środa, 21 stycznia 2015


Ta noc Styczniowa.

W tę noc styczniową, wilgotne mgły otulały ziemie Królestwa Polskiego szarym całunem i wszędzie mżył deszcz. W nieprzeniknionych ciemnościach, przemykały grupki mężczyzn, podążając na miejsca zbiórek. Były to przeważnie cmentarze, podmiejskie laski, gdzie nie obawiano się obecności agentów policji i patroli kozackich. Najliczniej stawiła się młodzież: studenci, licealiści, młodzi czeladnicy, drobna szlachta i mieszczanie. Szli do powstania zbrodniarze, pragnąć ekspiacją zmazać swoje winy, a także późniejsi święci wyniesieni przez Kościół na ołtarze. Święty Albert Chmielowski ”Brat Albert”, święty Rafał Kalinowski, błogosławiony Honorat Koźmiński i inni. Niekiedy dołączali do niech chłopi, lecz nieliczni i nieufnie nastawieni do powstania. Rząd Narodowy liczył na spontaniczny zryw całego społeczeństwa. Tymczasem ogół narodu pozostał bierny i wyczekujący.  Niektórzy Polacy przekonani, iż Aleksander II jest prawowitym władcą, uważali wybuch walki zbrojnej za karygodny bunt. Zaledwie połowa spiskowców stawiła się na wyznaczone miejsca zgrupowania, zaś zaplanowane akcje zakończyły się niepowodzeniem. Żaden liczący się obiekt strategiczny nie wpadł w ręce powstańców, pomimo szaleńczych ataków, lecz straty w rannych, zabitych i wziętych do niewoli, już pierwszej nocy były znaczne. Wyłoniony z KCN-u Tymczasowy Rząd Narodowy, zaraz pierwszego dnia stracił kontakt z walczącymi oddziałami. Rozkazy trafiały do dowódców spóźnione, lub nie przychodziły wcale. Niektórzy naczelnicy partii powstańczych otrzymywali polecenia odwołania akcji, a nawet informację, że powstanie nie wybuchło. Była to planowa robota Białych, polegająca na celowym torpedowaniu w zarodku walki zbrojnej. Zdarzało się, że gromady drżących z zimna mężczyzn, na próżno oczekiwały, aż zjawi się dowódca i powiedzie ich do walki. Kiedy nikt się nie pojawił, niedoszli powstańcy, zawiedzeni i wściekli, wracali do domów przeklinając konspiracyjne władze.
Uzbrojenie oddziałów było bardzo słabe. Niektórzy mieli stare flinty, albo przedpotopowe pistolety. Bywało, że za całą broń musiał wystarczyć kij. Lecz ludzie szli do powstania z czystej miłości ojczyzny, pełni gorącej wiary w zwycięstwo i entuzjazmu dla Sprawy. Walkę o wyzwolenie ojczyzny, uważano za punkt honoru. Członkowie Rządu, obawiając się blokady stolicy, oczekiwali w Kutnie, aż pułkownik Padlewski zajmie Płock, aby tam się ujawnić.
W Warszawie pozostał jedynie Stefan Bobrowski, pełniący obowiązki naczelnika miasta i przewodniczącego Komisji Wykonawczej. Ten młodziutki dwudziestotrzyletni mężczyzna, chory na jaskrę i niemal ślepy, stał się rzeczywistym przywódcą powstania, dźwigając z niezłomną wolą straszliwy ciężar odpowiedzialności za losy kraju. Pod tym ogromnym brzemieniem ugiąłby się nawet doświadczony generał.
Dla Rosjan, wybuch powstania okazał się kompletnym zaskoczeniem. Nie posądzali Polaków o taką determinację, złudzeni biernym zachowaniem się władz podziemnych, podczas branki. Dopiero następnego dnia, książę namiestnik ogłosił stan wojenny na terenie całego kraju. Dowódcą armii rosyjskiej został generał Edward Ramsay, Szwed z pochodzenia w służbie cara. Na jego rozkaz, generałowie ściągnęli z miast i miasteczek placówki wojskowe, tworząc z nich potężne kolumny, złożone z piechoty, kawalerii i artylerii, wspomagane przez sotnie kozackie. Kolumny poruszały się we wszystkich kierunkach, zwalczając partie powstańcze. W tym czasie armia rosyjska liczyła około 100 tysięcy żołnierzy. Dowódcy otrzymali rozkaz zmiażdżenia powstania, zanim ogarnie ono cały kraj. Z imperium nieustannie nadchodziły posiłki i broń. Sił powstańczych nikt nie liczył. Można jedynie przypuszczać, że w najlepszym okresie było nie więcej, niż 30 tysięcy żołnierzy.
Już początek walki był dla Polaków niepomyślny. Atak na Płock okazał się nieudany, a pułkownik Padlewski nie przybył do swego oddziału. Źle uzbrojona partia, nieudolnie dowodzona, rozbiegła się w panice, rozgromiona przez nieprzyjaciela. W kieleckim, naczelnik Kurowski bez żadnego powodu, rozpuścił swoją partię odwołując akcję. Na terenie Gór Świętokrzyskich, z zaplanowanych ataków na osiem miejscowości, tylko pułkownik Langiewicz uderzył na Szydłowiec, bracia Dawidowicze na Bodzentyn, a Narcyz Figietty na Jedlnię. Jedynie ten ostatni atak był udany. Powstańcy zdobywszy na nieprzyjacielu broń i amunicję, wycofali się z miasteczka sprawnie i prawie bez strat własnych.
Sukcesem zakończył się również atak młodzieży warszawskiej na kompanię pułku muromskiego w lasach Kampinosu. Polacy dowodzeni przez Aleksandra Rogalińskiego, porąbali Rosjan kosami, zabijając pułkownika Kozlanina. W podlaskim i w łomżyńskim, do walki wyruszyły wszystkie zgrupowania. Duże partie toczyły tam zacięte boje i utrzymały się, odcinając Warszawę od Petersburga, przechwytując rosyjskich kurierów i rozkręcając szyny kolejowe. Nikt nie przypuszczał, że te słabo uzbrojone oddziały powstańcze, walczyć będą przeszło rok, kompromitując sławę niezwyciężonej armii rosyjskiej.