środa, 13 grudnia 2017

SEKRETY RODZINNE - JESTEM SZCZĘŚLIWA!


13 grudnia 2017 r.

   We wrześniu powróciła z wczasów Alinka i zaraz wdepnęła do mnie. Była opalona, śliczna i rozanielona. Pokazałam jej pierścionek i powiedziałam, że Bronek mnie przeprosił i zamierzamy się wkrótce pobrać.     
   Uściskała mnie mocno i wycałowała.
- Nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo się cieszę, że się pogodziliście. Z pewnością będziecie szczęśliwi.
- Gdybym w to nie wierzyła, nigdy nie zdecydowałabym się na ponowne małżeństwo. - powiedziałam z przekonaniem. - Alisiu, jak było na Helu? - spytałam, patrząc na nią figlarnie.
    Wzniosła oczy ku niebu i westchnęła.
- Bosko.
- Staszek był miły?
- O, bardzo miły. - szepnęła rozmarzona.
- Jak miły? Od jednego do dziesięciu?
- Może dwadzieścia pięć? Trudno zliczyć.
- To wspaniale, kochanie. Wiesz, przesunęłam datę ślubu na 11 stycznia. Babcia obiecała mi dolary na suknię i resztę stroju. Psiakrew, kiecka ma być z trenem, a welon długi, jak dzień bez jedzenia! A ja nic jeszcze nie mam. Pójdziesz ze mną do Pewexu, żeby coś pooglądać?
- Kotuniu, dolary zostaw sobie na podróż poślubną. Pojedziemy obie do Wrocławia. Znam tam jeden sklepik na Placu Solnym. Widziałam w nim ciuchy i materiały, że paluszki lizać. Z nasze ojczyste złotówki. Bronek nie dzwonił?
Wrocław  Plac Solny w latach  sześćdziesiątych
- Nikt nie ma stamtąd wiadomości. Bardzo niepokoję się o niego. Nie wiem, czy jest bezpieczny i gdzie się podziewa. Tyle rzeczy musimy uzgodnić, a jego nie ma.
- To wasz ślub odbędzie się, tutaj, czy u niego? Gdzie będziecie mieszkać?
- Alisiu, skarbie, nic nie wiem, a sama o niczym nie chcę decydować. Trzeba ustalić datę ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego i w kościele. Muszę się starać o zmianę dowodu osobistego. Ja nie mogę wszystkiego załatwić sama.
- A jak Bronek nie wróci do stycznia?
- To ślubu nie będzie. Oj, coś pechowo się przedstawia to moje małżeństwo. Ale powiedz mi, co z Witkiem? Wcale się do mnie, świntuch, nie odzywa. Nawet nie wiem gdzie mieszka w Zakopanem.
    Alince łzy napłynęły do oczu.
- Ach, Izuniu, z nim nie jest dobrze. - powiedziała ze smutkiem. - Obawiam się, że większe blizny ma w duszy niż na twarzy. Pamiętasz, jaki on był wesoły? Lubił się śmiać, robić kawały, flirtować. Teraz ciągle jest ponury i nie chce widzieć ludzi. Wracając z Helu, wpadliśmy ze Staszkiem do niego, ale wcale się nie ucieszył i widziałam, że czekał aż sobie pójdziemy. To już nie ten sam człowiek. Bardzo nad tym boleję, bo widzę jak rodzice się martwią.
   Pokiwałam głową, wspominając dawnego Witka. Pięknego, roześmianego i pełnego męskiego uroku. Wzdrygnęłam się, wyobrażając go sobie teraz, takiego samotnego i zrozpaczonego.
- Dasz mi jego adres? - szepnęłam.
- Nie, kochanie. On prosił, żeby nikt nie zawracał mu głowy, to jego słowa. Nie trzeba go drażnić.
- Rozumiem. Rozsypała się nasza paczka. Już nic nie jest tak, jak było. Kiedy Staszek wraca?
- Obiecuje, że pod koniec roku. W każdym razie z pewnością będzie na twoim ślubie. Ojej, to ja muszę sobie sprawić kieckę, bo będę twoją druhną!
- Kiedy pojedziemy do Wrocławia?
- Czekaj, dziś jest czwartek. To jednak już w przyszłym tygodniu. Weź dzień urlopu, ja także się zwolnię, choć wiem, że będę musiała stoczyć bój z ordynatorem. Kiedy proszę go o wolne, on dostaje ataku nerwowego. Ale zakupy mają pierwszeństwo.
    Patrzyłam z upodobaniem na jej opaloną, zdrową buzię i śmiejące się oczy. Te kilka dni na Helu z mężem, zupełnie ja odmieniły
- Ślicznie wyglądasz. - powiedziałam, z czułością gładząc jej dłoń.
    Alinka spojrzała na mnie okiem lekarza i potrząsnęła głową.
- Przykro mi, ale nie mogę odwzajemnić się komplementem. - stwierdziła otwarcie. - Jesteś blada, zmęczona i masz podkrążone oczy. Przerwałaś pobyt w sanatorium i z pewnością nie bierzesz leków. Byłaś dziś na zastrzyku?
- Alisiu, błagam, odczep się ode mnie z zastrzykami. Jak wróci Bronek, błyskawicznie wyzdrowieję, .
    Alinka przez dłuższą chwile patrzyła na mnie przenikliwie, unosząc lewą brew.
- Hm, mam nadzieję, że zapomnisz o upiorach przeszłości i pozwolisz temu biednemu chłopakowi nacieszyć się tobą. - wyraziła się bardzo dyplomatycznie.
- Czytam w twoich myślach jak w książce. - roześmiałam się. - Wyrażając się mniej wytwornie, chcesz mi powiedzieć, żebym poszła z Bronkiem do łóżka, tak?

- Już dawno mówiłam ci, że seks ma zbawienny wpływ na samopoczucie. Ale ty mnie nie słuchałaś.
-Tak, kochanie, należy zawsze słuchać swego lekarza. - oświadczyłam z udawaną powagą i sięgnęłam do szafki po butelkę koniaku.
    Piłyśmy alkohol, wspominając dawne, szkolne czasy.
    Wrzesień przypomniał nam o jesieni. Ochłodziło się, porywisty wiatr pędził chmury nabrzmiałe deszczem i targał gałęziami kasztanów pod oknem mego pokoju. Zieleń liści pociemniała, a niektóre już przybierały żółtawy kolor. Na klombach w parku kwitły kolorowe astry. Wstawałam do pracy znowu na długo przed wschodem słońca, które od czasu do czasu przezierało przez chmury. W tym roku szybko nadchodziła jesień.
Zbliżał się październik, a wraz z nim początek roku akademickiego. Wkrótce czeka mnie wkuwanie nocami, jeżdżenie na wykłady i przesiadywanie w zadymionych halach dworca, w oczekiwaniu na pociąg. Często dzwoniłam do cioci Maryni lub Róży, i razem zastanawiałyśmy się, kiedy Bronek wróci z Czechosłowacji?
   Z podróży do Wrocławia, przyjechałyśmy z Alinką, obładowane zakupami jak dwa wielbłądy. Nareszcie miałam materiał na suknię, delikatny biały nylon, lekki jak gaza. Kupiłam także całe metry tiulu na welon i białe pantofelki na wysokiej szpilce, bo Bronek miał prawie 190 cm wzrostu i nie chciałam wyglądać przy nim jak kurdupel. Alinka sprawiła sobie śliczną gotową suknię, w delikatnym kolorze różowym, idealnie dobranym do jej urody blondynki.
Sklepik ogromnie mi się podobał, bo przypominał bombonierkę, cały obity purpurowym aksamitem. Właścicielka zadbała żeby był dobrze zaopatrzony. Prócz materiałów i pantofelków, kupiłyśmy tam wytworną bieliznę, bo Alinka uparła się, że na noc poślubną muszę mieć elegancką koronkową halkę, stanik i majtki, żeby Bronek miał co ze mnie zdejmować. Tam też zaopatrzyłyśmy się w dobre kosmetyki, a ja kupiłam nawet szminkę Max Faktora i tusz do oczu tej samej firmy, abym mogła sobie popłakać, bez obawy czarnych łez na policzkach. Wydałyśmy górę pieniędzy, ale radocha była nieziemska.
    Zaraz po przyjeździe zaniosłam materiał do naszej znakomitej krawcowej i razem z mamą godzinami przeglądałyśmy żurnale, chcąc znaleźć odpowiedni model sukni ślubnej. Pomogła mi w tym Róża, przysyłając pięknie wydany duński magazyn mody, otrzymany od męża, pracującego nadal w Danii. Zaraz wpadła mi w oko wspaniała suknia, w stylu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Szeroka krynolina przybrana bogato falbankami, z bardzo obcisłym stanikiem i długimi rękawkami, zakończonymi falbanką. No, babcia nie będzie się mogła uskarżać, że nie byłam odpowiednio ubrana do ślubu! Jednakże taką strojną toaletę szyło się bardzo długo i nasza pani krawcowa była zadowolona, że materiał przyniosłam wcześniej.
 
Która z nas nie marzy o takiej sukni ślubnej!
   Odetchnęłam i schowałam głęboko do biurka kilka setek dolarów przysłanych przez babcię. Postanowiłam dać je Bronkowi, na naszą podróż poślubną. Planowałam, że zaraz po uroczystości weselnej, wyjedziemy gdzieś za granicę.
    Tego dnia wróciłam z pracy zmęczona, jak stara szkapa po całodziennym ciągnięciu wozu z węglami. Prędko zjadłam obiad i usiadłam przy biurku, zabierając się do wkuwania prawa karnego, będącego jednym z przedmiotów na trzecim roku studiów.
Przez ostatni tydzień doświadczyłam w pracy kilku trudnych chwil, lecz dzień dzisiejszy bił wszystkie rekordy. Szef pewnie miał ciężki ranek, rozstrój żołądka i przyszedł do pracy zgorzkniały, czepiając się wszystkiego. Koleżance wypadła przednia jedynka i nie mogła się uśmiechnąć, ani nawet dobrze mówić, bo sepleniła i płakała na przemian.
    Do mnie zgłosił się kierownik z działu mechanicznego i domagał się faktury, wydanej na jakaś cholerna maszynę niemal przed rokiem/. Przewróciłam do góry nogami trzy szafy i dwa biurka, zanim ją znalazłam w stojącym w pobliżu segregatorze!
    Do domiar złego, zaczął przeciekać dach, a kiedy lunął rzęsisty deszcz, kapało nam na głowę i trzeba było przesuwać biurka, żeby nie zalało akt. Jakby tego było za mało, moja ulubiona maszyna do liczenia, nagle się popsuła,bo kiedy zaczęłam liczyć, chrupnęła i stanęła. Bez przekonania zajrzałam do środka, zgrzytnęłam zębami i oddałam bydlaka do naprawy, Kurza twarz, niedługo zacznę liczyć na palcach, jak w starożytności!
    Siedziałam więc przy biurku zła i zmęczona, próbując wbić sobie w mózgownicę prawnicze mądrości z podręcznika, pożyczonego w Bibliotece Uniwersyteckiej. Naraz stojący obok na biurku telefon rozdzwonił się, przyprawiając mnie o atak furii. Skoczyłam, jak podcięta batem. Cholera, kto się dobija w takiej chwili? - pomyślałam ze złością, mając ochotę nie odbierać telefonu. Ale przyszło mi na myśl, że może to tata dzwoni z zakładu, albo Alinka, więc w końcu zdecydowała się podnieść słuchawkę.
- Słucham! - rzuciłam ostro do telefonu.
- Mam nadzieję, że o mnie całkiem nie zapomniałaś.- usłyszałam ukochany głos i rozpromieniłam się ze szczęścia.
- Broneczku, kochany! - wybuchnęłam z radością. - Nareszcie! Nie, jakże bym mogła zapomnieć. Nawet w grobie bym o tobie pamiętała. Czy wiesz, że jeszcze wczoraj rozmawiałyśmy o tobie z twoją mama i Różyczką? U ciebie wszystko w porządku, jesteś zdrowy? - pytałam, wiedząc, że z pewnością nie odpowie mi na wszystkie pytania, bo mu nie wolno.

- Tak, bądź spokojna, jestem zdrowy i bezpieczny. Pociesz mamę i siostrę, bo wyjątkowo dzwonię tylko do ciebie. Iza, gdybyś ty wiedziała, jak ja za tobą tęsknię! - rzekł, ściszając głos niemal do szeptu.
- Nie więcej, niż ja za tobą. - odpowiedziałam tym samym tonem. - Jak to dobrze, że choć dałeś znać o sobie, bo strasznie się martwiliśmy o ciebie.
- Bez potrzeby. Nic mi nie grozi. Nie mogę przedłużać rozmowy, więc chciałem cię poprosić, żebyś wzięła ze dwa tygodnie urlopu na początku października. Tak od dziesiątego. Pragnę ci wynagrodzić wyrządzoną krzywdę. Wyjedziemy gdzieś razem, dobrze?
- Cudownie, Broneczku. Ale to ja ciebie zraniłam, to ja zawiniłam, nie ty.
- Nie jesteś niczemu winna. Zachowałem się jak skończony drań i zdaję sobie z tego sprawę. Zresztą twoja babcia ochrzaniła mnie po oficersku za ciebie, wytykając mi wszystkie moje grzechy. Masz wspaniałą babcię, skarbie. Cieszę się, że niedługo będzie także moją babcią.
- Babcia cię ochrzaniła? - wybuchnęłam śmiechem. - Przecież ty jesteś oczkiem w głowie babuni. Mnie także zjechała za ciebie. Aha, Broniu, powiedz mi, jak ci się podoba data 11 stycznia, to jest sobota.
- Owszem, karnawał, zabawy,... A dlaczego ma mi się podobać? Będzie jakiś bal?
- Nie. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, to będzie data naszego ślubu! - powiedziałam cicho.
W słuchawce na moment zapadła cisza, a potem usłyszałam jego wzruszony głos:
- Iza, najmilsza moja, naprawdę przyśpieszyłaś nasz ślub?
- A na co dłużej czekać? Krawcowa już szyje mi suknię ślubną.
- Boże, taki jestem szczęśliwy! A masz pieniądze, może prześlę ci moje pobory?
- Nie martw się o to. Babcia przysłała mi trochę mamony od swego braciszka, więc jestem bogata. Gdy wrócisz, pojedziemy do cioci Maryni i razem ustalimy szczegóły, bo ja nie chcę o niczym decydować bez ciebie. Och, ciocia się tak ucieszy, jak jej powiem, że dzwoniłeś! Codziennie, biedaczka, modli się za ciebie. Ja także.
- Modlisz się za mnie?
- Tak. Nie wiedzieliśmy, co się z wami dzieje. Miałam dzisiaj podły dzień, ale teraz już jestem spokojna.
- Jak wrócę, będę cię długo przepraszał. Nawet na kolanach.
- Nie trzeba, nie mam do ciebie nawet cienia żalu. To długie rozstanie pomogło mi zrozumieć wiele rzeczy. Bardzo cię kocham, Broniu.
    W słuchawce coś zapiszczało i rozległ się krótki sygnał.
- Najdroższa, muszę kończyć. - zawołał Bronek. - Ucałuj rodziców i weź urlop w październiku. Całuję twoje usta i ręce.
    W telefonie rozległ się długi sygnał. Rozmowa była skończona.    Pobiegłam do kuchni i rzuciłam się mamie na szyję.
- Mamo, matuśko, Pieseczku! Bronek dzwonił i niedługo wraca! Boże, oszaleję z radości!  c.d.n.
                                            –--------------------------------- 


                           MOI  KOCHANI   CZYTELNICY.

 Ze względu na sprawy osobiste, zmuszona jestem przerwać publikację powieści na dwa tygodnie. Ale być może jeszcze przed Nowym Rokiem powrócę na mój blog. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnicie.
Z okazji świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku, składam wszystkim moim kochanym czytelnikom życzenia zdrowia i wszelkiej pomyslności.
Cieszę się, że jesteście ze mną.  Elżbieta G. Erban
  

niedziela, 10 grudnia 2017

SEKRETY RODZINNE - TRAGICZNE WYDARZENIA.


10 grudnia 2017 r.
 Praga 1968 rok.
    W jednej sprawie babcia miała rację; nasi żołnierze prędko nie wrócili. Mijały tygodnie, a z Czechosłowacji nie dostałam żadnego listu, czy telefonu. Jakby ten kraj leżał za oceanem. Ale Radio Wolna Europa zasypywała nas wiadomościami, bynajmniej nie radosnymi. Z jednej strony nasza propaganda partyjna głosiła, że Polacy są mile widziani w „bratnim kraju” i zachowują się po rycersku, pomagając Czechosłowakom w robotach polowych, a robotnikom w zakładach pracy.
    Ale gazety zagraniczne i Wolna Europa, twierdziły zupełnie coś innego. Wojska polskie, a szczególnie komandosi, bardzo brutalnie zachowywali się wobec mieszkańców miast i wsi, pacyfikując każdy najmniejszy objaw niezadowolenia. W Karlowych Warach i w Pardubicach doszło do niebezpiecznych napięć, stłumionych przez polskich komandosów. Żołnierze polscy w Czechosłowacji zamalowywali napisy na murach, wykrywali tajne radiostacje, uniemożliwiali druk plakatów i ulotek. Zapisali się czarnymi zgłoskami w okupowanym kraju.
    Czesi stosowali bierny opór, usuwając z dróg i ulic tablice kierunkowe, często odmawiając żołnierzom sprzedaży towarów, lub nawet wody tak, iż czasami chłopcy nie mieli się w czym umyć. Bywały przypadki, że czescy chłopi widłami bronili dostępu do rzeki, czy strumienia.1 Całą żywność dostarczano polskim żołnierzom z kraju. Dzień i noc jechały wielkie samochody wyładowane produktami spożywczymi i beczkowozy pełne wody pitnej.
  Czesi jawnie okazywali nienawiść żołnierzom wojsk Układu Warszawskiego, a ich wrogość zwłaszcza, odnosiła się to do Polaków, których Czesi, nie bez racji, oskarżali, że w 1938 roku, Polska razem z Niemcami napadła na ich kraj, zabierając Zaolzie, a teraz ponownie zaatakowała Czechosłowację, razem z armiami Układu Warszawskiego.. 

   Podobno w Pradze, w proteście przeciwko interwencji, Czesi rzucali się pod radzieckie czołgi, ale czy była to prawda, nie wiadomo.
    Wielu znanych pisarzy polskich, między innymi Andrzejewski,  oraz  znanych naukowców, pisało listy protestacyjne do władz, niektórzy rzucali legitymacje partyjne. Opozycjoniści rozrzucali ulotki potępiające najazd Czechosłowacji, pisali na murach napisy przeciwko partii i Gomułce. Lecz większość społeczeństwa zachowywała się biernie, żeby nie powiedzieć obojętnie, oczekując z niecierpliwością powrotu swoich synów, mężów, czy braci. Za to władze partyjne od pierwszych chwil inwazji rozpoczęły ogromną kampanię propagandową. Emitowano dla Czechów audycje radiowe i telewizyjne, wydawano gazety w języku czeskim, kolportowano ulotki.
Stadion X-lecia.
   Z ostentacyjną wystawnością zorganizowano 8 września na Stadionie X-lecia uroczystość Centralnych Dożynek. Wzięli w nim udział przywódcy partii, dyplomaci oraz 100 tysięcy zebranych na Stadionie ludzi. Były śpiewy dożynkowe, wieńce niesione przez przodowników pracy na roli, a także tańce zespołów ludowych na płycie Stadionu.
I Sekretarz KC PZPR W. Gomułka na święcie Dożynek.
Kolorowe, radosne widowisko, entuzjastycznie oklaskiwane przez tłumy.
    Jednakże w czasie tych widowiskowych uroczystości, doszło do tragedii. Na znak protestu przeciwko inwazji na Czechosłowację, na Stadionie X-lecia, dokonał samospalenia magister Ryszard Siwiec, absolwent Lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza na Wydziale Humanistycznym. Były żołnierz Armii Krajowej i mieszkaniec Przemyśla. Ryszard Siwiec nie akceptował nowego ustroju, pisał ulotki przeciwko władzy ludowej, podpisując się Jan Polak. Interwencja armii Układu Warszawskiego, w której wzięły udział wojska polskie, skłoniła go do dramatycznego protestu. Siwiec oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił, krzycząc: – PROTESTUJĘ!
Samospalenie Ryszarda Siwca, rok 1968.
     Zmarł 12 września w szpitalu.
   Przed samospaleniem rozrzucił ulotki, tłumacząc przyczynę swego desperackiego kroku. Przed wyjazdem do Warszawy, swój testament nagrał na magnetofonie, kończąc go słowami:

„LUDZIE,W KTÓRYCH MOŻE JESZCZE TKWI ISKIERKA LUDZKICH UCZUĆ, OPAMIĘTAJCIE SIĘ! USŁYSZCIE MÓJ KRZYK. KRZYK SZAREGO, ZWYCZAJNEGO CZŁOWIEKA, SYNA NARODU, KTÓRY WŁASNĄ I CUDZĄ WOLNOŚĆ UKOCHAŁ PONAD WSZYSTKO, PONAD WŁASNE ŻYCIE. OPAMIĘTAJCIE SIĘ. JESZCZE NIE JEST ZA PÓŹNO.


   Rzecz straszna. Dramatyczny protest Ryszarda Siwca przeszedł bez większego echa. Polskie radio i telewizja nie zamieściły na ten te,mat ani jednej wzmianki. Służby Bezpieczeństwa określiły jego czyn, jako spowodowany chorobą psychiczną. Dopiero w kwietniu 1969 r, poinformowało o tym Radio Wolna Europa. Jego ostatni list do żony, trafił do jej rąk po 20 latach.
                                    ---------------------------------------------

    Kościół polski również nie zajął wtedy oficjalnego stanowiska w sprawie interwencji w Czechosłowacji, a prymas kardynał Stefan Wyszyński, apelował o zachowanie spokoju. Jednakże udział Wojska Polskiego w interwencji, pozostawił uraz w świadomości Czechów i Słowaków. 
   
Radio Wolna Europa donosiło, iż 25 sierpnia radzieccy dysydenci w proteście przeciwko inwazji, dokonali symbolicznej demonstracji na Placu Czerwonym w Moskwie. Polacy nie zdobyli się na żadną, nawet symboliczną, manifestację.
   Niewiele wiedzieliśmy o tym, co naprawdę dzieje się w Czechosłowacji, bo wiadomości były starannie blokowane. Jedynie Radio Wolna Europa informowało społeczeństwo o zachodzących tam wydarzeniach. Trudno było wytłumaczyć częste akty przemocy w rejonach stacjonowania polskich oddziałów w pobliżu Hradec Kralowe i Pardubice. Bywały sytuacje wymuszania od Czechów alkoholu przy pomocy broni, oraz postrzelenia żołnierzy czeskich i osób cywilnych.
Powrót wojsk polskich z Czechosłowacji.
    Niepotrzebna brawura i alkohol doprowadzały do poważnych wypadków. Polski czołg wjechał w jedną z kamienic na rynku w Novym Bydżovie, a nasz transporter opancerzony, został staranowany przez czeski pociąg na przejeździe kolejowy,m. Jeden żołnierz zginał, a kilku było rannych.
 
Rynek w Jicinie.
  Do największej tragedii doszło 7 września w Ji
činie. Paru pijanych żołnierzy polskich, wybrało się do miasteczka, byli uzbrojeni w karabiny kałasznikow z ostrą amunicją. Jeden z żołnierzy, kompletnie pijany, otworzył ogień do kilku osób stojących przy budce telefonicznej po wyjściu z kina. Od jego strzałów zginęli; kobieta Zdeňka Klimaŝova i Jaroslav Veselŷ. Kilka innych osób zostało ciężko rannych, w tym dwaj żołnierze polscy, próbujący rozbroić szaleńca.
   Sprawca zbrodni został natychmiast przewieziony do Kłodzka i sądzony przez zespół sędziowski złożony z sędziów polskich i czeskich. Sąd skazał zabójcę na karę śmierci, lecz wyrok nie został wykonany i zamieniony na dożywotnie więzienia, a po kilku latach na karę 25 lat. Zabójca wyszedł z więzienia w 1983 roku.

Pogrzeb ofiar stał się manifestacją ogólnonarodowej jedności. Odbył się godnie w sposób pokojowy. Brali w nim udział również wyżsi oficerowie polscy, pragnąc nawet rozmawiać z rodzinami zabitych ofiar, lecz czescy wojskowi im ten pomysł odradzili.c.d.n.

1Autentyczne.

piątek, 8 grudnia 2017

SEKRETY RODZINNE - BABCIA ZABIERA GŁOS!


8 grudnia 2017 r.

   Spełniłam prośbę Bronka i zadzwoniłam do cioci Maryni, powiadamiając ją, że wpadł do nas na krótko, lecz nie mieliśmy okazji porozmawiać, bo w tym czasie byłam w pracy.
- Izuniu, jestem taka szczęśliwa, że się pogodziliście. Podobał ci się pierścionek?
- Jest prześliczny. Nie zasłużyłam na tak bogaty prezent.
- To mój pierścionek zaręczynowy. Teraz ty będziesz go nosić.
- Ciociu, przyśpieszyłam datę ślubu, bo wiem, że Bronek tego pragnie. Co ciocia sądzi o 11 stycznia, to sobota?
- Sądzę, że to będzie szczęśliwy dzień dla was i dla całej rodziny.
- Też tak myślę, ale nie chcę o niczym sama decydować. Jak wróci Bronek, to przyjedziemy do cioci i ustalimy wszystko w gronie rodzinnym.
- Dobrze, moje dziecko. Jak się pobierzecie, nareszcie będę spokojna, że Bronek ma żonę i jest szczęśliwy.
    Nazajutrz we wczesnych godzinach rannych, w zakładzie pracy zorganizowano zebranie partyjne. Poproszono mnie, żebym protokołowała, bo według opinii sekretarza Komitetu Zakładowego PZPR, miałam lekką ręką do pióra. Pisałam i dziwiłam się, że mnie szlag na miejscu nie trafił, słuchając tylu kłamstw i bzdur. Dostało się Radiu Wolna Europa, że  okłamuje społeczeństwo polskie, za pieniądze niemieckich rewizjonistów.
    Sekretarz i towarzysz z Komitetu Wojewódzkiego, tłumaczyli nam, jak osobom słabym na umyśle, że interwencja wojskowa była konieczna, gdyż Czechosłowacji zagrażała nie tylko kontrrewolucja, lecz także zależność od rewizjonizmu zachodnioniemieckiego! 
   Za tak zwanymi reformami, kryli się „syjoniści!!” Towarzysz z województwa, kwaśno wypomniał Czechom, iż w okresie II wojny światowej za mało wycierpieli i dlatego mają skłonność do kumania się z Niemcami. Uświadomił słuchaczy, że grupy rewizjonistyczne w Komitecie Centralnym Partii Czechosłowacji, prowadziły do likwidacji władzy ludowej i związania się ze zgniłym Zachodem, a zwłaszcza z Zachodnimi Niemcami, dybiącymi na nasze Ziemie Odzyskane.
    
   Niektórzy słuchali tego ględzenia z uwagą, inni kryli ironiczne uśmiechy. Niektórzy z robotników zadawali pytania; po co była ta „bratnia” pomoc, jeżeli Czechosłowacja ma własną armię? Dlaczego do interwencji zostały użyte wojska polskie? Naprawdę robiło mi się niedobrze, słuchając tych partyjnych bredni, lecz byli i tacy, którym ta propaganda trafiała do przekonania.
    
   Jakże inaczej zachowywaliśmy się podczas powstania węgierskiego w 1956 roku. Wtedy cały naród stanął murem za walczącymi o wolność Węgrami. Nawet Komitet Centralny PRPR współdziałał, nie przeszkadzając w pomocy Węgrom. Pamiętam te długie kolejki ludzi oddających krew dla rannych, pamiętam samoloty wiozące duże paczki na Węgry, oraz Polaków przyjmujących pod swój dach węgierskie dzieci-sieroty. Odbywały się masowe protesty, listy potępiające agresję i wiele innych oznak braterskiej przyjaźni. Wielu Polaków przekradło się przez granicę, żeby walczyć ramię w ramię z węgierskimi bratankami.
Budapeszt rok 1956.
     Teraz sytuacja była inna i ludzie już zachowywali się inaczej.
   Być może dlatego, że Czesi nie poderwali się do walki, lecz zastosowali bierny opór. Żołnierze okupacyjnych armii spotykali się z powiedzeniem: ” Ani kropli wody, ani kromki chleba”. A może również dlatego, że ten sąsiedni kraj, nigdy nie cieszył się sympatią wszystkich Polaków. Oskarżaliśmy Czechów o tchórzostwo, nie umiejąc docenić ich mądrości życiowej i  pragmatycznego podejścia do wydarzeń dziejowych, chroniących niewielki kraj od klęski i zniszczenia. 
Czechosłowacja 1968 rok.
   Tragedia podobna do Powstania Warszawskiego, nie mogłaby się wydarzyć w Pradze.
    Postanowiłam powiadomić babcię o zmianie daty ślubu. Babcia nie wiedziała o zerwaniu zaręczyn, więc nie zdziwi się zmianie terminu. Telefon długo dzwonił, bo widocznie babcia była w kuchni. Nareszcie terkot umilkł i w słuchawce usłyszałam dobrze znany głos:
- Halo?
- Dzień dobry, babuniu. Dzwoniłam w południe, ale nikt nie odebrał telefonu.
- Byłam u fryzjera i manikiurzystki. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, iż dbam o siebie. Kobieta osiemdziesięcioletnia nie powinna straszyć ludzi swoim wyglądem.
- Ależ oczywiście, babciu. - przytaknęłam skwapliwie.
- Prawdę mówiąc, czekałam na twój telefon. Sądziłam, że powiadomisz mnie o swoich problemach sercowych.
    Zdębiałam. Skąd, u licha, babcia wie o zerwanych zaręczynach?
- Eee, o jakich problemach babcia wspomina?
- Nie udawaj. Wasze zaręczyny zerwane.
- Nie chciałam babci martwić. - bąknęłam ugodowo.
- Zawiodłaś mnie. Bardzo martwiłyśmy się o ciebie, a jeszcze więcej o Bronia! Dlaczego nie dzwoniłaś do Maryni Orlickiej? Ona tak ciebie lubi.
- Nie chciałam jej martwić. - powtórzyłam.
- Hm! - babcia przez jakiś czas medytowała. - Przecież ona wie o zerwaniu zaręczyn i bardzo nad tym boleje.
- Przykro mi babciu. Zresztą pogodziliśmy się z Bronkiem i nie wracajmy więcej do tego, co było.
- Na jej miejscu może nie przejmowałabym się tym zanadto. Ale biedna Marynia nie zna się na ludziach.
- Jak mam to rozumieć? - spytałam przez zaciśnięte zęby.
- Zupełnie zwyczajnie. Ty spowodowałaś, że Bronek z tobą zerwał. Entre nous soit dit1…. Iza, czy pamiętasz jeszcze francuski?
- Poszczególne słowa. Nie prowadziłam z nikim konwersacji i zapomniałam składni zdań. Zresztą, babciu, teraz językiem światowym jest angielski.
- Co? Tych sztywnych zjadaczy sandwiczów z listkiem sałaty, lub ogórkiem? Świat oszalał! Nie było to, jak język francuski, którym mówili ludzie dobrze wychowani. Francja,, kraj wielkiej kultury i wspaniałej kuchni. No, mniejsza z tym. Co chciałaś mi powiedzieć?
- Postanowiłam przełożyć mój ślub z kwietna na styczeń. Wydaje mi się, że 11 stycznia to dobry dzień na wesele. Ale ze stanowczą decyzją poczekam aż wróci Bronek.
- To miło, że nareszcie pozwalasz mu o czymkolwiek decydować! - usłyszałam zjadliwą uwagę babci. - Zahukałaś biednego chłopaka.
    Sapnęłam ze złości i już miałam niegrzecznie odpowiedzieć, ale ugryzłam się w język.
- A mogę wiedzieć, skąd babcia jest tak dobrze poinformowana o naszych sprawach?
- Naturalnie od Bronia.
- Mam rozumieć, że Bronek przyleciał ponownie do babci? - podniosłam głos.
- Nie mów do mnie takim tonem. - skarciła mnie babcia. - Oczywiście, że przyleciał. Biedny chłopak chciał porozmawiać z kimś rozsądnym. Wyobraź sobie, że znowu kupił mi bukiet kremowych róż na takich długich łodygach!
- Bronek skarżył się na mnie?
- Ależ skąd, on siebie oskarżał, że okazał się zbyt brutalny. Uważa, że zawinił wobec ciebie. Ale ja znam swoją wnuczkę od pieluch i doskonale wiem, że kobieca słodycz i ugodowość, nie jest twoją mocną stroną. Powinnaś codziennie odmawiać modlitwę do świętego Józefa, dziękując mu, że dał ci takiego wartościowego mężczyznę.
- Może babcia być pewna, że go doceniam. Po prostu mieliśmy nieporozumienie, ale już jest dobrze.
- Nieporozumienie? Narzeczeni mogą się kłócić, to normalne, ale muszą się rozumieć. Jasne? Ja z twoim dziadkiem kłóciłam się ze sto razy, ale on wiedział, że go kocham. A Broniś, niestety, czasami wątpi czy naprawdę go kochasz. Szczególnie po ostatnim twoim wyczynie!
- Jasna cholera! - nie wytrzymałam nerwowo – Wszyscy roztkliwiają się nad nim, a dlaczego nikt mnie nie współczuje? Myśli babcia, że mnie było lekko, że dla przyjemności byłam w sanatorium? Bronek powiedział mi, że nadal jestem żoną Romanowicza, a nie jego narzeczoną.
- Iza, proszę cię, wyrażaj się kulturalnie. - skarciła mnie babcia ponownie. - Powiedział to w uniesieniu, wtedy człowiek nie panuje nad językiem. Zresztą byłaś żoną tego łajdaka, więc o co masz pretensje? Pamiętaj, że mężczyźni są słabsi od nas. Kobieta przed samym porodem, robi pranie i gotuje obiad, żeby mąż nie głodował. A zakatarzony mężczyzna, kładzie się do łóżka i mówi, że umiera! Ale nie wspominasz, w jakiej sprawie dzwonisz.
- Bo mi babcia nie daje dojść do głosu! - warknęłam. - Mam tylko cztery miesiące na załatwienie spraw urzędowych, uszycie sukni i tak dalej.
- Aha. Potrzebujesz dolarów? - babcia zawsze była domyślna. - Dobrze. Wyślę ci parę setek. Idź do Pewexu i kup jakiś ładny materiał na suknię i welon. Byle czego nie bierz! Jak będzie potrzeba, przyślę więcej. Najwyższy czas, żebym trochę oskubała mego braciszka ze Stanów. Po kim on odziedziczył takie skąpstwo? Raz na rok przyśle te ubogie pięćset dolarów, ale zawsze narzeka, że mu ciężko. Ma wielkie ranczo i ciągle brakuje mu pieniędzy. 

   Chyba go koń kopnął w ciemię, bo zapomniał, ile razy ja mu pomogłam, jak się z księdzem proboszczem uganiał za taką ładną Żydóweczką, córką oberżysty. Aha, pamiętaj, że suknia ma być długa, z trenem! Twoje ciocie będą na ślubie i zdadzą mi potem relację. Nie chcę się za moją wnuczkę wstydzić, jak za pierwszym razem!
- Babciu, nie trzeba mi tego błędu ciągle wypominać.
- To dla nauki, żebyś po raz drugi nie zgłupiała! Jak Bronek wróci, postaraj się wynagrodzić mu uczynione przykrości.
- To znaczy?….
- Mam cię pouczać, jak się zachowywać wobec kochanego mężczyzny?
- To nie jest konieczne. - oznajmiłam ozięble.
- Wiem, że jesteś na mnie zła, ale to sprawa rodzinna. Jesteś moją wnuczką i twoje szczęście oraz pomyślność zawsze były dla mnie priorytetem. Chcę dla ciebie jak najlepiej. Dla Bronia również.
    Nie mogłam temu zaprzeczyć. O ile babci pozwalały na to zasady dobrego wychowania, naprawdę mnie kochała.
- No więc mam nadzieję, że doczekacie ślubu we wzajemnym porozumieniu. Wiem, że nie zrobisz już nic, co mogłoby Bronia zranić.
- Nie, babciu. Jak wróci, będę go nosić na rękach. - nie mogłam ustrzec się od złośliwości.
- Wydaje mi się, że ironizujesz, moja droga, a sprawa jest poważna. Chodzi przecież o wasze wspólne szczęście.
- Wiem, babciu.
- No więc skończmy tę rozmowę, bo zapłacisz słony rachunek. Staraj się załatwiać sprawy urzędowe sama, bo Broniś prędko nie wróci.
- To babcia wie, gdzie on jest? - zdziwiłam się, bo nam powiedział tylko, żebyśmy słuchali Pragi.
- Oczywiście, moja wnuczko. Wiem i modlę się o jego bezpieczeństwo. Tobie też to doradzam, chociaż miałaś męża paskudnego komunistę i bezbożnika, który cię zdeprawował!

- Babciu!!!
- Och, już dobrze. Zostań z Bogiem, moje dziecko i ucałuj ode mnie rodziców.
    W słuchawce trzasnęło i rozległ się długi sygnał.
    Usiadłam na krześle nie wiedząc, czy mam się śmiać, czy płakać. c.d.n.
                                       –--------------------------------------
1Mówiąc między nami.

wtorek, 5 grudnia 2017

SEKRETY RODZINNE - OPERACJA "DUNAJ"


5 grudnia 2017 r.
   Pośpiesznie otworzyłam pudełko. Na atłasowej poduszeczce leżał złoty pierścionek z brylantem, piękniejszy od zaręczynowego pierścionka mamy, przegranego w karty przez Romanowicza i dwie złote obrączki! Pierścionek owinięty był bilecikiem. Zagryzłam do krwi wargę, podnosząc liścik do oczu.
„Przebacz mi! Zachowałem się jak szaleniec, ale nie potrafię dłużej żyć bez Ciebie. Czy mogę mieć nadzieję, że jednak wyjdziesz za mnie?”
   Moje opanowanie prysło nagle jak jedwabna nitka. Usiadłam na krześle i wybuchnęłam rozdzierającym płaczem, całując i mocząc łzami jego liścik. Ja także nie umiałam żyć bez niego! Przerażona mama podbiegła do mnie i zaglądała mi przez ramię, starając się zobaczyć co było w pudełku.
-Izuniu, co on ci napisał? Dlaczego tak płaczesz? Obraził ciebie? - dopytywała się, coraz bardziej zaniepokojona.
    Płacząc, potrząsnęłam głową i podałam jej list Bronka. Przeczytała i mocno mnie przytuliła.
- Córeńko, tak ogromnie się cieszę. Będziecie szczęśliwi… Widzisz, a narzekałaś, że masz taki pechowy dzień urodzin.
    Do pokoju wszedł tata, uśmiechnięty i widocznie bardzo zadowolony.
- No widzisz? Jednak przyleciał! - powiedział, klepiąc mnie po łopatce.
    Wytarłam mokrą od łez twarz i oczy i poczułam jak wielki kamień spada mi z serca. Nie umiem opisać radości, jaka mnie wówczas ogarnęła, kiedy uświadomiłam sobie, że Bronek mnie kocha, a wszystko co złe, jest już poza nami.
- Jaki piękny pierścionek! - zachwycała się mama, oglądając prezent urodzinowy. - A te obrączki są zupełnie podobne do moich ślubnych, także z dukatowego złota. Pewnie to przedwojenna biżuteria Maryni. Będziesz miała kochającą teściową.
    Chwyciłam mamę w ramiona i obróciłam ją kilka razy dokoła siebie. Potem wycałowałam ojca. Nagle uświadomiłam sobie, że jeden z tych wielkich, widzianych przeze mnie śmigłowców, to z pewnością była maszyna Bronka z moim imieniem na boku!
- Mamo, tato, gdzie on poleciał? Mówił coś na ten temat?
    Ojciec prędko zastukał palcami w blat biurka. Robił to zawsze, kiedy był niespokojny.
Radzieckie czołgi w Pradze, pod pomnikiem karola IV.
 - Powiedział tylko, żebyśmy słuchali Pragi. Był tu dosłownie piętnaście minut. Tyle, że się przywitał, podał kwiaty i prezent dla ciebie. Bardzo się spieszył.
- Boże, gdybym wiedziała, że on przyleci, przybiegłabym piechotą do domu! - wybuchnęłam, załamując dłonie.
- Iza, piętnaście kilometrów? Bądź rozsądna! - w oczach ojca dostrzegłam błysk irytacji. Nie lubił, kiedy przesadzałam.
- Aha! - zawołała mama, unosząc wskazujący palec w górę. - Córuniu, Broniś prosił, żebyś zadzwoniła do Maryni i powiadomiła ją, że był u ciebie i że być może dłuższy czas nie wróci do domu..
- To powiedzcie mi, kochani, co się w końcu dzieje? Wojna?

    Ojciec potrząsnął głową i włączył telewizor na Dziennik Telewizyjny. 
Na ekranie ukazał się prezenter, oznajmiający z poważną miną:
 - W dniu dzisiejszym, wojska Układu Warszawskiego, wkroczyły do Czechosłowacji, śpiesząc na wezwanie członków Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Czechosłowacji, proszących rządy państw Układu Warszawskiego o interwencję.
    W ten sposób dowiedzieliśmy się o rozpoczętej operacji „Dunaj”!
                              –--------------------------------------
    Sama interwencja wojsk Układu Warszawskiego, trzymana była w tak ścisłej tajemnicy, że żołnierze ćwiczący przez dwa miesiące na poligonach, odcięci od świata, dopiero w ostatniej chwili dowiadywali się o celu operacji „Dunaj.” Społeczeństwo polskie również nie miało pojęcia, co się wydarzyło i początkowo większość z nas sądziła, że wybuchła III wojna światowa.
W operacji „Dunaj”, prócz armii radzieckiej, wzięły udział wojska węgierskie, bułgarskie i niemieckie, oraz polskie. To polskie odziały stanowiły trzon wojsk UW, które pierwsze znalazły się na terenie Czechosłowacji, mając za zadanie niszczenie radiostacji, telewizji, opanowanie wszystkich przygranicznych posterunków i działania w celu zlikwidowania oporu wojska czechosłowackiego i grup opozycyjnych.
W akcji wzięło udział 24,5 tysięcy żołnierzy polskich, 647 czołgów 4,7 tysięcy samolotów, 36 śmigłowców, nie licząc samochodów wozów opancerzonych i tak dalej.
    
   Pretekstem do interwencji, był opublikowany w radzieckiej prasie list członków Komitetu Centralnego Partii Komunistycznej Czechosłowacji, proszący Związek Radziecki o pomoc, łącznie z użyciem sił zbrojnych, wobec odradzającego się rzekomo w Czechosłowacji rewizjonizmu i wypaczeń ideologicznych, grożących agresją ze strony Niemiec Zachodnich. List nie był podpisany.
    List ten uznano potem za fałszerstwo, lecz w czasie ostatnich badań historyków rosyjskich i czeskich, okazało się, że jest on autentyczny. Napisało go kilku członków Komitetu Centralnego KC.KPCz. o poglądach stalinowskich, wrogich przemianom. Dzisiaj znane są już ich nazwiska, które wtedy zatajono.
    Gomułka, histerycznie obawiający się ataku na Polskę ze strony RFN, uważał, iż zmiany zachodzące w Czechosłowacji, mają charakter kontrrewolucyjny. Był on obok Breżniewa, wrogiem demokratycznych przemian i najżarliwszym zwolennikiem interwencji militarnej,
    Jeszcze tego samego dnia 21 sierpnia, wysłuchaliśmy rozpaczliwego apelu spikerów Radia Praga.
„ Szanowni słuchacze, pozostańcie przy odbiornikach. Obudźcie znajomych, sąsiadów. Za chwilę nadamy nadzwyczajny komunikat!...
    Tymi słowami radio czechosłowackie informowało mieszkańców o wkroczeniu o świcie, na ulice Pragi, wojsk radzieckich. Słychać było w radiu zbliżającą się strzelaninę, kroki wielu ludzi, krzyki, wołania o pomoc…. A potem nastała cisza. Przypomniał mi się rok 1956 i tragiczny październik w Budapeszcie. Tam także radio nadawało do ostatniej chwili.
    Siedziałam w fotelu, trzymając kieliszek z urodzinowym winem i zastanawiałam się, co z tego wyniknie? Rodzice składając mi życzenia mieli nadzieję, że wkrótce powróci Bronek i wszystko się wyjaśni. Nie mieliśmy pojęcia, czy Czesi stawią opór i czy interwencja w Czechosłowacji, nie stanie się powodem do III wojny światowej.
    Jednak wojska czechosłowackie oporu nie stawiały, poza małymi wyjątkami, skuteczne stłumionymi przez komandosów polskich. Prezydent Czechosłowacji Svoboda, zaapelował do wojska i ludności, prosząc o zachowanie spokoju i nie dopuszczenie do przelewu krwi. I Sekretarz KC KPCz. Aleksander Dupczek i jego współpracownicy. zostali aresztowani i przewiezieni do Moskwy, gdzie odbywały się rozmowy dotyczące napiętej sytuacji politycznej.
    Początkowo sądzono, iż odezwie się Ameryka w obronie okupowanej Czechosłowacji. Lecz podobnie, jak w przypadku powstania węgierskiego, USA poza zdawkowymi wyrazami oburzenia i nic nie znaczącymi protestami, nie próbowały wpłynąć na Związek Radziecki.
 
Prezydent USA Lyndon Johnson
    Prezydent USA Lyndon Johnson, który stracił poparcie wyborców, zniechęconych przeciągającą się wojną w Wietnamie, nie zamierzał ubiegać się o reelekcję i zachował się obojętnie w sprawie nowej agresji ZSRR. Zresztą prasa radziecka momentalnie zrewanżowała się głosom potępienia ze strony Stanów Zjednoczonych, przypominając im o toczącej się aktualnie wojnie w Wietnamie i dokonywanych tam przez Amerykanów zbrodniach ludobójstwa.
    Lecz w ten pierwszy dzień moich feralnych urodzin, nikt jeszcze nie wiedział, jak się sprawy potoczą, i z wielką obawą oczekiwaliśmy nadchodzących wydarzeń.
    Ja czułam się, jak na huśtawce nastrojów. Z jednej strony byłam szczęśliwa, że Bronek pamiętał o moich urodzinach i mimo wszystko mnie kochał. Z drugiej strony, okropnie obawiałam się o niego. Był żołnierzem i w razie wybuchu wojny, musiał wziąć w niej udział. Nie wiedziałam, gdzie jest obecnie i kiedy wróci. Przysięgłam sobie, że kiedy powróci, zrobię dla niego absolutnie wszystko! Postanowiłam zaraz zmienić datę naszego ślubu, który ustaliliśmy ( ja ustaliłam!) na koniec marca, lub początek kwietnia 1969 roku.
 Wstałam z fotela i odstawiwszy kieliszek z niewypitym winem, podeszłam do biurka i wzięłam kalendarz, z zaznaczonym następnym rokiem. Nie wiem dlaczego, ale spodobała mi się sobota 11 stycznia. Pomyślałam, że to będzie dobry dzień na ślub. W okresie karnawału, wkrótce po Sylwestrze i Nowym Roku. Lecz tym razem nie chciałam decydować o niczym sama i postanowiłam poczekać do powrotu Bronka z Czechosłowacji. Na załatwienie wszystkich spraw związanych ze ślubem, czasu pozostało bardzo niewiele, bo zaledwie cztery miesiące. c.d.n.

niedziela, 3 grudnia 2017

SEKRETY RODZINNE - PECHOWE URODZINY!


3 grudnia 2017 r.

Hel - początek Polski.
  Nareszcie wrócił Staszek,ale tylko na dwa tygodnie. Moja „psiapsiółka” jest  wprost wniebowzięta. Udało się jej wziąć krótki urlop i oboje wyjechali na Hel. Zostałam sama i ze świętą cierpliwością biorę zastrzyki i łykam tabletki, absolutnie nie wierząc, że lekarstwa poprawią mi stan psychiczny. Tak naprawdę, to ja sama powinnam chcieć wyzdrowieć, ale wcale nie chce mi się wysilać. Bo i po co, dla kogo?
    Zbliża się koniec sierpnia i moje urodziny, których nie lubię, bo źle mi się kojarzą. Lecz dla rodziców to miła uroczystość, bo tego dnia przyszłam na świat, po czteroletnim wyczekiwaniu. Żeby to uczcić, tata przyniósł bilety na amerykański film „Kleopatra” z Elisabeth Taylor i Richardem Burtonem w rolach głównych, oraz całą plejadą gwiazd teatru i filmu amerykańskiego. Film był bardzo długi i niewiele miał wspólnego z prawdziwą historią ostatniej królowej Egiptu, ale widowisko było wspaniałe. Wróciliśmy późno do domu, bo po filmie jeszcze przechadzaliśmy się trochę po parku, korzystając z ciepłej, gwiaździstej sierpniowej nocy.
Elizabeth Taylor w filmie Kleopatra.
    Położyłam się spać około północy i swoim zwyczajem nastawiłam radio Luksemburg, słuchając światowych przebojów. Zespół The Beatles śpiewał swoją nową piosenkę z filmu:„Yellow Submarine”, w końcu wyłączyłam radio i usnęłam. Coś mi się śniło złego, nie pamiętam co, ale obudziłam się przerażona. A raczej coś mnie obudziło. Usiadłam na łóżku, oblana zimnym potem.
    Szeroko otwarte okno mego pokoju, wychodziło na niewielki park przy głównej ulicy miasta, prowadzącej aż do szosy w kierunku granicy z Niemcami, oraz z Czechosłowacją. Przez chwilę siedziałam na wersalce nieruchomo, zastanawiając się wpółprzytomnie, co mnie obudziło. Ale natychmiast zrozumiałam. Z za okna dochodził piekielny hałas jadących samochodów, nad dachem rozlegał się głośny pomruk lecących wysoko samolotów, co natychmiast skojarzyło mi się z wybuchem wojny!
    Jezus Maria, co się dzieje?
  Nie tylko ja się obudziłam, bo z sąsiedniej sypialni rodziców usłyszałam rozmowy, i mama z tatą weszli do mego pokoju.
- Tupciu, mamo, słyszycie? - zawołałam na ich widok. - Wojna wybuchła? Chyba te moje urodziny są przeklęte.
- Co ty opowiadasz. - obruszył się ojciec. - Z kim ma być ta wojna? Bo jakby z Ameryką, to by nie jechały samochody, tylko leciałyby rakiety z ładunkiem atomowym.
- No więc co się dzieje?
    Wyskoczyłam z łóżka i narzuciwszy na siebie szlafrok, podbiegłam do okna odsuwając firanę i zasłony. Rodzice podeszli do mnie i razem obserwowaliśmy ze zdumieniem i przerażeniem, niekończący się sznur samochodów wojskowych, szczelnie zasłoniętych plandekami. Niektóre z aut były nieco odsłonięte i dostrzegłam w nich, siedzących żołnierzy. Po samochodach, zaczęły jechać wozy pancerne, a po nich pojawiły się czołgi, rycząc i zgrzytając gąsienicami po bruku jezdni. Ponad nami bez przerwy dochodził odgłos lecących samolotów.
- A może to jakieś manewry? - odezwała się mama. - No bo gdzie oni jadą, do Niemiec? A może mamy wojnę z Niemcami Zachodnimi?
Radzieckie czołgi na ulicach Pragi.
   Ojciec wzruszył bezradnie ramionami, a ja pomyślałam o Bronku, natychmiast odsuwając tę myśl od siebie.
   Dopiero nad ranem trochę się uspokoiło. Ale kiedy jechaliśmy zakładowym autobusem do pracy, musieliśmy stanąć, przepuszczając nowe samochody wojskowe, jadący od strony Zielonej Góry, to znaczy z Pomorza! Kierowca klął, my mu wtórowaliśmy, nie chcąc spóźnić się do pracy, lecz żandarmi pilnujący wjazdu pod wiadukt, byli głusi na nasze prośby. Czekaliśmy na przejazd niemal godzinę! W końcu żandarmi wsiedli do ostatniego samochodu i mogliśmy ruszać.
    W zakładzie odczuwało się wielkie poruszenie. Ludzie byli niewyspani, zdenerwowani i nikt nie wiedział, co się dzieje. Nasza maszynistka przybiegła z hali maszyn, zapłakana i szlochając, zwierzyła się nam, że jej mąż, oficer saperów, został obudzony w nocy telefonem i nie mówiąc nic żonie, spakował się i wyjechał. Nie wiadomo dokąd! Żałowałam, że Witek jest chory, bo z pewnością powiedziałby siostrze i mnie, co się dzieje. Wszyscy po cichu podejrzewali, że mamy wojnę. Jeszcze bardziej utwierdziliśmy się w tym przekonaniu, kiedy jeden z naszych kierowców, jadący od strony Zgorzelca, powiedział nam, że widział oddziały wojsk niemieckich stojące przy granicy.
    Siedziałam właśnie w biurze, wypisując notę księgową, kiedy cały budynek po prostu się zatrząsł od huku lecących nad nim maszyn. Oszalała z radości wypadłam za drzwi i prędko wspięłam się na trzecie piętro, skąd widać było z dala kawałek łąki, na której zwykle lądowały śmigłowce i niewielkie samoloty. Ogarnęła mnie szalona radość i nadzieja, że to Bronek przyleciał do mnie.
    Lecz gdy spojrzałam przez okno, moja radość zgasła jak iskra na wietrze. To nie był jeden śmigłowiec, lecz kilka ogromnych maszyn siadało właśnie kolejno na lądowisku. Zrozumiałam, że nie mam się z czego cieszyć - to nie był Bronek, a śmigłowce nie przyleciały do mnie z życzeniami urodzinowymi!
    Zrozpaczona, wróciłam do biura i próbowałam skupić się na pracy, ale robota mi nie szła. Ciągle widziałam przed sobą ogromne śmigłowce lądujące na łące. Z pewnością żaden nie nosił na burcie imienia „Iza”. Zresztą pewnie Bronek kazał wymazać moje imię ze swojej maszyny, spotykając się z inną dziewczyną. Zbierało mi się na płacz.
    Boże, jak bardzo brakowało mi Alinki i jej ciepłych ramion, w których mogłam się wypłakać, lub wykrzyczeć mój ból. Mamy nie chciałam martwić, bo wraz z ojcem, bardzo przeżywali moje rozstanie z Bronkiem. W końcu, nie mogłam już nerwowo wytrzymać i poszłam do szefa. Powiedziałam, że czuję się źle i chcę jechać do domu. Skinął głową, sam bardzo zmartwiony.
- Niech pani poczeka chwilę. - powiedział, patrząc na moją bladą, zbolałą twarz. - Dyrektor się zgodził, i wszyscy pojedziemy do domu. Ja mam bratanka w wojsku i także niepokoję się o niego. Może w radiu coś mówią na ten temat? Bo w dzienniku nie wspomniano o tym przejeździe wojska.
    Kiedy wsiadałam do autobusu, pierwsze śmigłowce właśnie wzbijały się do lotu. Po chwili ścichł odgłos motorów i zapadła cisza. Oparłam głowę o oparcie siedzenia i prędko założyłam słoneczne okulary, żeby nikt nie widział strumieni łez, płynących po moich policzkach.
    Zanim weszłam do domu, jakiś czas spacerowałam po parku, żeby się opanować i nie pokazywać rodzicom moich podpuchniętych z płaczu oczu. Miałam naprawdę pechowy dzień urodzin! Po schodach szłam jak staruszka, zatrzymując się na każdym podeście. Stanęłam pod drzwiami i przez moment wahałam się, czy nacisnąć guzik dzwonka, czy też odejść i posiedzieć w jakiejś kawiarni, żeby całkowicie wrócić do normy. Za drzwiami usłyszałam wesołe głosy rodziców, śmiech mamy i jej kroki w przedpokoju.
    Nienawidzę moich urodzin! - pomyślałam z pasją, zaciskając pięści. Skończę dwadzieścia dziewięć lat! Starość! Będą życzenia, wino, toasty…. Na miłość boską, czego można mi było życzyć, po kolejnej życiowej klęsce?
    Westchnęłam ciężko i zdecydowałam się nacisnąć dzwonek. Otworzyła drzwi mama, w strojnej sukience i radośnie uśmiechnięta.
- Córeńko, gdzie byłaś? Dzwoniłam do ciebie kilka razu, ale nikt nie odebrał telefonu.
- Dyrektor nas zwolnił, bo ludzie nie wiedzą co się dzieje. - odparłam ponuro i minęłam mamę, wchodząc do swojego pokoju. Rzuciłam torebkę na fotel i zaczęłam ściągać przez głowę sweterek.
- Izuniu, kochanie, chcę ci powiedzieć coś. co cię ucieszy. - mama weszła za mną do pokoju i stanęła przy biblioteczce, poprawiając stojący na niej wazon z kwiatami.
  Słuchałam jej jednym uchem, zajęta zdejmowaniem spódniczki i sandałków.
- Dzwoniłam do ciebie, bo chciałam cię zawiadomić, że był tu Broneczek!
   Na szczęściem, obok mnie stał fotel, bo usiadłabym na dywanie. Nie uwierzyłam w to, co usłyszałam. Bronek, u nas? Może przy okazji przyjechał odwiedzić rodziców, bo pamiętam, że bardzo ich lubił. Miałam zupełnie suche gardło, a język drewniany, kręciło mi się w głowie.
- Po co przyjechał? - odezwałam się, kompletnie zmienionym głosem.
- Przyleciał tylko na chwilę, żeby złożyć ci życzenia i dać prezent. Właśnie wracałam z miasta, i spotkałam go, jak podjechał pod nasz dom łazikiem. Ucieszył się bardzo na mój widok. Miał nadzieję, że zastanie ciebie w domu, bo miał niewiele czasu.
- Bronek przyjechał do mnie? - raczej jęknęłam niż zapytałam.
- A niby do kogo? Ja niestety, jestem już mężatką. - roześmiała się mama. - Izuniu, rusz się dziecko i chodź, zobacz co ci przywiózł, bo sama jestem ciekawa.
    
   Nie wstałam, tylko skoczyłam na równe nogi i pobiegłam za mamą do jadalni. Cały pokój był w kwiatach. W wazonach stały bukiety kolorowych, ulubionych przez mamę gladioli, czyli mieczyków. A w wazonie na stole,pysznił się wielki bukiet czerwonych róż. Pod nim leżało podłużne pudełko przewiązane różową wstążeczką. c.d.n.