mężczyzną któremu oddałam się z własnej woli, był Borys. I nigdy tego nie żałowałam.
- Więc jednak go kochałaś.
- Był cholernie dobry!- szepnęłam jej do ucha. - Ale to odległa przeszłość. Teraz nikt już na mnie nie poleci, chyba z widłami. Zresztą nie mogłabym już współżyć z mężczyzną, bo na samą myśl o tym, czuję wstręt i strach. Jestem ciężko chora i siedzę w domu na łasce rodziców, niezdolna do niczego.
- Iza, nie wolno ci tak myśleć! Masz dopiero dwadzieścia pięć lat, i jesteś w kwiecie wieku. Masz urodę, ale się zaniedbałaś! Jutro wezmę cię za kuper i zawlokę do fryzjera. Wyrzuć do diabła te stare swetry i ubierz ładną sukienkę. Pamiętam, że kiedyś lubiłaś się stroić. Wszystko jeszcze przed tobą.
- Co, kochanie moje? Szpital dla nerwowo i psychicznie chorych? Przecież wiem, że mojej choroby wyleczyć nie można. W taki, czy w inny sposób jest już po wszystkim.
- Pleciesz, skarbie. - przerwała mi Alina stanowczym tonem. - Lekarze nie mogli ciebie wyleczyć, bo tego nie chciałaś! To ty, musisz pragnąć być zdrowa! Oczywiście należy stosować leki, ale to w twojej głowie jest ta choroba i od ciebie zależy, czy wrócisz do zdrowia, czy też nie.
- Jak to, uważasz, że wmawiam sobie chorobę? - obruszyłam się gniewnie.
- Niech Pan Bóg broni. Niczego sobie nie wmawiasz, ale nie próbujesz z nią walczyć. O, widzisz, dziś sama przyszłaś na dworzec, bo potrafiłaś przezwyciężyć lęk. Tylko tak dalej, a będziesz zdrowa! Za rok wrócę tutaj, bo zamierzam podpisać umowę o pracę, z tutejszym szpitalem neurologicznym i wtedy wezmę się ostro za ciebie. Nie pozwolę ci siedzieć w domu i rozpamiętywać przeszłości. Romanowicz nie żyje, już nigdy nie wyrządzi ci krzywdy. Powinnaś zacząć spotykać się z mężczyznami, nie każdy jest takim draniem, jak twój były. Twoja przyszłość w twoich rękach.
Budownictwo wielkopłytowe lat sześćdziesiątych.
- Dobrze ci mówić! - mruknęłam. - A co z Witkiem? - szybko zmieniłam temat. - Podobno miał się żenić.
- Cholera z braćmi! - zaklęła Alinka, wyciągając z torebki papierosa i zapalniczkę. - Pozwolisz, że zapalę? Wiem, że to niezdrowo, ale jak mówię o tym draniu, to mnie szlag trafia.
Spojrzałam na nią ze zdumieniem. Pamiętałam, że było to kochające się rodzeństwo i zawsze po cichu zazdrościłam jej brata. Ja byłam jedynaczką.
- A co on takiego zbroił? - zagadnęłam, podczas gdy ona z pasją zapalała papierosa.
- Mówię ci, skurwiel! Ożenił się po cichutko, pomimo sprzeciwów rodziców i moich. Gdzieś na poligonie poznał jakąś wiejską piękność i zaciągnął ją pod krzaczek. Opamiętał się dopiero wtedy, jak dziewusze zaczął rosnąć brzuch i kiedy napisała do jego dowódcy skarżąc się, że Witek nie chce się z nią ożenić i uznać dzieciaka. Wiesz, małżeństwo z oficerem komandosów, to kariera dla takiej dziewuchy, Wysłała także podobną epistołę do moich rodziców, w tym samym mniej więcej tonie, z mnóstwem błędów ortograficznych i stylistycznych. Zapoznaliśmy się z tą sprawą i mama poradziła Witkowi, żeby płacił na dziecko, ale się z dziewczyną nie żenił, bo zmarnuje sobie życie. Ale dowódca wezwał Witka na dywanik i opieprzył go na perłowo, a ten w obawie o swój rychły awans na kapitana, po cichu, nie zawiadamiając rodziny, wziął cywilny ślub z tym wiejskim tłukiem i teraz żali się do nas, że żona wstyd mu przynosi. Tak to jest, kiedy mężczyzna myśli kutasem, a nie zwojami mózgowymi! - zakończyła i z wściekłością zdusiła papierosa, w popielnicy z konchy perłowca.
Objęłam ją za szyję i wycałowałam.
- Och, Alisiu, jak to dobrze, że jesteś! - śmiałam się przez łzy. - Nareszcie ktoś prócz mnie, popełnił podobne głupstwo.
- Bo też mogłaś trochę poczekać i poślubić mego brata, a nie tego popieprzonego jebaka! Byłybyśmy rodziną. Nie musiałabym się wstydzić bratowej! - wrzasnęła nagle Alina. - Mogłaś też wyjść za mąż za Zbyszka, on był w tobie naprawdę zakochany. Jeszcze po kilku latach wspominał ciebie.
Westchnęłam i spuściłam smętnie głowę.
- A co u niego? Jesteście w kontakcie?
- Byliśmy, ale dwa lata temu odszedł z Marynarki Wojennej, do Żeglugi Wielkiej i pływa na liniach dalekowschodnich. Wiesz, co to znaczy? Singapur, Hongkong, Jokohama i tyle innych wspaniałych miast z mnóstwem sklepów i ciuchów. Oj, głupia Izunia, wolałaś takiego chama, niż znajomego od lat, porządnego chłopca! Wyobraź sobie tylko, jak byłoby ci z nim dobrze. Miałabyś najpiękniejsze ciuchy, a dolców, jak mrówków!
- Trudno, Alinko. Popełniłam błąd i już nic na to nie poradzę. Kiedyś telefonowałaś, że Zbyszek też się ożenił?
- Owszem. Zaraz jak odszedł z Marynarki Wojennej. Wziął sobie jakąś piękność z Sopotu i to jej, nie tobie, zwozi fajne rzeczy. Widziałam ją na zdjęciu. Cóż, owszem, ładna, ale jakaś niemiła. Nie jest z naszej paczki. Zbyszek kupił jej piękne mieszkanie w Sopocie i ubiera ją w ciuchy ze zgniłego zachodu!
Oficerowie Marynarki Wojennej.
   Alinka rzuciła okiem na zegarek i porwała się z tapczana, spijając resztę koniaku z kieliszka.
- Dobrze się u ciebie siedziało, ale czas do domu, bo mama mnie przeklnie!
- Już idziesz? - szepnęłam z żalem. - Tak długo się nie widziałyśmy….
- Ale przyjechałam na dwa tygodnie i będziemy się często widywać. No, podnieś tyłeczek. Idziemy!
Zamarłam, rzuciwszy okiem w okno. Była już szarówka i za chwilę zapadnie noc.
- Kotku, ja o tej porze nie wychodzę. - powiedziałam, nie ukrywając lęku. - Będziesz musiała wrócić sama. A może zawołać ci taksówkę?
- Powiedziałam, podnieś tyłek i odprowadzisz mnie pięknie do domu. - powtórzyła z naciskiem.
- Ale już się ściemnia…. - rozglądnęłam się z popłochem.
- Owszem. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie i pełno wilków na drodze! Kotku, zbieraj się, bo ci po lekarsku przyłożę w ucho! Wrócisz do domu, cała i zdrowa. Zobaczysz!
Modne panie z lat sześćdziesiątych
    Z Aliną nie było co dyskutować. Zrezygnowana, narzuciłam na siebie tylko jakiś sweter, bo wieczór był ciepły i wyszłyśmy. Rodzice patrzyli na mnie z obawą, nie wiedząc, czy potrafię stawić czoło nękającym mnie upiorom.
Szłyśmy powoli ulicami, pod łagodnym światłem lamp, rozmawiając ściszonymi głosami. Ciepły wieczór pełen był wiosennej słodyczy i zapachu kwitnących kwiatów. Na ciemne, czyste niebo wschodził srebrny sierp księżyca. Alina opowiadała mi, że poznała interesującego, przystojnego mężczyznę, ale jeszcze nie zamierza wyjść za mąż, dopóki nie skończy studiów. Chciała najpierw podjąć pracę w szpitalu i pisać doktorat. Wówczas być może zdecyduje się na małżeństwo. Oczywiście będę jej pierwszą druhną.

    Weszłyśmy w aleję kasztanowców nad stawem, po którym pływały jeszcze białe łabędzie. Z restauracji w belwederze, dobiegały dźwięki muzyki i głosy bawiących się gości. Światła lamp, odbijały się w gładkim lustrze wody. Przypomniałam sobie, że byłam tu poprzedniego roku z Romanowiczem, a kobiety zazdrościły mi pięknego bukietu z róż! W tym miejscu po raz pierwszy mnie pocałował, a ja wpadłam w cielęcy zachwyt i wmówiłam sobie, że jestem w nim zakochana. To był marzec i padał śnieg… Mój Boże, ile to już lat, i jak wiele się zmieniło. Romanowicz nie żył, a ja byłam chorą, zgorzkniałą kobietą bez przyszłości.
Przegadałyśmy z Alinką całą drogę, obiecując sobie spotkać się nazajutrz. Kiedy zostałam sama i wracałam do domu, jeszcze niepewnie rozglądałam się dokoła, przyśpieszając kroku. Lecz po raz pierwszy, od dawna, prócz lęku, poczułam ochotę do życia.     c.d.n.