wtorek, 15 kwietnia 2014

Burzliwa rocznica.



10.04.2014 r.
                       Mam zwyczaj, wpojony mi przez Ojca, i każdego dnia zapisuję w kalendarzu, jaka jest pogoda, co robiłam, a nawet co było na obiad. Dlatego z łatwością mogę powrócić wiele lat wstecz , by wiedzieć, co się w danym dniu działo.
            Ale nie muszę sięgać do kalendarza, bo tę akurat datę pamiętam bardzo dokładnie.
            To była sobota, zimny kwietniowy ranek. Słońce słabo przeświecało przez chmury. Wstałam dosyć wcześnie, żeby nastawić obiad i pojechać, jak co sobotę, na cmentarz i zapalić znicze na grobie Rodziców. Włączyłam telewizor, aby sobie oglądnąć kolejny odcinek serialu, lecz niespodziewanie, zamiast zapowiedzi  programu, na ekranie pojawił się prezenter i z widocznym na twarzy zdenerwowaniem, nieco drżącym głosem oznajmił, że prezydencki samolot Tu-104, uległ wypadkowi przy lądowaniu w Smoleńsku. Mogą być ranni...
            Zastygłam z wrażenia przed telewizorem i wpatrywałam się oniemiała w ekran. Jednak byłam przekonana, że to tylko jakiś błąd przy lądowaniu i z pewnością wszystko zakończy się szczęśliwie. Zrezygnowałam z jazdy na cmentarz i w napięciu słuchałam napływających do telewizji i radia informacji. Coraz bardziej roztrzęsieni spikerzy i prezenterzy, podawali  dosyć sprzeczne wiadomości, przerywając wszelkie inne programy.
            Nie jestem osobą nadmiernie pobożną, lecz modliłam się, żeby nie usłyszeć najgorszego. Bo oprócz prezydenta i jego małżonki, leciało samolotem tylu wspaniałych ludzi. Między innymi, mój ulubiony aktor pan Zakrzeński, często kreujący rolę Marszałka Piłsudskiego. Nie rozumiałam, dlaczego  prezydencki samolot lądował w Smoleńsku, nie posiadającym dużego lotniska, mogącego przyjmować wielkie samoloty pasażerskie. Wśród natłoku mniej lub bardziej prawdopodobnych informacji, nadeszła w końcu ta najstraszniejsza: NIKT NIE PRZEŻYŁ!!
            Boże, kraj stał w obliczu najstraszniejszej katastrofy w dziejach. Zginął prezydent, głowa państwa polskiego, pani prezydentowa oraz najwyżsi dostojnicy Państwa. Generalicja, członkowie Senatu i Sejmu, biskupi, księża, były prezydent Polski na uchodźstwie pan Kaczorowski, Anna Walentynowicz i wielu innych znanych ludzi, ze wszystkich ugrupowań politycznych. To się po prostu nie mieściło w głowie.
            Przez cały dzień przesiedziałam przed telewizorem, ze zgrozą obserwując straszne obrazy z katastrofy. Pamiętam, że wściekłam się, bo mieszkający pode mną w kawalerce wesoły młodzieniec, właśnie ten okropny dzień wybrał sobie na balangę. Wrzaski, śmiechy i rockowy łomot tak mnie zdenerwowały, że wezwałam policję. Nareszcie się uspokoili. Debilów bez wyobraźni ci u nas dostatek!
            Pamiętam dokładnie wrażenie, jakie na osobach z polskiej delegacji rządowej przebywającej w Katyniu, zrobiła ta straszliwa wiadomość. Nie chcieli po prostu uwierzyć, że to zdarzyło się naprawdę. Pamiętam również  wielką serdeczność okazywaną nam w dniu katastrofy i w następnych dniach przez Rosjan.  Przez władze państwa i prostych ludzi płaczących, modlących się,  i szczerze dzielących z nami  smutek po tragedii.
            Ochłonąwszy z pierwszego szoku, zaczęłam zadawać sobie pytania. Po co prezydent wybrał się do Katynia, kiedy przebywała tam właśnie rządowa delegacja z premierem i rodzinami ofiar katyńskich? Odpowiedź była oczywista. Lech Kaczyński nie znosił premiera Tuska i pragnął obecnością swoją i najwyższych dostojników państwa w Katyniu, zminimalizować ważność delegacji rządowej. Ot, taka prezydencka zachcianka. W tym celu załadował do samolotu  najważniejszych ludzi w państwie i poleciał.
            Z doniesień nadesłanych zaraz po katastrofie wiadomo, że pilot samolotu mógł lądować gdzie indziej, w Kijowie lub w Mińsku. Ale ze Smoleńska było najbliżej do Katynia, a pan prezydent się śpieszył! Przypominam sobie skandal, jaki wybuchnął, kiedy Lech Kaczyński leciał do Gruzji, a pilot odmówił lądowania na lotnisku, które nie gwarantowało bezpiecznego  lądowania.      Prezydent dosłownie wymógł na biedaku lądowanie, a następnie wywalił go z pracy! Pilot prowadzący prezydencki samolot Tu-104, być może nie odważył się wyrazić swej opinii, nawet gdy prezydent się nie odezwał, bo chodziło mu o pracę. Zdecydował się lądować, pomimo ostrzeżenia z wieży kontroli lotu w Smoleńsku.  Była gęsta mgła i ta wysoka brzoza.....
             A potem te ogromne samoloty na lotnisku w Warszawie i makabryczny obraz, niekończącego się szeregu trumien, przykrytych biało-czerwonymi sztandarami.  Nigdy tego nie zapomnę!
            Ale nie bylibyśmy Polakami, jakby wszystko odbywało się godnie, zgodnie i bez awantur.
            Bo pan prezes Jarosław Kaczyński zażyczył sobie, żeby brata i bratową pochować na Wawelu, który jest narodowym sanktuarium i nekropolią królewską! Pochówku na Wawelu dostąpili tylko wybrani: Naczelnik Kościuszko, książę Poniatowski i Marszałek Piłsudski oraz dwaj narodowi Wieszcze: Mickiewicz i Słowacki.  Wpakowano także na Wawel generała Sikorskiego, choć moim zdaniem niesłusznie. Jego miejsce powinno być na cmentarzu zasłużonych na Powązkach.
            Chyba ten ostatni pochówek ośmielił prezesa Kaczyńskiego. Zażądał, aby to Wawel stał się miejscem wiecznego spoczynku prezydenta i jego małżonki. Natychmiast wybuchnął spór: jedni byli temu przeciwni, inni gorąco ten pomysł popierali. Konflikt rozstrzygnął po Salomonowemu metropolita krakowski arcybiskup Dziwisz, wyrażając zgodę na pochowanie Kaczyńskich na Wawelu.
            Przyznaję, że ja osobiście byłam temu stanowczo przeciwna. Wawel dla mnie i dla milionów Polaków to sacrum! Śmierć prezydenta w katastrofie, nie powinna stanowić preferencji do wynoszenia go na piedestał bohatera narodowego. Pan Kaczyński był zupełnie przeciętnym człowiekiem i kiepskim politykiem, który o mały włos nie wplątał nas w poważny konflikt z Rosją, wtrącając się w sprawy Gruzji i błagając Amerykanów o Tarczę. Identycznie, jak obecnie pan prezes Jarosław, który już zapomniał, jak nasi przyjaciele zza oceanu zgrabnie nas olali!
            Miejscem wiecznego spoczynku prezydenta Kaczyńskiego powinna być Warszawa, stolica Polski, Katedra, lub Cmentarz Powązkowski. Leżą tam przecież ludzie o wiele bardziej zasłużeni dla ojczyzny. Lecz pan prezes Kaczyński wiedział co robi. Pragnął, aby królewski pogrzeb brata, był  jego pierwszym stopniem do ubiegania się w nadchodzących wyborach o godność prezydenta, jakby to był tytuł dziedziczny. Dlatego też pod Pałacem Namiestnikowskim, siedzibą prezydenta państwa, urządził ogromną manifestację z krzyżami i awanturą, która się rokrocznie powtarza. Można odnieść wrażenie, że Pałac Namiestnikowski jest siedzibą rodu Kaczyńskich, a nie miejscem urzędowania aktualnego prezydenta Rzeczypospolitej Polski.
            W bieżącym roku, ponownie urządzono tam krzykliwą manifestację, na której pan prezes wygłosił płomienną przemowę do zebranych tłumów, a raczej tłumoków. Nie miałam pojęcia, że w Warszawie mieszka tyle ciemnej masy. To raczej nie prawdziwi warszawiacy, tylko przyszywani, mający niegdyś do stolicy siedem dni wołami. Panie w moherowych berecikach, oraz inni wielbiciele pewnego grzybka. Nie zabrakło nawet egzorcysty, wypędzającego złe duchy z Pałacu. Oj, znalazłoby się w PiS-ie mnóstwo osób nawiedzonych przez diabła, a nade wszystko przez demona żądnego władzy!
            Byłam prawdziwie zbulwersowana, widząc w telewizji pana prezesa, przemawiającego na tle sztandarów amerykańskich i domagającego się stanowczo wprowadzenia na stałe wojsk USA do Polski! Pana prezesa Kaczyńskiego nie interesuje fakt, że w okresie II wojny światowej, Stany Zjednoczone, nie chcąc narażać się na straty w ludziach, w czasie wojny z Japonią, postanowiły uśmiercić Japończyków bronią chemiczną. Gazem musztardowym, powodującym odpadanie skóry i paraliż dróg oddechowych, zrzucanym w bombach przez samoloty na japońskie miasta i wystrzeliwanym przez działa okrętowe, lub fosgenem. Przewidywano, że gazy zatrują ludność na obszarze 650 km. Ta potworna broń miała zabić pięć milionów ludzi! Jednakże, gdy naukowcom amerykańsko-niemieckim udało się wyprodukować bombę atomową, rząd USA uznał, że jest to środek bardziej  skuteczny i  h u m a n i t a r n y!
            Lecz pan prezes bardzo szanuje zamorskiego sojusznika i nie zważa na takie  nieistotne drobiazgi. Polskie władze domagają się obecności obcych wojsk, rzekomo w obawie przed agresją Rosji. Chyba im się marzy  nowa okupacja. Jak nie niemiecka, to radziecka, jak nie radziecka, to amerykańska. Tym samym, nasza ojczyzna stałaby się de facto kolonią, czymś w rodzaju nędznego kraiku na Morzu Karaibskim, a nie wolnym, suwerennym państwem europejskim.
            Wzywanie na pomoc obcego wojska, to jak zapraszanie lisa do kurnika. Widocznie nasi  polityczni przywódcy, wprost kochają być od kogoś zależni i trzymani za twarz  A rodakom chyba to się także podoba, bo prawicy rosną szanse w sondażach.
            A może by tak  znowu jakiś mały rozbiór, co?