piątek, 9 sierpnia 2013

Te dni sierpniowe...

1.08.2013 r    Wojenne dzieci mają znakomitą pamięć. Miałam wtedy już pięć lat i doskonale pamiętam atmosferę tamtych doniosłych dni przedpowstaniowych. W naszym domu wszystkie panie zasiadły do szycia opasek biało-czerwonych, gdyż  przewidywane była już akcja Burza, powstanie, mające ogarnąć cały kraj, a nie tylko samą Warszawę. Ludzie byli radośnie podnieceni i pełni nadziei, a Niemcy spanikowani. Ojciec i jego najmłodsza siostra, ciocia Stasia, biegali cały dzień, z jakimiś  mocno podejrzanymi pakunkami i wracali do domu dopiero wieczorem, lub nie wracali wcale, wysłani w dłuższą trasę. Pogoda była wspaniała, drzewa owocowe w sadzie uginały się wprost od soczystych jabłek, gruszek i wczesnych śliwek. W sieni i w kuchni unosił się  cudowny zapach jabłek papierówek, zerwanych prosto w drzewa. Babcia i Mama zaczęły smażyć konfitury z malin i śliwek. Na wysokim brzegu, służącym nam za taras, na którym jadaliśmy podwieczorki, a Dziadzio, Ojciec i panowie z sąsiednich domów grali często w szachy i karty, znajomi młodzi chłopcy z AK, grali na harmonii i śpiewali głośno „Serce w plecaku”.
            Tę piosenkę, tę jedyną, śpiewam dla ciebie dziewczyno.
    Z kresów wschodnich już zaczęli napływać uciekinierzy, opowiadając okropne rzeczy o zbrodniach popełnianych na Polakach przez UPA. W domu sąsiada zamieszkał starszy lekarz ze Lwowa, mający młodą i śliczną żonę. Paweł, syn mego ukochanego ojca chrzestnego, z pochodzenia lwowiaka, mającego obywatelstwo amerykańskie, podkochiwał się w pięknej doktorowej, nie bez zachęty z jej strony. Widziałam nieraz, jak flirtowali gdzieś, w jakimś zakątku ogrodu. Nic dziwnego, że pani doktorowa była zauroczona, Paweł był naprawdę pięknym chłopcem,  o urodzie greckiego posągu. Ale przed pierwszym sierpnia, zupełnie zapomniał o swojej sympatii, przygotowując się do walki w ogólnym powstaniu. Czasem nakrywałam go, jak czyścił pistolet i czepiałam się go prosząc, żeby  dał mi postrzelać. Śmiał się, wlepiając mi lekkiego klapsa i łagodnie wypychając z pokoju. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi pomimo różnicy wieku. On i jego młodsza siostra, zastępowali mi starsze rodzeństwo, którego nie miałam.
   
Gdzie dziewczęta z tamtych lat.
Tam gdzie krzyże.
Do domu często wpadły łączniczki, zostawiając jakieś pakiety, czy przynosząc nowe rozkazy dla Ojca i cioci. Podziwiałam te dziewczęta, roześmiane i zadbane, w starannych fryzurach,  barwnych sukienkach i sandałkach na wysokich korkach. Pomimo bardzo niebezpiecznej pracy w konspiracji, zawsze miały dobry humor i żartowały ze mną, a w momentach wytchnienia, pokazywały mi gimnastyczne łamańce, które próbowałam naśladować. Wszystkie były zgrabne i wygimnastykowane.  Wieczorami, ciocia Stasia siadała do fortepianu i grała polonezy Chopina i etiudę Rewolucyjną. Potem Dziadzio wyciągał dobrze ukryty radioodbiornik i nastawiał na BBC, aby posłuchać wiadomości.  Wszyscy z niecierpliwością oczekiwali, kiedy się zacznie... Ale Ojciec już wcześniej wiedział, że do ogólnego powstania nie dojdzie i Warszawa będzie walczyła osamotniona.
    1 sierpnia wieczorem, radio BBC w języku polskim podało, że w Warszawie wybuchło  powstanie. Na razie wiadomości były pełne zachwytów i egzaltacji, malejących w miarę upływu czasu. Zaszyfrowane komunikaty przerywane były pieśnią:” Z dymem pożarów”, która to melodia doprowadzała starsze osoby do białej gorączki. Nie wiedzieliśmy przecież, że była to jedna z form zakodowanych wiadomości dla walczącej stolicy. Nie mieliśmy także pojęcia, że jednym z szefów polskiego wywiadu przy Rządzie emigracyjnym w Londynie, jest cioteczny brat Ojca. Mama nie wyobrażała sobie, że jej wuj polegnie w powstaniu, a Warszawa już i tak zniszczona w 1939 roku, zamieni się w jedno morze gruzów i przeogromne cmentarzysko poległych tam powstańców i cywilnych mieszkańców stolicy.
    Do dziś ze wzruszeniem i ogromnym współczuciem wspominam tych wspaniałych młodych  chłopców i dziewczęta, walczących bohatersko w przegranej od początku sprawie. Bo przecież Powstanie Warszawskie, podobnie jak Styczniowe, nigdy nie miało najmniejszej szansy na zwycięstwo. Warszawskie dzieci szły pomścić lata straszliwego zniewolenia i wywalczyć wolność. To zupełnie zrozumiałe. Ale władze emigracyjne powinny przewidzieć, iż znikąd nie otrzymamy pomocy. Według historycznych przekazów, powstanie miało na celu wyzwolenie miasta, aby wkraczająca Armia Czerwona nie zastała w nim Niemców, a tylko zwycięskie oddziały Wojska Polskiego. Chwalebny zamiar! Ale jeśli powstanie miało właśnie taki cel, to jak rząd londyński mógł oczekiwać pomocy od Stalina generalisimusa Armii Czerwonej?                 Stalin był zbrodniarzem i ludobójcą, ale nie idiotą! Powiedziałabym raczej, że był geniuszem zła, a skutki jego politycznych konceptów ponosimy do dnia dzisiejszego. Posłano więc najwspanialszą młodzież na śmierć, niemal bez broni, bo nasze władze emigracyjne znowu naiwnie uwierzyły w dobrą wolę człowieka, który jeńcom polskim zgotował Katyń! Dzieci Warszawy szły z entuzjazmem do walki:„ na Tygrysy mając Visy!” I butelki z benzyną. A w moim przekonaniu była to już zbrodnia przeciwko narodowi.
    Krew, niewyobrażalne cierpienia i męczeńska śmierć tej bohaterskiej młodzieży i ludności stolicy nigdy nie została pomszczona!  W burzonej systematycznie Warszawie, straciliśmy mnóstwo najcenniejszych zabytków, już nie do odzyskania. Setki tysięcy ludzi zapłaciło życiem za lekkomyślnie podjętą decyzję walki, dla wydumanych celów politycznych. A wszystko chyba po to, żeby pozbawić Polskę rdzenia narodu –  młodej polskiej inteligencji! Między innymi straciliśmy przecież w powstaniu wielkich poetów, którzy z pewnością osiągnęliby europejską, a może i światową sławę – Stroińskiego, Gajcego i Baczyńskiego. Naprawdę strzelaliśmy do wroga już nie złotymi lecz  bezcennymi kulami.
    Niekiedy zastanawiam się, jak inaczej przedstawiałoby się nasze społeczeństwo, gdybyśmy nie pozbawili go tej niepotrzebnie poległej młodzieży? Niestety, od wieków zbyt hojnie szafujemy krwią i życiem naszych dzieci. Dlatego też uważam, iż należy czcić pamięć poległych, sławić ich bohaterstwo i poświęcenie, ale i przestrzegać przed podejmowaniem pochopnych, naiwnych i bezsensownych decyzji, które  tylekroć doprowadzały Polskę do zguby.
    Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że jacyś młodzi zapaleńcy, z ocalałych kronik filmowych powstania, przygotowują pełny film dokumentalny w kolorze. Widziałam kilka obrazów i wprost wierzyć się nie chce, że te zdjęcia mają już 69 lat, bo sprawiają wrażenie współczesnych!
    Dziś, gdy o godzinie 17 - Godzinie W - zawyły wszystkie syreny na terenie całego kraju, przypominając ludziom o tym straszliwym dniu krwi i chwały, włączyłam swój laptop. Na ekranie wyświetlił się obraz Matki Boskiej Harcerskiej, podarowany mi przez Panią Barbarę Wachowicz, która tak przepięknie pisze, wspominając tych żołnierzy w szarych harcerskich mundurach. Nie należę do ludzi nadmiernie się egzaltujących, ale w tej szczególnej godzinie, zmówiłam szeptem Wieczne Odpoczywanie i wysłuchałam płyty z Mozartowskim Requiem. Chwała zwyciężonym!