czwartek, 9 stycznia 2014

Wigilijne wspomnienia.

23.12.2013 r.  

            Nie znoszę współczesnych świąt Bożego Narodzenia. Są obrzydliwie skomercjalizowane, pozbawione treści i wielkiego przesłania. Już od listopada na reklamach widać choinki, i na wszelkie sposoby odmieniane jest słowo święta, aż robi się niedobrze. Wydaje się, że Boże Narodzenie istnieje jedynie po to, żeby się najeść. Świętego Mikołaja pozbawiono świętości, a wzbogacono o sanki i renifery, chociaż pochodził z  kraju nad Morzem Śródziemnym i nie miał nic wspólnego z Laponią. W dzieciństwie miałam książeczkę z kolorowym wizerunkiem św. Mikołaja w bogatym stroju biskupim. Pamiętam nawet fragment wierszyka z tej ślicznej książeczki: „Święty Mikołaju, patronie dziecinny, przybądź tu dziś do mnie w miłe odwiedziny.” Ale to było już dawno temu, kiedy św. Mikołaj był dobrotliwym biskupem, a nie atrapą reklamową.
            W Stanach Zjednoczonych, podobno już nie wolno wystawiać szopek, śpiewać kolęd i życzyć sobie wesołych świąt, tylko dobrego wypoczynku w dniu wolnym od pracy!  Oj, coś mi to mocno przypomina stalinowskie czasy w ZSRR. A przecież Amerykę Północną kolonizowali Anglicy i inne narody, właśnie z chrześcijańskiej Europy. Mniejsza z tym. Ameryka już dawno zerwała związki z kulturą i cywilizacją europejską, stając się dziwadłem.
            Ja najchętniej wracam pamięcią do dawnych świąt Bożego Narodzenia, kojarzących mi się zawsze ze śniegiem i mrozem. Bez reklam, hałaśliwego wrzasku reklam, neonów i bilbordów. Kolęd nie  śpiewało się przed Wigilią,  tylko pieśni adwentowe. Jakże  inne były tamte dawne święta. Spokojne, ciche i bardzo piękne, prawdziwie polskie. Bez sztucznego drzewka, z pachnącą lasem choinką i ozdobami, które sami robiliśmy. Kolorowe łańcuchy z bibułki, orzechy w złotych papierkach, srebrzone szyszki, małe jabłuszka i mnóstwo cukierków w barwnym opakowaniu. Wieszało się włosy anielskie i rozrzucało po gałązkach choinki watę, niby śnieg. Nie było elektrycznych lampek, tylko świeczki, które zapalało się w czasie wigilii. Jakie to było piękne i romantyczne... Opowiadał mi Ojciec, że niegdyś na kresach, w noc wigilijną, dzieci lubiły nawet spać pod choinką, tuląc do siebie otrzymane prezenty. Ojciec, leżąc pod drzewkiem zapamiętał, że pomadki czekoladowe owinięte były w papierki z piękną talią kart.
            Istniało mnóstwo wróżb i zakazów w ten szczególny wieczór. Na przykład gałązka wiśni, włożona przez młodą dziewczynę do wazonu w dzień św. Łucji, zakwitała w Boże Narodzenie. Było to świadectwo, że  panna dobrze się prowadzi i rychło wyjdzie za mąż.  Na Śląsku wierzono, że ile obcych osób wejdzie w czasie wigilii  do domu, tylu bliskich przeniesie się w następnym roku na drugi świat. Ciekawe, że w czasie pewnej wigilii, dwie sąsiadki przyszły do nas  z życzeniami, a listonosz z listem zatrzymał się w drzwiach. W następnym roku zmarła babcia i dziadek, a Mama bardzo ciężko zachorowała, była po prostu na progu śmierci.
            Łuski z karpia włożone do portfela, przynosiły powodzenie w interesach. Opłatek przechowywano do następnej wigilii i nim się dzielono. Zachowywano jedną świeczkę z drzewka i nią zapalano świeczki w roku następnym. Nie wolno było żadnej potrawy wigilijnej wyrzucić. Nie dojedzone potrawy palono. Igły z choinki zbierano i również zachowywano do następnego święta, paląc nimi w piecu przy wigilii. Zresztą choinki nikt nigdy nie wyrzucał. To dziś praktykuje się ten  brzydki zwyczaj. Dawniej drzewko stało do Matki Boskiej Gromnicznej, a wtedy choinkę rozbierano, igły chowano, a pieniek cięto i palono nim w piecu. Inna rzecz, że centralnego ogrzewania wówczas jeszcze nie było. Pokoje były wielkie, strychy obszerne, chowało się tam niepotrzebne rzeczy.
            Szczególną przygodę w Boże Narodzenie przeżył mój Ojciec. Gdy wybuchła I wojna światowa, miał dwanaście lat. W Galicji, władze austriackie wszystkich wyższych urzędników cesarskich, przenosiły na czas wojny do Austrii. Mój Dziadek Tadeusz zajmował ważne stanowisko w dyrekcji kolei, i obowiązany był ewakuować się wraz z rodziną. Pięcioro dzieci, Dziadek i Babcia. Otrzymał przeniesienie do Salzburga! Babcia Pelagia z płaczem spakowała  najpotrzebniejsze rzeczy i cała familia żegnana rzewnie przez rodzinę, wsiadła do pociągu. Miejsca mieli w wagonie I-wszej klasy, ale podróż w związku z działaniami wojennymi, ciągnęła się w nieskończoność. Transporty wojskowe przepuszczano w pierwszej kolejności i czasem pociąg osobowy stał dzień lub dwa, na jakimś  nieznanym dworcu, lub nawet na trasie. Powoli kończyły się zapasy żywności zabrane z domu i trzeba było zaopatrywać się w wiktuały w dworcowych restauracjach, z powodu wojny niezbyt obficie zaopatrzonych.  Pociąg minął Linz, stolicę Górnej Austrii, i jechał górzystą okolicą w kierunku Salzburga. W Linzu rodzina miała trzy dni przerwy w podróży, lecz w samą wigilię Bożego Narodzenia trzeba było ruszać w drogę.
            Po kilku godzinach jazdy, pociąg zatrzymał się na niewielkiej stacji kolejowej Attnang- Puchheim.  Ojciec siedzący dotąd grzecznie przy Dziadku, postanowił skorzystać z toalety.
            - Mamo, idę psi-psi! - oznajmił Babci i wyszedł z przedziału.                                                     
            Miał biedak pecha, bo toaleta w wagonie była właśnie zajęta i musiał czekać pod drzwiami, przestępując z nogi na nogę. Trwało to tak długo, że nie mógł już wytrzymać, więc postanowił wysiąść z wagonu i poszukać toalety dworcowej, lub ulżyć sobie gdzieś w kąciku. Austriacki kolejarz wskazał mu toaletę w budynku dworca. Ojciec zrobił swoje i zadowolony wyszedł, z osłupieniem stwierdzając, że na peronie nie ma już pociągu! Odjechał, a on został w nieznanym mu miejscu i w obcym kraju sam, okropnie przerażony.  Nie wiedział, co ma z sobą zrobić i powziął lekkomyślnie błędną decyzję. Postanowił iść za pociągiem, w złudnej nadziei, że gdzieś może go dogonić. Jak pomyślał, tak zrobił. Nie radząc się nikogo, poszedł torami, na których poprzednio stał pociąg, prosto przed siebie. Był dwunastoletnim chłopcem, bez domu i opieki, zagubionym w górzystym terenie, w wigilię Bożego Narodzenia. Czy może być coś bardziej żałosnego?
            Szedł uparcie torami, w coraz bardziej dzikim odludnym krajobrazie. Chwilami tory biegły niemal skalistym wąwozem, pomiędzy dwiema górami. Dokoła panowała głucha cisza, tylko chwilami porywisty wiatr szumiał koronami wyniosłych drzew, rosnących na skałach. Zbliżał się wieczór, robiło się coraz ciemniej i straszniej. Minął żelazny most, wiszący nad rwącą górską rzeką, która nawet w zimie nie zamarzała i szedł coraz wolniej, zmęczony, przerażony i zmarznięty. Wychodząc z przedziału, nie wziął nic ciepłego, był w samym swetrze, z gołą głową.
            W grudniu dni bywają krótkie i prędko zapadła ciemna pochmurna noc. Coraz gęściej sypał śnieg, pokrywając wędrującego chłopca białym, lodowatym puchem. Cały był skostniały i groziło mu wychłodzenie organizmu. Po jakimś czasie, Ojcu zabrakło sił i zamierzał usiąść na jakimś kamieniu i odpocząć. Zrezygnował z  męskiej dumy i po prostu zaczął płakać jak  dziecko, którym zresztą był jeszcze. Ta wędrówka w ciemności, mogła się dla niego skończyć tragicznie, ale  w Boże Narodzenie widocznie naprawdę dzieją się cuda, bo nagle Ojciec dostrzegł przed sobą w oddali małe światełko. Natychmiast przybyło mu sił i pobiegł w tamtą stronę. Był to domek dróżnika, a na progu stała młoda kobieta, patrząc na wychodzącego z ciemności Ojca, jak na zjawę.
            - Kam idesz, milaczku? - spytała po czesku, przypatrując się Ojcu ze zdumieniem.              Szczęściem w nieszczęściu, Ojciec znał perfekt niemiecki, bo w szkole galicyjskiej był to język obowiązkowy. Ocierając łzy, opowiedział żonie dróżnika, co go spotkało. Kobieta wprowadziła go do domku i przedstawiła mężowi, wąsatemu Austriakowi siedzącemu przy suto zastawionym stole. W kuchni było tak przyjemnie ciepło, cudownie pachniał wanilią świeżo upieczony placek z owocami. Ojciec miał ogromne szczęście, trafił na dobrych, serdecznych ludzi, którzy autentycznie wzruszyli się jego nieszczęściem. Za moment siedział już przy ciepłym piecu otulony w koc, nakarmiony smacznymi potrawami i opity kakao.  Czeska żona dróżnika, rozczulała się nad Ojcem, nazywając go Pepikiem ( Józiem) i ubolewając nad zmartwieniem jego rodziców.
            Dróżnik  postanowił pomóc Ojcu. Niedługo miał przejeżdżać tamtędy wojskowy pociąg pośpieszny do Salzburga. Ku wielkiej wdzięczności i zdumieniu Ojca, dróżnik zatrzymał pociąg i Ojciec, wycałowany przez jego żonę i pobłogosławiony na drogę, znalazł się w salonce, pełnej wyższych  austriackich oficerów.  Panowie zaskoczeni niespodziewanym pasażerem, przyjęli Ojca uprzejmie i troskliwie się nim zaopiekowali. Rano, obładowany czekoladą, pomarańczami i już spokojny o swój los, wysiadł z wagonu na dworcu w Salzburgu. Na peronie czekali już na niego rodzice. Dziadek Tadeusz powiadomił władze kolejowe o zaginięciu syna. Wielu ludzi szukało Ojca tej nocy w Attnang-Puchheim  i w okolicy, ale bez  skutku.  Biedna Babcia szalała z rozpaczy,  wyobrażając sobie najgorsze.
            Ujrzawszy syna żywego, uśmiechniętego i w najlepszym zdrowiu, straciła nerwy i wlepiła mu na powitanie kilka mocnych klapsów, a potem z płaczem chwyciła go w ramiona i wycałowała. Tej przygody Ojciec nie zapomniał do końca życia. W Salzburgu mieszkali przez trzy lata. Zawsze ciepło wspominał przepiękne miasto Mozarta i Austriaków, którzy okazywali im życzliwość i przyjaźń.

            Ostatni rok wojny rodzina spędziła w Czechach, na wspaniałym zamku Karlsteinie, dawnej rezydencji cesarza Karola IV, gdzie odbyły się jego zaślubiny z księżniczką Elżbietą z rodu Piastów, wnuczką króla Kazimierza Wielkiego. Salzburg i Karlstein zawsze drogie były sercu Ojca i tę miłość przekazał w spadku mnie.