wtorek, 17 października 2017

SEKRETY RODZINNE - KŁOPOTLIWA WIADOMOŚĆ OD BRONKA!


  17 października 2017 r.

   Nadeszła nareszcie trochę spóźniona wiosna. Zazieleniły się kasztany w alejce pod oknem mego pokoju, a w parku na klombach sadzono bratki. O świcie, przez uchylone okno budziły mnie już głosy ptaków i promienie wstającego słońca. Mama w tym roku posadziła w skrzynkach na oknach czerwone pelargonie, i zaczęła przygotowywać dom na święta, przewracając mieszkanie do góry nogami. Kiedy wracałam z pracy, musiałam trzepać fotele, dywany i chodniczki. Ściągać zasłony, firanki i prać je w nowej pralce „Frania”, niedawno kupionej przez tatę. Mama pomyła szyby we wszystkich oknach i zawiesiła przy mojej pomocy czyste firanki i zasłony. Oj, serdecznie nie znosiłam tego przedświątecznego rozgardiaszu, choć po kilku dniach mieszkanie aż pachniało czystością.
    Tego dnia, później niż zwykle powróciłam z pracy, bo mieliśmy zakładową nasiadówkę i musiałam protokołować. Byłam zmęczona i bolała mnie nieznośnie głowa. Mama, widząc moją skrzywioną gębę, podsunęła mi wazę zupy pomidorowej, (mojej ulubionej) z makaronem domowym.
- Może po obiedzie położysz się, koteczku? - spytała współczująco, nakładając mi na talerz ziemniaczki pure, kotlet mielony i marchewkę z groszkiem.
- Mam jeszcze tyle nauki… - jęknęłam, przełykając resztę obiadu.
- Połóż się choć na godzinkę. Wypoczniesz i głowa przestanie cię boleć.
    Dałam się skusić i kiedy tylko powycierałam talerze, poszłam do pokoju i położyłam się, zamykając oczy i próbując się zdrzemnąć. Już zaczęłam zasypiać, kiedy dobiegł mnie terkot telefonu i za chwilę do pokoju zajrzała mama.

- Córeczko, śpisz?
- Właśnie zasypiałam! - odburknęłam niegrzecznie, zła, że przerwano mi drzemkę.
- Dzwoni Broneczek…
- To nie mógł zadzwonić wieczorem? - stękając, jak zramolała staruszka, podniosłam się z posłania i poszłam do telefonu.
- Cześć, jak się ma moja przyszła druga połowa? - usłyszałam jego roześmiany głos.
 - Cudownie! Mało mi nie pęknie głowa, a kiedy chciałam się zdrzemnąć, mojej przyszłej drugiej połowie, wpadło do głowy, żeby mnie zbudzić! - warknęłam wcale nie czułym tonem.
- Wybacz, ale teraz już nie śpij, bo powiem ci coś ważnego. Musisz jutro wziąć dwa dni urlopu, choćby nawet bezpłatnego.
- Broniu, mam mnóstwo pracy i jeszcze więcej nauki. W maju pierwsze egzaminy, rozumiesz? Po co mi urlop?
- Bo w piątek, moja słodka sekutnico, przylecę po ciebie i zabiorę do mamy. Dziś jest środa, we czwartek załatwisz sobie dwa dni wolnego, w piątek i sobotę będziesz u nas w gościnie, a w niedzielę po południu odwiozę ciebie do domu. Musisz poznać moją rodzinę.
    Zaniemówiłam. Wprawdzie miałam tę wizytę w planie, lecz w bardzo odległej przyszłości. Nie wiedziałam, jaka jest matka Bronka i jego siostra, więc nie paliłam się do odwiedzin.
- Broniu, ja nie wiem, czy dadzą mi urlop. To ode mnie nie zależy.
- Skarbie, dwa razy powtarzać nie będę. Jutro weźmiesz urlop, a w piątek melduję się u ciebie i lecimy. Jasne?
- Taaa jeeest!- odetchnęłam głęboko, a potem krzyknęłam do telefonu: - Co jest, do jasnej cholery, jeszcze nie jesteś moim mężem, żeby mi rozkazywać. J a s n e?
- Jak słońce. Ale jestem pewien, że kiedy przylecę rano w piątek, moja królewna będzie gotowa do drogi. Adieu, skarbie, ucałuj rodziców ode mnie. - i odwiesił słuchawkę!
    Popędziłam do kuchni.
- Mamo, - wrzasnęłam - Bronek przyleci w piątek i zabierze mnie do swojej matki! Co ja mam robić?
- Lecieć, kochanie. Chyba, że boisz się podróżować śmigłowcem. - powiedziała mama spokojnie. - Najwyższy czas, żebyś poznała rodzinę twego przyszłego męża. Pani Orlicka tyle razy o to prosiła.
- Ale ja nie wiem, jak tam jest. - płaczliwie pociągnęłam nosem. - Przecież wiesz, że nie lubię poznawać obcych ludzi. Może wizyta nie będzie przyjemna?
- Nie dowiesz się tego, jeśli sama się o tym nie przekonasz. - rozsądnie zauważyła mama. - Kotku, nie dziwacz.
- Kiedy ja mam tyle nauki, a Bronek nawet nie chciał mnie słuchać, tylko odwiesił słuchawkę! Paskudny despota! Mamo, ale przecież ja nie mogę tam jechać z pustymi rękami. Muszę coś zawieść, ale co?
    Mama usiadła na krześle, założyła nogę na nogę i zapaliła papierosa. Zawsze w takich momentach potrafiła zachować stoicki spokój.
- Wydaje mi się, że w tych czasach i przy zbliżających się świętach, najlepszym prezentem byłoby coś z wędlin i może jakieś lepsze mięso. W dużych miastach zaopatrzenie też nie jest zadowalające.
    
   Patrzyłam na moją rodzicielkę z podziwem. Mama zawsze potrafiła poradzić coś właściwego.
- Tak myślisz? To chyba pójdę do pani Steni. - powiedziałam, mając na myśli naszą sąsiadkę. Pracowała w dużym sklepie mięsnym, więc nie musieliśmy martwić się o mięso i stać godzinami w kolejkach.
- Idź. Zanieś jej śmietanę, bo dziś pani Wojtakowa przyniosła ze wsi świeżą. - mama wstała, otwarła lodówkę i wyjęła litrową butelkę świetnej wiejskiej śmietany, którą nam, razem z masłem i serem, przynosiła gospodyni z pobliskiej wioski. - Weź jeszcze pół kila twarogu, jest pyszny.
    Pani Stenia wracała z pracy około 19-tej, więc jak tylko posłyszałam, że otwiera kluczem drzwi, wyszłam na korytarz, niosąc na tacce dary.
- Pani Steniu, na słówko. - odezwałam się wchodząc za nią do mieszkania. - Mama przysyła pani śmietanę wiejską i serek.
    Sąsiadka, korpulentna kobieta po czterdziestce, zaprosiła mnie do pokoju i odebrała tacę.
- O, dziękuję, ale mi się przyda! Akurat będę piekła sernik na niedzielę! - zawołała uradowana podarunkiem. - Jakiś kłopot, pani Izuniu?
- Jeszcze jaki! Pojutrze narzeczony zabiera mnie do swojej matki. Rozumie pani, muszę wziąć jakiś prezent. Zbliżają się święta, więc mama poradziła mi, żebym w podarunku zawiozła coś z wędlin. No bo co innego mogę zabrać?
    Pani Stenia popatrzyła na mnie z obudzonym zainteresowaniem.
- Pani narzeczony? Ten przystojny lotnik?
- Aha!
- No pewnie, że trzeba jakiś podarunek zawieźć przyszłej teściowej. A co by pani chciała?
- Jakby się dało, pani Steniu kochana, może dobrą szynkę, trochę myśliwskiej i coś z mięsa.
- Będę miała szynkę z Krakusa, a to najlepszy wyrób. Dam z kilogram myśliwskiej, także z Krakusa. A z mięsa?… O, już wiem! Mamy obiecane parę kilogramów cielęciny. Wykroję taki ładny kawałek z nerką. Co, dobrze będzie?

- Pani Steniu, jest pani aniołem! - wykrzyknęłam uradowana. - Ale muszę to wszystko mieć jutro wieczorem, bo Bronek będzie u mnie w piątek rano.
- Zrobi się, pani Izuniu. Może jeszcze coś dorzucę, jak przywiozą.
    Ucałowałam z radości poczciwą sąsiadkę i w trochę lepszym humorze wróciłam do mieszkania. W kuchni, upadłam raczej, niż usiadłam na krześle i rzekłam do mamy:
- Pieseczku, poczęstuj mnie papierosem.
- Przecież ty nie palisz.
- Jak wstanę z krzesła, to wypiję sobie pół szklanki czystej ojczystej, i zaleję się w trupa. Ale póki siedzę, muszę zapalić.
    Mama potrząsnęła głową i wyciągnęła do mnie rękę z paczką „Carmenów”
- Bronek nie pozwolił ci palić. - przypomniała.- Załatwiłaś coś u pani Steni?
- Tak. Jutro będę miała wędliny. Ale uważam, że to nie jest w porządku. Bronek powinien wcześniej mnie uprzedzić. A tak, to nawet nie wiem, jak mam się ubrać.
- Normalnie. Włożysz majtki, stanik i coś na siebie. Będziesz w gościnie w sobotę i w niedzielę, więc weź coś porządnego.
    Zaciągnęłam się głęboko dymem z papierosa i strzepnęłam popiół na szklany podstawek. Milczałam przez chwilę, zbierając myśli.

- Mamo, ja tam nie chcę jechać. - odezwałam się cicho. - Po prostu nie mam ochoty poznawać jego rodziny. Pewnie to jakaś moja fanaberia, lecz boję się, że może mi się tam coś złego przyśnić i zrobię z siebie kretynkę. Przecież oni nie wiedzą, o Romanowiczu. Bardzo kocham Bronka, ale sama myśl o małżeństwie napełnia mnie strachem. Wolałabym, żeby wszystko zostało po staremu.
- Wiesz, kochanie, że to niemożliwe. - mama podeszła do mnie i przytuliła moją głowę do piersi. - Pragnęłabym ci pomóc, ale nie potrafię. Ty sama musisz sobie z tym poradzić, albo zerwać z Bronkiem. On zasługuje na szczerość.
- Wiem i jest mi bardzo przykro, że nie umiem być inna. Kto tak jak ja, przez pół roku, dzień po dniu, żył z diabłem, ten już nie potrafi być całkiem normalny. - powiedziałam ze smutkiem. c.d.n.

niedziela, 15 października 2017

SEKRETY RODZINNE - TELEFON OD BABCI I CO NIECO O WERONCE.


  15 pażdziernika 2017 r.

   Kilka dni, po moim pechowym wyjeździe na wykłady, siedziałam właśnie w swoim pokoju na wersalce, z podkulonymi nogami i wkuwałam prawo karne, (materialne) przygotowując się do wykładów. Na egzaminie semestralnym poszło mi tak dobrze z kryminologii, że nasz profesor „kryminalista” był bardzo zadowolony. Uczestniczyłam na wykładach i odbębniłam nakazane ćwiczenia, więc semestr zimowy zaliczyłam. Właśnie powtarzałam sobie szeptem formułki prawne, kiedy drzwi się otwarły i do pokoju weszła mama:
- Córeczko, babcia telefonuje i chce z tobą rozmawiać. - oznajmiła z uśmiechem.
    O wielki Mamba, potężny Mamba! - jęknęłam w duchu. Pewnie dostanę od babci po uszach, bo długo do niej nie pisałam.
    Skrzywiłam się, jak po occie siedmiu złodziei i bez zbytniego pośpiechu wstałam z wersalki, odkładając skrypty. Podreptałam do jadalni i podniosłam słuchawkę leżącą na biurku.
- Babunia? - zaświergotałam przymilnie. - Bardzo przep….
- Iza, - przerwała mi babcia w pół słowa. - Jestem z ciebie zadowolona. Moja wnuczka nareszcie znalazła godnego mężczyznę na męża.
   Zdębiałam. Co babci strzeliło do głowy? Przecież o Bronku wiedziała już od dłuższego czasu, a nawet często rozmawiała z jego mamą.
- Cieszę się, że babcia zadowolona, ale…
- Czy pamiętasz, co ci powiedziałam, kiedy przed laty przyjechałaś prosić nas na swój ślub z tym „osobnikiem”? - ponownie przerwała mi babcia.
- Oczywiście, że pamiętam. Przykro mi było tego słuchać.
- Ale miałam rację. Tak czy nie?
- Miałaś.
- No więc widzisz. Powiedziałam ci wtedy, że ani ja, ani ciotki na twój cywilny ślub nie przyjedziemy. Teraz oświadczam ci z radością, że wprawdzie ja już jestem za stara na takie podróże, ale dam ci, dziecko, swoje błogosławieństwo,a na twoim ślubie będą obie ciocie. Cieszysz się?
- Aha! - bąknęłam trochę niepewnie. - Babciu, do ślubu jeszcze daleko.

- To bardzo źle. Powinnaś nie odwlekać tego szczęśliwego dnia. Masz takiego wspaniałego narzeczonego. Dobrze wychowany, z naszej sfery, katolik i herbowy szlachcic!
- Ale on jest wojskowym. - powiedziałam złośliwie, pamiętając jakie opory miała babcia, gdy dowiedziała się, że Romanowicz jest oficerem.
- No to co? - usłyszałam w telefonie. - Jest w wojsku, bo lubi latać i jest pilotem. To bardzo romantyczne. Zresztą innego wojska, jak to ludowe, nie ma….. na razie! - babcia niemal słowo w słowo powtórzyła moje dawne argumenty. - Poza tym jest szalenie miły i przystojny.
- Skąd babcia wie?
- Jak to skąd? Przecież był u mnie! Prawdziwy dżentelmen. Podarował mi bukiet róż. - roztkliwiła się babcia. - Czy wiesz, kiedy dostałam taki bukiet? Dwadzieścia lat temu, od dziadka na rocznicę ślubu. Powiedział, że kocha ciebie i jest szczęśliwy, że masz taką wspaniałą rodzinę.
- Kto powiedział, dziadek?
- Ależ nie dziadek tylko Broniś.
    O cholera! Bronek zdobył niezdobytą twierdzę. Ale spryciarz!
- To kiedy on przyjechał do ciebie?
- Nie przyjechał, tylko przyleciał! Zaraz po Nowym Roku. Mówił, że macie kłopot, bo w waszym mieście nie ma lotniska. Żebyśmy jeszcze miały nasz dom, to moglibyście mieszkać u nas. Broniś służyłby w tutejszym pułku lotniczym. Miałabym was przy sobie na stare lata. Taki kochany chłopiec.... Wyobraź sobie, że na pożegnanie, przeleciał nad naszym dachem! Byłam zachwycona, że mój przyszywany wnuk lata taką ogromną maszyną! Co to ja miałam powiedzieć? Aha! Moje dziecko, wprawdzie pereł już nie mam, ale może jeszcze coś się znajdzie na ślubny prezent.
- Dziękuję, babciu. - wymamrotałam oszołomiona tymi wiadomościami.
- Nie dziękuj. Miałam ci zmyć głowę, że tak rzadko do nas piszesz, ale już ci daruję. Robię to tylko dla Bronia, nie dla ciebie. Matka Bronia, to prawdziwa dama, taka, jak nasze przedwojenne panie z mondu!1 Bardzo pragnie ciebie poznać. Często przez telefon wspominamy dawne czasy.
    Naraz przeszedł mnie dreszcz.
- Babciu, na miłość boską, chyba nie mówiłaś jej o moim pierwszym małżeństwie? - spytałam spanikowana.
- Moje dziecko, za kogo ty mnie uważasz? - w głosie babci zabrzmiała uraza. - Ja miałabym się chwalić do takiej damy, że moja wnuczka wyszła za komunistę, za podłego ateistę, za partyjnego chama?? Miałabym jej powiedzieć, że nie mieliście ślubu kościelnego? Nigdy!
    
  Uff! Kamień spadł mi z serca.
- To dobrze, babciu. Ja także wstydzę się tego, co wtedy zrobiłam.
- Musisz już pomyśleć o sukni ślubnej. Jak będzie potrzeba, kup materiał w Pewexie. Znajdę gdzieś parę dolarów na ten cel. Musisz być pięknie ubrana. Naturalnie, welon powinien być długi, nie żadna krótka woalka. Rozumiesz?
- Dobrze, babciu. - szepnęłam pokornie i z rozmachem klapnęłam na krzesło.
- No, to na razie tyle. Ucałuj ode mnie rodziców i Broneczka, jakby przyleciał. Czekam na twój list! -rozkazała babcia i odwiesiła słuchawkę.
    No, tego się nie spodziewałam. Bronek z pomocą babci, będzie miał nade mną przewagę, bo babcia momentalnie go poprze, wytaczając najcięższe działa. Teraz czekały mnie przygotowania do ślubu kościelnego, a do tego wcale się nie paliłam. Gdybym mogła postawić na swoim, to wzięłabym cichy ślub cywilny i kropka. Ale tym razem to mi się nie uda, bo Bronek jest gorliwym katolikiem i bez ślubu kościelnego, nie wyobraża sobie małżeństwa.
    O rany, jak pomyślę, że czekają mnie przedślubne nauki w kościele i spowiedź, to już wolałabym żyć z Bronkiem na kocią łapę! Pocieszam się myślą, że i tak nie powiem księdzu prawdy. A przedślubne nauki? O, w tej dziedzinie, to ja mogłabym nauczyć księdza tego i owego, dzięki lekcjom mego parszywego małżonka!

- Co ci babcia mówiła? - spytała mama, zaglądając do pokoju.
- Niech sobie mamcia wyobrazi, że Bronek poleciał do babci i szturmem ją zdobył. Jest nim zachwycona. - powiedziałam, niezadowolona z rozmowy z babcią. - Naturalnie, teraz jestem przegrana, bo będę musiała zgodzić się na wszystko, co oni zaplanują. A tak mówiąc między nami, to wolałabym żeby do naszego małżeństwa nikt się nie wtrącał. To sprawa Bronka i moja!
- Wiesz kotku, babci zależy, żebyś była nareszcie szczęśliwa. - tłumaczyła mi mama, ale także bez większego przekonania.
- Owszem, lecz nie lubię jak wszyscy starają się uszczęśliwić mnie na siłę. Babcia już nawet obiecała mi dolary na suknię ślubną i koniecznie długi welon.
- To źle?
- Ale ja chcę oszczędzić na stroju ślubnym i za te pieniądze wyjechać zaraz po ceremonii ślubnej do Zakopanego, lub Krynicy! Poza tym wcale nie zależy mi na ślubie kościelnym!
    Mama westchnęła i potrząsnęła z rezygnacją głową.
- Kochanie, po raz drugi chcesz wziąć ślub cywilny? Bronek się nie zgodzi.
- Wiem. - mruknęłam gniewnie i powróciłam do swoich „kryminałów”.
                           –--------------------------------------------

   Tego roku Wielkanoc przypadała na 14 i 15 kwietnia. Przyszło mi na myśl, że to nie będą wesołe święta, bo w kraju dalej jest niespokojnie. Gomułka wszelkimi środkami dusi każdy przejaw niezadowolenia społeczeństwa, a zwłaszcza młodzieży. Jest wiele aresztowań wśród studentów, którzy sprytnymi zabiegami partii zostali podzieleni na tych,  co są „za”, i na tych, co są „przeciw”.
    Za granicą także nie jest spokojnie. W Czechosłowacji, po ubiegłorocznym, październikowym brutalnym stłumieniu protestów studentów w Pradze, nowa ekipa partyjna wprowadza duże zmiany. Czechów ogarnęła euforia na słowa I Sekretarza Aleksandra Dubčeka, o socjalizmie z „ludzka twarzą”. Podobno w Czechach zaczynają się wielkie reformy w partii, wprowadzane przez nowego Sekretarza. Czesi mówią już o swojej „praskiej wiośnie”, z której są bardzo dumni. Popierali protesty polskich studentów, a Praga przyjęła do pracy kilku profesorów polskich, bezwzględnie wyrzuconych z Uniwersytetu Warszawskiego po strajku młodzieży.
Praga, stolica Czech.
    
W obecnym czasie, możemy im pozazdrościć tego powiewu wolności, bo niestety w Polsce, mimo słonecznego kwietnia, w polityce panuje mroźna zima. Komitet Centralny PZPR dawno już zapomniał o Październiku 1956 roku. Gomułka judzi społeczeństwo na Żydów, domagając się, aby osoby pochodzenia żydowskiego wyjechały do Izraela. Zdarzają się wypadki pobicia Żydów, czy obrażania ich. Wiele osób decyduje się wyjechać za granicę, a rząd dostarcza im paszporty na wyjazd, bez prawa powrotu! Uważam, że wyrzucanie z kraju ludzi, którzy tutaj się urodzili i są Polakami, jest okrutne i bezprawne. Przecież takie traktowanie obywateli polskich przypomina metody hitlerowskie. Wielu ludzi jest tym faktem oburzonych, lecz są i tacy, którzy się z tego cieszą.
   Związkiem Radzieckim rządzi żelazną ręką Leonid Breżniew, nie zezwalający na żadne rozluźnienie kagańca w państwach Układu Warszawskiego. Despota i twardogłowy doktryner, daleko odszedł do bardziej nowatorskich działań Chruszczowa, którego zniszczył, mimo iż Chruszczowowi zawdzięczał karierę polityczną. Breżniew od początku krzywym okiem patrzył na zmiany polityczne w Czechach i podobno już na wiosnę planował ingerencję wojskową w Czechosłowacji. Gomułka również podzielał jego poglądy uważając, iż reformy przeprowadzane przez Dupčeka szkodzą interesom partii i idei socjalizmu.
Leonid Breżniew.
   Bardzo interesuję się polityką, ale nie mam na to zbyt wiele czasu, gdyż przede mną egzaminy na koniec roku akademickiego. Uczę się, prawie nie kontaktując się z przyjaciółmi. Tylko Alinka odwiedza mnie od czasu do czasu, przynosząc z sobą jakiś nowy specyfik, który podobno wzmacnia organizm. Wiosną zawsze czuję się gorzej, więc przyjaciółka ratuje mnie jak tylko może – słodka dziewczyna! Staszek na dwa miesiące wyjechał do Warszawy na jakieś specjalistyczne kursy. Witka nie widziałam już chyba z miesiąc, bo ma ważne ćwiczenia i przebywa w terenie.
    Weronka bezczelnie złożyła na niego doniesienie do dowódcy, oskarżając męża, że nie dba o rodzinę i nie oddaje poborów żonie. Ale źle trafiła, bo zastępca dowódcy, do którego poszła ze skargą, udowodnił jej, że osobiście pobiera zarobki męża, więc nie ma prawa mieć do niego żadnych pretensji. Oficer widocznie był w złym humorze, gdyż nie tylko nie przyznał Weronce racji, ale zabronił kasjerowi wypłacania jej poborów Witka. Oświadczył Weronce, iż to niesłychane, żeby oficer nie posiadał własnych, ciężko zarobionych pieniędzy, i po stwierdzeniu tego faktu, odprawił babę z niczym. 
   
Rozwścieczona Weronka odeszła, odgrażając się mężowi. Na szczęście w tym czasie, Witek przebywał daleko na ćwiczeniach.
    Weronka kilka razy nachodziła panią Wandę, żaląc się, że Witek nie interesuje się dzieckiem i żądając, żeby mąż ponownie zamieszkał w domu. Pani Wanda ma miękkie serce, ale ojciec Witka przypomniał Weronce, że jej ojciec i bracia grozili Witkowi pobiciem, więc miał prawo wyprowadzić się z domu. Weronka zaczęła się pieklić, aż rozgniewany starszy pan wypchnął ją z mieszkania i oświadczył, że następnym razem wezwie milicję.
    Biedna pani Wanda tak przeżyła wizytę synowej, że dostała ataku serca, na szczęście niegroźnego, bo Alinka natychmiast pospieszyła jej z pomocą. c.d.n.
1Mond – świat, wyższe sfery.

wtorek, 3 października 2017

SEKRETY RODZINNE - CHĘĆ DO NAUKI NIE ZAWSZE POPŁACA!


  3 października 2017 r.


   Wyszłam na ulicę i skierowałam się do pobliskiego hotelu, trzęsąc się ze złości. Przez tego skurwiela musiała sobie przypomnieć profesję mego małżonka. W recepcji siedziała starsza kobieta i słuchała muzyczki z radia.
- Dzień dobry. - powiedziałam. - Chciałam zamówić pokój na dwa dni.
    Recepcjonistka popatrzyła na mnie takim wzrokiem, jakbym złożyła jej niestosowną propozycję.
- Chce się pani zatrzymać w naszym mieście? T e r a z?
- Nie rozumiem. A dlaczego teraz nie mogę?
    Kobieta chciała coś powiedzieć, ale do recepcji wszedł chyba kierownik, więc tylko wzruszyła ramionami i podała mi arkusz do wypełnienia.
- Mam tylko dwuosobowy, bo jedynek już nie ma. - oznajmiła, podsuwając mi księgę gości do wpisu.
- Trudno, może po południu coś się dla mnie znajdzie? - popatrzyłam na nią z nadzieją, bo nie lubiłam spać z kimś obcym.
- Raczej na to niech pani nie liczy, ale może pani zapłacić całą kwotę za podwójny i będzie pani miała pokój tylko dla siebie. - poradziła życzliwie.
    Skorzystałam z chwili, kiedy kierownik wyszedł i pochyliłam się przez ladę.
- Co tu dziś na dworcu tyle milicji? - spytałam szeptem. - Legitymowali mnie.
    Recepcjonistka rozejrzała się bojaźliwie na boki i stwierdziwszy, że w pobliżu nie ma nikogo, odszepnęła:
- Bo szukają takich z Warszawy. No, wie pani, tych studentów z Uniwersytetu, co tu przyjeżdżają, żeby buntować naszych. E, co te młode zwojują przeciwko takiej sile! W radiu to ich nazywają „wrogami ludu!”
- Studentów?
-A pewnie! Cały czas to słyszę w radiu. „Wichrzyciele”,„bananowa młodzież”,„chuligani”,”wyrostki otumanione przez wrogów PRL-u” Pani kochana, lepiej dziś tutaj nie przyjeżdżać, bo można oberwać pałą, albo za nic trafić do paki. A pani w interesach? Bo chyba nie pierwszy raz u nas?
- Ma pani dobrą pamięć. Nie pierwszy, bo zatrzymuję się u was co semestr na egzaminy.
    Recepcjonistka chciała odpowiedzieć, ale do recepcji znowu wszedł kierownik, więc zamilkła i tylko boleśnie spojrzała w sufit. Zapłaciłam za dwuosobowy pokój i spokojna o nocleg, wyszłam z hotelu, kierując się na przystanek tramwajowy. Zamierzałam pojechać na uniwersytet, zapisać się w sekretariacie i wrócić ponownie w to miejsce. W pobliżu hotelu była niewielka restauracyjka, gdzie podawali świetne pyzy ziemniaczane z sosem węgierskim. Porcje były tak solidne, że mogłam się obejść bez kolacji. Zawsze jadłam tutaj obiad, ale bez zupy, biorąc tylko kubek bulionu na rozgrzewkę.

   Bardzo lubię jechać tramwajem. Odziedziczyłam chyba tę miłość po mamie, która zakochana była w poznańskich „bimbach”. Ale tego dnia miałam humor popsuty, przez tego sakramenckiego gliniarza, gdyż musiałam przy nim wspomnieć o Romanowicza. Jadąc, wyglądałam oknem na ulice szare i ponure w ten marcowy dzień. Brudny śnieg leżał na jezdniach i chodnikach. Z niskich ciemnych chmur, zaczął padać deszcz ze śniegiem i dzień zrobił się jeszcze ciemniejszy i bardziej posępny.
    Na jednym przystanku, zwróciłam uwagę na ludzi z kubełkami i pędzlami, którzy starali się zamalować duży napis na ścianie kamienicy. Przeczytałam napis jednym rzutem oka. „Psami i pałami nas nie wychowacie!”, a kawałek dalej, na następnej kamienicy drugi napis!: „ Byle tylko szmata nie popiera warszawiaka!”
   Aha, to robota „bananowej młodzieży” i „wrogów PRL-u”! - pomyślałam z satysfakcją. Kiedy tramwaj ruszył, dostrzegłam wiele takich napisów na murach domów. A jednak przez dwadzieścia trzy lata ustroju socjalistycznego, PRL nie potrafiła wychować w tym duchu młodzieży. Co więcej, byli to młodzi ludzie pochodzenia robotniczo-chłopskiego, którzy naprawdę wiele zawdzięczali temu ustrojowi. Cóż, każdy Polak to urodzony buntownik, jak mawiali carscy dygnitarze.
    Recepcjonistka miała rację. Na ulicach widać było wielu milicjantów chodzących w towarzystwie ORMO-wców, czyli glina z psem! Mijając duże zakłady przemysłowe, zaobserwowałam napisy popierające studentów. 

Syta wrażeń dojechałam w pobliże Uniwersytetu.
Wyskoczyłam z tramwaju i ruszyłam ulicą zastawioną dużymi samochodami milicyjnymi. Co, do cholery, oni tu robią? - zadałam sobie pytanie. Podchodząc do gmachu, dostrzegłam zawieszone między oknami na piętrze wielkie transparenty.
 „Żądamy wolności wypowiedzi i wolności po wypowiedzi” - głosił dowcipnie jeden transparent. „ Nie róbcie z nas ciemnej masy, na łamach prasy” - krzyczały duże białe litery na drugim transparencie. Napisy zrobiły na mnie duże wrażenie, bo przypomniały mi ulice Warszawy w październiku 1956 roku.
Wspaniałą mamy młodzież! - pomyślałam z podziwem., wyobrażając sobie wściekłość i bezsiłę towarzyszy z Komitetu Centralnego, zapewniających naród, że młodzi Polacy popierają partię i ustrój.

   Ale prędko ostygłam z zapału, ujrzawszy, że dokoła Uniwersytetu aż roi się od glin w mundurach i po cywilnemu. Tajniaka zaraz poznać, po latających na boki oczkach i charakterystycznym spacerku. Boże, jak ja się dostanę na uczelnię? - pomyślałam lekko spanikowana. Od gmachu dzielił mnie kordon glin. Dopiero potem dowiedziałam się, że przeszło 700 milicjantów z pomagierami, otaczało wyższe uczelnie.

   Czasami tracę zdrowy rozum i postępuję jak szalona. Tego dnia także mi odbiło i nie zważając na stojących gliniarzy, ruszyłam prosto do drzwi Uniwerku. Gliniarzy albo zamroczyło, albo wyglądałam tak niewinnie, że nikt nie powiedział słówka, pozwalając mi przejść. Doszłam do bramy i nacisnęłam klamkę. Ale brama była zamknięta na głucho.
    Cholera, wykładów chyba dziś nie będzie. - przyszło mi na myśl, ale na wszelki wypadek raz jeszcze nacisnęłam klamkę. Niestety, brama się nie otworzyła, za to jakiś cywilny facet podszedł do mnie z groźną miną.
- Czego tu szukacie? - zapytał, wsadzając obie ręce do kieszeni i stając na szeroko rozstawionych nogach.
    Ten ruch zapamiętałam u mego przeklętego małżonka, gdy był w złym humorze i miał ochotę dać komuś w mordę.
- Czego szukam? Nauki! Przyjechałam na wykłady. - oznajmiłam spokojnie, chociaż w głębi duszy obawiałam się, że moja żądza wiedzy, tym razem nie wyjdzie mi na dobre.
    Tajniak wytrzeszczył oczy, zaskoczony i zdumiony moją bezczelnością. Jednak nie musiał być tak całkiem skurwysynem, bo wziął mnie za ramię i lekko popchnął w stronę ulicy.
- Nie ma wykładów! - syknął. - Dziewczyno, spieprzaj stąd galopem, bo inaczej trafisz do pudła razem z innymi. No, już ciebie tu nie ma!
    Rzeczywiście, już mnie tam nie było.
Aula Leopoldina.
    Trochę późno poszłam po rozum do głowy i stwierdziłam, że nie warto się narażać. Wyrywałam co sił w nogach, nie oglądając się za siebie. Dopiero na końcu ulicy wpadłam na kolegę z mego roku. Wrzasnął i chwycił mnie, ratując przed upadkiem w błoto.
- iza, na głowę upadłaś? Widziałem, jak chciałaś wejść do środka. Przecież studenci strajkują! Cały Uniwersytet strajkuje, Politechnika i wszystkie wyższe uczelnie! Aż mi się zimno zrobiło, jak zobaczyłem, że pchasz się wprost w łapy glin!
- Ojej! To kiedy będą nasze wykłady?
- A usrać się w wykłady! Dziewczyno, młodzież strajkuje, a miejskie zakłady pracy pomagają im, drukując ulotki i odezwy. Całe miasto wrze. O kurwa, jakiś milicjant tu się wlecze. Iza, nie stójmy tutaj, chodźmy na wódkę!
Autentyczny afisz studencki z marca 1968.
    Nie miałam nic przeciwko temu, żeby zalać robaka i wzmocnić nadwątlonego ducha alkoholem. Poszliśmy do jakiejś knajpy i zamówiliśmy kawę oraz butelkę „ojczystej”.
- Mówię ci Iza, studenci zrobili władzom zadymę, jakiej dawno nie było. Mam brata na ostatnim roku Politechniki. Oni tam nawet zmontowali krótkofalówki, żeby się między sobą porozumiewać, bo telefony na podsłuchu SB. Na uniwerku studenci leżą w sali, słuchają radia, powielają ulotki, a ludzie z miasta i robotnicy z zakładów pracy, podrzucają im jedzenie, solidaryzując się z nimi. W zakładach pracy partia robi masówki, wmawiając robotnikom, że młodzież została otumaniona przez zagraniczne rozgłośnie i imperialistów amerykańskich, którym socjalizm jest solą w oku. Rozumiesz? Ten strajk, to niemal zdrada stanu! Studenci bardzo ryzykują, ale nie chcą zakończyć strajku, spodziewając się, że miasto ich poprze. Niektórzy profesorowie łączą się z nimi, a przynajmniej ich nie potępiają. Ale są i tacy, którzy próbują nawrócić ich, a nawet donoszą na nich do SB i milicji.
    Nalał mi wódki do kieliszka i wypiliśmy.
- Jak myślisz, Boguś, czy ten strajk coś da?
- Nie wiem. Brat mówił, że oni muszą wspierać studentów Uniwersytetu Warszawskiego i Warszawskiej Politechniki, których nasze władze porządnie potarmosiły. Nawet w mniejszych miastach także zdarzają się strajki w gimnazjach i szkołach zawodowych. Młodzi chcą wolności słowa i…. – pochylił mi się do ucha: wołają – precz z socjalizmem!
    Westchnęłam, wiedząc z doświadczenia, że władze mają potężne środki, aby zdusić ten spontaniczny zryw. Przyszedł mi na myśl poznański czerwiec.
- A nie wiesz, kiedy zamierzają zakończyć strajk? - spytałam, podsuwając mu kieliszek.
Kartka na murze z marca 1968 r.
- Z tego, co mówił brat, to chcą dotrwać do soboty, aż władze spełnią ich postulaty. - rzekł, dolewając mi wódki. - Ale to nierealne, bo Gomułka nigdy nie ustąpi. Tu już chodzi o prestiż Komitetu Centralnego partii. Ten strajk młodzieży, to kompromitacja socjalizmu i zagranica ma temat do komentarzy.
    Rozmawiając, wypiliśmy całe pół litra wódki i lekko wstawieni, postanowiliśmy jeszcze tego samego dnia powrócić do domu. Pożegnałam Bogusia, który miał w mieście jeszcze jakieś interesy i wsiadłam do tramwaju, jadąc na dworzec kolejowy. Wstąpiłam jeszcze do hotelu oznajmiając, iż rezygnuję z pokoju i wyjeżdżam. Recepcjonistka spojrzała mi w oczy porozumiewawczo i zwróciła wpłacone pieniądze.
    Sprawdziłam, że pociąg mam dopiero za dwie godziny. Nie miałam ochoty siedzieć w zimnej hali dworca, pod okiem gliniarzy, lub stać na peronie. Uznałam, że mądrzej będzie zjeść obiad, bo po wódce pitej na pusty żołądek, kręciło mi się w głowie.
    Z okna ruszającego pociągu, śledziłam uciekające w tył domy wielkiego miasta i myślałam o wspaniałej młodzieży, oczekującej ufnie na spełnienie ich żądań i wsparcie mieszkańców. Ale tak się nie stało, Ich protest nie zakończył się tryumfem, lecz relegowaniem z uczelni i więzieniem.
    Dopiero po upływie całej dekady, miasto obudziło się i pokazało swoją moc. c.d.n.

   Kochani moi Czytelnicy.  Trafiła mi się terminowa praca i nie chcę, ale muszę zrobić tygodniową przerwę w publikowaniu "Sekretów rodzinnych." Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnicie, bo obiecuję, że będzie się działo! Duża buźka. Elżbieta G. E.




niedziela, 1 października 2017

SEKRETY RODZINNE - POLSKIE "DZIADY" I NIE TYLKO!


1 października 2017 r.

Afisz przedstawienia "Dziadów" w rezyserii Dejmka. 1968 r.
   Początek roku nie zapowiadał się spokojnie, i chyba Radio Wolna Europa „pół chłopa jołopa”, jak je czule nazywałam, miało rację, że coś się zacznie. No i się zaczęło! 16 stycznia władze państwowe podjęły decyzję o zawieszeniu przedstawienia „Dziadów” Adama Mickiewicza.
   Reżyseria sztuki spotkała się z miażdżącą krytyką i potępieniem kierownictwa Komitetu Centralnego PZPR, a sam reżyser Dejmek wezwany do gmachu KC, usłyszał od szefa Wydziału Kultury, towarzysza Kraśki, iż ta inscenizacja jest „antyrosyjska” „antyradziecka”, religiancka i w ogóle anty, budząca u publiczności niewłaściwe skojarzenia! Sam Gomułka nazwał przedstawienie, „nożem w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej”. 
Kazimierz Opaliński jako Guślarz.
   Nawiasem mówiąc, kompletnie nie rozumiem, dlaczego sztuka pisana w XIX wieku, w proteście przeciwko tyranii cara Mikołaja I, może obrażać uczucia towarzyszy radzieckich, którzy przecież z caratem walczyli! Ale widać polityka nie jedno ma oblicze. Dosyć, że ambasador ZSRR Aristow poczuł się urażony faktem, iż Polacy tak niestosownie uczcili rocznicę Rewolucji!
Scena w salonie Senatora Nowosilcowa. "Dziady".
   Podobno Dejmkowi grożono wylaniem go z partii na zbitą twarz i zdecydowano się na zdjęcie „Dziadów” z afisza, jako sztuki zdecydowanie antyradzieckiej i trącącej buntem oraz wrogą propagandą! Napomykano, że z całą pewnością, „brudny, zachodni imperializm oraz rewizjonizm, maczał w tej sprawie paluszki!
  
W roli Senatora Zdzisław Mrożewski.
   30 stycznia odbyło się ostatnie przedstawienie „Dziadów”. Kupienie biletu na spektakl graniczyło z cudem, ale bileterzy patrzyli przez palce na wchodzących „na gapia”, i sala dosłownie pękała w szwach, zapchana widzami siedzącymi i stojącymi głowa przy głowie. Przeważała młodzież uniwersytecka, ale nie tylko.
Dziady - scena zbiorowa. Bal u Senatora.
   Aktorzy dawali z siebie dosłownie wszystko. A były to gwiazdy sceny i filmu polskiego. Jako Gustaw-Konrad, wspaniały Holoubek, w roli swego życia. W innych rolach Kazimierz Wichniarz, (późniejszy pan Zagłoba w filmie „Pan Wołodyjowski”) Opaliński, Damięcki, Beer, Ordon, Kobuszewski, Śmiałowski i inni. W roli Senatora Nowosilcowa, wielki Zdzisław Mrożewski.
Holoubek jako Gustaw-Konrad
   Widzowie spontanicznie reagowali na każdą najmniejszą aluzję. Tłumy wznosiły okrzyki:
- Niepodległość bez cenzury! Chcemy Dziadów! Dejmek! Dejmek!
    Po opadnięciu kurtyny, długo nie milkły brawa. Studenci uformowali pochód, który skandując:
- Wolny teatr! Wolna sztuka! Chcemy kultury, a nie cenzury! - skierował się pod pomnik Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu.
Warszawa demonstruje.
  Przemawiający tam młodzi ludzie, domagali się zdjęcia cenzury i większej wolności słowa. Domagano się przywrócenia Dziadów do teatru. Po krótkim czasie, pod pomnik podjechały budy milicyjne i doszło do brutalnej interwencji milicji, ZOMO oraz tak zwanego „aktywu robotniczego”. Walono protestujących pałkami, kopano i bito bezlitośnie. Pochód rozpędzono i aresztowano 35 osób. Ale dwaj młodzi studenci Adam Michnik i Henryk Szlajfer, przed zatrzymaniem, zdążyli jeszcze poinformować o całej sprawie francuskiego dziennikarza z paryskiego dziennika „Le Monde”. 
Adam Michnik aresztowany, milicjant zakłada mu kajdanki.
    Radio WE natychmiast skomentowało dramatyczne wydarzenia i już tego samego wieczora, wiedziała o zamieszkach w Warszawie cała Polska. Myśleliśmy, że na tym się zakończy, ale nie braliśmy pod uwagę determinacji młodzieży. Zajęci wydarzeniami krajowymi, niemal nie zwróciliśmy uwagi na fakty, które miały w przyszłości decydować o życiu setek tysięcy ludzi.
2 stycznia, w klinice w Kapsztadzie, profesor Chrystian Barnard dokonał drugiego w historii zabiegu przeszczepu serca. Pacjent z nowym sercem przeżył 19 dni! Coś niesłychanego! Być może w przyszłości będziemy mogli przeszczepiać nie tylko serce, ale i inne narządy? To się po prostu w głowie nie mieści. Jednak w ostatnich czasach medycyna zrobiła kolosalny krok naprzód.

   Z wiadomości w TVP dowiedzieliśmy się, że nowym sekretarzem Komunistycznej Partii Czechosłowacji, został Alexander Dubček. Ciekawe, czy będzie takim samym zamordystą jak jego poprzednik Novotny, który sprawował dwie funkcje; prezydenta państwa i I Sekretarza KC KPC. Po wyborze Dubčeka, funkcje te rozdzielono, ale Novotny nadal pozostał prezydentem Czechosłowacji. Nasz południowy sąsiad, wbrew głośnym partyjnym zapewnieniom, nie pała do nas sympatią. Pewnie Czesi pamiętają idiotyczną polską agresję w 1938 roku i zagarnięcie Zaolzia. W Czechosłowacji panuje nadal stalinowski terror i nic się nie zmieniło od tego czasu. Na szybach kopalń nadal świecą się nocą czerwone gwiazdy, które nasi górnicy z entuzjazmem zrzucali w 1956 roku.
Aleksander Dubcek
   W świecie kultury dalej jest niespokojnie. 29 lutego, członkowie warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich, wystosowali tak zwaną „Rezolucję Kijowskiego”, protestując przeciwko nasilaniu się cenzury i ograniczaniu wolności słowa i solidaryzując się z postawą młodzieży akademickiej. Członkowie Związku Literatów Polskich, poparli słowem nasilające się z każdym dniem protesty młodzieży studenckiej. Sprawa zaczęła przybierać coraz poważniejszą postać.
Wiec studentów na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego.
  Młodzież Uniwersytetu Warszawskiego postanowiła 8 marca zorganizować wiec, w obronie studentów relegowanych z uczelni. Lecz władze uprzedziły wypadki, i 9 marca, z samego rana, aresztowały prewencyjnie przywódców protestu. Aresztowano Szlajfera, Lityńskiego, Blumszteina, Modzelewskiego i Jacka Kuronia. Następnego dnia uwięziono Adama Michnika.
 Jednak wiec się odbył na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego. Studenci rozdawali ulotki, zbierali pieniądze, składając się na opłacenie mandatów karnych. Wzywano władze do uwolnienia aresztowanych, do zniesienia cenzury i wolności słowa. Wołano: - Chcemy kultury bez cenzury! I powoływano się na art.71 Konstytucji PRL Naturalnie na rządzących nie zrobiło to żadnego wrażenia. Protestującą młodzież nazywano „wrogami ludu”, a także bananową młodzieżą”, wysyłając przeciwko nim oddziały milicji, ORMO, a także słuchaczy Szkół Milicyjnych, a nawet Szkoły Podoficerskiej.
   11 marca posłowie z koła poselskiego ZNAK, złożyli interpelację, w sprawie wydarzeń na wyższych uczelniach kraju. Tego samego dnia pisarz Stefan Kisielewski, został brutalnie pobity przez ORM-owców w bramie swego domu. Bunt młodzieży studenckiej w błyskawicznym tempie rozszerzał się po kraju.
Stefan Kisielewski.
   15 marca w Gdańsku miała miejsce manifestacja, w której udział wzięło 20 tysięcy studentów, robotników z gdańskich zakładów przemysłowych i mieszkańców miast
" My - studenci Warszawy!....
   W odpowiedzi na wydarzenia w kraju, na wiecu aktywu partyjnego w Sali Kongresowej, Gomułka wygłosił bardzo ostre antysyjonistyczne przemówienie, potępiając protestującą młodzież i „siły sprowadzające młodzież na drogę anarchii, wrogiej socjalizmowi i antyradzieckie”. W przemówieniu dostało się po równo wszystkim. Związkowi Literatów, Kisielewskiemu, Jasienicy, któremu Gomułka wypomniał działalność w „bandzie” ”Łupaszki” i mordowanie ludzi. 

   I Sekretarz, dołożył także profesorom i naukowcom z uniwersytetów, oskarżając ich, że nie potrafili odpowiednio „wychować” studentów. Nade wszystko zaś dostało się Dejmkowi za reżyserię nieszczęsnych Dziadów. Gomułka cytował antyrosyjskie fragmenty Dziadów twierdząc, że to sami aktorzy uczynili z przedstawienia spektakl, godzący w polsko-radziecką przyjaźń. Na koniec oberwało się Żydom, którzy podobno aż palili się do wzięcia udziału w wojnie izraelskiej przeciwko Egiptowi. Oskarżył Żydów, że nie czują się Polakami, lecz obywatelami Izraela i szkodzą interesom Polski.
    W strasznie długim przemówieniu, Gomułka powoływał się na poparcie klasy robotniczej i „porządnej” uczącej się młodzieży, która wszystkimi siłami przeciwstawia się „wrogom socjalizmu!” Potępiał zagraniczne rozgłośnie, „opluskwiające” PRL Przypiął łatkę wychodzącemu za granicą pismu: „Orzeł Biały” gen. Andersa, oraz paryskiej Kulturze. Czyli, każdemu według zasług!
   Nazajutrz „Trybuna Ludu” opublikowała całe przemówienie Gomułki. Z zasady nie kupuję tych wypocin, ale ten egzemplarz kupiłam, żeby pokazać przyjaciołom, jak daleko cofnęliśmy się od roku 1956.
Skupieni na wydarzeniach politycznych rozgrywających się w kraju, niemal nie zwróciliśmy uwagi na tragedię, jaka wydarzyła się w Białym Jarze w Karkonoszach. Schodząca lawina śnieżna zabiła tam 19 osób!
Wydano wyroki śmierci na dwóch seryjnych morderców; katowickiego Bogdana Arnolda i krakowskiego Karola Kota. Szczegóły ich zbrodniczej działalności są tak potworne, że wolę ich tu nie przytaczać.
Pod bramą Uniwersytetu.
  Z Radia Wolna Europa dowiedzieliśmy się, że ma nastąpić strajk studentów w Łodzi, na Politechnice Warszawskiej, wspierającej studentów z UW, oraz bojkot zajęć studenckich na wyższych uczelniach we Wrocławiu.
Zebrania tak zwanego aktywu robotniczego.
   W tym właśnie czasie wypadały wykłady na wydziale prawa i musiałam jechać. Poprzedniego dnia dzwonił Bronek i błagał mnie, żebym poprosiła o urlop dziekański, bo czasy są bardzo niespokojne. Oczywiście nie zgodziłam się na to, mimo iż rodzice także odradzali mi wyjazd na wykłady. Uznałam jednak, że nieobecność na wykładach zaowocuje niedostatecznymi notami u Kosiarki, który czyhał tylko na to, żeby nam dokopać. Nie wiadomo dlaczego, nie znosił studentów w starszym wieku, ludzi ciężko pracujących, którzy poświęcali swój wolny czas na naukę, aby uzyskać wyższe wykształcenie. Zresztą wśród studiującej młodzieży, profesor także nie cieszył się sympatią, jako gorliwy wyznawca marksizmu i leninizmu.

15 marca o świcie, wsiadłam do pociągu i pojechałam na wykłady. Rodzice byli bardzo zaniepokojeni i zobowiązali mnie do powiadomienia ich, że dojechałam szczęśliwie na miejsce i jestem bezpieczna. W pociągu był tłok, wielu ludzi jechało do pracy w wielkim mieście, niektórzy młodsi do szkół, lub na wyższe uczelnie. Stałam w korytarzu, przyciśnięta do ściany, krztusząc się smrodliwym dymem z papierosów palonych przez pasażerów. Wagon był dla niepalących, ale ludzie rozumieli, że nie pali się w przedziałach, a na korytarzu wolno.
    Ja nie paliłam. Szkoda mi było pieniędzy „puszczanych z dymem”, lecz kilka razy zaciągnęłam się papierosem, siedząc w towarzystwie Witka i Stasia, bo obaj palili. Bronek zauważywszy to, obiecał mi, że gdy zobaczy mnie z papierosem w ręku, osobiście przetrzepie mi skórę.   Stojąc wprasowana w ścianę wagonu, trułam się dymem i mimo woli, przysłuchiwałam się rozmowom pasażerów.
- Panie, nie pchaj się pan na mnie! - zapiszczał czyjś dyszkancik.
- Nie mam na kogo! Trafiła się Lollobrigida dla ubogich! - odpalił bas.
- Cham!
- No, no, tylko nie cham. Ja to bym takiej pokrace nawet palca nie włożył, a co dopiero pchał!
- Zamknij się łajdaku, bo wezwę milicję. - zdenerwował się dyszkancik.
- Tak? Toś ty taka? Milicją straszysz porządnych ludzi? A ja ciebie i milicję mam, wiesz gdzie?
- No, gdzie? - zapiał prowokująco dyszkancik.
- W dużym poważaniu! - oznajmił bas, ku wielkiej uciesze pasażerów słuchających kłótni.
- Jeeezu! Co za ludzie! - jęknął dyszkancik i zamilkł, bo dojechaliśmy już do celu.

   Zauważyłam, że na dworcu kręciło się mnóstwo milicjantów w towarzystwie ZOMO lub ORMO-wców. Jak zwykle, ogromna hala dworcowa pełna była ludzi oczekujących na pociągi. Siedzieli na ławkach, lub walizkach, albo szli do dworcowej restauracji, czy kawiarni. Milicjanci nie zwracali na nich uwagi. Za to bacznie i podejrzliwie przypatrywali się podróżnym wysiadającym z pociągów. Szczególnie młodym ludziom. Szlam przez halę, wpatrując się w zegar dworcowy, wskazujący godzinę ósmą dwadzieścia. Do rozpoczęcia wykładów miałam jeszcze kilka godzin. W tym czasie muszę załatwić sobie nocleg w pobliskim hotelu, a w południe zjeść obiad, bo wykłady zwykle przeciągną się do późnych godzin wieczornych. Jak dobrze pójdzie, do domu wrócę za dwa dni. 
  Z rozkładu jazdy zapisałam sobie godzinę odjazdu pociągu, którym będę wracać i chciałam wyjść z dworca, ale przed bramą drogę zastąpił mi jakiś milicyjny osiłek, o fizjonomii boksera.
- Halo, obywatelko, poczekajcie! - zawołał widząc, że chcę go wyminąć.
Stanęłam i spojrzałam na niego ze zdumieniem.
- O co chodzi?
- Przyjechaliście teraz do miasta?
- Tak, przed chwilą.
- A skąd przyjechaliście? - zadał mi pytanie, nie ustępując z drogi.
Podałam nazwę mego miasta, nie rozumiejąc dlaczego mnie zatrzymał.
- Nie z Warszawy? - upewnił się.
- Nie.
- A dokumenty macie? Poproszę o dowód osobisty.

Milicja legitymuje studentów w Krakowie.
   Otworzyłam torebkę i poszukałam dowodu. Podałam go gliniarzowi, który ciekawie zaglądnął mi do torebki.
- Co tam macie za papiery? - spytał, wskazując moje notatki i broszurki z tematami wykładów.
- Jadę na uczelnię i wiozę notatniki i skrypty, pomoce naukowe, do zapisywania wykładów. - wyjaśniłam zgodnie z prawdą.
Gliniarzowi zaświeciły się oczy.
- To wy studiujecie? Gdzie?

- Studiuję na drugim roku prawa, zaocznie. Na studia dostałam skierowanie z zakładu pracy. - wyjaśniłam, coraz więcej zaniepokojona pytaniami milicjanta. - Coś w tym złego?
- Hm, złego? Nie. Ale może byliście w ostatnim czasie w Warszawie? Bo tu, w dokumencie, macie wpisane, że mieszkaliście w Warszawie.
   Zaczęłam się denerwować. Zagryzłam wargę i patrzyłam milicjantowi prosto w oczy, odpowiadając na pytania.
- Ja pracuję i nie mam czasu na wycieczki do stolicy! - wybuchnęłam gniewnie.
- Ale tu pisze, że tam mieszkaliście. - upierał się gliniarz, nie zamierzając zwrócić mi dowodu.
- Owszem, mieszkałam w 1956 roku.
- Co tam robiliście? - nie przestawał podejrzliwie indagować.
- Mieszkałam tam z mężem.
- Aha! A kim był wasz mąż?
 A żeby cię szlag trafił! - zacisnęłam z wściekłością pięści, starając się zapanować nad sobą. Postanowiłam dać mu nauczkę.
- Był oficerem GZI! Wiecie towarzyszu, co to jest GZI?
   W gliniarza jakby nagle piorun strzelił. Zaczerwienił się, rzucił mi kose spojrzenie i oddał dowód.
- No to możecie już iść. - powiedział, ustępując mi z drogi. c.d,n.
                       --------------------------------------------------------
GZI - Główny Zarząd Informacji (Wojskowej) przy MON. Posługiwali się metodami straszniejszymi niż UB.

czwartek, 28 września 2017

SEIKRETY RODZINNE - NIE JESTEM Z SIEBIE ZADOWOLONA.


  28 września 2017 r.
Wiek XIX Rodzina przy stole.
    Przez krótką chwilę siedzieliśmy w milczeniu.
    Tata posłał mi groźne spojrzenie i stuknął palcem w stół.
- Izabela, zwracam ci uwagę, że zachowujesz się niegrzecznie! Zmień ton! Natychmiast!
- Tu quoque?1 Tata też przeciwko mnie? - jednak łacina jest dobra na każdą okoliczność, pomyślałam trochę rozżalona. - Myślisz, że jak już się pobierzemy, to nie będziemy się kłócić? - dodałam buntowniczym tonem.
- Ależ ja się wcale nie obrażam. - roześmiał się Bronek. - Przecież wiem, że ona ma humorki. Przekonałem się o tym już w pierwszej godzinie naszej znajomości. Pamiętasz?
- Owszem, pamiętam! - warknęłam. - Nazwałeś mnie wiedźmą i jędzą, a także wariatką chodzącą po lodzie w szpilkach!
- Oho, słuchaj, Lusiu. Dowiemy się dziś czegoś nowego o naszej córce. - powiedział ojciec zaintrygowany słowami Bronka.
- Tato to też! - prychnęłam gniewnie.
    Ale mama była dyplomatką i nie chcąc dopuścić do prawdziwej kłótni, rzekła do mnie:
- Chodź, dziecko, pomożesz mi przy obiedzie. Trzeba zmienić obrus i nakryć do stołu.
    Obrażona wstałam i nie obdarzywszy obu panów nawet spojrzeniem, poszłam za mamą do kuchni. Wyjmując naczynia z kredensu, tak nimi hałasowałam, że mama spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Kotuniu, powinnaś być dziś bardzo szczęśliwa, tymczasem zachowujesz się niegrzecznie. A przecież Bronek to taki dobry, kochany chłopiec.
    Usiadłam na krześle i spuściłam głowę, wpatrując się w płytki na podłodze.
- Ja wiem, mamo. Bardzo go kocham, ale wczoraj znowu miałam dejavu z przeszłości.. Diabli wiedzą, skąd wylazł oficer, który był świadkiem na moim ślubie z Romanowiczem. Dopytywał się, co się z nim stało i dlaczego, będąc mężatką, jestem narzeczoną Bronka! Myślałam, że zemdleję! Dopiero Witek go przepędził, bo nie chciał odejść. Rozumiesz teraz, dlaczego mam taki humor, a nie inny? Przeszłość wraca do mnie wtedy, gdy jestem szczęśliwa. Na samą myśl o nowym małżeństwie czuję  strach i niechęć.   .
   
  Mama zatrzymała się w pół kroku, trzymając w rękach głęboki talerz.
- Córeczko, przecież Bronek nie jest niczemu winien. - powiedziała cicho.
- Jest mi bardzo przykro, lecz nie potrafię się niekiedy opanować. Może jednak nie powinnam wychodzić za mąż.
- Dziecko, unieszczęśliwisz jego i siebie. Gdybyś zmieniła zdanie, do końca życia będziesz tego żałować. - mama patrzyła na mnie ze współczuciem i zarazem z niepokojem w oczach.
    Wzięłam talerze i sztućce, położyłam na tacy i zaniosłam do pokoju.    Tata i Bronek siedzieli już na fotelach przed telewizorem, skąd dobiegały piękne walce Straussa, grane przez Filharmoników wiedeńskich w Koncercie Noworocznym. Podeszłam do Bronka, pochyliłam się, objęłam go za szyję i całując, szepnęłam:
- Przepraszam, kochany.
- No, tak właśnie trzeba. - rzekł ojciec z zadowoleniem.
    Bronek rzucił mi jedno ze swoich spojrzeń. Nie wiem, co myślał, ale natychmiast oddał mi pocałunek i przemocą posadził mnie sobie na kolanach.
- Ja Izę znam. - odezwał się do taty. - Ona ma złote serce, ale lubi się złościć.
    Gładziłam go po jasnej czuprynie, myśląc z rozpaczą: „Gdybyś ty wiedział, o Boże, gdybyś wiedział!”
- Dzwoniłem już do mamy. - powiedział do mnie. - Ogromnie się ucieszyła. Koniecznie musicie się poznać. Jak będę miał dzień wolnego, przylecę po ciebie i zabiorę cię do mamy. Zapoznam ciebie z moją siostrą i jej rodziną.
- To będzie dla mnie wielka przyjemność. - zgodziłam się nieszczerze. - Jednak nie wcześniej, jak w czasie wakacji. Przede mną ważne egzaminy i zamknięcie tego cholernego bilansu rocznego. W lutym przyjeżdża biegły. Zacznie się piekiełko i zgrzytanie zębów, jak się cokolwiek nie będzie zgadzać. No, puść mnie, bo muszę nakryć do stołu.
    Wysunęłam się z jego objęć i wyjęłam z kredensu śnieżny obrus oraz serwetki, rozkładając je na stole. Z kuchni przyniosłam talerze i sztućce, a następnie wazę z rosołem. Do rosołu mama zawsze robiła domowy makaron, tak cieniutki, jak fabryczny, znakomity w smaku. Na drugie, prócz indyka z Sylwestra, były nasze ulubione zawijane rolady w sosie pieczeniowym z drożdżowymi pyzami gotowanymi na parze, oraz ćwikła. Do mięsa podałam francuskie wino przywiezione przez Bronka.
    
   Obiad bardzo mu smakował; zauważywszy z jakim apetytem je, dołożyłam mu repetę. W czasie posiłku zamienialiśmy tylko pojedyncze słowa uznania dla talentów mamy.
- Zamierzacie gdzieś wyjść? - spytał ojciec, kiedy po zmyciu naczyń, usiedliśmy ponownie przy kawie i ciastach.
    Posłałam Bronkowi pytające spojrzenie.
- Nie wiem, jak Iza, ale ja wolałbym pozostać w domu i odpocząć. Jutro znowu służba i loty.
- A gdzie polecisz? - zagadnęłam, zapominając, że mam do czynienia z oficerem.
- Nie wiem, kochanie. - odrzekł, kryjąc starannie rozbawienie. - Chcę zaproponować ci w lecie wczasy w Sopocie i w górach. W tamtym roku nam nie wyszło z urlopami. Lubisz jeździć samochodem?
- No pewnie.
- W takim razie pojedziemy tam własnym autem!
- Nie, żartujesz! - wykrzyknęłam zdumiona.
- Mówię poważnie. Staszek opowiadał, że zbiera pieniądze na własnego Fiata 125p, więc postanowiłem zrobić ci przyjemność i także kupić samochód.
- Fiata? - ojciec potrząsnął głową. - Podobno bardzo trudno go kupić, bo jest wielu chętnych.
- Nie, nie Fiata. Może kupię Warszawę 210, bo to wcale niezły wóz. Kolega, który miał dojścia za granicę, proponuje mi kupno amerykańskiego samochodu De Soto Fireflite. Ale to duży wóz i nie wszędzie się zmieści.
    Słuchałam go olśniona. Będziemy jeździć swoim samochodem!
- Broniu, - zauważyłam z zachwytem – ten samochód De Soto, to przecież krążownik szos! On ma z tyłu takie skrzydełka? Musi kosztować majątek.
- No, tani nie jest, ale mama sprzedała coś ze swojej biżuterii i chyba będzie mnie na niego stać, ale…
- Lepiej go nie kupuj. - powiedziałam po namyśle. - To amerykański wóz. Jak się popsuje, gdzie kupisz części zamienne?
- No właśnie. Mam bardzo rozsądną przyszłą żonę! - pochwalił przyszły mąż i pocałował mnie w czubek nosa. - Ale, - dodał z uśmiechem – moja dziewczyna pięknie by się prezentowała w takim wozie. Więc może jednak kupię!
- A części? - przypomniałam.
    Bronek roześmiał się.
- Kochanie, nie wyobrażasz sobie jakich mamy genialnych mechaników. Są jak czarodzieje, potrafią dorobić absolutnie wszystkie części.
- Wierzę. Czytałam w książkach lotniczych Arcta, Meissnera, czy Króla, o zdolnościach polskich mechaników lotniczych. Broneczku, a jak ten samochód wygląda?
Samochód De Soto Fireflite.

- Jest długi, ma skrzydełka, ciemno bordowy, fotele w kolorze czerwonym.
- Och! - wydalam z siebie westchnienie. - Będę musiała kupić sobie zbroję!
- Co po? - zdziwił się serdecznie Bronek.
- Bo zostanę żywcem zjedzona przez zazdrosne babsztyle. Rozumiesz? Kobieta drugiej kobiecie przebaczy nawet zbrodnię, z wyjątkiem tej samej sukni na zabawie i pięknego auta, z przystojnym kierowcą.
- Nic się nie bój, ja ciebie obronię. - oświadczył Bronek, całując mnie w policzek. - Przyjadę samochodem dopiero w lecie, jak będę miał urlop. Mam w planie Sopot i Zakopane. Co moja pani na to?
    Zamiast odpowiedzi, wycałowałam go, nie krępując się rodziców. Patrzyli na nas z rozrzewnieniem, uszczęśliwieni, że nareszcie podjęłam słuszną decyzję.
    Bronek miał pociąg dopiero po 22-ej. Siedzieliśmy więc, rozmawiając o aktualnych sprawach i naszej przyszłości. Po kolacji zaciągnęłam go do swojego pokoju i kazałam mu położyć się na tapczanie, żeby wypoczął przed długą podróżą. Sama usiadłam obok na fotelu i puszczałam płyty z piękną muzyką operową, jaką oboje lubiliśmy.
- Iza, - odezwał się cicho – dlaczego ty nie chcesz mieszkać z moją mamą? Przecież ona tak się cieszy, że będzie miała synową, przyjmie ciebie z radością.
    Usiadłam obok niego i próbowałam wytłumaczyć mu moje obiekcje.
- Broniu, ja naprawdę nie mam żadnych zastrzeżeń do twojej mamusi. Pragnę ją poznać i z pewnością staniemy się sobie bardzo bliskie. Ale jest jeden poważny szkopuł – moi rodzice! Ty mieszkasz w dużym mieście, daleko na Pomorzu. Twoja mamusia ma w pobliżu córkę, zięcia, wnuka. Całą rodzinę, a moi rodzice mają tylko mnie! Jak ja wyjadę, zostaną zupełnie sami. Tatuś w przyszłym roku przechodzi na emeryturę i wyobraź sobie, jak samotne i smutne będzie ich życie. Kiedy wyjechałam do Warszawy i przestałam się do nich odzywać, bo nie mogłam powiedzieć im prawdy o sobie, biedna mama i ojciec przeżywali katusze. Oczywiście, teraz to coś zupełnie innego, bo rodzice znają i kochają ciebie, jak syna. Ale mimo wszystko, będą bardzo samotni.
- Rozumiem i nie zamierzam podejmować żadnej ważnej decyzji bez ich zgody. - odrzekł. - Zresztą mamy jeszcze czas i jestem pewien, że uda nam się zadowolić wszystkich.
    Razem z rodzicami odprowadziłam Bronka do pociągu. Pożegnanie, jak zawsze, bywa przykre. Mama miała mokre oczy, żegnając go.
- Szczęśliwej drogi, synu. - rzekł na pożegnanie ojciec. - Wracaj, jak tylko służba ci pozwoli, bo masz tu nową rodzinę.
    
   Przytuliłam się do Bronka, a kiedy pochylił się nade mną, pożegnałam go bardzo długim, czułym pocałunkiem i patrzyłam, jak wsiada do wagonu, spuszcza okno i macha do nas dłonią. Pociąg powoli ruszył i po chwili tylko czerwona latarnia w tyle ostatniego wagonu, jeszcze przez jakiś czas migotała, aż w końcu znikła.
    Wróciliśmy do domu w milczeniu. c.d.n.
1Ty także? - słowa wypowiedziane przez Juliusza Cezara do Brutusa, w momencie gdy otrzymał od niego śmiertelny cios. Tu w przenośni.