wtorek, 29 listopada 2016

BOGACI KOCHAJĄ UBOGICH!


29 listopada 2016 r.
Od jakiegoś czasu nasza telewizja, ta państwowa i ta prywatna, zamieniły się w instytucję żebraczą. Niemal co wieczór w głównym wydaniu dziennika, pokazuje się nam jakąś rodzinę, potrzebującą na gwałt pomocy, czy śmiertelnie chorego, dla którego NFZ nie ma pieniędzy na leki. Prezenter z dramatyczną miną powiadamia telewidzów, że oto znowu ktoś potrzebuje naszej pomocy. Naturalnie, taki apel nie pozostaje bez echa. Polacy są ludźmi hojnymi, mającymi miękkie serca. I chwała nam za to!
Prośba o pomoc przyklejona na latarni.
 Inna rzecz, że odpowiadając na apele TVP, odwalamy robotę za nasze ukochane władze, które zwalają ciężar pomocy charytatywnej na społeczeństwo, również nie śmierdzące groszem w tych ciężkich czasach. Wbrew hasłom o pomocy bogatych dla biednych, to nie oni pomagają w większości wypadków potrzebującym, lecz ci średnio zamożni rodacy, którzy może na własnej skórze przekonali się kiedyś, co to znaczy niedostatek. Z jednej strony, apeluje się do społeczeństwa, o tak zwaną „szlachetną paczkę”, dla tych najbardziej potrzebujących. Z drugiej, telewizja pokazuje nam obrazy zamożnych ludzi, kupujących świąteczne prezenty za kilkaset, a nawet kilka tysięcy złotych i informuje nas radośnie, ile w tym roku przeciętny Polak wyda pieniędzy na święta. A nie są to bagatelne kwoty. Widzimy w telewizji ogromne supermarkety pełne kupujących, dobrze ubranych i zadowolonych z życia ludzi. Można pomyśleć, że to nie Polska, lecz jakieś państwo zachodnie, znane z dobrobytu.

Do szewskiej pasji doprowadzają mnie apele, o pomoc na święta dla najuboższych. Dlaczego właśnie na święta, a po świętach mogą spokojnie zdychać z głodu? Cóż to za cholerna głupota.
Jakoś żadnemu z reporterów TVP nie wpadnie do głowy, żeby spytać przeciętnego przechodnia z ulicy, czy będzie miał z czego urządzić wigilię i żyć po świętach, bo wiadomo: - święta, święta..... i po świętach! Trudno o szalone zakupy, kiedy ma się emeryturę w wysokości 800  (obecnie) 1000 zł brutto, a takich ludzi w Polsce jest bardzo wielu. 
Opowiadano mi niegdyś o przedwojennych balach charytatywnych, na których kwestujące damy, miały na sobie toalety i biżuterię, wielokrotnie przewyższającą wartością zebrane na balu datki! Widzę, że wracamy do tych niechlubnych czasów. Z roku na rok rośnie liczba najuboższych, bezrobotnych i biednych dzieci, które wychowuje ulica. Powiększa się szara strefa i przestępczość, szczególnie wśród nieletnich. Opieka Społeczna z każdym rokiem ma mniej pieniędzy i coraz większe wymagania, wsparte rozrastającą się do potwornych rozmiarów biurokracją.
Współczesne bale charytatywne.
Owe sławne 500+ miałyby większy sens, gdyby wypłacano te pieniądze rodzinom o niskich zarobkach. Nonsensem jest wypłacanie tej kwoty wszystkim, bez względu na zarobki. Tak więc adwokat, lekarz, przedsiębiorca, czy prezes koncernu, posiadający więcej dzieci, dostaną 500+, mimo wysokich zarobków. Natomiast samotna matka wychowująca jedno dziecko, nie dostanie nic! I to jest właśnie sprawiedliwość widziana  oczami PiS-u.
Wyrastałam w państwie o rzekomo totalitarnym systemie. Ale nigdy nie widziałam wtedy ludzi ubogich. To słowo było mi nieznane i brzmiało wręcz obraźliwie. W tych czasach wszyscy mieli pracę, bo była ona konstytucyjnym obowiązkiem, a nie łaską właściciela zakładu, mogącego każdej chwili wylać pracownika na zbity pysk, lub zamknąć zakład, bo tak mu się podoba! Żeby zwolnić nałogowego pijaka i nieroba w PRL-u, dyrektor musiał stoczyć bitwę z przewodniczącym Rady Zakładowej i związków zawodowych, broniących pracownika jak lwy. 
 Nikt nie mieszkał na ulicy i na ogródkach działkowych, bo jeżeli pracownik nie miał mieszkania, zawsze był hotel robotniczy, a w zakładowej stołówce ciepły posiłek. Dostęp do lekarzy specjalistów był łatwy, a leki tanie, lub bezpłatne. 
To państwo troszczyło się skutecznie o gorzej sytuowanych, nie zwalając tego obowiązku na  społeczeństwo.
No, ale za to obecnie żyjemy w Polsce, po szczęśliwej zmianie na lepsze i mamy wielu bardzo bogatych ludzi, którzy kochają ubogich. Takich, którzy śpią pod mostami, lub umierają z zimna na ulicy, bo są pijakami i sami tego chcieli! Wzruszające, prawda?

poniedziałek, 28 listopada 2016

BABCIA W POWSTANIU WIELKOPOLSKIM.


27 listopada 2016 r.
O wybuchu powstania w Poznaniu, Babcia dowiedziała się od swojej gosposi, która z wrzaskiem wpadła do pokoju.
- Paniusiu złocista, biją się!
- Kto się bije? - spytała zdumiona Babcia, podnosząc głowę znad misternej szydełkowej robótki.
- Ady nasze chłopaki biją Szwabów! Poletę na Rynek, może się czegoś dowiem. - gosposia zawinęła się i zniknęła, jakby ją wiatr zdmuchnął.
Powstańcy na ulicach Poznania.
 Babcia siedziała blada, i prawdę mówiąc wściekła na męża, który nawet słówkiem nie wspomniał, że w mieście może wybuchnąć powstanie. Babcia nie miała wątpliwości, że to powstanie, a nie jakaś zwykła awantura z Niemcami. Na zebraniach "Sokoła", ostatnio dużo się mówiło o odzyskaniu niepodległości.
   Niespodziewany  przez    Niemców przyjazd Paderewskiego i prowokacyjne   zachowanie Niemców zrobiło swoje. Miasto wrzało! Zanim Babcia zdołała się opamiętać, do mieszkania wpadł Marcin, brat Dziadka Michała, który coś zostawił w biurku Dziadka.
- Marcin, gdzie jest Michał? - Babcia zastawiła mu drogę, uniemożliwiając prędkie wymknięcie się z domu.
- On ci nie mówił? - szwagier artystycznie udał zdumienie.
- Dobrze wiesz, że on nigdy mi nic nie mówi na ten temat. - wybuchnęła Babcia. -  Wiecznie te tajemnice! Gdzie Michał? Albo mi powiesz, albo nie wypuszczę cię z domu!.
- Powiem, tylko mnie wypuść, bo się bardzo śpieszę. Michał jest w hotelu Royal, przy sztabie dowództwa naszych wojsk. Wiesz, składaliśmy przysięgę na placu Wilhelmowskim. (obecnie Plac Wolności) Już mamy pierwszych poległych, Zginęli Franciszek Ratajczak i Antoni Andrzejewski. No, do widzenia Jadziu, muszę lecieć aż na Garbary. Do zobaczenia i nie martw się o nas. - wypadł z mieszkania, jakby go sam diabeł gonił.
Przysięga powstańców na dzisiejszym Placu Wolności.
 Babcia z rozmachem usiadła na krześle. Była wstrząśnięta wiadomością o walce zbrojnej, ale nigdy nie traciła zimnej krwi i się nie załamywała. Przyszło jej na myśl, że rano mąż nie wziął nic do jedzenia i musi być głodny. Poszła do kuchni i do blaszanej bańki nalała świeżo ugotowanego rosołu, dołożyła makaronu i prędko przyszykowała kanapki z wędliną. Była przekonana, że tego dnia gosposia z pewnością się już nie pokaże, wobec tego Babcia postanowiła sama zanieść obiad mężowi.
Modne stroje w latach 1918- 1919.
Ubrała płaszcz podbity futrem, włożyła na głowę kapelusz z piórami, bo paniom nie wypadało chodzić po ulicy z gołą głową, i wciągnąwszy na ręce skórkowe rękawiczki, wyszła z domu. Przez kilka ulic szła szybko, wyprostowana i baczna na wszystko.
Śmierć Franciszka Ratajczaka.
Nagle z okna dużego secesyjnego budynku, zagrzechotał karabin maszynowy, a kule gwizdnęły Babci nad głową, ścinając jedno pióro z kapelusza. Babcia padła plackiem na ziemię i leżała bez ruchu, kryjąc się za podmurówką ogrodzenia. Kiedy strzały zamilkły, Babcia zerwała się i popędziła przed siebie, byle dalej od niebezpiecznego strzelca. Naraz stwierdziła, że zewsząd strzelają, a obok niej przebiegali z pośpiechem mężczyźni, uzbrojeni w karabiny i rewolwery.
- Niech pani ucieka! - wrzasnął któryś, mijając Babcię. - Tutaj toczą się walki.
Z jakiegoś ogródka padło kilka strzałów. Młody chłopak przycupnął obok Babci i zawołał:
- Te Fryc, wyłaź z tych krzaków, albo co!
- Albo co? - rozległ się chłopięcy dyszkant i z ogródka wyszedł może piętnastoletni Niemiec, smarkając żałośnie nosem i ciągnąc za soba większy od niego karabin. - Alojz, nie strzelaj. Mutter kazała mi przyjść na Mittagessen, a jak się spóźnię, to da mi po pysku.
- To czego głupku strzelałeś?
- Bo mi kazali.
Mali poznaniacy w mundurkach.
 - Oddaj karabin i zmiataj na ten twój obiad. Psiakrync, co za mara! - prychnął pogardliwie młody powstaniec i spojrzał na skuloną Babcię. - A paniusia niech lepiej wraca do chaty, bo tu się strzela. - powiedział uprzejmie.
Powstańcze stanowisko karabinów maszynowych.
 Babcia z właściwym sobie uporem, zlekceważyła ostrzeżenie i poszła dalej, niosąc ostrożnie bańkę z rosołem. Szła, biegła, padała, czołgała się na brzuchu, nieustępliwie zmierzając do celu. Dziadek był z pewnością głodny, a ona niosła mu obiad i musiała dojść!
Do hotelu Royal dotarła pod wieczór, po drodze mijając trupy poległych Niemców i Polaków.
Hotel Royal, sztab powstańców. 
Kiedy wkroczyła na wartownię, z ust siedzących tam powstańców wyrwał się okrzyk zdumienia. Biedna Babcia wyglądała jak nieboskie stworzenie, unurzana w błocie, w podartym płaszczu i w kapeluszu z piórami pociętymi przez kule. Zjawiła się jak brudne widmo, trzymając przed sobą bańkę z rosołem.
Na widok tak sponiewieranej żony, Dziadek wybuchnął gniewem, wymawiając Babci, że postąpiła jak szalona, idąc przez miasto ogarnięte walką. Babcia wysłuchała męża z kamienną twarzą, a gdy skończył, oznajmiła chłodno, że przyniosła mu obiad! Obecni na wartowni mężczyźni zaczęli się śmiać. Dziadek złagodniał i wziął od Babci bańkę z rosołem. Wówczas okazało się, że bańka jest pusta! Była na wylot przebita kulą i rosół wyciekł po drodze. Na widok pustej bańki Babci puściły nerwy i wybuchnęła płaczem.

piątek, 25 listopada 2016

MOJE BAWARSKIE KORZENIE.


25 listopada 2016 r.
Dziadek mojej Matki, Fryderyk Horst von Kramer, był z pochodzenia Bawarem. Jego przodek, skromny szlachcic bawarski, podobnie jak wielu jego rodaków, przybył z Monachium do Wielkopolski w pierwszych latach XIX wieku i osiedlił się w Poznaniu. Podobno jego rodzina w XVIII wieku, zajmowała ważne stanowiska na dworze Maximiliana I Józefa króla Bawarii, lecz potem bardzo zubożała i opuściła ojczyznę, szukając chleba.
Maxymilian I Józef król Bawarii.
Dziadek Fryderyk był radcą prawnym na Zamku w Poznaniu, siedzibie cesarza Wilhelma II i ożenił się z panną z dobrego niemieckiego domu Gudrun Wagner. Fryderyk, choć posiadał cudzoziemskie korzenie i do końca życia nie nauczył się języka polskiego, był człowiekiem uczciwym i postanowił odwdzięczyć się nowej ojczyźnie, wychowując swoje dzieci; dwóch synów i dwie córki, na dobrych Polaków.
Dziewczęta – Jadwiga i Teodora, uczyły się na prywatnej polskiej pensji. Obaj chłopcy należeli do polskiej tajnej, paramilitarnej organizacji „Sokoła”.Dziadek Michał był mężczyzną obdarzonym niepospolitą siłą i jako atleta, wyjeżdżał na zawody sportowe „za granicę” do Łodzi, Krakowa i Warszawy. Był to jedynie pozór, bo po zawodach młodzi ludzie z trzech zaborów, spotykali się na tajnych zebraniach, lub ćwiczeniach z bronią palną. Młodszy brat Dziadka, Marcin, uczęszczał jako kadet do pruskiej szkoły wojskowej w Berlinie, w nadziei, że może kiedyś wstąpi w szeregi Wojska Polskiego.
Pokazy gimnastyczne członków "Sokoła"
 Organizacja poznańska„Sokoła” często urządzała zabawy i bale.
Na jednym z nich, w pięknym hotelu Bazar, Dziadek poznał moją piętnastoletnią wówczas Babcię Jadwigę, również należącą do „Sokoła”. Była to miłość wielka i od pierwszego spojrzenia, prawdziwie dozgonna. Dziadek był bardzo przystojnym, wysokim blondynem o niebieskich oczach i przeszywającym spojrzeniu. Babcia, śliczną szatynką, o źrenicach szarych niczym woda w Warcie, i nóżkach tak małych, jak u Kopciuszka. Oboje zostali potem sportretowani w reprezentacyjnych, galowych mundurach „Sokoła”, ale oba portrety spłonęły w czasie wojny w zbombardowanym domu.

Ojciec Babci Jadwigi, pochodzący ze starożytnej herbowej szlachty, gorący patriota, i matka hrabianka, ostro sprzeciwiali się ewentualnemu małżeństwu córki z mężczyzną o niemieckich korzeniach. Ale Babcia pomimo młodego wieku, była osóbką bardzo stanowczą, (miała ośli upór) i wbrew woli rodziców przyjęła oświadczyny Dziadzia Michała. Narzeczony był o nią ogromnie zazdrosny i na tym tle wybuchały między nimi kłótnie.
Defilada Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół" w Poznaniu
Babcia już w  starszym wieku, opowiadała mi ze śmiechem, jak to pewnego razu wybrała się z narzeczonym na wielki bal sylwestrowy do hotelu Bazar.
Miała na sobie  piękną, błękitną jedwabną suknię i atłasowe pantofelki pod kolor toalety. Siedzieli przy stoliku z kolegami i koleżankami z „Sokoła” i wszyscy bawili się świetnie – oprócz Babci! Babcia uwielbiała taniec i znakomicie tańczyła. Dziadek Michał niestety tej sztuki nie posiadał i na parkiecie poruszał się, jak przysłowiowy słoń w sklepie z porcelaną, depcząc po stopach partnerki. Babcia miała wielkie powodzenie, i co jakiś czas podchodził ktoś do stolika, prosząc ją do tańca. Wypadało wtedy, żeby narzeczony wyraził na to zgodę. Dziadek Michał owszem, zgadzał się z miłym uśmiechem, zachęcając nawet Babcię żeby zatańczyła, ale pod stolikiem mocno trzymał ją za rękę, nie pozwalając jej wstać z krzesła. Wobec tego, biedna Babcia zmuszona była odmawiać tańca, chłodząc się wachlarzem i udając, że jest zmęczona i pragnie odpocząć. Kiedy odmówiła kolejnemu tancerzowi, siedzący przy stoliku przyjaciele, zaczęli patrzeć na nią podejrzliwie. Jak już wspomniałam, Dziadek był atletą i ściskając narzeczoną za rękę, sprawiał jej nieświadomie nieznośny ból. Babcia krzywiła się i czując, że ma całą rękę w sińcach, szeptem upomniała Dziadka, żeby przestał miażdżyć jej dłoń. Posłusznie puścił rękę, ale chwycił pod stolikiem za szeroką babciną spódnicę, omal jej nie obrywając! Tym sposobem uniemożliwił jej wstanie z krzesła i wyjście na parkiet. O, teraz już Babcia wpadła w pasję!
Bal maskowy w Sali Białej Bazaru.
Korzystając z przerwy w tańcach, nie czekała na powitanie Nowego Roku, tylko porwała się i w samej tylko jedwabnej sukni i lekkich pantofelkach, wybiegła z sali i na piechotę pospieszyła do domu! A noc była mroźna i na ulicy leżał głęboki śnieg. Brnęła w nim po kostki, szlochając głośno, raczej ze złości, niż z żalu. Oczywiście Dziadek prędko ją dogonił i na kolanach przepraszał ukochaną Jadziunię obiecując, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Obrażona Babcia oświadczyła mu stanowczo, że za podłego Szwaba nie wyjdzie i więcej się z nim nie spotka!
Ale się spotkała, a nawet wyszła za niego i nigdy tego nie żałowała. Dziadzio pomimo wysokiego wzrostu, cały mieścił się pod malutkim pantofelkiem Babci. Na przeprosiny, podarował narzeczonej prześliczne kolczyki z oryginalnych korali w dukatowym złocie. Wielkie korale nakrapiane były maleńkimi złotymi gwiazdkami. To była ulubiona biżuteria Babci.
Do końca życia, moja Mama wspominała pamiętny dzień 27 grudnia 1918 roku, kiedy razem z Babcią stały pod Hotelem Bazar w Poznaniu, czekając na pojawienie się na balkonie pana Ignacego Paderewskiego. Na przyjazd wielkiego Polaka, światowej sławy pianisty i męża stanu, Poznań przystroił się, jak na powitanie króla. Ze wszystkich balkonów i okien domów poznańskich, zwisały dywany lub kilimy, a na nich portrety Kościuszki, księcia Poniatowskiego, królów polskich, czy Matki Boskiej Częstochowskiej. I choć była to zima, kwiaty. Tysiące kwiatów ciętych lub w doniczkach, stroiły okna oraz balkony poznańskich domów. Niemcy stawali na głowach, żeby się pozbyć nieproszonego gościa. Nie pomogło nawet wyłączenie w mieście świateł elektrycznych, bo młodzież przyszła na dworzec z zapalonymi pochodniami, co stwarzało niezwykły nastrój. 
Okno Holeku Bazar, z którego przemawiał Paderewski.
Pod Hotelem Bazar stały tłumy mieszkańców Poznania, oczekujących z nadzieją na wystąpienie Paderewskiego. Między nimi była Babcia Jadwiga, trzymając za rączkę moją sześcioletnią Mamę. Maestro był zaziębiony i chory, lecz mimo to wyszedł na balkon i raczej chrypiąc niż mówiąc, wygłosił płomienne przemówienie do zasłuchanych poznaniaków. Potem odbyła się wielka polska manifestacja patriotyczna. Niemcy zorganizowali natychmiast kontrmanifestację, w czasie której zrywali polskie sztandary, znieważali godła narodowe. Było to jak iskra rzucona na prochy. Padł strzał i sytuacja wymknęła się spod kontroli. 27 grudnia wybuchło w Poznaniu Powstanie Wielkopolskie. Jedyne powstanie, które zakończyło się pełnym sukcesem. Dzielni mieszkańcy Poznania, postanowili wypędzić Niemców ze swego miasta i uwolnić od nich Wielkopolskę oraz Pomorze. W całym mieście toczyły się ciężkie walki, w których brał udział mój Dziadek Michał i jego brat Marcin. Kiedy przed walką obaj żegnali się z rodzicami, pradziad Fryderyk ściskając synów, mówił:
Paderewski przemawia do mieszkańców Poznania.
-Pokażcie, że jesteście prawdziwymi Polakami i przetrzepcie skórę tym przeklętym Prusakom!
Obaj synowie  wybuchnęli śmiechem,   bowiem ojciec przemawiał do nich po niemiecku, z bawarskim akcentem,   którego nigdy się nie wyzbył! 
Pradziad Fryderyk nienawidził Prusaków, za wcielenie królestwa   Bawarii do cesarstwa niemieckiego. Obie siostry Dziadka Michała, Jadwiga i Teodora, pracowały w szpitalu jako sanitariuszki, pielęgnując rannych powstańców.
Babcia Jadwiga nie wiedziała, że Dziadek Michał, razem ze swoim kolegą powstańcem, byli tymi śmiałkami, którzy wspięli się na wieżę Ratusza i zrzucili niemiecką glapę! Niemcy nie zapomnieli tego Dziadkowi, do 1939 roku. Był na czarnej liście gestapo, podobnie jak jego brat Marcin. Pradziad Fryderyk zmarł wkrótce po wyzwoleniu Poznania, ale jeszcze przez śmiercią wykreślił ze swego nazwiska ów przyimek niemiecki von, świadczący o szlacheckim pochodzeniu. Jego synowie i córki także nigdy więcej go nie używali.
Babcia Jadwiga miała twardy charakter, podobnie jak i jej babka z czasów Powstania Styczniowego. Wyszła za mąż za człowieka, którego sama sobie wybrała, nie zważając na sprzeciwy rodziny. Urodziła mężowi aż ośmioro dzieci, trzech synów i pięć córek. Była bardzo troskliwą matką, choć niezbyt czułą i dosyć nawet oschłą. Miała za to ogromny dar gawędziarski i potrafiła opowiadać godzinami ciekawe historie.
Cytadela poznańska.
Gdy wybuchła I - wsza wojna światowa, Dziadek Michał wyjechał z Cytadeli ze swoim pułkiem na front do Francji. Z tej samej Cytadeli, z której kilka lat później, najstarszy syn Mieczysław, ruszył na wojnę w roku 1920. W 1939 roku, z poznańskiej Cytadeli poszedł na wojnę mój Ojciec. Dziadek Michał i jego drugi zięć Władysław, walczyli w poznańskich pułkach, broniąc Warszawy.

niedziela, 20 listopada 2016

O NOWYM KRÓLU I NARODOWYCH BOHATERACH BEZ SKAZY.


  20 listopada 2016 r.
   Wczoraj w Łagiewnikach, wybrano na króla i pana Polski Jezusa Chrystusa. Nie zamierzam komentować tego faktu, bo inni zrobią to lepiej. Ale interesuje mnie jedno. Czy  ktoś spytał Pana Jezusa, czy chce być królem Polski? Bo jak wiemy z historii, to królom nie działo się dobrze w Rzeczypospolitej. 
Łagiewniki. Intronizacja Chrystusa Króla
 Właściwie nikt ich nie słuchał. Nie mieli pieniędzy i armii na obronę państwa, Sejm przeważnie nie uchwalał podatków na zbrojenia, a magnaci robili co chcieli, mając prywatne wojska, których często używali przeciwko władcy. Dlatego zastanawiam się, czy Pan Jezus  zechce być królem niewielkiego kraju w środkowej Europie, od wieków źle rządzonego, skłóconego i ciemnego jak tabaka w rogu. W dodatku często nawiedzanego w historii przez nieszczęścia, od jakich nie broniły nas ani potęgi niebieskie, ani ziemskie. Kraju mającego już od XVII wieku niebieską królową!  (śluby Jana Kazimierza) Kardynał Dziwisz zakłada w Polsce monarchię?
    Nowowybrany król nie będzie miał wiele do powiedzenie, gdyż mówi za niego Kościół, jak to od wieków praktykuje. Więc zapytuję uprzejmie,  czy warto  ośmieszać się przed całą współczesną Europą, używając do tego  celu Jezusa, którego przesłania do dziś nie rozumiemy i nie naśladujemy, chociaż od wieków co niedzielę słuchamy Jego słów z kart Ewangelii? Uczniowie się Go wyparli, a  fanatycy religijni ukrzyżowali, ponieważ nie chciał być ich królem. Przecież powiedział wyraźnie:"KRÓLESTWO MOJE NIE JEST Z TEGO ŚWIATA!
   Pragnę poruszyć również inny aktualny temat, także z naszej oślej łączki!
  
Prezydent Duda przy tablicy Żołnierzy Wyklętych Grób Niezn. Żołnierza.
   W przeddzień Święta Niepodległości pan prezydent Duda, wykonał  czynności, które wzbudziły moje oburzenie. Pierwsza, to tablica ku czci tak zwanych "żołnierzy wyklętych", umieszczona na Grobie Nieznanego Żołnierza w W-wie. PiS chyba "opypciał", jak mawiała moja Babcia, kreując coraz  to ciemniejsze kreatury na bohaterów narodowych. Obok tablic  Orląt Lwowskich, nazw bitew i akcji zbrojnych Wojska Polskiego, figuruje teraz tablica "żołnierzy wyklętych", będących z małymi wyjatkami zwykłymi bandytami. 
Oddział WiN-u.
   WiN i NSZ, były to organizację militarne działające po 1945 r. i znienawidzone przez umęczoną wojną polską   ludność. Palili wsie, napadali na pociągi i samochody, mordowali chłopów i nieletnich milicjantów, nie mających jeszcze pojęcia o ideologii, a służących w milicji jedynie dla posiadania kartki na chleb i kawałka słoniny. 
To jeden z tych rzekomo  "bohaterskich żołnierzy, walczących z komunizmem", przykładał mojej ciotecznej babce pistolet do skroni, żądając wydania biżuterii. Babka nie była żadna komunistką, tylko polską dziedziczką i starą, schorowaną kobietą.
Afisz Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych.
Ponieważ pochodzę z rodziny o tradycjach wojskowych, od dziecka uczono mnie, że pojęcie honoru jest jednoznaczne, a szczególnie zobowiązuje to oficera noszącego polski mundur! 
I właśnie w tym miejscu przechodzę do meritum sprawy.
  Do prawdziwie szewskiej pasji doprowadziło mnie pośmiertnie mianowanie pułkownika Kuklińskiego przez prezydenta Dudę do stopnia generała. W kinach wyświetlany jest film natrętnie reklamowany w radiu i telewizji pt:”Jack Strong”, o bohaterskich losach  niesławnej pamięci pułkownika Kuklińskiego, kreowanego obecnie na bohatera narodowego i rycerza bez skazy, chociaż jego działalność w ludziach uczciwych  budzi odruchy wymiotne. 
   Kukliński był oficerem Ludowego Wojska Polskiego. Składał ślubowanie na wierność Polsce Ludowej. Jako wyższy oficer sztabowy, dopuszczony do sekretów Paktu Warszawskiego, z pewnością przysięgał nie zdradzić tajemnicy wojskowej. Nie wiem, z jakiej rodziny Kukliński pochodził, być może miał pochodzenie robotniczo-chłopskie, bo jako urodzony inteligent, nie zaszedłby tak wysoko. Jednak z całą pewnością nie wyniósł z domu rodzinnego przekazu, co to znaczy honor i do czego on zobowiązuje.
pułk. Ryszard Kukliński.
     Przecież nikt nie kazał mu zostać oficerem LWP, mógł być uczciwym piekarzem, rolnikiem, górnikiem lub szewcem. Został oficerem, i to był jego wybór! Musiał się dobrze zasłużyć, skoro tak szybko awansował i dopuszczony był do ścisłych tajemnic wojskowych. Gdy PRL zaczęło chylić się ku upadkowi, ni stąd ni zowąd, Kukliński poczuł się patriotą.    Niczym Rejtan rozdarł szaty nad zniewoloną przez Sowietów ojczyzną, jakiej służył będąc oficerem, i postanowił zostać bohaterem z czarnego kryminału. Z pewnością nie kierował nim wstręt do władzy ludowej, która go wykształciła i dała dobrobyt. Był pułkownikiem, oficerem sztabowym, dobrze zarabiał i porządnie mieszkał, miał rodzinę. Czego więc pułkownik Kukliński jeszcze pragnął? Z jego prawdziwego, nie zakłamanego, życiorysu wynika, że był ambitnym karierowiczem i kochał pieniądze! Postanowił więc sprzedać swoje wiadomości temu, kto dobrze zapłaci.  Wywiadowi amerykańskiemu!
Kukliński stoi nad głową gen. Jaruzelskiego.
   CIA, kupiła Kuklińskiego, podobnie jak kilka dekad później, Amerykanie kupili za 15 milionów dolarów, prawo do założenia w Polsce tajnego obozu, gdzie torturowali swoich jeńców wojennych, a nastepnie z innego miejsca na terenie Polski, podsłuchiwali całą Europę. 
Kukliński był świadomy, iż jego pełnomocnicy zza oceanu, nie kupują od niego wiadomości o rozmieszczonych na terenie Polski radzieckich wyrzutniach rakietowych tylko po to, by w razie konfliktu wojennego, Ameryka mogła obrzucić nas batonikami czekoladowymi M&M, lub butelkami Coca Coli. 
   Doskonale wiedział, że w przypadku konfliktu zbrojnego, Polskę czeka katastrofa nuklearna! Prezydent Reagan, chorujący już wówczas na Alzheimera, miał pod ręką czerwony guzik! Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby naprawdę wybuchła wojna. Polskie miasta i wsie, zostałyby zrównane z ziemią, straszliwie napromieniowane, a miliony ludzi umarłyby okropną śmiercią popromienną. Nasza ojczyzna przestałaby istnieć. Kukliński o tym wiedział, bo udając patriotę, rozczulał się nad Polską, która poniosłaby największe straty.       
Jedwabne życie zdrajcy.
Ta świadomość bynajmniej nie powstrzymało go przed wyjawieniem za pieniądze, wszystkich znanych mu tajemnic wojskowych. Został zdrajcą i za Judaszowe pieniądze kupił sobie luksusową egzystencję za oceanem. Widocznie pojęcie honoru stało się w Polsce absolutną abstrakcją, kiedy dziś kreuje się bezczelnie pułkownika Kuklińskiego na bohatera narodowego, a prezydent mianuje go polskim generałem. W miastach stawiane są pomniki ku jego czci, zamiast pokazywać jego wizerunki z napisem: - Oto jest głowa zdrajcy!"
Pomnik Kuklińskiego w Parku Jordana w Krakowie.
   Ugrupowania prawicowe czyn Kuklińskiego pięknie tłumaczą, iż zdradzał on tajemnice obcego mocarstwa, to znaczy Związku Radzieckiego. Co za pokrętna kazuistyka! Przecież Polska należała wówczas do Paktu Warszawskiego, w którym była po Rosji, największym jego członkiem. Dziś w NATO, jesteśmy którymś tam z rzędu.... Związek Radziecki nie był więc wówczas obcym, wrogim  mocarstwem, lecz naszym strategicznym, politycznym i wojskowym partnerem, od którego zależało bezpieczeństwo państwa!
     Nikt się nie dowie, ile tysięcy dolarów wziął Kukliński za swoją zdradę, sądzę że bardzo dużo, bo potem tchórzliwie zwiał do Ameryki i żył sobie jak panisko przez wiele lat, szczycąc się swoim obrzydliwym czynem. Zabawne brzmiały opinie o nim, wygłaszane w telewizji przez byłych pracowników CIA i pana Brzezińskiego, dawnego doradcę prezydenta Cartera, który na skutek jego "trafnych rad" przegrał drugie wybory prezydenckie! 
   Jest takie stare przysłowie: „chwalił się Cygan swoimi dziećmi.” 
    CIA nazywana  jest w Ameryce "kartelem morderców" i nie uchodzi za wzór cnót. Trudno więc traktować poważnie ich opinie. Pułkownik Kukliński był, jest i pozostanie w opinii dobrych Polaków zdrajcą, nie bohaterem. Za zdradę ojczyzny, skazany na karę śmierci, uciekł pod skrzydła swoich mocodawców zza oceanu i żył tam w luksucie wiele lat.! Nie pojmuję, dlaczego pochowano tak podłą kreaturę na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, gdzie spoczywa tylu wielkich patriotów? Niechby leżał tam, skąd pochodziły jego haniebnie zarobione pieniądze –  daleko od Polski. 
Rodzi się ponure przesłanie: sprzedaj ojczyznę za pieniądze, a zostaniesz współczesnym polskim bohaterem. Prezydent Komorowski nie chciał mianować Kuklińskiego generałem i chwała mu za to. Ale prezydent Duda nie miał takich skrupułów.
Grób Kuklińskiego na Cmentarzu Zasłużonych na Powązkach.
 Moje pokolenie wychowało się na wspaniałych tradycjach rodzinnych oraz   bohaterach lat wojny i okupacji – ludziach honoru.To oni dawali nam przykład, jak mamy żyć i jak umierać. Dlatego bardzo obawiam się o morale współczesnych młodych Polaków, dla  których  wzorem do naśladowania ma być wielki  patriota XX wieku, "generał" Kukliński!

wtorek, 15 listopada 2016

MYŚLĄC – NIEPODLEGŁOŚĆ.


Bolesławiec 15 listopada 2016 r.

Zaczęłam pisać ten artykuł w Święto Niepodległości, ale przez roztargnienie kliknęłam w blogu „usuń”, a błąd serwera wymazał go na amen, samą nazwę wprowadzając jako wirusa. Ale pokuszę się raz jeszcze napisać to, co mi się nasunęło na myśl, gdy obchodziliśmy narodowe święto.
    Rozpoczęła je uroczysta msza z okazji otwarcia Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Z tą Świątynią Opatrzności to mieliśmy prawdziwego pecha. 

J.Matejko. Konstytucja 3 Maja.
    Posłowie Sejmu Czteroletniego, w 1791 roku, w podzięce Bogu, za uchwalenie Konstytucji 3 Maja, postanowili wznieść kościół pod tym wezwaniem. Opatrzność zastanowiła się nad tym projektem i uznała widocznie, że skoro Rzeczpospolita nie ma funduszów na uzbrojenie porządnej 100 tysięcznej armii, ma sprzedajnych hetmanów i wroga w granicach państwa, to dlaczego zamierza wydawać pieniądze na budowę kościoła? Po namyśle Opatrzność postanowiła za wykazaną lekkomyślność, dać Polakom srogą nauczkę. Po klęsce Maciejowickiej w 1794 r. Polska straciła niepodległość, rozdarta na trzy zabory.
    W czasie Powstania Listopadowego w 1831 r, posłowie Sejmu znowu zaczęli rozważać projekt wzniesienia świątyni, w podzięce za trwające powstanie. Lecz widocznie Pan Bóg uznał, że to stanowczo za wcześnie na dziękczynienie. Chłopi polscy, zamiast walczyć i bronić ojczyzny, odrabiają pańszczyznę na dworskich polach, armia jest źle uzbrojona i niewielka, Rząd Narodowy skłócony, a wróg stoi na granicy państwa.
9 września 1831 roku, wojska rosyjskie pod dowództwem generała Dybicza okrążyły Warszawę, która musiała się poddać. Powstanie upadło i rozpoczęła się trwająca 30 lat „noc mikołajowska”, terror i rządy Paskiewicza.
    Minęło sto lat. Po zakończeniu I wojny światowej, Polska odzyskała niepodległość, okupioną ogromem cierpień kilku pokoleń, morzem krwi, życiem najlepszych jej synów i łzami wdzięczności nareszcie wolnego społeczeństwa. Rzeczpospolita, jeszcze słaba po 123 latach niewoli, potrafiła wznieść się ponad podziały i w obliczu strasznego niebezpieczeństwa, stawić czoło wielkiej armii bolszewickiej, niosącej zgubę Europie. Po przeszło stu latach niewoli, w 1920 roku, odnieśliśmy wspaniałe zwycięstwo. Ale nie bylibyśmy sobą, gdyby opozycja narodowców, chcąc pomniejszyć wkład Józefa Piłsudskiego w dzieło odzyskania ojczyzny, nie przypisała tego zwycięstwa Matce Boskiej, pod nazwą „Cudu nad Wisłą”.
W. Kossak. Cud nad Wisłą.
   Sejm polski, pragnąc podziękować Bogu za odzyskaną niepodległość, rozważył projekt budowy świątyni Opatrzności Bożej, zaniechanej w czasach zaborów. Lecz ponownie Opatrzność stwierdziła, że jeszcze stanowczo za wcześnie na budowę kościoła. Wojsko polskie nie posiadało nowoczesnego uzbrojenia. Dalej używaliśmy koni zamiast samochodów i czołgów. Mieliśmy świetnych pilotów, lecz brakowało nam samolotów – a przede wszystkim sojuszników. Tymczasem wróg stał u granic państwa.
Niezbadane są wyroki boskie. 1 września 1939 roku, wspaniale uzbrojona i nowoczesna armia niemiecka wtargnęła do Polski. Rozpoczęła się trwająca sześć lat, niewyobrażalnie przerażająca i krwawa okupacja hitlerowska.
Niemcy łamią szlaban graniczny 1 września 1939 roku.
    Od tragicznego września 1939 roku, minęło 77 lat. Po roku 1989, podobno staliśmy się państwem wolnym i niepodległym. W odruchu wdzięczności, duchowieństwo polskie postanowiło nareszcie wznieść w Warszawie ogromną świątynię Opatrzności Bożej. Kosztowała społeczeństwo niebogatej przecież Polski, setki milionów złotych. W 98 rocznicę odzyskania niepodległości otwarto ją z nadzwyczajnym ceremoniałem, z udziałem najwyższych władz państwa.
Boję się wyobrazić sobie, jak ten dar przyjęła Opatrzność w chwili, gdy niewielka armia polska nie ma porządnego uzbrojenia. Nie mamy bojowych samolotów, śmigłowców, czołgów, ani broni rakietowej. Nie mamy wcale dowódców, bo cywilni ministrowie nie zastąpią doświadczonych generałów. Polskie morze jest bezbronne, bo nie posiadamy floty wojennej, nawet takiej, jaka była w 1939 roku! Nie mamy sojuszników! A być może wróg stoi u granic Polski?
Mamy za to z winy rządu podzielone społeczeństwo, skłóconą opozycję, oddalającą się od nas zachodnią Europę, oraz młodzież coraz bardziej ulegającą faszystowskim ciągotkom, za cichym przyzwoleniem władz. Nie jesteśmy zgodni nawet w to wielkie święto narodowe i po wysłuchania uroczystego ględzenia, wyruszają dwa, a nawet więcej pochodów, ponieważ strasznym polskim obyczajem, kłócimy się i nienawidzimy nawet świętując.
Obserwując maszerujących ONR-owców, aroganckich, bezczelnych, z emblematami faszystowskimi na piersiach, wrzeszczących zajadle o wiszących na drzewach komunistach, czerwonej hołocie, lewackich zdrajcach, którym się poderżnie gardła, i tym podobnych obiecankach, zastanawiam się, co oni robią na Święcie Niepodległości?
Wspólczesna polska młodzież
    To nie jest ich święto, ponieważ niepodległość Polski wywalczyli właśnie czerwoni socjaliści! To PPS – Polska Partia Socjalistyczna, której przywódcą był Józef Piłsudski, zamachami bombowymi na dygnitarzy carskich, organizacją Legionów i tworzeniem Wojska Polskiego, walczyła o tę, „która nie zginęła, póki my żyjemy!” To ci pogardzani dziś i wyszydzani „czerwoni” stojąc na szafocie, i mając już powróz na szyi, krzyczeli jak Stefan Okrzeja: - Niech żyje Polska!
    Tych głupich i tępych młodych faszystów, wyparliby się z pogardą ich rówieśnicy sprzed lat. Wspaniali chłopcy i śliczne dziewczęta z Armii Krajowej. Oni doskonale wiedzieli co to jest faszyzm, i jakie straszliwie niesie z sobą zagrożenia. Nie wiem, dlaczego tak nagle bardzo ogłupiała, zwykle mądra i buntownicza polska młodzież.
    Nieszczęsną tradycję skłóconego świętowania wynieśliśmy z niechlubnej przeszłości. Pod koniec XIX wieku na ziemiach Polski obchodzono różne narodowe święta – zwykle osobno. Jeden pochód maszerował z księdzem na czele, pod biało-czerwonymi chorągwiami i świętymi obrazami, śpiewają: - BOŻE, COŚ POLSKĘ! Skupiał miejscową elitę i konserwatywne mieszczaństwo.
W tym samym czasie szedł drugi pochód, pod czerwonymi chorągwiami. Mając w swoich szeregach inteligencję pracującą, lewicującą młodzież, robotników i miejską biedotę. Oni z kolei śpiewali CZERWONY SZTANDAR.
            Krew naszą długo leją katy, wciąż płyną ludu gorzkie łzy.
            Lecz wkrótce przyjdzie dzień zapłaty. Sędziami będziem wówczas my!
            Dalej więc, dalej więc wznieśmy śpiew; nasz sztandar płynie ponad trony.
            Niesie on, zemsty grom, ludu gniew. Wolności rzucając siew.
            A kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew.
    Tak więc od pokoleń kroczymy osobno świętując narodowe uroczystości i rocznice.
   Od kilku lat Święto Niepodległości kończyło się obrzydliwymi zadymami, wrzaskiem i bijatyką. Coś podpalano i coś niszczono. Jakimś dziwnym trafem tego roku było spokojnie. Nie stwierdzono bijatyk, nikt nic nie palił i nie rozbijał. PiS obwiniał Platformę Obywatelską, iż nie potrafiła dopilnować porządku w ubiegłoroczne święta i dopuszczała do ekscesów. PO zaś twierdzi, że to PIS organizował te zadymy, żeby 'uprzyjemnić” życie rządzącym władzom i wykazać ich nieudolność..
Ubiegłoroczny Marsz Niepodległości.
   Patrząc na maszerujące szeregi narodowców, odgrażających się opozycji, nie mam wątpliwości, kto był winien awanturom. Nie jestem pewna, czy wybudowanie świątyni Opatrzności Bożej, zminimalizuje wielkie grzechy naszego narodu. Bo nic nie wskazuje na to, żebyśmy chcieli się zmienić na lepsze.

poniedziałek, 14 listopada 2016

O MIŁOŚCI PANA I PSA.

   W okresie wojny, moją sypialnią był maleńki pokoik położony od strony ogrodu. Zajmowałam go z kuzyneczką Danusią, bo dom pękał po prostu w szwach, tyle krewnych i nie krewnych, napchało się do nas w 1944 roku, uciekając z kresów przed postępującą Armią Czerwoną.
 
Pradziad Władysław z rodziną na rok przed śmiercią.
 Często leżąc już w łóżku, przypatrywałam się wiszącym licznie na ścianie portretom i zdjęciom familijnym. Jedno szczególnie mnie zainteresowało, bo często widziałam jak Dziadzio Tadeusz zatrzymuje się przed nim i wpatruje się w duże, portretowe zdjęcie swego Ojca Władysława.
Pradziad Władysław, siedział na zdjęciu, w wielkim wolterowskim fotelu, trzymając obie złożone dłonie na kolanach. Obok fotela przysiadł jego pies i położył głowę na kolanach pana, patrząc na niego wzrokiem pełnym nieopisanej psiej miłości. Pies nazywał się Grot i był przepięknym okazem setera irlandzkiego. Pradziad przywiózł malutkie szczenię z podróży do Wielkiej Brytanii i sam go wychował. W czasie przedpowstaniowym, pradziad należał jeszcze do ludzi bardzo zamożnych, i jak w każdym dużym dworze na kresach wschodnich, psów było mnóstwo w psiarni, doglądanych przez psiarczyków, Były tam ogary polskie i charty. Lecz najukochańszym psem pradziada był właśnie Grot, nazwany tak dlatego, że był szybki jak grot wypuszczony z łuku. Setery są psami myśliwskimi i Grot uczestniczył w każdym polowaniu pradziadka, posłusznie aportując mu zestrzelone kaczki i dropie, oraz wystawiając w lesie grubszą zwierzynę.
 Pan i pies nie rozstawali się ani na chwilę. Wieczorem Grot spał na dywanie obok łóżka pradziada, w dzień towarzyszył mu w konnym przejażdżkach po stepie, albo leżał pod wielkim biurkiem, czekając aż pan skończy pracować i wyjdzie na spacer. Grot nie był psem towarzyskim. Mało który z domowników cieszył się jego sympatią. Później, na starość, odrobiną przyjaźni zaszczycał mego Dziadka Tadeusza i raczył się z nim nawet bawić. Prababki Ewy zdecydowanie nie lubił, bo zimna i wyniosła baronówna austriacka, patrzyła na niego nieufnie podejrzewając, że pies ma pchły! Często kłóciła się z pradziadkiem Władysławem o to, aby Grota z sypialni wyeksmitował. Pradziad pretensje żony przyjmował z oburzeniem, zapewniając ją, że Grot pcheł nie ma, i będzie spał w sypialni. Koniec dyskusji!
  
Kiedy w Królestwie Polskim, czyli Kongresówce, wybuchło Powstanie Styczniowe 23 stycznia 1863 roku, pradziad Władysław zdecydował się wziąć w nim udział. Ale prababka Ewa urządziła mu okropną scenę, płacząc, krzycząc i mdlejąc, aż w końcu machnął ręką i wyjazd odłożył. Wtedy jeszcze mego Dziadzia Tadeusza nie było na świecie. Żyli już dwaj jego starsi bracia - Józef, późniejszy oficer austriacki i Kazimierz, który zamieszkał w Anglii w latach dwudziestych ub.wieku i stał się Brytyjczykiem z wyboru.
   Pradziad poczekał do kwietnia, a kiedy na ziemiach kresowych, zaczęto coraz częściej wymieniać nazwisko pułkownika Dionizego Czachowskiego, podziwiając jego sukcesy militarne, pradziad nie namyślał się długo. Spakował manatki, kazał osiodłać sobie dobrego konia i pożegnał się z żoną i dziećmi. Tym razem prababka Ewa znalazła się właściwie. Nie robiła scen, tylko zawiesiła mężowi na wstążeczce srebrny medalik z Częstochowską, zakreśliła krzyż na czole i kazała pobłogosławić dzieci na wypadek, gdyby mąż już z powstania nie wrócił.    Problem wyniknął, co zrobić z Grotem?
   Na wszelki wypadek pradziad osobiście przywiązał go grubym rzemieniem w psiarni, obawiając się wziąć tak cenne zwierzę powstańczego obozu. Ale nie wyszedł jeszcze dobrze z psiarni, gdy Grot kilkoma kłapnięciami szczęk przeciął rzemień jak nożem, i pobiegł za swoim panem. Potem zamknięto go na stryszku, lecz pies tak strasznie wył i rzucał się na drzwi, że pradziad w obawie, że pupil może zachorować, lub skoczyć przez okno i zabić się, postanowił wziąć go z sobą! Grot szalał z radości, obszczekując wierzchowca, na którym jechał pradziad.
   Obaj zniknęli na ponad półtora roku i ślad po nich zaginął. Raz tylko prababka Ewa, otrzymała od męża kartę pocztową z kilkoma banalnymi frazesami. Datowana była na grudzień 1863 roku. I to była ważna wiadomość, że do tego czasu pradziad jeszcze żył. Do domu powrócił już po upadku powstania w lecie 1864 roku, zbiedzony, zagłodzony po pobycie w szpitalu w Krakowie, gdzie był leczony z ciężkiej rany postrzałowej. Zanim prababka zdołała się mężem nacieszyć, zjawili się austriaccy policjanci i aresztowali pradziada, osadzając go w Zamku Lubomirskich w Rzeszowie. Siedział sam w malutkiej celi i przez zakratowane okienko spoglądał na aleję kasztanową, po której przeszło sto lat później chodziła jego prawnuczka, czyli ja!
Zamek Lubomirskich w Rzeszowie i moja ulubiona aleja.
    Władze austriackie za przykładem Rosji, zaczęły stosować coraz bardziej brutalne metody wobec byłych powstańców. Dawały im do wyboru: albo deportacja do Rosji i szubienica lub Sybir, albo podróż do Meksyku, jako mięso armatnie armii austriackiej arcyksięcia Maksymiliana, walczącego z Juarezem, legalnym prezydentem Meksyku. Prababka Ewa pochodziła ze starej arystokratryczmnej i skoligaconej rodziny austriackiej. Zwróciła się listem do samego cesarza Franciszka Józefa I, błagając monarchę o ułaskawienie męża. Władca w drodze łaski, kazał pradziada wypuścić z więzienia, rozkazując złożyć mu przysięgę, że więcej nie będzie się mieszał do polskich awantur politycznych.
   Pradziad Władysław złożenia przysięgi odmówił, ale i tak został wypuszczony i wrócił do domu na kresy. Tam okazało się, że domu już nie ma, bo władze austriackie skonfiskowały mu całe dobra na rzecz skarbu państwa! Został dosłownie w jednej koszuli, z żoną i dwojgiem dzieci, a trzecie ( mój Dziadek Tadeusz) było w drodze. Aha, naturalnie był jeszcze Grot! Pies odbył ze swoim panem całą gehennę powstaniową, nigdy się z nim nie rozstając.
   Kiedy było głodno, a często tak bywało, Grot polował i zawsze coś przynosił swemu panu. To zająca, to jakiegoś ptaka lub lisa. Raz nawet stoczył ciężką, ale zwycięską walkę z młodym jeleniem. Pradziad służył w kawalerii pułkownika Dionizego Czachowskiego i kiedy pędził na koniu do ataku, pies biegł przy jego wierzchowcu, strasząc szczekaniem kozackie i dragońskie konie, a nawet gryzł je po nogach! Raz został ranny, a pradziad wyniósł go na własnych rękach z pola bitwy.
    Gdy pradziad przebywał w więzieniu, Grot leżał pod bramą i nie pozwolił się nikomu ruszyć. Rzucał się na wartowników jak wściekły i skakał im do gardła. Przepędzany wracał uparcie. Jego wierna miłość w końcu wzruszyła serca żołnierzy i pies dostawał od nich wodę do picia oraz jakieś ochłapy do jedzenia. Strasznie wychudł, lecz doczekał uwolnienia swego pana. Kiedy pradziad wyszedł z bramy Zamku, Grot skoczył mu na piersi, skomląc, niemal płacząc z radości. Odtąd znowu byli nierozłączni. Pradziad nie mógł wrócić na kresy, tułał się po wsiach i miasteczkach Podkarpacia, nauczając w szkołach wiejskich. Po kilku latach, ponieważ był człowiekiem wykształconym, otrzymał posadę profesora łaciny i języka greckiego w gimnazjum w Jaśle. Grot towarzyszył mu nawet na lekcjach, ku wielkiej uciesze uczniów.
   Pod koniec XIX wieku, nastąpiło zatarcie kary pradziada i Austriacy zezwolili mu na powrót w rodzinne strony na kresy. Wprawdzie już nie do skonfiskowanego majątku, ale do dwóch niewielkich folwarków, stanowiących cząstkę posagową babki pradziada Władysława, pochodzącej z książąt Woronieckich. W tym niewielkim mająteczku spędził pradziad Władysław ostatnie lata swego pracowitego życia, polując z Grotem na dropie.
   Pewnego dnia, latem, pradziad wróciwszy z konnej przejażdżki na pola, poczuł się bardzo senny. Położył się w swoim gabinecie na kanapie i powiedział do prababki Ewy:
  - Wiesz co, Ewuniu, mam wielką ochotę na smażone młode ziemniaczki z kwaśnym mlekiem.
   Prababka wyszła do kuchni wydać dyspozycje, a kiedy powróciła do pokoju, pradziad już spał. Przy kanapie leżał na dywaniku Grot i powitał prababkę krótkim warknięciem ostrzegając, że pan śpi i nie należy mu przeszkadzać. Prababka wyszła, bo pies miał niemiły zwyczaj skracać zębami jej suknię. Po jakimś czasie usłyszano z gabinetu głośny pisk, a potem rozpaczliwe wycie Grota. Kiedy domownicy wpadli do pokoju, zobaczyli, że pies wspina się na kanapę i liżąc pradziadka po rękach, próbuje go ocucić, ale było już za późno. Pradziad Władysław nie żył, umarł na atak serca, choć nigdy w życiu na serce nie chorował.
    Grot leżał przy katafalku i nie ruszał się z miejsca, nie jedząc i nie pijąc. Po pogrzebie pradziadka zniknął. Szukano go wszędzie, płacono nawet za wiadomość o psie, ale nikt nic nie wiedział. W jakiś czas po pogrzebie, Dziadek Tadeusz wybrał się na cmentarz, odwiedzić grób Ojca, i ku wielkiemu zdumieniu, ujrzał na płycie grobowca leżącego Grota. Pies nie żył już od kilku dni, prawdopodobnie pękło mu serce. Był już staruszkiem, przeżył przeszło dwadzieścia lat, ale jego samotna śmierć na grobie pana, zrobiła na wszystkich domownikach i mieszkańcach wsi, wstrząsające wrażenie. Prababka Ewa kazała wykopać psu grób, obok grobowca jego pana. Potem powstały nawet legendy o jadącym nocą na koniu dziedzicu, przy boku jego konia biegł wierny pies.
Marszałek Piłsudski dekoruje weteranów powstania Styczniowego.
    Pradziad nie dożył wolnej Polski i tych zaszczytów, jakie Marszałek Piłsudski przygotował dla weteranów powstania. Nie dostał medalu za udział w postaniu, a jego szara powstańcza kurtka, konfederatka i szabla, zaginęły w 1939 roku, gdy Dziadkowie musieli uciekać, pozostawiając dwór na stracenie. Nie pozostało po domu śladu, jak również po cmentarzu, na którym spoczywał snem wiecznym pradziad Władysław i jego wierny pies.
   Zdjęcie pradziadka Władysława z Grotem, na które lubił patrzeć Dziadek Tadeusz, zostało zniszczone w czasie aresztowania siostry Ojca, cioci Stanisławy. Ubowcy zdjęli zdjęcie ze ściany, rozbili szkło, a samą fotografię podarli i podeptali nogami. wskrzesiłam Grota na kartach mojej książki "Kochankowie Burzy".

wtorek, 8 listopada 2016

KAMIENIARZ I PANNA HRABIANKA.


8 listopada 2016
Opowiem historię, która mogłaby wyjść spod pióra Heleny Mniszek, w jakimś rzewnym i łzawym, naiwnym romansidle. Obawiam się także, aby ktoś nie posądził mnie o zbyt wybujałą fantazję. Ale zaręczam, że to samo życie napisało tę dziwną historię, dotyczącą mego bardzo bliskiego krewnego, żyjącego pod koniec XIX i w XX wieku.
Wasilewski. Po polowaniu na łosia.
W 1843 roku, bogaty ziemianin kujawski zginął w wypadku na polowaniu. Podejrzewano jednak, że to wcale nie był wypadek! Jego młoda żona, córka hrabiego, znanego wołyńskiego magnata, zmarła przy porodzie, wydając na świat synka - pogrobowca. Sierotą zaopiekowali się najbliżsi krewni, brat ojca, czyli stryj i jego małżonka, dając mu na chrzcie imię Józef. W kilka tygodni po pogrzebie bratowej, wyjechali z dzieckiem za granicę i tam podobno chłopczyk zmarł. Z taką żałobną wiadomością powrócili do domu. 
W rzeczywistości dziecko żyło i zostało przez „kochanych krewnych” oddane kujawskiemu chłopu na wychowanie. Jego stryj, ze skromnego rezydenta, stał się bogatym właścicielem dużego majątku ziemskiego!  Zapewne był przekonany, iż dobrze zabezpieczył się przed ewentualnymi roszczeniami prawowitego spadkobiercy. A jednak przegapił coś bardzo ważnego. Pozostawił chłopcu jego rodowe nazwisko!
Chełmoński. Burza.
 Jako dorosły mężczyzna, Józef wspominał, że widywał czasami elegancką karetę i pięknie ubraną damę, która płaciła gospodarzowi za jego pobyt. Zawsze przypatrywała się chłopcu wzrokiem pełnym wrogości. Nieszczęsny dzieciak, wnuk hrabiego, pasał krowy, spał w oborze i często głodował, bo gospodarz go nie rozpieszczał i lał batem ile wlezie. Nie potrafił czytać ani pisać, nie chodził do szkoły. Ale dobrze liczył, a natura hojnie obdarzyła go urodą i talentem.
Chełmoński Dym.
Potrafił pięknie rzeźbić. Mając lat dwanaście, uciekł od gospodarza i na piechotę zawędrował do Gniezna. Padając z głodu i wyczerpania, dowlókł się na cmentarz i tam postanowił umrzeć. Na szczęście znalazł go grabarz, będący również kamieniarzem i przygarnął do siebie. Chłopiec pracował u niego kilka lat, tylko za dach nad głową i strawę, rzeźbiąc posągi na nagrobkach. W końcu, ktoś zainteresował się jego pracą i poradził mu, żeby spożytkował swój talent i zaczął pracować samodzielnie.
Józef miał głowę do interesów i po kilku latach miał już własny zakład kamieniarski i wiele zamówień na rzeźby do rezydencji arystokracji wielkopolskiej i gmachów urzędowych. Pomimo braku wykształcenia, nie był zwykłym rzemieślnikiem, lecz utalentowanym artystą rzeźbiarzem. Mnóstwo jego prac zdobiło różne pałace, parki i cmentarze. Między innymi rzeźbił ozdoby w Kórniku dla hrabiego Zamoyskiego.
Zamek w Kórniku.
Mając dwadzieścia pięć lat ożenił się z panną, która spadła mu na głowę! Wcale nie w przenośni, lecz dosłownie. Tu znowu opowiem coś, co zakrawa na szmirowaty romans, ale jest rzetelną prawdą.
Na pensji klasztornej wychowywała się panna hrabianka. Mając dziesięć lat, została oddana na klasztorną pensję dla dziewcząt z arystokratycznych rodzin. Była dziwnym dzieckiem, bardzo zamkniętym w sobie i antypatycznym, pomimo oryginalnej urody złotej blondynki, o bursztynowych oczach. Jej ojciec poległ w Powstaniu Styczniowym. Z matką, słynną z piekności, nie potrafiła nigdy nawiązać serdecznych więzi. Obie się wzajemnie nie lubiły. Pewnego dnia, piętnastoletniej panience znudził się klasztorny rygor i postanowiła rozstać się z pensją, naturalnie bez wiedzy opiekunek. W tym celu, przystawiła do muru ogrodowego drabinę i skoczyła... Prosto na głowę swego przyszłego męża!
To był skandal na miarę całej Wielkopolski. Młodziutka hrabianka ucieka z klasztoru i mieszka z kamieniarzem! Z Paryża przyjechała matka panny, przybyła ciotka z Gniezna i inni krewni, próbując dziewczynę utemperować i nawrócić ją na drogę cnoty. Bez rezultatu. Panna dała im do zrozumienia, że jest przy nadziei, jak to się wtedy delikatnie mówiło, więc klamka zapadła! Matka musiała wyrazić zgodę na ślub, ale twardo zapowiedziała córce przy świadkach, że nie uważa już jej za swoje dziecko i w testamencie jej nie uwzględni.
Wnętrze Katedry z grobem św. Wojciecha.
 Młoda para pobrała się w katedrze gnieźnieńskiej, ślub był bardzo skromny, cichy i chyba w złą godzinę. Po roku urodził się śliczny złotowłosy chłopczyk. Ojciec szalał z radości, matka również bardzo go kochała. Wkrótce potem kobieta wydała na świat drugiego chłopca.  W momencie, kiedy go rodziła, w sąsiednim pokoju umierał starszy synek na jakąś nieznaną chorobę. Po dwóch latach kobieta znowu spodziewała się dziecka. W lipcu 1886 roku, powiła córeczkę. Gdy dziewczynka się rodziła, o tej samej godzinie jej starszy braciszek,”złotowłosy aniołek,”zmarł nagle na nieznaną chorobę.
Straszne, prawda? Zaczęto szeptać o przekleństwie ciążącym na tej rodzinie. Powiadano, że ciąży nad nią klatwa jakiegoś księdza, rzucona w chwili jego tragicznej śmierci
Matka znienawidziła nowonarodzoną dziewczynkę, bo dziecko miało  ciemne włoski i żyło. Matka nazywała ją czarownicą i życzyła jej śmierci, obwiniając ją o spowodowanie śmierci brata. Ale mimo to córka żyła i doczekała się przyjścia na świat młodszego rodzeństwa. Po jej urodzeniu, żadne z mlodszych dzieci już nie zmarło. Rodzina Józefa była nie tylko nieszczęśliwa, lecz wprost toksyczna! Matka nie znosiła własnych dzieci i wcale nie zajmowała się domem. Dzieci bały się matki i nienawidziły jej, bo potrafiła bić bez opamiętania. Kiedy męża nie było w domu, kobieta pięknie wystrojona, ulatniała się gdzieś na wiele godzin, nie troszcząc się o pozostawione w domu potomstwo.Miała dużo pieniedzy, bo mąż miał mnóstwo zamówień i świetnie zarabiał.
Pracownia rzeźbiarska.
  Rozkręcił swój zakład, otwierając dużą pracownie rzeźbiarską i zatrudniając wielu młodych  czeladników.        
Przynosił żonie pieniądze w złotych markach, ale na drugi dzień, nie było już za co ugotować obiadu.    Pieniądze gdzieś znikały, nie wiadomo gdzie. Józef z rozpaczy zaczął się upijać, przychodził do domu nietrzeźwy i robił żonie głośne awantury, tłukąc wszystko, co mu wpadło pod rękę. Zdarzało się, że kilka razy podniósł na małżonkę rękę. Wtedy najstarsza dziewczynka, zabierała młodsze   rodzeństwo i uciekała z nimi do ogrodu. Bywało, że nocowali pod gołym niebem. To ona, a nie matka, wychowała siostry i braci.
Dziećmi interesowała się tylko starsza, bogata ciotka Binia, mieszkająca w Gnieźnie. Bardzo kochała poważną dziewczynkę i postanowiła jej pomóc. Zaproponowała matce, że zabierze Jadwigę do siebie, wykształci ją i da posag. Matka zgodziła się, lecz w dniu wyjazdu córki, dosłownie się wściekła! Rzuciła w nią ciężkim wazonem, o mało jej nie zabijając. Podarła w strzępy śliczną nową sukienkę, jaką córka miała na sobie, i siłą zatrzymała dziewczynkę w domu, zrywając z ciotką wszelkie stosunki.
Znienawidziła ciotkę Binię jeszcze bardziej od momentu, gdy po przedwczesnej śmierci matki okazało się, że ta dotrzymała zapowiedzianej decyzji wydziedziczenia córki. Cały swój majątek ziemski (a był to duży majątek) oraz biżuterię i akcje Kolei Brytyjskich, zapisała właśnie swojej ukochanej siostrze ciotecznej i jej synom.  Córce nie dała absolutnie nic! Kobieta dostała na pogrzebie matki ataku szału i urządziła ciotce karczemną awanturę. Piekliła się do tego stopnia, że trzeba ją było wyprosić z domu żałoby. Po tym skandalu, rodzina przeniosła się z Gniezna do Poznania.
Stary cmentarz w Gnieźnie.
Józef nauczył się czytać i pisać od córki Jadwigi. To ona codziennie czytała mu na głos gazety i książki. Miał wtedy już czterdzieści lat i był zapalonym zbieraczem pamiątek historycznych i dzieł sztuki. Józef nie chciał skandalu rodzinnego i nigdy nie wystąpił do sądu, o zwrot nieprawnie zagrabionego majątku.        Często opowiadał córce o wielkości i koligacjach swego rodu herbu Nałęcz. Ciekawe, że po zakończeniu I wojny światowej, dzieci okrutnego stryja, który pozbawił  Józefa majątku, odezwały się do niego i zaprosiły go do swojej posiadłości, będącej de facto jego własnością. Ale Józef był już wtedy bogatym człowiekiem i nie chciał ich znać. Wybudował dużą kamienicę, córki powychodziły świetnie za mąż, synowie mieli wyższe wykształcenie. Jeden był profesorem medycyny i posiadał własny szpital, drugi został dyrektorem dużego zakładu przemysłowego, trzeci był oficerem WP.      Córka Jadwiga była moją Babcią i często opowiadała mi o swojej babce, pięknej i nieszczęśliwej Ninie. Wydawało mi się wtedy, że słucham bajki o Kopciuszku, który poślubił księcia. Ale życie nie jest baśnią i nie zawsze kończy się szczęśliwie.
 Mogłabym napisać wiele ciekawych rzeczy o tej dziwnej rodzinie, w której zdarzały się niesamowite zjawiska paranormalne, ale to już zupełnie inna historia i lepiej o niej nie wspominać. Szczególnie na noc!