wtorek, 13 stycznia 2015

B R A N K A




Tymczasem 14 stycznia na Zamku w Warszawie, w największej tajemnicy, przygotowywano narodowi śmiertelny cios – brankę! Nad stolicą Królestwa Polskiego zapadła ponura noc styczniowa i miasto wolno układało się do snu. W oknach kamienic, dworków i pałaców kolejno gasły światła, ulice opustoszały. Tylko patrole kozackie regularnie przemierzały ulice, a kopyta ich małych, kudłatych koni ślizgały się po kostce drewnianego bruku. Stalowe podkowy zgrzytały po kamiennych chodnikach. Czasami spóźniony przechodzień śpieszył do domu, przyświecając sobie płonącą latarką, bez której nie wolno się było poruszać po zapadnięciu zmroku. Z czarnego nieba zaczął padać drobny śnieg, pokrywając dachy i ulice szybko topniejącą warstwą bieli. Kończył się dzień 14 stycznia 1863 roku.
Jakby na przekór usypiającemu miastu, Zamek królewski czuwał, tętnił życiem, gorzał światłami. Na dziedziniec zajeżdżały galopem karety eskortowane przez oddziały wojska i żandarmerii konnej. Wysiadali z nich generałowie i cywilni dygnitarze państwa. Przed Zamkiem rozlegały się ostre komendy dowódców wart, gdy nadjeżdżał nowy, szczelnie zamknięty powóz. Haftowane złotem mundury dostojników wojskowych, ocierały się o służbowe uniformy cywilnych dygnitarzy. W wielkiej sali audiencjonalnej Zamku, świeciły się wszystkie kryształowe żyrandole, a ich światło odbijało się w ogromnych taflach luster, podkreślając przepych wnętrza. Marmury, złocone meble, wielkie malowidła ścienne i wspaniałe arrasy. W bocznych gabinetach i antyszambrach1, kłębił się tłum najwyższych dostojników Królestwa. Przybył margrabia Wielopolski wraz ze swoim synem, prezydentem Warszawy. Przyjechali dowódcy pułków, policji i żandarmerii. Obecny był sam wielki książę namiestnik Konstanty i jego małżonka wielka księżna Aleksandra. Była blada, zdenerwowana i nie odstępowała męża na krok, trzymając się go kurczowo. Jasne oczy wielkiego księcia rzucały niepewne spojrzenia, mimo iż starał się zachować spokój. Około północy, na jego rozkaz nadano do Petersburga zaszyfrowaną depeszę, w której Konstanty zawiadamiał cesarskiego brata: "Dziś wieczór zostanie przeprowadzony pobór rekruta w Warszawie."
Na miasto, uprzednio podzielone na dwanaście cyrkułów, wyszły patrole, składające się z dwóch policjantów i trzech żołnierzy uzbrojonych w karabiny, lecz bez amunicji! Tak rozkazał namiestnik. Policjanci walili do bram domów, a kiedy stróż otwierał drzwi, wpadali do sieni jak burza. Ciężkie żołnierskie buciory dudniły po schodach, patrole wdzierały się do mieszkań i zanim zaspani i zaskoczeni ludzie zdołali się ubrać, policjanci wyciągali siłą mężczyzn z domów. W całym mieście rozległy się przeraźliwe krzyki, kobiety w obronie synów, braci i mężów, rzucały się z pazurami na napastników. Każdego schwytanego mężczyznę prowadzono do cyrkułu, nie żałując im po drodze razów. Stamtąd, uzbrojeni w broń palną konwojenci, wiedli ich do Cytadeli.
Na Zamku, książę namiestnik i jego świta, oczekiwali z napięciem i strachem, że lada moment rozlegną się salwy karabinowe, wybuchy bomb i w stolicy lud porwie się, w obronie swoich dzieci. W miarę upływu czasu napięcie wzrastało. Co chwilę do sali wpadali kurierzy, przynosząc raporty o sytuacji w mieście. Ale w Warszawie panował spokój, zakłócany jedynie tupotem żołnierskich butów i krzykami bezbronnych ludzi, siłą wyprowadzanych z ciepłych mieszkań na ulicę. Poza tym, nic więcej się nie działo.
Na Zamku zapanowała szalona radość. Władze carskie nabrały przeświadczenia, że społeczeństwo polskie absolutnie nie jest zdolne do oporu. Wielki książę uniesiony entuzjazmem, nadał do cara następną depeszę:”Sukces przeszedł oczekiwania. Teraz możemy krzyknąć z głębi wdzięcznego serca - Wielik russkij Bog!”
Tej nocy udało się złowić przeszło trzy tysiące mężczyzn i nie był to bynajmniej koniec branki, bo na terenie całego kraju pobór miał się dopiero rozpocząć. Warszawa była całkowicie zaskoczona i otępiała z rozpaczy. W obronie porywanych mężczyzn nie padł ani jeden strzał!
Rano na ulicę wyległy tłumy bezradnych mieszkańców, ciągnąc pod stoki Cytadeli. Gromady łkających kobiet, usiłowały bezskutecznie dotrzeć do swoich ukochanych. Brutalnie odpędzane kolbami, bite, uparcie wracały, głośno wołając uprowadzonych. Gazety rządowe podkreślały szczególnie humanitarne metody przeprowadzenia branki. Tymczasem rodziny z przerażeniem obserwowały bestialskie okrucieństwo, z jakim wywlekano półnagich chłopców z mieszkań. W ciągu kilku następnych dni, przeprowadzano w mieście istne polowania i łapanki, zatrzymując mężczyzn na ulicach, na moście wiślanym, wyciągając ich z dorożek, z restauracji i kawiarń. Rodziny ukrywały krewnych, nie zważając na grożące surowe kary. Ale policja miała dokładne informacje i zaglądała do każdej skrytki, rewidując strychy, piwnice, komórki, rozwalając kolbami zamknięte drzwi mieszkań. Rozpoczęły się ucieczki i pogonie za uciekinierami. Krzyki i strzały rozlegały się na ulicach i po domach. Margrabia Wielopolski tryumfował, zbierając zasłużone pochwały, jakich nie szczędził mu wielki książę Konstanty.
Biali doszli do wniosku, że Komitet Centralny skompromitował się ostatecznie w oczach społeczeństwa. Jednak nikt nie podejrzewał, że branka nastąpi tak prędko, w niesprzyjającej porze roku. Pogróżki margrabiego, traktowane były przez członków rządu podziemnego, jako strachy na Lachy i polityczny blef. Nagły cios kompletnie Czerwonych ogłuszył. Natychmiast zwołano posiedzenie, jak zwykle na plebanii, przy parafii świętego Aleksandra, w mieszkaniu księdza Mikoszewskiego. W małym pokoiku, przy stole z rozłożoną na nim talią kart, usiedli zdruzgotani klęską ministrowie podziemnego rządu, spoglądając na siebie z desperacją. Rozpalony piec pozwalał w razie zaskoczenia zniszczyć ważne dokumenty.
Nastrój był rozpaczliwy. Złamany nieszczęściem pułkownik Zygmunt Padlewski, usiłował bronić się przed stawianymi mu zarzutami i tłumaczył, że nikt nie mógł przewidzieć tego, co się wydarzyło. Los okazał się dla niego niełaskawy, zaś styczeń był dla spiskowców miesiącem feralnym. Niemal jednocześnie z przeprowadzeniem branki, upadł zuchwały plan zdobycia twierdzy Modlin. Podejrzliwi Rosjanie przewidując atak, usunęli z twierdzy niepewną załogę, obsadzając Modlin żołnierzami przybyłymi z głębi imperium. Nazajutrz po brance, do idącego ulicą Agatona Gillera, podszedł członek Dyrekcji Białych. Był wyraźnie przygnębiony i smutny.
- A jednak szkoda, że chociaż kropla krwi nie popłynęła w dniu branki! - powiedział. - Ta kropla uratowałaby honor Rządu!
Giller oblał się szkarłatnym rumieńcem ze wstydu i upokorzenia.
Doły organizacji burzyły się, a młodzi spiskowcy przeklinali władze podziemne za nie dotrzymanie obietnic, i pozostawienie ludzi własnemu losowi. Nie przyjmowano żadnych wyjaśnień, wprost oskarżając Rząd o zdradę. W KCN-ie obawiano się, że wzburzeni spiskowcy sami rozprawią się krwawo z władzami za pomocą sztyletów. W tej sytuacji, dalsza zwłoka mogła mieć dla konspiracji nieobliczalne konsekwencje, ujawniając misterną siatkę spisku. Lecz członkowie Rządu wahali się i dopiero 18 stycznia, po wielu dramatycznych i burzliwych dyskusjach oraz zajadłych kłótniach, Komitet Centralny Narodowy postanowił:
"Aby uchronić przed branką młodzież prowincji, gdzie jeszcze poboru nie przeprowadzono, lecz wyznaczono termin na dzień 25 stycznia, powstanie zbrojne wybuchnie w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku."
1 Antyszambry - tu: wielkie przedpokoje w pałacach i zamkach.